30.06.2020

Dzień bielinka kapustnika - co w tym niezwykłego?

(Bielinek kapustnik, samica)

Co najmniej od kilku lat w dniu 30 czerwca obchodzimy Dzień Motyla Kapustnika (Dzień Bielinka Kapustnika). Kiedy i po co ktoś wymyślił to dziwne święto? Nie wiem kiedy i kto ale święto ma sens. Fetować motyla, który w powszechnym rozumieniu jest pospolitym szkodnikiem? Otóż nie jest już niestety pospolity a samo pojęcie szkodnika jest archaiczne i mało komunikatywne. Spada różnorodność biologiczna, wiele gatunków staje się coraz mniej liczna, wiele wyginęło lub znajduje się na skraju wymarcia. Dzień Bielinka Kapustnika pozwala zwrócić uwagę na traconą bioróżnorodność i to, że gatunki dawniej pospolite przestają takimi być.

Bielinek kapustnik jest jednym z bardziej znanych motyli w Polsce. Przedstawiany w podręcznikach jako szkodnik. Przez lata stosowania insektycydów i głębokich zmian w krajobrazie stał się bardzo rzadki. Teraz może być uznany za sztandarowy przykład utraty różnorodności biologicznej i wymieniania owadów. Naukowcy donoszą o bardzo wyraźnym spadku liczebności, biomasy i różnorodności owadów w agrocenozach i innych typach krajobrazów. 

Chcę także podkreślić, że nie wszystkie białe motyle to bielinki kapustniki. Bardzo podobne do bielinka kapustnika są: bielinek rzepnik (Pieris rapae), bielinek bytomkowiec (Pieris napi), nieco mniej podobne choć białe: niestrzęp głogowiec (Aporia crataegi), bielinek bryonie (Pieris napi bryoniae), bielinek rukiewnik (Pieris daplidice). Innym białym motylem z rodziny bielinkowatych (Pieridae) jest wietek gorczycznik (Leptidea sinapis) oraz wietek morsei (Leptidea morsei). Z rodziny bielinków, spotykanych w Polsce, warto wspomnieć o motylach ubarwionych na żółto i pomarańczowo (z fragmentami białymi) zorzynek rzeżuchowiec (Anthocharis cardamines), kilka gatunków szlaczkoni (Colias spp.) oraz cytrynek latolistek (Gonepteryx rhamni). Całkiem pokaźna rodzinka do świętowania.

Bielinek kapustnik (Pieris brassicae) jest stosunkowo dużym motylem. Owady dorosłe można spotkać w maju i czerwcu, potem druga generacja (liczniejsza) pojawia się od lipca aż do początków września, a nawet spotkać można jeszcze w październiku. Siedliskiem tego gatunku są lasy, zarośla, pola, sady, ogrody i tereny ruderalne. Charakterystycznie ubarwiona gąsienica żeruje na  różnych gatunkach roślin z rodziny krzyżowych (Cruciferae), zwłaszcza na różnych gatunkach kapusty (Brassica sp.), ponadto na gorczycy polnej (Sinapis arvensis), rzodkwi świrzepie (Raphanus raphanistrum) a także na nasturcji (Tropaeolum sp.). Ponieważ konsumuje kapustę i nasturcję uważany jest za szkodnika. Łatwiej już spotkać bielinka kapustnika dalej od człowieka, na dziko rosnących roślinach z rodziny krzyżowych. Bielinek kapustnik występuje w Europie, północnej Afryce, zachodniej Azji. Jako gatunek obcy pojawił się w Ameryce Południowej (Chile). Uznawany za gatunek pospolity, występujący w całej Polsce.

Bielinek kapustnik należy do gatunków ubikwistycznych, ruchliwych i migrujących. Motyle wiosennego pokolenia mają tendencję migrować na północ, natomiast motyle drugiego pokolenia chętniej migrują na południe. Te migracje mogą odbywać się na odległość nawet kilkuset kilometrów. 

Rodzina bielinków (bielinkowate, Pieridae), liczy około 1100 gatunków, z których większość występuje w regionach tropikalnych Afryki i Azji. W Europie odnotowano występowanie 47 gatunków a w Polsce - 17. 

27.06.2020

Koszenie trawników jako przykład problemów edukacji

Znalezione gdzieś na Facebooku
Zdjęcie zamieszczone u góry znalazłem gdzieś na Facebooku, wydaje się absurdalne, nierzeczywiste. Można nawet podejrzewać, że to fotomontaż. Absurdalność sytuacji jest rozbawiająca. Przecież nikt takiej głupoty nie mógł zrobić. Czy aby na pewno?

Jazda rowerem jest łatwa do wyobrażenia sobie i każdy dostrzega wadliwość konstrukcji - na tym fragmencie nie da się przejechać rowerem. A przecież niby wszystko jest prawidłowo. Dobrze wykonana ścieżka rowerowa, ładna nawierzchnia, oznakowana jezdnia. Ale pozostawiono barierkę, która wcześniej była tu logicznym i funkcjonalnym elementem, tak jak przy każdej drodze. Potem poprowadzono ścieżkę rowerową, odpowiednio i właściwie oznakowano przejazd przez ulicę (drogę). Niby wszystko dobrze, zgodnie z planem ale przecież każdy przeciętny człowiek, o odrobinie wyobraźni, dostrzega absurd. Dlaczego w czasie budowy tej ścieżki rowerowej od razu nie wycięto fragmentu barierki? Może zostawiono na później? A może robotnicy ściśle trzymali się planu i wytycznych? Architekt nie przewidział po prostu, że w tym miejscu będzie barierka i nie umieścił w planach polecenia/instrukcji co i jak robotnicy mają zrobić z tą barierką. Nie było polecenia, żeby wyciąć - to nie wycięli. Co ich to obchodzi? Oni tylko wykonują swoją pracę...

Tak jak w kształceniu zdalnym - wszystko trzeba przewidzieć. Nawet najdrobniejszy szczegół, inaczej w przypadku nieprzewidzianych sytuacji pojawiają się kłopoty a czasem nawet katastrofa. W różnych prześmiewczych i satyrycznych miejscach internetowych podobnych przykładów architektonicznych znaleźć można dużo więcej. A to tylko wierzchołek góry lodowej, bo znacznie więcej umyka naszej uwadze. Po prostu się nie znamy i nie mamy wyobraźni jak to może działać. Skąd się biorą takie absurdy i jak im przeciwdziałać? 


Zanim odpowiem, jeszcze jeden przykład. Olsztyn, teren nadrzeczny, Łynostrada. Posadzono drzewa, całkiem spore, osłonięto palikami. I za jakiś czas wysłano robotników by wykosili "trawy" wokół drzew. Jak widać na zdjęciu jedno z drzewek zostało ucięte (zgryzione) przez bobry. Barierka uniemożliwiła upadek i bobry nie zaciągnęły drzewka do rzeki, nie zjadły. Ale uschło. Na pierwszy rzut oka widać, że jest martwe i nie ma szansy na "przyjęcie się". Ale wokół drzewa została wykoszona roślinność zielna. Po co? Teoretycznie można sobie wyobrazić, że wykasza się wokół młodych drzew, by rośliny zielne nie "zagłuszyły" młodego drzewa - szybciej rosną i mogłyby ocienić młode drzewko. Wykaszanie wokół uschniętego, wyciętego drzewa jest takim samym absurdem jak barierka na ścieżce rowerowej, widoczna na górnym zdjęciu. Kazali wykosić więc pracownik wykosił. Posłuszeństwo i zgodność z poleceniem godna pochwały? Możliwe, że widział bezsens taj pracy a jednak robił. Bo kazali. Dobry, posłuszny pracownik, wykonujący zadania ściśle z instrukcjami. Chcemy takich? Ciszej jedziesz (nie odzywasz się) dalej zajedziesz (nie wyrzucą z autobusu, pojazdu). Tego uczymy się już od przedszkola.

Kolejny przykład - przy wszystkich pozostałych drzewach też wykoszono rozległy teren. Nie jest tak jaskrawy i nie każdy dostrzeże zbędność wykonywanej pracy (a w kontekście globalnych zmian klimatu i suszy są to działania szkodliwe). Drzewa posadzono stosunkowo duże. Nie ma najmniejszej szansy aby jakakolwiek roślina zielna czy bylina urosła wyżej i ocieniła rosnące drzewko. Po co więc wykaszać? Może rośliny zabierają wodę i sole mineralne temu drzewku? Też nie. Ale się wykasza. Bo tak. Bo tak się robiło kiedyś, bo ktoś kazał a nikt inny się nie zastanowił nad sensem. Niekorygowany błąd trwa. Jest praca, są pieniądze, nikt się nie sprzeciwi. To samo pytanie można stawiać przy częstym koszeniu trawników w mieście. Dlaczego się je kosi mimo coraz liczniejszych i głośniejszych argumentów za nie koszeniem? Ani to ładnie, ani z sensem, ani dbanie o zieleń (pomijam hałas oraz zbędną emisję dwutlenku węgla do atmosfery w wyniku pracy silnika spalinowego). Te same fundusze, ten sam wysiłek i zaangażowanie ludzi można byłoby wykorzystać na tym samym terenie na sensowną pielęgnację roślin. Nikt by nie stracił finansowo (ktoś i tak by zarobił). Wszyscy byśmy zyskali lokalnie i globalnie. 

Pora na próbę odpowiedzi skąd się biorą te absurdy i zbędna praca. Te mniej lub bardziej widoczne absurdy wynikają z... posłusznego i sprawnie wykonującego polecenia pracownika (ideał nieadekwatny do sytuacji). Sprawnie i zgodnie z instrukcją wykonuje powierzone zadania. W wielu sytuacjach taka postawa jest godna szacunku. Gdyby pracownik miał wiedzę - w tym przypadku przyrodniczą a nie tylko umiejętność obsługi kosy spalinowej - sam dostrzegłby sytuacją nietypową i sam podjąłby decyzję o modyfikacji. Samodzielne i kreatywne odejście od instrukcji - w górnym zdjęciu polegałoby to na wycięciu barierki, w dolny na zaniechaniu koszenia (przynajmniej w przypadku drzewka zgryzionego przez bobry). Taki pracownik musiałby też mieć mądrego, wyedukowanego szefa, który pochwali za samodzielną, mądrą decyzję a nie za bezmyślne wykonywanie instrukcji, nieadekwatnej do rzeczywistość (Głupi zgani za nieposłuszeństwo - jakby posłuszeństwo a nie efekt finalny było ważniejsze. Dla samopoczucia i ego szefa - tak, dla wykonanej pracy - nie).

Doszliśmy więc do edukacji. Szeroka wiedza i dobra edukacja potrzebna jest na każdym stanowisku pracy. Nawet na z pozoru prostych i "fizycznych". Nie wystarczy umieć obsługiwać narzędzia by dobrze wykonywać pracę. Ostatnio mogliśmy obserwować to w czasie zdalnej edukacji. Większość nauczycieli, uczniów i rodziców dysponowała komputerami, smartfonami, miała dostęp do oprogramowania... a jednak wielu nie radziło sobie ze zdalną komunikacją. Nie wystarczy samochód i człowiek by się efektywnie przemieszczać. Ten człowiek musi umieć uruchomić samochód i nim kierować ale także znać przepisy drogowe oraz... wiedzieć dokąd pojechać i jak odnaleźć właściwą drogę. 

Czego uczyć w szkole? Szerokiej i wszechstronnej wiedzy by rozumieć świat wokół nas i zachodzące w nim procesy. I nauczyć się nieustannie uczyć. I w końcu uczyć samodzielnego rozumienia i podejmowanie decyzji. Tylko w niektórych sytuacjach pracownik posłuszny jest efektywny. W wojsku, na polu bitwy ważniejsze jest szybkie wykonywanie poleceń przełożonego niż zastanawianie się nad ich sensem (aczkolwiek i w wojsku w niektórych sytuacjach pożądana jest odmowa wykonania rozkazu - też trzeba myśleć). W fabryce na taśmie, gdzie wykonuje się mechanicznie powtarzalne czynności również jest pożądany pracownik, który szybko i sprawnie wykonuje polecenia. Nie pyta, nie myśli, nie dyskutuje, nie szuka sensu (bo to opóźniałoby produkcję, generowało przestoje). Ale w wielu innych sytuacjach posłuszny pracownik wyrządza duże szkody, także swojemu przełożonemu. Dlaczego? Bo są sytuacje nieuwzględnione w instrukcji/poleceniu. Dla posłusznych pracowników potrzebna jest bardzo drobiazgowa i starannie przemyślana instrukcja/polecenie. To ogromny wysiłek dla przełożonego. Taka instrukcja musi być starannie przemyślana i wielokrotnie sprawdzona. Dużo czasu i wysiłku. Opłaca się tylko dla czynności powtarzalnych i długookresowych.

W przypadku czynności nietypowych, wykonywanych w warunkach zmiennych, ścisłe instrukcje się nie sprawdzają. Bo w każdym przypadku trzeba ją dostosować, zmienić i zmodyfikować do konkretnej sytuacji. I tu znacznie ważniejsza jest umiejętność rozumienia, innowacyjność, kreatywność. Trzeba rozumieć procesy by prawidłowo dostosować rozwiązania.

Czy lepiej być posłusznym czy dyskutująco-kontestującym, poszukującym sensu i zrozumienia? Czego się uczyć w szkole? Proste i powtarzalne czynności łatwo można zastąpić maszynami. Widzimy to już od co najmniej kilkudziesięciu lat. Najpierw maszyny, wykonujące nudne, proste czynności, pozbawiły pracy wielu ludzi. Potem komputery pozbawiły pracy personel średniego szczebla. Teraz sztuczna inteligencja i roboty pozbawiają pracy kolejne miliony ludzi. Do czynności powtarzalnych można opracować algorytm, zarówno w przypadku taśmy produkcyjnej, programu komputerowego czy nawet robota. Tu już algorytmy są bardziej złożone i o wielu alternatywnych działaniach. Bo maszyna się nie męczy, nie ma dni wolnych od pracy, nie strajkuje, nie żąda podwyżki. Zdyscyplinowanych, posłusznych i sprawnie wykonujących polecenia pracowników zastępują maszyny i komputerowe algorytmy. Chcesz być bezrobotnym i zbędnym?

W naszym systemie szkolnym mocno ugruntowany jest model wychowania sprawnego, posłusznego pracownika. Ma zrozumieć polecenia i szybko je wykonać. Im szybciej tym bardziej wydajny. Uczymy się bycia posłusznymi, zapamiętywania a nie dyskutowania, rozumienia czy poszukiwania innych rozwiązań. Rzeczywistość tak bardzo się zmieniła, że taki model produkuje... bezrobotnych, niezależnie od specjalności i zawodu. Potrzebna jest szeroka wiedza, wyobraźnia, umiejętność samodzielnego rozumowania i odwaga stawiania pytań, modelowanie, poszukiwanie innych rozwiązań.

Czy świat posłusznych robotów będzie bezpieczny? To zależy od wyobraźni projektujących algorytmy. Bezkrytycznie posłuszni ludzie (ideał dawnej edukacji!) doprowadzili już wiele razy nie tylko do małych i dużych katastrof ale i do nie jednego ludobójstwa. 

Dobrze przemyślana edukacja jest niezwykle ważna. Inwestujmy w szkoły i nauczycieli. Jakość ma znaczenie.

21.06.2020

Komar (najokrutniejszy zabójca na świecie) - książka, której nie polecam

W czasie pierwszych odwiedzin w księgarni po długiej izolacji społecznej, związanej z epidemią Covid-19, skusiła mnie książka z komarem w tytule i z wizerunkiem tego owada na okładce. Może dlatego, że wybrałem także książkę o epidemiach, na okładce które także był komar? Pobieżnie przejrzałem i włożyłem do koszyka. Po powrocie do domu, już po przeczytaniu kilkunastu stron, pożałowałem swojego zakupu.

Komar Timothy'ego Winegarda w tłumaczeniu Macieja Lorenca a wydany przez Wydawnictwo Kobiecie w Białymstoku w 2020 r. to mało rzetelna i kiepsko językowo napisana pozycja. Zawiódł autor, zawiódł tłumacz i zawiodło wydawnictwo. Tej pozycji nie można nazwać książką popularnonaukową. W pogoni za sensacją powstała grafomańska kompilacja z licznymi błędami i wieloma niejednoznacznościami

Spojrzenie na historię z perspektywy chorób i epidemii nie jest oryginalne, nie jest nowe i nie jest złe. To byłoby ciekawe -  kolejna opowieść o historii ludzkości nie tylko z perspektywy wojen i podbojów ale także w ujęciu epidemiologicznym. Można powiedzieć, że książka jest bardzo na czasie. Tyle, że wykonanie jest bardzo nieudane. Rozczarowują nieścisłości i błędy biologiczne, historyczne jak i napuszony, grafomański język typowy dla kolorowych pisemek. 

Zasadniczy błąd (a przynajmniej przesadzone porównanie) jest już w tytule "Komar. Najokrutniejszy zabójca na świecie". Lepszy jest oryginalny, angielski tytuł: The Mosquito. A Human History of Our Deadliest Predator.  Od razu wypada wyjaśnić, że komary nie są drapieżnikami ani bezpośrednimi zabójcami. Są pasożytami i wektorami śmiertelnych chorób. Najokrutniejszy zabójca? Na czym polega okrucieństwo?

W tekście pojawia się bardzo często określenie "komarzyca" jako synonim komara. Nigdzie nie znalazłem w tej książce wyjaśnienia, że krwiopijne są samice (niestety bardzo uważnie nie czytałem bo się nie dało - język i treść były zniechęcające) . Czytelnik nie będzie więc wiedział dlaczego takie dziwne słowa się pojawiają. I to nie tylko w odniesieniu do samic komara ale jako określenie gatunku (a raczej rodziny muchówek, czyli komarowatych Culicidae), co już jest błędem językowym (to niewątpliwie wina tłumacza). Już we wstępie, na pierwszej stronie pojawia się określenie "(...) komarzyce z zuchwałą natarczywością kontynuują swoje śmiercionośne ofensywy i zbrodnie przeciwko człowiekowi". Taki napuszony, grafomańsko kwiecisty język przewija się obficie przez całą książkę. Niejasne używanie słowa "komarzyca" wprowadza zamieszanie, bo nie wiadomo czy chodzi o komary jako takie, samice komarów, chorobę wywoływaną przez komary... czy nawet roślinę. Bo pod nazwą komarzyca w języku polskim kryje się także roślina (odstraszająca zapachem komary).

Tuż po "komarzycy" pojawia się "homo sapiens" - błędnie zapisana nazwa gatunkową człowieka (Homo sapiens, czytaj więcej o przyczynach tego błędu). Autor jest historykiem, konsekwentnie w książce udowadnia, że nie wie co to są biologiczne nazwy gatunkowe. Tłumaczenie w kilku miejscach pogłębia te błędy. I tylko kilka razy, zupełnie przypadkiem, autor używa poprawnie nazw gatunkowych. To zapewne efekt przepisywania z innych pozycji lub dosłownych cytatów. O ile małą literą zapisuje "homo sapiens, homo erectus" to już poprawnie zapisywane są wszystkie nazwy rodzajowe komarów: Aedes, Culex, Anopheles. Dwa razy pojawiają się poprawne nazwy gatunkowe roślin: Vicia faba i Artemisia annua. Nawet nazwa gatunkowa głównego patogenu, przenoszonego przez komary, nie jest zapisywana poprawnie. Autor konsekwentnie dla gatunku używa tylko drugiego członu nazwy naukowej "falciparum, vivax, knowlesi" ("Falciparum jest wampirycznym seryjnym mordercą", "zainfekowani gatunkiem vivax", "O ile gatunki falciparum i knowledi nie prowadzą do nawrotów malarii"). Tylko raz, w dosłownym cytacie, pojawia się poprawna nazwa chorobotwórczego pierwotniaka: "Pasożyty z gatunku Plasmodium falciparum stworzyły wokół ludów Bantu coś w rodzaju immunologicznego ogrodzenia". Możliwe, że używa się określeń medycznych typu "malaria vivax" jako określenie malarii, wywoływanej przez zarodźca Plasmodium vivax itd., ale autor nie rozróżnia nazwy choroby i nazwy gatunku. Może to wina tłumacza a na pewno wydawnictwa i korekty.

Na początku, pomijając błędy zapisu nazwy gatunkowych i nieporadność języka, do wszystkich podawanych faktów odnosiłem się z dużą ufnością. Skoro autor napisał to przyjmowałem wszystko jako fakty naukowe, sprawdzone. Po kilku ewidentnych błędach nabrałem podejrzeń. Nie wiedziałem, które są pomyłką, które błędami a które prawdziwymi informacjami. Musiałem ciągle sprawdzać w innych źródłach. Brak zaufania w książce popularnonaukowej to poważny mankament. 

We wstępie autor pisze "W ciągu 200 tys. lat naszej stosunkowo krótkiej egzystencji ten owad odebrał życie mniej więcej 52 mld ludzi spośród łącznej liczby wynoszącej 108 mld." Nie mam pojęcia skąd autor zaczerpnął te liczny i czy 108 odnosi się do wszystkich ludzi, którzy żyli na Ziemi czy też ludzi, którzy zmarli na choroby. Dalej pisze "Nie zmienia to jednak faktu, [to bardzo często pojawiający się zwrot stylistyczny, aż do znudzenia] że komarzyca nie wyrządza krzywdy w sposób bezpośredni. To przenoszone przez nią destrukcyjne i niezwykle rozwinięte choroby są przyczyną bezkresnego potoku rozpaczy i śmierci." Autor wspomina o chorobach, przenoszonych przez komary ale w wielu miejscach pisze o innych chorobach, zupełnie nie związanych z komarami. Niezorientowany czytelnik może pomyśleć (odczytać), że komary przenoszą także cholerę, dżumę, ospę itd. Nie wiem czy wynika to  z niechlujności językowej czy też z niewiedzy i ignorancji samego autora.

Pierwszym istotnym błędem jest nazywanie komarów drapieżnikami. Komary są pasożytami zewnętrznymi a nie drapieżnikami. Jakkolwiek jest niewyraźna granica między drapieżnikiem i pasożytem, to w przypadku komarów takiej wątpliwości nie ma. Samice żywią się krwią kręgowców, są pasożytami zewnętrznymi i okresowymi (i tylko w odniesieniu do imagines). Drapieżnik jest większy lub zbliżony rozmiarem do swojej ofiary i zabija ofiarę. Można powiedzieć, że pasożytuje na populacji (lub populacjach wielu gatunków) a zabija osobnika. Pasożyt jest mniejszy od swojego żywiciela i z zasady nie zabija swojej ofiary (żywiciela) bo podcinałby gałąź, na której siedzi (zniszczenie zasobów). 

Na początku autor enigmatycznie opisuje cykl życiowy komara "po upływie dwóch lub trzech dni z jaj wykluwają się larwy żyjące w wodzie (odpowiednik ludzkich dzieci). W niższych temperaturach ten proces będzie trwał o kilka dni dłużej. Larwy pływają i szukają pożywienia, ale szybko zmieniają się w poczwarki (odpowiednik ludzkich nastolatków), które wyglądają jak przecinki odwrócone do góry nogami i oddychają za pomocą "trąbek" sterczących z zanurzonego odwłoka. Kilka dni później zabezpieczające powłoki pękają i wychodzą z nich zdrowe dorosłe komary gotowe do lotu." W takim stylu napisana jest cała książka. Domyślam się, że autor czerpał swoją wiedzę z różnych książek jak i filmów czy popularnych czasopism. Skoro komary są głównym bohaterem spojrzenia na historię ludzkości, to taki lakoniczny opis cyklu życiowego jest kompromitujący, Brak informacji, że jest wiele różnych gatunków i że komary preferują małe zbiorniki wodne, zazwyczaj bez ryb (bo są łatwym łupem większych drapieżników). Dlatego uważam, że jest to kiepska kompilacja bez próby zrozumienia zagadnienia, o którym się pisze.

Kilka przykładów. "Następnie pojawiły się wirusy, a niedługo później pasożyty. Oba te twory odzwierciedlały sposób funkcjonowania swojego bakteryjnego rodzica i doprowadziły do powstania silnych kombinacji powodujących choroby oraz śmierć.", "Owady i roznoszone przez nie dolegliwości istniały przed rządami dinozaurów, a także podczas nich i po ich zakończeniu. Zaczęły istnieć 350 mln lat temu i szybko przyciągnęły do siebie toksyczną armię chorób, wskutek czego powstał bezprecedensowy śmiercionośny sojusz. Jurajskie komary i muchy piaskowe szybko uzbroiły się w te biologiczną broń masowego rażenia. Bakterie, wirusy i pasożyty przez cały czas podstępnie i umiejętnie ewoluowały, zwiększając swoją przestrzeń życiową, żeby objęła szeroki wachlarz zwierząt." (...) "Nie zmienia to jednak faktu, że stan zdrowia dinozaurów nie był już wtedy najlepszy i gwałtownie się pogarszał." (...) "Komar (..) W odróżnieniu od innych owadów nie zapyla roślin w żaden znaczący sposób, a także nie spulchnia gleby i nie pochłania odpadów." Pod względem biologii i medycyny cała książka obfituje w bzdury, tragiczne uproszczenia i nietrafione porównania. Na przykład mylenie reprodukcji z replikacją. Przynajmniej w części odpowiedzialne jest za to nieudolne tłumaczenie, zwłaszcza w odniesieniu do obiektów i procesów biologicznych (np. "Na nasze szczęście Lucy i jej człowiekowaci potomkowie", "słynny szkielet człowiekowaty o imieniu Lucy"). 

Na niespójną kompilację różnych pozycji wskazuje niekonsekwencja w podawaniu faktów. Raz autor pisze "Według legendy w XVIII etiopski pasterz o imieniu Kaldi", a nieco dalej "W 750 r. [Kaldi] przygotował i zaparzył pierwszy kubek kawy". Nie tylko odwrócona chronologia (najpierw zaparzył kawę a potem zobaczył kozy jedzące kawę, które stały się bardziej energiczne) ale i niezwykła długowieczność Kadiego... umknęła wydawniczej korekcie. 

Styl pisarski przypomina teorie spiskowe, gdzie różnorodne fakty przedstawiane są wybiórczo, czasem z dużym uproszczeniem lub całkowicie błędnie. W kilku miejscach autor wiąże malarię i zwiększoną liczebność komarów z rolnictwem, np. "Upowszechnienie się uprawy roślin zaowocowało ekspansją siedlisk i wylęgarni komarów." Nigdzie nie próbuje tego jakoś wyjaśnić, uzasadnić. Słuszne byłoby to tylko do upraw ryżu (bo pojawiają się nowe zbiorniki wodne, okresowe). Podobnie jest z pojawieniem się malarii w obu Amerykach. Raz pisze, że na statkach przywędrowały komary z rodzaju Anopheles bo w Ameryce ich nie było, w innym miejscu, że te komary już wcześniej były w Ameryce, więc można przypuszczać, że to ludzie w swoich ciałach przewieźli zarodźca malarii. Wskazując na przystosowania się lokalnych populacji ludzi do malarii autor pisze, że malaria z komarami broniła ich przed najeźdźcami.... by w innych miejscach wskazywać, że lokalni mieszkańcy ulegli najeźdźcom przez osłabienie malarią. Ewidentne wtórne dopasowywanie do faktów militarnych.

W opisywanej książce rażą uproszczenia historyczne, np. "wycieńczona armia Kartaginy zasilona przez sprzymierzonych Galów i Hiszpanów". Nie wiem jak z Galami, ale Hiszpanów to na pewno wtedy jeszcze nie było. Podobnie jak plemiona Wandalów nie wyruszały z Polski czy Czech, bo tych pojęć i samych państw wtedy jeszcze nie było. 

Komar Timothy'ego Winegarda nie jest książką popularnonaukową, zawiera liczne błędy, razi napuszonym i grafomańskim stylem i ma wątpliwą wiarygodność. 

17.06.2020

Nieuporządkowane życie planet

„Nieuporządkowane życie planet”
Autor: Paul Murdin, Warszawa 2020,
Wydawnictwo Muza.
Książka bardzo dobrze napisana, znakomite tłumaczenie i staranne wydanie. Trzy elementy dobrej książki nie tylko na wakacje. Rzetelne wiedza dostępna dla każdego. Nie trzeba mieć przygotowania specjalistycznego by rozumieć treść. Rozbudza ciekawość i chęć obserwacji. "Nieuporządkowane życie planet” w księgarniach od 17 czerwca br.  

Za sprawą ostatnich udanych lotów rakietowych (rakieta Dragon) i bardzo realnych, bliskich już wypraw załogowych na Marsa, ożyło zainteresowanie Kosmosem i Układem Słonecznym. Nieuporządkowane życie planet doskonale odpowiada na to zapotrzebowanie i  rozbudzoną ciekawość. Na dodatek przedstawia obiekty układu słonecznego w ujęciu dynamicznym i  ewolucyjnym oraz w kontekście innych gwiazd i galaktyk. Można by powiedzieć, że opisuje cykl życiowy planet, także i Ziemi. Ogromny i fascynujący Kosmos wciąż jest niezbadany. Nasza wiedza na jego temat systematycznie rośnie ale wciąż jest bardzo dużo do odkrycia. Planety, tak jak gatunki czy osobniki, mają swoją burzliwą historię a ich losy obfitują w wiele dramatycznych wydarzeń i zwrotów akcji.

Profesor Paul Murdin, badacz czarnych dziur i supernowych, współodkrywca pierwszej gwiezdnej czarnej dziury, znalezionej w naszej Galaktyce w układzie Cygnus X-1, ukazuje Układ Słoneczny w zupełnie nowym świetle. Czyta się znakomicie, to także zasługa tłumacza (Jolanta Sawicka). Widać staranność i weryfikację różnych danych, widoczne w przypisach od tłumacza. Zasługą wydawnictwa jest dobra korekta. To właśnie trzy elementy: autor, tłumacz i wydawnictwo przesądzają o tym, że książkę czyta się z przyjemnością i lekkością. 

Poza licznymi faktami z nieuporządkowanego życia planet w opisywanej książce znaleźć można  sporo ciekawostek z historii nauki. Ot na przykład to, że uczeni z dawnych epok swoje odkrycia opisywali w formie anagramów (anagram wywodzi się od słów greckich: ana- (nad) oraz grámma (litera) - oznacza wyraz, wyrażenie lub całe zdanie powstałe przez przestawienie liter bądź sylab innego wyrazu lub zdania, wykorzystujące wszystkie litery (głoski bądź sylaby) materiału wyjściowego). Dlaczego w taki sposób szyfrowali swoje odkrycia i przekaz? By ukryć wiedzę przed niepowołanymi? By łatwiej zapamiętać? Na przykład Galileusz tak pisał do Keplera, przebywającego w Pradze (oczywiście po łacinie, przytaczam tłumaczenie): "Te niedojrzałe rzeczy są już na próżno przeze mnie czytane". Po przestawieniu liter otrzymuje się zapis (oczywiście dotyczy to oryginalnego tekstu łacińskiego): "Matka miłości naśladuje figury Cynthii". Jeszcze niezrozumiałe? Matka miłości to Wenus, i jeśli odnieść to do planet to otrzymujemy interpretację (rozwiązanie anagramu) taką: "Wenus ma fazy tak jak Księżyc". Ważny dowód w teorii heliocentrycznej. Po szczegóły odsyłam do książki Paula Murdina. Czy dużo zmieniło się w nauce? Wiele kwestii czytamy a i tak ich nie rozumiemy. Zrozumienie wymaga dużego wysiłku. I czasem długiego studiowania. Żeby zrozumieć, trzeba być wtajemniczonym. 

I jeszcze jeden przykład. Jak i dlaczego wykorzystano górę by udowodnić słuszność (sfalsyfikować) teorię grawitacji Newtona. Fakty, które z łatwością wyczytujemy z książek i podręczników powstawały z wielkim trudem przez stulecia i dziesięciolecia. W szkole uczymy się różnych praw i zasad na pamięć. Znamy je. Ale czy potrafilibyśmy je doświadczalnie udowodnić? Zaprojektować doświadczenie, które wykazywałoby fałsz lub słuszność danego prawa?

W opisie kilku planet znajdziemy odniesienia do sytuacji na Ziemi, w tym przyczyn i skutków efektu cieplarnianego. Czytając o Kosmosie i Układzie Słonecznym wiele dowiedzieć się możemy o nas samych i Ziemi. Wydaje nam się, że Układ Słoneczny działa z doskonałą regularnością, niczym perfekcyjnie zaprojektowany szwajcarski zegarek. Jeśli jednak spojrzymy na życie planet z dłuższej perspektywy przekonamy się, że wiele faktów może nas zaskoczyć. Wiedzieliście, że Mars był kiedyś nie czerwony, lecz niebieski - tak jak Ziemia? Albo, że na Tytanie – największym księżycu Saturna – znajdują się jeziora pełne płynnego metanu?

„Nieuporządkowane życie planet” podzielone jest na rozdziały, z których każdy poświęcony jest innej planecie ale z licznymi dygresjami do funkcjonowania i ewolucji Układu Słonecznego oraz licznych odniesień do całego Wszechświata. Poszukiwanie prawidłowości i praw uniwersalnych a także uwzględnianie przypadku i zjawisk losowych. Fascynująca przygoda. I liczne odniesienia do dawnych odkryć oraz współczesnych badań kosmicznych. Autor mądrze wskazuje na różne zawiłości interpretacji. Na przykład kość strzałkowa pawiana, używana w paleolicie jako trzonek noża, na której wyryto nacięcia, stanowiące sześciomiesięczny zapis faz księżyca, archeolodzy interpretowali jako narzędzie należące do paleolitycznego myśliwego. Ale wiadomo przecież, że noże są powszechnie używane przez kobiety w gospodarstwie domowych do przyrządzania posiłków. Zatem nóż mógł należeć do paleolitycznej kobiety a nacięcia pomagały orientować się w okresach płodności. Z rozpędu i przyzwyczajenia wszystkie ważne odkrycia przypisujemy mężczyznom. Czy słusznie? 

Autor opowiada jak zmieniały się nasze wyobrażenia na temat wszechświata – od starożytności, po współczesną astronomię. Tam, gdzie dawni astronomowie mówili o nieruchomych gwiazdach, teraz mówimy o wirujących galaktykach i gigantycznych supernowych. Tam, gdzie kiedyś myśleliśmy, że Ziemia jest w centrum Wszechświata, teraz widzimy ją jako niewielką planetę wśród milionów innych układów planetarnych. 

Pół wieku temu, kiedy Neil Armstrong oraz Buzz Aldrin lądowali na Księżycu, cały świat wstrzymał oddech. Dziś nikogo nie dziwi pomysł komercyjnych lotów w kosmos. W „Nieuporządkowanym życiu planet” fakty, historie i opowieści przeplatają inspirujące ciekawostki. Mnie fascynują różnorodne porównania, nadające szerszą i bardziej uniwersalną perspektywę: "Każda z planet ma własną osobowość i własne życie, ale razem tworzą układ planetarny, który funkcjonuje jak społeczeństwo, w którym niektórzy członkowie, tacy na przykład jak Jowisz, mają wiesze wpływy niż inni."

Kosmos i planety tak bardzo fascynują, bo można tam spodziewać się niezwykle frapujących zjawisk. Na przykład metaliczny wodór, który cyrkulując wytwarza pole magnetyczne, tak jak żelazo. Gdzie szukać takich hipotetycznych substancji, skoro na Ziemi nie mamy warunków, nawet w laboratorium, by je wytworzyć i sprawdzić czy są rzeczywiście możliwe? Tego, dowiecie się z lektury omawianej książki. 

"Układ Słoneczny w pigułce" to przedostatni rozdział, w którym znaleźć można krótkie i porządkujące wiedzę definicje ciał kosmicznych, takich jak Słońce, planety, planety karłowate, planetoidy, meteoroidy, meteory, meteoryty, obiekty transneptunowe, komety. A całość kończy kalendarium od paleolitu aż do roku 2019.

Paul Murdin pół swojego życia spędził badając Kosmos. Pracował jako astronom w Stanach Zjednoczonych, Australii, Szkocji i Hiszpanii. Badał supernowe i czarne dziury, brytyjska królowa przyznała mu tytuł Oficera Orderu Imperium Brytyjskiego za zasługi w dziedzinie astronomii. Jest emerytowanym profesorem Instytutu Astronomii na Uniwersytecie Cambridge. BBC uznało „Nieuporządkowane życie planet” jedną z najlepszych książek o kosmosie w 2019 roku. 

14.06.2020

Fragmentacja i rozproszenie w edukacji

(Domowe warsztaty on line. Fot. Katarzyna Enerlich)

Ze zdalną edukacją (i zdalną pracą) lepiej poradzili sobie nauczyciele i akademicy, którzy byli przygotowani i już wcześniej uczyli się i korzystali, wdrażali różne narzędzia cyfrowej komunikacji. Mniej lub bardziej ale aktywnie poznawali ten świat. Świat, który rodzi się w czasach trzeciej rewolucji technologicznej i czwartej rewolucji przemysłowej. Wyłania się na naszych oczach jak wyspa wulkaniczna albo kretowisko na łące. Ci aktywni poszukiwacze oswajali się, eksperymentowali lub z ciekawości zwiedzali. Okazało się to w czasach epidemii bardzo trafioną i wyprzedzającą inwestycją we własne kompetencje. Czuli, że to przyszłość, która nadchodzi i inwestowali swój czas, wysiłek i pieniądze by się nauczyć, poznać, choć trochę oswoić. Byli przygotowaniu na to, co zawitało pod nasze dachy. 

Jak sobie radzić z wyzwaniami tak szybko nadchodzącej przyszłości? Trzeba postarać się być przygotowanym. Patrz do przodu, zapoznawaj się z naukowymi analizami i prognozami, wychodź przyszłości na przeciw. Póki masz czas. Czas na spokojne przygotowania. Tak jak z prognozą pogody, która zapowiada deszcz, upał, burzę. 

Teraz cyfrowo dokształcić się usieli wszyscy, często w stresie i panice bo pod presją bardzo krótkiego czasu. Zatem przygotuj sobie warunki do edukacji. Nie czekaj na przymus sytuacji. Ten, kto wysłuchawszy prognozy pogody, zapowiadającej deszcz, zabierze ze sobą na spacer parasol - nie zmoknie. Po prostu rozłoży parasol. I nie będzie musiał w pośpiechu szukać jakiegoś schronienia. 

Wymogi społecznej izolacji, związanej z epidemią koronawirusa, utrudniły pracę wielu osobom, odcinając dochody, wynikające z planowanych kursów czy warsztatów. Nagle znika źródło dochodu i utrzymania. Co wtedy? Można załamywać ręce lub przejść na zdalną edukację i dostosować się do możliwości, dostosować się do nowego środowiska edukacyjnego. Kreatywne poszukiwania stworzyły różnorodne warsztaty on line, z komputerem czy smartfonem. Trzeba było umieć lub mieć odwagę uczyć się wykorzystywania różnorodnych programów i zawiłości technologicznych. Łatwiej poszło tym, którzy mieli już cyfrowe doświadczanie i pierwsze próby za sobą. Mieli przynajmniej wyobrażenie co i jak można zrobić i czego trzeba się nauczyć. Okazało się, że bardziej potrzebne jest dobre łącze internetowe i własne zaplecze niż budynki i biura. Edukacja nabrała nieco innego wymiaru. Stała się bardziej rozproszona, mniej uzależniona od miejsca, w których wszyscy muszą się spotkać. Szkoła i edukacja znajduję się w dużej transformacji a epidemia tylko to uwypukliła. Wydobyła na światło dzienne.

W trzeciej rewolucji technologicznej, po epoce komasacji i centralizacji, następuje fragmentacja i rozproszenie. Najpierw dostrzegliśmy to w rozwoju energii odnawialnej, a teraz  coraz wyraźniej widać to w edukacji. Silnik parowy i fabryki epoki przemysłowej zwiększyły koncentrację społeczeństw. Skupialiśmy się wokół źródeł energii i fabryk. Zamieszkaliśmy w miastach wokół fabryk by było blisko do pracy. W tradycyjnej szkole epoki przemysłowej także widoczna była koncentracja: codziennie przychodzili uczniowie i nauczyciele do jednego budynku. W Australii, gdzie ludzie mieszkali w dużym rozproszeniu, w sposób niejako wymuszony rozwijała się edukacja zdalna, z wykorzystaniem radia. Solary i wiatraki spowodowały znaczne rozproszenie źródeł energii. Internet, a wcześniej telewizja i radio, umożliwiają znaczne rozproszenie i fragmentację edukacji. Nie trzeba by wszyscy byli w jednym budynku, w którym znajduje się biblioteka z książkami.

Bezpośredni kontakt jest bardzo ważny w procesie kształcenia. Ale możliwa jest edukacja mieszana (hybrydowa, b-learning), łącząca elementy edukacji zdalnej i tej w kontakcie bezpośrednim. Skoro zasoby są w sieci to nie musi być jedna, centralna biblioteka. Nie wszystkie klasy muszą być w jednym budynku, z innymi uczniami i z nauczycielami można spotykać się w różnych miejscach. Nie w każdej szkole muszą być wszystkie specjalistyczne pracownie do nauki. Z jednej, dobrze wyposażonej pracowni biologicznej, chemiczne, geograficzne mogą korzystać uczniowie... z różnych szkół. Mam nadzieję, że rozwijające się centra nauki w coraz większym stopniu będą stanowiły zaplanowany element systemu edukacji. Edukacja zdalna umożliwia większą indywidualizację kształcenia i znacznie większe zróżnicowanie w tworzeniu się różnorodnych zespołów i "klas". 

Epidemia i zdalna edukacja przyspieszała proces zachodzący od dłuższego czasu. Całą edukację zbudować musimy na nowo. Bardziej dostosowując ją go rozproszonej gospodarki trzeciej rewolucji technologicznej. Liderzy już to robią. Od nas zależy czy będzie wśród liderów czy zacofanych maruderów nieefektywnie uczącymi przyszłe pokolenia. 

Kryzysy są zbyt cenne by je marnować. 

13.06.2020

Adicella syriaca czyli o tym, jak zmiany klimatu wpływają na chruściki

Edukacyjna maskotka - larwa chruścika.
Globalne zmiany klimatu powodują liczne zmiany w zasięgu występowania wielu gatunków. W rezultacie jedne gatunki znikają z naszego kraju a inne się pojawiają. Jeszcze inne bezpowrotnie wymierają. Zjawisko to jest bardzo powszechne, gwałtowne w skali geologicznej i do zaobserwowania przez każdego. Sam o wielu takich owadach i roślinach już wielokrotnie pisałem. A co z chruścikami?

Chruściki (Trichoptera) to stosunkowo liczba grupa owadów wodnych, ale są raczej niepozorne, trudne do szybkiej identyfikacji i brakuje wystarczająco dużej liczby specjalistów by móc monitorować zmiany zasięgu występowania. Po prostu mamy za mało danych o dawnym i obecnym rozmieszczeniu. Stwierdzenie nowego gatunku na danym terenie nie jest jeszcze równoznaczne z odnotowanie dyspersji. Bo nie wiemy czy ten gatunek od dawna tu nie występował a brakowało jedynie obserwacji. Badania podstawowe są niezwykle ważne. Niby nudne, bo co to za odkrycie gdy badamy skład gatunkowy chruścików źródeł, rzek, jezior Pojezierza Mazurskiego? Jaki to ma wpływ na naukę globalną? Ale bez tych podstawowych informacji wszystkie inne, dotyczące chociażby skutków globalnego ocieplenia na bioróżnorodność as trudne do przeprowadzenia.

W przypadku bezkręgowców wodnych już wcześniej spodziewano się przesunięcia zasięgów występowania gatunków w zawiązku z globalnym ociepleniem i przesuwaniem się stref klimatycznych. Liczniejsze dane odnoszą się do skorupiaków i mięczaków wodnych, zwłaszcza uznanych za gatunki obce lub inwazyjne oraz w przypadku ważek. Dorosłe ważki są duże i łatwe do obserwacji oraz przeżyciowej identyfikacji. Ponadto są aktywne za dnia. Chruściki są mniejsze, aktywne wieczorem lub w nocy, znacznie trudniejsze do identyfikacji.  Trudno liczyć na wsparcie wolontariuszy-przyrodników.

W 2020 roku na łamach czasopisma Biologia opublikowana została praca o stwierdzeniu małego, rzecznego chruścika -  Adicella syriaca Ulmer, 1907 na Słowacji. Obecnie jest to najbardziej wysunięte na północ stwierdzenie tego gatunku. Czy dotrze niebawem do Polski? Zwyczajowa nazwę można utworzyć jako: adicella syryjska. Już sama nazwa podkreśla południowe pochodzenie tego gatunku. Ani larwa, ani imago nie są łatwe w identyfikacji. Potrzebna lupa stereoskopowa (by powiększyć obraz i dostrzec cechy) oraz specjalistyczna literatura oraz umiejętności eksperta. Nawet jeśli dotrze do Polski to szybko się o tym nie dowiemy...

Autorzy publikacji, na podstawie analizy danych literaturowych stwierdzili, że zasięg występowania Adicella syriaca  przesunął się 250 km na północ w porównaniu z poprzednimi obserwacjami. Wspomniany chruścik najdalej na północ występował w  rzekach północno-panońskich, w tym obszar zalewowy górnego Dunaju. W Europie stwierdzany był także w Bułgarii, na Bałkanach, w Rumunii, Grecji. Autorzy przypuszczają, że możliwym wyjaśnieniem zmiany zasięgu gatunków jest zmiana klimatu.

Adicella należy do rodziny wąsatkowatych (Leptoceridae). Dorosłe chruściki z tej rodziny odznaczają się bardzo długimi czułkami, co znalazło odzwierciedlenie w polskiej nazwie zwyczajowej - wąsatkowate. Gatunki z rodzaju Adicella zasiedlają rzeki. Są niewielkie, do tej pory spotkałem zaledwie kilka larw z tego rodzaju w polskich wodach. Są trudne w identyfikacji i słabo poznane.

Źródło: Adicella syriaca (Trichoptera: Leptoceridae) in Slovakia – the northernmost record from Central Europe. Spreading of an aquatic insect in the period of climate change? Tomáš Navara, Igor Kokavec,  Jakub Cíbik, Jozef Lukáš & Pavel Chvojka, Biologia, 2020.

09.06.2020

O fruczaku trutniowcu co przez wiercenie się bujankę przypominał

(For. Anna Szymajda)
Na początku czerwca w okolicach Olsztyna pojawiło się kilka udokumentowanych fotograficznie spotkań z niezwykłym motylem. Motyl nocny ale fruwa za dnia. Motyl a wygląda jak trzmiel. Przykład mimikry, czyli upodobniania się do innego gatunku.

Fruczak trutniowiec (Hemaris tutyus), zaobserwowany został w Lęgajnach i Różnowie. Wzbudził duże zainteresowanie. Anna Szymajda zapytała czy to jest ta bujanka, co kolibra udaje (niedawno o tej muchówce pisałem). Bo małe, włochate i zachowuje się jak mały koliber. 

Fruczak trutniowiec należy do zawisaków (Sphingidae), motyli nocnych, stosunkowo dużych, które zazwyczaj nocą fruwają i spijają nektar z kwiatów. Jak na motyle przystało. Ale nie siadają na kwiecie, tylko pożywiają się w locie, zawisają w powietrzu niczym kolibry. Dlaczego aktywne są nocą? Bo to swoista ucieczka przed owadożernymi ssakami i ptakami. Nie dać się zjeść. A więc dobrze się schować. Ileż jednak można siedzieć w ukryciu? Przecież jeść się chce! Znaczna część owadów przeniosła więc swoją aktywność na porę nocną. Wtedy nic albo niewiele widać. Może i trudno się poruszać ale za to się jest bezpiecznym przed równie sprawnie latającymi owadożernymi ptakami. A że ptaki większe są od owadów to i stanowią zagrożenie. Niezwykle rzadko zdarza się, że duża modliszka upoluje małego ptaka, np. kolibra. Owady zjadają lub podjadają ptaki jedynie jako pasożyty albo jako padlinożercy (muszą więc czekać na śmierć skrzydlatego kręgowca). A skoro nocą latało i lata dużo owadów, to pojawiły się nietoperze - nocni zjadacze owadów. Ewolucja nie znosi pustki. 

Wiele aktywnych nocą motyli jest gęsto owłosionych. To swoiste ubranko-niewidka, bowiem gęste uwłosienie wycisza fale dźwiękowe, emitowane przez nietoperze, i przynajmniej w części czyni mniej "widocznym" w nocy.

Fruczak trutniowiec, tak jak i jego kuzyn fruczak bujankowiec zwany także  fruczakiem trzmielowcem (Hamaris fusciformis), ma prawie całkiem przezroczyste skrzydła, niczym jakaś błonkówka czy muchówka. Jedna z nazw - fruczak bujankowiec - odnosi się do podobieństwa z wiosenna muchówką - bujanką. Trudniowiec czy trzmielowiec odnosi się do podobieństwa z trzmielami i pszczołami. Wspomniane błonkówki mają żądła - mały drapieżnik, który próbował już upolować żądłówkę może mieć niemiłe wspomnienia. I będzie omijał takie owady. Zatem mimikra i upodabnianie się do groźnych, żądlących owadów jest ewolucyjnym wynalazkiem w unikani ubycia zjedzonym. A że trutnie żądeł nie mają to może twórcy nazwy - fruczak trutniowiec - w jakiś dowcipny sposób nawiązali do nieżądlącej żądłówki. Bo przecież motyl, nawet jak trzmiela przypomina, to i tak żądła nie ma. Tylko udaje. A w przyrodzie dużo jest udawania i chowania się.

Fruczak trutniowiec (Hemaris tutyus) ma dość charakterystyczne ubarwienie i nawet na niezbyt wyraźnym zdjęciu możliwe jest odróżnienie go od bliskiego kuzyna fruczaka bujankowca. Z kolei nieco większy fruczak gołąbek, nie udaje żadnego żądlącego owada. Fruczak trutniowec to niewielki ale krępy owad o rozpiętości skrzydeł ok. 4 cm. Owady dorosłe spotkać można od początku maja do początku lipca. Czasem pojawia się drugie pokolenie od początku lipca do sierpnia. Środowiskiem życia tego motyla są śródleśne łąki, polany, ugory, przydroża. Gąsienice żerują na świerzbnicy polnej (Knautia arvensis), świerzbnicy leśnej (K. silvatica), driakwi gołębiej (Scabiosa columbaria) oraz innych, pokrewnych gatunkach z rodziny szczeciowatych (Dipsacaceae). Owady dorosłe spijają nektar z różnych roślin, np. z mniszka lekarskiego co zostało uwiecznione na załączonych zdjęciach. Imagines są aktywne za dnia, spotkać je można w czasie słonecznej pogody gdy fruwają nad kwiatami w poszukiwaniu nektaru.

Fruczak trutniowiec występuje w całej Polsce, miejscami licznie, jest gatunkiem palearktycznym (zachodnia i środkowa Palearktyka)
(For. Anna Szymajda)

Źródła: Jarosław Buszko "Atlas motyli Polski. Część II. Prządki, zawisaki, niedźwiedziówki. Warszawa 1997 r.


07.06.2020

Do tegorocznych maturzystów - trzymajcie się !

Tegoroczni maturzyści podchodzą do egzaminów w sporym stresie i niepewności. Wraz z wieloma nauczycielami przesyłam Wam, drodzy maturzyści, słowa otuchy i wsparcia. I rodzicom - bo czasem to właśnie Wasi rodzice bardziej przeżywają niż Wy sami.

Żyjemy w czasach ogromnej przemiany cywilizacyjnej. Zdalna edukacja, związana z epidemią, jest tylko małym elementem tych zmian.

Profesor Lech Makiewicz  napisał że "ludzie reagują różnie na stres. Jedni, należę do tej grupy, uwielbiają, jak im chlupocze adrenalina, bo to daje im flow. Innych to blokuje i nie pozwala się skoncentrować. Ci zdadzą tym lepiej, im mniej się będą denerwować. Zabawne, prawda? Z perspektywy przedemerytalnej widać, że matura była jak mgnienie, jeden krótki i wcale nie najważniejszy epizod na długiej drodze. Świat jest dzisiaj otwarty bardziej niż kiedykolwiek. Dobry wynik matury rzeczywiście otwiera pewne możliwości, ale jest wiele ścieżek, o które nikt [na maturze] o to nie pyta. Jeśli ktoś ma na myśli dobre studia, to klasyczne, stacjonarne uczelnie są już w odwrocie, a pandemia przyspieszyła ten proces. Mówiąc w uproszczeniu, jeśli i tak studia na regionalnym uniwersytecie X będą miały silną składową cyfrową, to dlaczego od razu nie studiować wykładów z najlepszych uczelni na świecie? Niech każdy stara się o to, na czym mu najbardziej zależy. Chcę tylko powiedzieć, że matura jest w życiu mniej ważna, niż się wydaje w przeddzień egzaminu. Życie jest długie i niezależnie tego, jak Wam pójdzie, otworzy przed Wami mnóstwo interesujących możliwości. Naprawdę ważne jest, czy będziecie umieli je dostrzec i z nich skorzystać."

Nawiązując do powyższych słów chciałbym tegorocznym maturzystom powiedzieć, że uczymy się całe życie. Ze wszystkim zdążysz. Z egzaminem maturalnym wejdziesz w tej świat nieustannej zmiany i poszukiwania. Niezależnie od jego wyniku. Spokojnie, wiele jest dróg i wiele lat poszukiwania tego, co w życiu ważne i wartościowe. Ważne, że przystąpisz do tego egzaminu, nie przywiązuj zbytniej wagi do ocen. 

To pierwszy ważniejszy egzamin, ale będzie ich więcej i będą bardzo zróżnicowane. Czasem o sukcesie decyduje przypadek, słabszy lub gorszy dzień. Nie ma takich błędów, których nie da się poprawić. I nie wszystko, czego uczyłeś się w szkole, będzie potem przydatne. 

Zatem droga maturzystko i drogi maturzysto. Ważne, że do matury przystępujesz. To Twój sukces i efekt kilku lat pracy. Poznasz bardziej siebie, jak reagujesz na sytuacje stresowe. I będziesz wiedziała (wiedział) w co warto jeszcze inwestować we własnym rozwoju. Życie jest długie, ze wszystkim zdążysz. I nikt teraz nie wie, które umiejętności i kompetencje będą przynosiły sukces za lat kilka. Ponadto żaden egzamin nie sprawdza wszystkiego. Nie przywiązuj więc zbyt dużej wagi do ocen. Nie one są miarą wartości. To tylko ułomna i dodatkowa informacja zwrotna. 

Ja maturę zdawałem w stanie wojennym. Też było sporo niepewności. Byłem dobry z matematyki. Nie sprawiała mi trudności. Ale na maturze ledwo zdałem na 3. Coś mnie kompletnie zaćmiło. Na ustnym egzaminie bez najmniejszego problemu poprawiłem na 4. I dziwiłem się, że tak łatwo było. Zatem egzamin i ocena często są kwestią przypadku, dobrej lub złej formy danego dnia. Jeden dzień nie przesądza o całym życiu.

Przez całe dalsze życie będziesz zdawać wiele różnych egzaminów. Niemalże każdego dnia. Na wielu nie będzie żadnych ocen. Świat ciągle się szybko zmienia. Sama edukacja się drastycznie zmienia, coraz bardziej wychodząc z tradycyjnej szkoły.

W pracy zespołowej potrzebni są bardzo różnorodni ludzie, i tacy, którzy lubią adrenalinę i tacy, których stres blokuje. Czasem są sytuacje stresowe - wtedy zespół ciągną ci pierwsi, czasem jest nuda - wtedy zespół ciągną ci drudzy. Razem można wiele. Maturę zdajesz indywidualnie a potem pracujesz i działasz zespołowo. 

Trzymajcie się! Po latach mogę napisać, że matura nie jest tak ważna jak w czasach licealnych myślałem. Jest przygodą ważną dla Ciebie tu i teraz.

PS. Tak, w załączonej grafice są dwa błędy literowe, w tekście nie (bo wcześniejszy tekst na Facebooku edytowałem i poprawiłem). Błędy się znalazły bo został skopiowany komentarz z Facebooka. Nie było korekty. Grafiki już sam zmienić nie poprawię, tekst mogę. Ale to dzięki tej "wadliwej" grafice pojawił się ten wpis. Gdyby nie ta grafika nie pomyślałbym, że warto kierować te słowa jako wsparcie dla maturzystów i ich rodziców.  Nie ma co się bać błędów. Na maturze również. Nawet przeciętny mózg ludzki przeczyta i zrozumie, błędy automatycznie w mózgu skoryguje. Niemniej te błędy są niezamierzonym wsparciem: Nie bój się błędów. Niech strach przed błędem nie paraliżuje Twojej aktywności. Błędy można skorygować, wyjaśnić. Brak aktywności trudny będzie do nadrobienia. Po prostu nie będzie czego poprawiać.

W szkole średniej miałem duże trudności z językiem polskim. Dopiero wiele lat później poznałem przyczynę - jestem dyslektykiem. Na pierwszym dyktandzie w liceum zrobiłem sporo błędów. Ocena była bardzo surowa: 2 (niedostateczny) z trzema minusami. Wtedy dwójka była oceną najniższą. Wystraszyłem się, na kolejnych dyktandach i pracach klasowych bałem się pisać, bo bałem się błędów. Ale i tak dostawałem oceny niedostateczne, bo mało było treści, a błędy i tak się pojawiały. Groziło mi niezdanie do drugiej klasy. Potrzebne były korepetycje (czyli podejście indywidualne do ucznia). Sukcesem była ocena 3 z minusem. Ale dopiero w starszej klasie, przy innej pani od polskiego, nabrałem odwagi by wyrażać swoje myśli. Nawet zdarzyło mi się w pracy klasowej napisać wiersz. Na poczekaniu. Bo nie bałem się tworzyć i wyrażać swoje myśli. Wtedy już nie bałem się swoich błędów.

Dalej robię mnóstwo błędów w czasie pisania. Po części dlatego, że jestem dyslektykiem, po części dlatego, że myśli szybciej biegną niż pisanie. Wiem, że muszę sprawdzać i poprawiać (ten tekst już poprawiałem kilka razu). Nie zawsze zdążę, nie zawsze od razu. Edycja tekstu ułatwia poprawianie. I współpraca z innymi, którzy wskazują błędy. Ale błędy ortograficzne to najmniejszy problem. Pustka bez błędów dalej pozostaje pustką. Milczenie poprawne ortograficznie dalej jest milczeniem.

Wracając do matury - nie obawiaj się. To, że przystępujesz do tego egzaminu jest wyzwaniem i Twoim sukcesem. Nie bój się błędów. Bo strach paraliżuje kreatywność i odwagę myślenia. Lepiej jest popełniać błędy niż milczeć. Tak jak ja teraz przy próbie dodania otuchy tegorocznym maturzystom. 

06.06.2020

Kolejne informacje o stanowiskach leśnego tulipana Tulipa sylvestris

(Dzikie, leśne tulipany Tulipa sylvestris, fot. Anna Gniewczyńska)
Współczesne czasopisma naukowe narodziły się z... listów, pisanych przez przyrodników, badaczy, naukowców. Najpierw krążyły w obiegu prywatnych, jako uzupełnienie rzadko drukowanych książek i okazjonalnych rozmów. Książki były drogie, więc niezbyt często były drukowana a czas przygotowania był długi, w tym zbierania materiałów. Czasem książka powstawała przez całe życie badacza. Rozmowy bezpośrednie nie były częste bo różni przyrodnicy i badacze rozproszeni byli (i są!) po całym świecie a więc okazji do bezpośredniego spotkania też nie było za wiele. Pozostawały listy, zwłaszcza gdy upowszechniły się narodowe instytucje pocztowe. Z czasem takie listy zaczęto drukować w gazetach a po jakimś czasie narodziły się wyspecjalizowane czasopisma naukowe - by łatwiej było znaleźć informacje o obserwacjach i sprawozdania z badań. Wszak były i są one informacjami w zasadzie niszowymi. Ciągle przybywa czasopism naukowych bo zwiększa się liczba naukowców. Wszystkich publikacji rocznie ukazuje się obecnie ok. 1,5-2 miliony, rozproszone po tysiącach różnych czasopismach, pisanych w najróżniejszych językach. Samodzielnie nie sposób sprawdzić wszystkiego. W wyszukiwaniu artykułów oraz informacji w coraz większym stopniu zdajemy się na metody komputerowe, bazy danych i sztuczną inteligencję. W taki sposób sztuczna inteligencja (lub tylko obwody elektryczne i krzemowe) włączona została to tworzenia, gromadzenia i obiegu informacji naukowych.

Są jednak liczne drobne informacje, które nie nadają się jeszcze na publikację. A jednocześnie szkoda by zostały niezauważone, nieodnotowane. Krążą w różnych forach dyskusyjnych, portalach społecznościowych, e-mailach. Są nową i jeszcze nieskodyfikowaną formą obiegu informacji. Coś pośredniego między informacją ustną a publikacją (bo jednak jakiś weryfikowalny ślad zostaje).

Już kilkakrotnie zamieszczane ma moim blogu drobne informacje przyrodnicze posłużyły do przygotowania szerszych analiz faunistycznych czy botanicznych. Ktoś więc je znajduje. Nie giną bezpowrotnie. Dlatego zamieszczam niżej list z informacją o nowym stanowisku leśnego tulipana. Po kilku artykułach na moim blogu odezwało się w ciągu kilku lat wiele osób. Obserwacje, zdjęcia i informacje przydały mi się do przygotowania referatów i materiałów dydaktycznych. Nie jestem botanikiem, publikacji naukowej na temat tego gatunku nie napiszę. Ale niech zbierane informacje przydadzą się innym, czy to przyrodnikom amatorom czy to akademickim botanikom. Być może przy okazji uczestniczę w narodzinach nowego standardu lub formy obiegu informacji naukowych.

Niżej list, który otrzymałem 12 maja 2020 roku ale obserwacje dotyczą roku 2017.

Dzień dobry! 
Przywiódł mnie na Pańskiego bloga Michał Smoczyk, i doniesienia o tulipanach z Bystrzycy Kłodzkiej. Znam takie miejsce gdzie rosną tulipany. Ale najpierw wyjaśnię, jak do tego doszło. Skończyłam biologię na UAM Poznań, pracę mgr pisząc pod kierunkiem prof. Zb. Celka, dot. flory dawnych poniemieckich cmentarzy z rejonu Pomorza Zachodniego. Skąd pochodzę. Zapał do chodzenia po cmentarzach pozostał. :) I tym sposobem, w wyniku różnych zbiegów okoliczności, zaczęłam inwentaryzować florę cmentarza w Międzyrzeczu, woj. lubuskie (gdzie mieszkam). W 2017 r. natknęłam się na tulipana dzikiego. Niestety moje badania przechodziły różne koleje losu, ostatecznie ich nie domknęłam, ale potwierdzam, tulipan jest. 

Szacuję, że jest to populacja do 100 sztuk. ("na oko" bo są też rozproszone po całym obiekcie, około 1 ha, występują zarówno pojedynczo na grobach lub w ich bezpośrednim otoczeniu, jak i w większych skupieniach - jak to na zdjęciu). W tej chwili już przekwitły, więc dokładniejsze liczenie odkładam na "za rok". Cmentarz został założony w XVIII w. (dane wg karty cmentarza). Położony jest w obrębie miasta, był miejscem pochówku ludności wyznania katolickiego - tuż obok, za murem istniał znacznie większy cmentarz ewangelicki - w latach 60 zrównany z ziemią i zamieniony w park. Natomiast na katolickim do lat 60 XX w. odbywały się pochówki. Obecnie cmentarz ten jest zamknięty (czyli bez pochówków) a miasto ma nowy cmentarz komunalny usytuowany na obrzeżach. Więc tulipan raczej nie jest współczesnym nasadzeniem w tym miejscu a reliktem dawnej uprawy. Dodam jeszcze, że zdecydowanie preferuje miejsca nasłonecznione w obrębie cmentarza, a te pod koronami drzew - ominął. 

Załączam kilka zdjęć, z 2017 r. Mam nadzieję, że dane te okażą się przydatne w dalszych badaniach nad pochodzeniem i rozprzestrzenieniem Tulipa sylvestris. Pięknego dnia! 
Anna Gniewczyńska  
Pracownia Przyrodnicza KONAR 
Twierdzielewo"

(Dzikie, leśne tulipany, fot. Anna Gniewczyńska)

(Dzikie, leśne tulipany, fot. Anna Gniewczyńska)

(Dzikie, leśne tulipany, fot. Anna Gniewczyńska)

(Dzikie, leśne tulipany, fot. Anna Gniewczyńska)

Więcej informacji o leśnych tulipanach znajdziesz tu: https://profesorskiegadanie.blogspot.com/2018/05/a-w-silginach-kwitna-lesne-tulipany.html

05.06.2020

Straszne, trujące, jadowite - tajemnicze istoty z miejskiej łąki

Zbrodnia może być niesłychana (pani otruła pana?), w parku na łące i całkowicie zdalnie. By nie ułatwiać dyspersji wirusom. I na razie nie wiadomo czy to pani zabiła pana, jak i dlaczego i czy zjadła czy zakopała. Trucizny lać się będą mililitrami a trup słał się będzie gęsto. Zbrodnia wirtualna i edukacyjna (instrukcja dołączenia do gry niżej, a kod aktywacyjny na samym dole).

Panowaliśmy, planowaliśmy i zrobiliśmy (dr Monika Grochalska, mgr Lidia Bielinis, Stanisław Czachorowski, dr Monika Maciejewska). To miejsce jest tajne i zaszyfrowane, tu się zacznie, ale dopiero we wrześniu, w czasie Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki. Wrzesień nadszedł. Zaraz się zacznie.


Straszne, trujące, jadowite - tajemnicze istoty z miejskiej łąki

Lubimy rozmawiać o pogodzie. To temat do rozpoczęcia rozmowy nawet z nieznajomym. Jednak media lubią sensacje, zbrodnie i nieszczęścia. Zostań z nami dziennikarzem lub lub detektywem. Poszukaj śladów, rozwiąż zagadki, poznaj życie w miejskiej dżungli w skali mikro.  Przechodzisz alejką parkową i nie widzisz tego, co się w trawie dzieje. A dzieją się tam rzeczy niesłychane!

Czy jest możliwe, żeby trup gęsto słał się na łące? Pomyślcie tylko... trudno to teraz sobie wyobrazić - nieprawdaż? A jednak to zdarzyło się na pewnej łące miejskiej w Olsztynie…

Gra on line, opowiadająca o przyrodzie z sensacjami, miłością, zbrodniami. Rośliny bronią się przed zjedzeniem trującymi substancjami, niektóre owady mają żądła, inne są toksyczne lub niesmaczne. Jeszcze inne upodabniają się do groźnych zwierząt (mimikra). Nieustanna walka, ucieczka, polowanie i poszukiwanie zdobyczy. Niesamowity i dziki świat pod naszymi stopami. Chcesz ten świat odwiedzić? Masz odwagę zostać reporterem i łowcą sensacji z miejskiej łąki?

Kto kogo, dlaczego i jakie miał motywy? Będzie to w pełni wirtualna podróż z zagadkami, będą rośliny, grzyby i zwierzęta z miejskiej łąki. Czyli to, co możemy spotkać na spacerze.

Bać się i uciekać czy może zjeść ze smakiem?

Zaryzykujesz z nami? Wchodzisz do gry?

W czasie gry nie da się wysiedzieć w domu, będziesz musiał(a) wyjść z domu do parku, do lasu, nad jezioro. 


Instrukcja (opracowana przez Lidię Bielinis)

Aby poznać tajemnicze, straszne i trujące istoty z miejskiej łąki potrzebujesz smartfona albo tabletu z dostępem do mobilnego Internetu.

Twoim pierwszym zadaniem będziecie ściągniecie aplikacji do gry za pomocą Google Play albo App Store. Kliknij w jedną z tych ikonek na swoim smartfonie:

 

 Postępuj zgodnie z instrukcją załączoną poniżej

KROK 1


 KROK 2

 

KROK 3

 

KROK 4



Po kliknięciu przycisku „Scan code” (skanuj kod) zeskanuj QR kod startowy do gry, 

KROK 5


KROK 6 


KROK 7 

KROK 8 



Brawo, prawdopodobnie widzisz już okienko powitalne gry na swoim smartfonie! Wszystkie dalsze instrukcje będą się wyświetlać w aplikacji Actionbound.

W przypadku kłopotów z pobraniem aplikacji lub rozpoczęcia gry, skontaktuj się z Lidią Bielinis: lidia.bielinis@uwm.edu.pl


Kod startowy do gry  


P.S.
Jeśli będziesz w Olsztynie to zapraszamy na wycieczkę niewidocznym przewodnikiem, pt. Co się niezwykłego na Jeziorze Płociduga wydarzyło? Weź ze sobą telefon komórkowy: https://profesorskiegadanie.blogspot.com/2020/05/tajemnice-jeziora-pociduda-olsztynskie.html

04.06.2020

O tym jak pewien gryzuń zamieszanie na tarasie wywołał

(Nastrosz połpawik, 2015 r.,
Fot. Katarzyna Enerlich)
Owady, zwłaszcza te duże, wywołują w nas uczucie zaniepokojenia, niezwykłości, czasem strachu i odrazy. Są jakieś takie obce. Jako bezkręgowce mają zupełnie inny plan budowy, w niczym do nas nie są podobne. Co innego z kręgowcami – każde małe kaczątko, kociątko, jeżątko wywołuje u nas odruch sympatii i czułości. A młody owad, na przykład taka larwa czy gąsienica motyla, czy wzbudza chęć pogłaskania, przytulenia? Gdy więc spotkamy dużego, nietypowego owada, jakiegoś „owadomotyla”, to zaraz dzwonimy do telewizji (czytaj Owadomotyl czyli nastrosz topolowiec jako nocna moczytrąbka). Albo wrzucamy na jakiś portal społecznościowy i szukamy wyjaśnienia.

Tak też zrobiła mazurska pisarka Katarzyna Enerlich, gdy o poranku na swoim tarasie zobaczyła coś wielkiego-niezwykłego. Cyk zdjęcie i prośba o pomoc „Taka sytuacja u mnie na tarasie, pomóż! Zidentyfikuj!” A skoro zostałem wywołany do tablicy, to sięgnąłem do książek. Od razu widać, że to para motyli przyłapana in flagranti (gwoli ścisłości, ani przestępstwa nie było ani nijakiej zdrady małżeńskiej, ot owady tak mają). Widać, że jakieś zawisaki (Sphingidae). Ale żeby rozpoznać gatunek, trzeba było sięgnąć do książek.

Po ubarwieniu tułowia i pierwszej pary skrzydeł uwiecznione na zdjęciu motyle (ćmy) wydały mi się nastroszem półpawikiem. Poprosiłem o jeszcze jedno zdjęcie. I już wątpliwości nie miałem. Było widać charakterystyczne pawie oko na drugiej parze skrzydeł. Fakt, motyl duży, rozpiętość skrzydeł dochodzi prawie do 8 cm (7-7,8 cm). A tu jeszcze dwa, więc wielkość zwielokrotniona. Nietypowe skrzydła dodają odrobiny niesamowitości. Emocje uzasadnione. A na dodatek przygodny turysta nie wie czy to groźne czy nie (przecież pierwszy raz w życiu widzi). 

(Fot. Katarzyna Enerlich)
Nastrosz półpawik (Smerinthus ocellatus) inna nazwa to gryzuń półpawik. Nastrosz to pewnie od kształtu skrzydeł. Półpawik – to od plam na skrzydłach drugiej pary, przypominających pawie pióra. Ale dlaczego gryzuń? Motyle (dorosłe) przecież nie gryzą, mają trąbkę, którą spijają nektar. Gryźć może jedynie gąsienia, pięknie ubarwiona na zielono z „kolcem” na końcu odwłoka. Gryzie oczywiście rośliny, bo jest roślinożerna. Gąsienice żerują od lipca do września na wierzbach, czasem na brzozie, jabłoni, gruszy, czeremsze, kalinie koralowej i topoli. Na zimę zakopują się w ziemi, gdzie następuje przepoczwarczenie. 

Owady dorosłe można spotkać od połowy maja do końca lipca. Jak na motyle nocne przystało żerują głównie nocą. A najczęściej spotkać je można w sadach, ogrodach, lasach liściastych i mieszanych, parkach oraz nadrzecznych zaroślach. 

Nastrosz półpawik jest gatunkiem pospolitym w Polsce, ale ze względu na nocny tryb życia raczej go nie widujemy. Dlatego spotkanie z tym przepięknym zawisakiem wywołuje takie emocje i sensacje. Nastrosz dawniej lokalnie nazywany był także: lśniook, pawik, pawik nocny, półpawik, slniok, gryzuń, zmrocznica
Po co mu te pawie oczy? Wcale nie do ozdoby, ale żeby przestraszyć. Po rozpostarciu skrzydeł nagle ukazują się… oczy. A skoro oczy to pewnie jest tu jakieś duże zwierzę, ptak (sowa) lub jakiś drapieżny ssak. Takie oczy mogą wystarczyć małego, owadożernego amatora nastrosza półpawika. Oczywiście pod warunkiem, że jest kręgowcem (ten drapieżnik). 

Para nastroszy w miłosnej pozie przetrwała do wieczora – tak przynajmniej relacjonowała Katarzyna Enerlich. Nie wiem, czy swoimi wyjaśnieniami uspokoiłem mrągowską pisarkę, ale się starałem. Owad duży ale nie groźny dla człowieka, nie ugryzie, szkód w domu i obejściu nie na robi. Co najwyżej spije trochę nektaru. Ale to wszytko nocą, gdy domownicy śpią i nic nie widzą. 

03.06.2020

Piękny stwór w lesie szósta dziesięć czyli nastrosz topolowiec jako nocna moczytrąbka

(Nastrosz topolowiec, początek czerwca 2020,
fot. Bożena Kraczkowska). 
Na spacerze polnymi ścieżkami lub w lesie z samego rana, na przykład szósta dziesięć, jeśli uważnie się rozglądać to spotkać można różne dziwy przyrody. Uważne oko obserwatora dostrzega nie tylko rośliny ale poszczególne gatunki roślin zielnych, konkretnych drzew. A między nimi owady.

Dzisiaj rano pani Bożena Kraczkowska umieściła na swojej facebookowej tablicy dwa zdjęcia i zaopatrzyła pytaniem: "a cóż to za piękny stwór?". Umieć patrzeć, dostrzegać i zachwycać się to wielka sztuka. Jeśli tym zachwytem dzielimy się z innymi, to znacznie więcej osób dostrzega i poznaje rodzimą przyrodę.   
Jest nas wielu a dzięki nowoczesnym środkom komunikacji tworzymy bardzo szerokie kręgi współpracy i wzajemnej edukacji. Kogo na samotnym spacerze zapytać o nazwę np. niezwykłego owada? Dzięki internetowi, zwłaszcza mobilnemu (w telefonie komórkowym), krąg potencjalnej konsultacji jest znacznie większy. Widzę coś niezwykłego, nieznanego? Robię zdjęcie, wrzucam gdzieś w media społecznościowe i niebawem wiem... że ten niezwykły stwór to nastrosz topolowiec, motyl nocny z grupy zawisaków. A przy okazji w tej wspólnej edukacji przyrodniczej uczestniczy znacznie więcej osób. Taki przyrodniczy crowd-learning - wzajemne uczenie się od siebie w grupie, nawet tej wirtualno-internetowej.

Na co dzień spotykamy różne owady. Najczęściej nie zwracamy na nie uwagi. Ale czasem zaskoczeni dzwonimy do gazety, radia czy telewizji z prośbą o identyfikację "potwora". Albo szukamy w internecie zdjęcia i wyjaśnienia, czy stwór, którego zobaczyliśmy jest groźny, czy może wyjątkowy i niezwykły. Czasem na przykład mamy wrażenie, że w Olsztynie są kolibry albo że ćmy piszczą.

Kilka lat temu (2014 r.) zadzwoniła z olsztyńskiej telewizji pani redaktor Natalia Karapuda i powiedziała, że ma jakiegoś dziwnego owadomotyla. Czyli coś podobnego do motyla ale jakoś tak dziwnego, że nie bardzo wiadomo czy to motyl czy inny owad (dodam, że motyle to owady). Stwora przyniosła jakaś słuchaczka z Dywit czy Dajtek. Przez telefon nie udało się  zidentyfikować rzeczonego owadomotyla. Lepiej było już po otrzymanym zdjęciu oraz przy bezpośrednich oględzinach. To był nastrosz topolowiec. W naturalnej pozycji ten nocny motyl ma nietypowo ułożone skrzydła, tak jakby był nastroszony. Chyba stąd jego nazwa – nastrosz.

(Nastrosz topolowiec, który wystąpił w lokalnej telewizji, 2014 r. fot. S. Czachorowski)

W atlasach entomologicznych zazwyczaj są na ilustracjach pokazane okazy spreparowane, z rozłożonymi skrzydłami. W takim ułożeniu widać wszystkie cechy, ale w pozycji w jakiej konkretnego owada możemy zobaczyć w naturze , nie pokazuje się (chyba, że w przewodnikach do rozpoznawania ze zdjęciami). I tak oto motyl wystąpił przed kamerą telewizyjną w zapowiedzi pogody, w olsztyńskiej TVP. Bardzo fotogenicznie i medialnie się zaprezentował. Przypomniały mi się dawne zapowiedzi telewizyjne pogody, prowadzone przez pana „Wicherka”. Czasem pokazywał niezwykle duże grzyby, jakieś dynie lub inne dziwadła czy sezonowe niezwykłości. A nasz nastrosz topolowiec należal do oryginalnych i nietuzinkowych ilustratorów prognozy pogody. Wiadomo, w Olsztynie wszystko jest niezwykłe. Bo żyją tu niebanalni ludzie i potrafią dostrzec więcej niż tylko dorodne borowiki czy przerośnięte dynie. Polacy lubią rozmawiać o pogodzie. To temat uniwersalny do rozpoczęcia rozmowy, nawet z nieznajomym. Być może to pozostałość po naszych wiejskich przodkach, nie ważne czy chłopach czy szlachcie zagrodowej. Życie na wsi, codzienna praca, mocno są związane z pogodą. Także i to, czy będą dobre plony czy raczej nieurodzaj. Nic dziwnego, że rozpoznawanie jutrzejszej i całorocznej pogody to ulubione zajęcie Polaków. W przysłowiach dużo tego znajdziemy. Ale teraz, jako telewizyjne mieszczuchy, nie potrafimy przewidzieć pogody po wschodzie czy zachodzie słońca, po chmurach czy zachowaniu dzikiej przyrody. Słuchamy telewizyjnych prognoz czy zaglądamy do internetu. Tam nam wszystko objaśnią.

(Nastrosz topolowiec,  
fot. Bożena Kraczkowska). 
Nastrosz topolowiec (Laothope populi) należy do motyli nocnych z rodziny zawisaków. Niektóre spijają nektar w locie, co przypomina zachowanie kolibrów (zobacz także opowieść o bujance). Zawisaki to duże motyle, więc o wrażenie, że w Olsztynie widziano kolibra, nie trudno (znajoma kiedyś podekscytowana pytała się czy w Olsztynie można spotkać te egzotyczne ptaki, bo wydawało się jej, że właśnie coś takiego widziała w ogródku). 

Nastrosz topolowiec w swej larwalnej młodości jest roślinożercą, gąsienice żerują na liściach topoli, rzadziej na liściach wierzb. Dorosłe motyle spotkać można od początku maja po początku sierpnia w całej Polsce. Ale to gatunek nocny, więc za dnia nie jest aktywny. W nocy jest bezpieczniej bo nie ma polujących owadożernych ptaków. Nastrosz - jak na motyla przystało - aparat gębowy ma w kształcie rozwijanej trąbki. Spija nektar z kwiatów. Można by więc go nazwać nocnym moczytrąbką (bo przecież motyl mordy nie ma - czasem o ludziach mówimy "moczymorda"). 

Dorosły owad jest włochaty - to wyciszająca powłoka, mająca za zadanie bycie "niewidzialnym" dla nietoperzy (to one polują na owady w nocy).

Skoro o nocnych motylach jest mowa, to warto wspomnieć i to, że czasem usłyszeć możemy pisk ćmy. Ryby i motyle głosu nie mają? Zazwyczaj, ale w przyrodzie są wyjątki. Motyle mają trąbki i za ich pomocą spijają nektar z kwiatów, czasem różne płyny z uszkodzonych drzew, gnijących i fermentujących owoców a nawet odchodów zwierząt. Ale zmierzchnica trupa główka za pomocą swojej trąbki potrafi wydawać dźwięk – w momencie zaniepokojenia piszczy, a głos jej podobny jest do głosu nietoperzy. Trupia główka, czyli ćma co dźwięki wydaje. Trąbka służy jej do trąbienia a nie tylko wysysania płynów. 

Zmierzchnica trupia główka zwana także zmorą trupią-głową (Acherontia atropos) to jeden z największych motyli nocnych - rozpiętość skrzydeł dochodzi do 10–14 cm, gąsienice mierzą do 13 cm. Waży do 10 gramów. Zaiste duża. Ale nazwę swoją wzięła od wzoru na grzbiecie, do złudzenia przypominającego czaszkę człowieka. U nas pojawia się rzadko (choć ostatnio coraz częsciej). Jej ojczyzną jest południowa Europa i Afryka. Czasem do nas zalatuje wiosną i wczesnym latem. Składa jaja na liściach ziemniaka, pomidora, bielunia lub pokrzyku (same trujące rośliny, co jej mroczność tylko podkreśla). Jesienią mogą pojawić się dorosłe osobniki drugiego pokolenia. Ale nie zostają u nas tylko lecą na południe, wracają do siebie. Co nie jest takie rzadkie u naszych motyli. Bo nie tylko ptaki na zimę od nas odlatują. 

Zmierzchnica trupia główka byłaby jeszcze bardziej medialna od nastrosza topolowca. Mroczność i tajemniczość w niej wielka. Co nawet w łacińskiej nazwie jest zawarte. A telewizja lubi sensacje, zbrodnie i nieszczęścia. Więc jak zobaczycie gdzieś zmierzchnicę – to dzwońcie do lokalnych dziennikarzy. Albo jeszcze lepiej - zróbcie zdjęcie i prześlijcie i umieśćcie w mediach społecznościowych..