4.01.2026

Zawisak tawulec w przedszkolnej łączce kwietnej

Zawisak tawulec z Olsztyna, zaobserwowany przez przedszkolaków.
 

Od kilku lat Liga Ochrony Przyrody w Olsztynie organizuje konkurs dla przedszkoli ph. "Moja łączka kwietna". Jako juror i wsparcie merytoryczne i ja biorę udział w tym konkursie. Jest okazja na dodatkowe spotkania z uczniami w terenie i opowiadanie im o ciekawostkach przyrodniczych i o tym "co piszczy w trawie". Nauczyciele wraz z przedszkolakami podejmują się róznych działań w zakładaniu i pielęgnacji tak zwanych łąk kwietnych w swojej okolicy. Tworzą dzikie zakątki przyrody i obserwują życie, jakie się tam toczy. Przy okazji nauczycielki robią zdjęcia dokumentacyjne. W tym roku swoje prace przesłały m.in. przedszkola z Olsztyna nr 1 i 36. Na jednym z przesłanych zdjęć (w ramach obserwacji przyrodniczych) znalazł się zawisak tawulec, piękny motyl nocny. Chciałoby się powiedzieć nocny owadzi koliber.

Zawisak tawulec (Sphinx ligustri) to jeden z bardziej efektownych nocnych motyli Europy, a przy tym gatunek, który świetnie pokazuje, jak fascynujące potrafi być życie dużych, nocnych zapylaczy. Dorosłe motyle pojawiają się od końca maja do lipca, najczęściej o zmierzchu, kiedy zaczynają szybować nad kwiatami zawisają przy kwiatach niczym kolibry. Ich długość ciała wynosi 44-50 mm a rozpiętość skrzydeł dochodzi do 10–12 centymetrów, co czyni je jednymi z największych zawisaków w Polsce. Przednie skrzydła mają barwę ciemnobrązową z delikatnymi jasnymi liniami, natomiast tylne zaskakują różowo‑łososiowym tłem przeciętym czarnymi pręgami. Równie charakterystyczny jest odwłok, poprzecznie pręgowany na fioletowo i czarno, dzięki czemu nawet w locie trudno pomylić tawulca z innym gatunkiem. Dorosłe zawisaki tawulce można w Polsce spotkać od maja do lipca. Samica składa jaja na spodniej stronie liścia rośliny żywicielskiej tuż przy żyłce unerwienia,

Gąsienice tawulca są równie imponujące jak dorosłe owady. Osiągają duże rozmiary – do 10 cm długości, są intensywnie zielone, ozdobione ukośnymi białymi i fioletowymi pręgami, a na końcu ciała mają charakterystyczny „róg” - łukowato wygięty, żółto-czarny „kolec”. Grzbiet ciała nieco jaśniejszy, co ma na celu efektywniejsze maskowanie gąsienicy (gra świateł i cieni). W momencie zagrożenia unoszą przód ciała, co ludziom kojarzy się z wyglądem sfinksa (znalazło to także odbicie w nazwie rodzajowej Sphinx). Żerują latem, od lipca do września, wybierając przede wszystkim rośliny z rodziny oliwkowatych. Najczęściej spotyka się je na ligustrze pospolitym, lilaku, tawule japońskiej, śnieguliczce białej, budlei Davida, wiciokrzewie pomorskim i innych krzewach. To właśnie od tawuł wzięła się polska nazwa gatunku, choć w praktyce najłatwiej znaleźć gąsienice na żywopłotach ligustrowych w parkach i ogrodach. Pod koniec rozwoju larwy schodzą na ziemię i zakopują się w glebie, gdzie zimują jako poczwarki.

Zawisak tawulec jest gatunkiem palearktycznym, szeroko rozpowszechnionym w Europie, w tym w całej Polsce. Preferuje lasy liściaste i mieszane, ale równie chętnie zasiedla tereny zurbanizowane. W miastach pojawia się często przy lampach ulicznych, które przyciągają go w ciepłe, letnie noce. Dane obserwacyjne pokazują, że gąsienice bywają znajdowane także na chodnikach i drogach, kiedy wędrują w poszukiwaniu miejsca do przepoczwarczenia.

Choć jego wygląd może sugerować egzotyczne pochodzenie, tawulec jest typowym elementem naszej rodzimej fauny. Nie stanowi zagrożenia dla roślin – żeruje punktowo i nie tworzy masowych gradacji. Jest natomiast ważnym nocnym zapylaczem, odwiedzającym jasne, pachnące kwiaty. Jego lot, szybki i zawisający, to przykład doskonałej adaptacji do pobierania nektaru z głębokich kwiatowych kielichów.

Zawisak tawulec to motyl, który łączy efektowność z niezwykle ciekawą biologią. Jego obecność w ogrodach i parkach jest dowodem na to, że nawet w środku miasta można spotkać przedstawicieli nocnego świata owadów, którzy prowadzą życie równie barwne jak ich skrzydła.

Ma także swoich prześladowców, gąsienice atakowane są przez parazytoidy, gąsieniczniki Diphyus palliatorius, a poczwarki przez Protichneumon pisorius. A same gąsienice i owady dorosłe zjadane są przez ptaki i nietoperze.

3.01.2026

O języku, który tworzy świat i o maszynach, które uczą nas patrzeć na ludzką kulturę

Zdjęcie z galerii sztuki, ludzka kreatywność i poszukiwanie sensu w kawałkach desek. Jak interpretujesz ten obraz/instalację? Zdjęcie moje, bez wspomagania AI.
 

Być może największą wartością AI jest nie to, by pisała za nas, ale to, byśmy mogli zobaczyć, jak piszemy my sami. Niczym w lustrze. Z dużymi modelami językowymi (LLM) piszemy łatwiej, szybciej i więcej. Tylko czy ktoś to będzie czytał? Przy 8 miliardach ludzi na Ziemi, milionów piszących w tradycyjnych książkach i czasopismach oraz setkach milionów piszących w mediach społecznościowych i elektronicznych, milionach naukowców publikujących swoje wyniki i przemyślenia, powstanie niewyobrażalnie dużo treści. Kto to przeczyta kiedykolwiek? Chyba nie ludzie. To czytać będzie głównie AI? Skoro pisać może niemalże każdy, to tworzymy więc w dużym stopniu do szuflady, a w zasadzie do serwerów (chmury). Dużo, szybko i tanio. Czy będzie jak z tanim i masowym plastikiem, który zaśmieca lasy, jeziora, oceany a w formie mikroplastiku zanieczyszcza nawet nasze organizmy? Już teraz cierpimy na nadmiar bodźców: informacji, opowieści, obrazów, wideo. Gwar niesłychany i ogromne przebodźcowanie. Nasze umysły cierpią jak nasze ciała z przejedzenia kalorycznymi fast foodami. Przekroczyliśmy chyba masę krytyczną. W przypadku uranu dochodzi wtedy do wybuchu jądrowego. A co będzie z tekstami i kulturą?

Bez wątpienia AI jest jak nowa osoba w społeczności – staramy się poznać zarówno tę osobą jak i to, co się zmieniło przez jej obecność i interakcje. A zmienia się dużo i szybko.

Jestem przedstawicielem nauk przyrodniczych, eksperymentalnych. I tak jak w oświeceniu, gdy uczeni odeszli od ksiąg by samemu sprawdzić w terenie czy jest prawdą, to co piszą inni w starych księgach, tak i ja teraz eksperymentalnie i samodzielnie, niczym niewierny Tomasz, dotykam i sprawdzam jak to coś działa. Czy rzeczywiście roślina mandragora piszczy jak się ja wyrywa z ziemi (bo tak jest w starych księgach)? Czy AI jest kreatywne czy tylko stochastyczną papugą?

Co było celem mojego kolejnego eksperymentu? Od dłuższego czasu poznaję eksperymentalnie AI, zapewne tak jak wielu innych ludzi. Najnowszym impulsem i inspiracją do ostatniego eksperymentu były słowa profesora Dragana, fizyka, i jego książka Quo vAIdis.

Był wstęp z zaznaczonym celem. Teraz pora na materiał i metody by eksperyment był powtarzalny przez innych. Zatem kilka słów o tym, jak powstał ten tekst. Napisałem trzy teksty jako relacje (sprawozdania) z eksperymentu (linki niżej). Po kolei te blogowe raporty wrzuciłem do Copilota z poleceniem streszczenia każdego i podsumowania. Następnie poleciłem by na podstawie tych streszczeń i podsumować napisał esej. A potem jeszcze w dwu nowych wersjach, bardziej akademickiej i bardziej literackiej. Obie wersje zostały przeze mnie nieco poprawione i zmodyfikowane.

Pytania moje są takie: na ile jestem autorem tego sprokurowanego w kilku etapach tekstu? Skąd się bierze jego oryginalność? Pomysł był mój, wykonanie w części AI. Kto jest więc autorem? A może jest to praca współautorska? Ale czy długopis, laptop czy edytor tekstu umieszczamy jako współautorów? Czy i jak wskazać wkład AI? Czy wystarczy podać metodologię tworzenia? A może nie ma znaczeni jak się tworzy tekst, a ważny jest tylko efekt końcowy? Co ja oryginalnego wniosłem to tego tekstu, który czytacie? Pomysł na eksperyment i sposób wykorzystania? W raportach były zawarte moje refleksje, a więc moje a nie AI. Ale cały czas dialogowałem z AI lub sam ze sobą za pośrednictwem AI. Przypominają mi się kolektywy myślowe Ludwika Flecka. On wtedy pisał tylko o ludziach, o naukowcach białkowych, z krwi i kości. Czy teraz jest to słuszne także dla społeczności hybrydowych, ludzko-maszynowych? Znowu więcej pytań niż odpowiedzi. Czyli zachęta do dalszych eksperymentów.

Copilot po wygenerowanym tekście sam podpowiadał w jakim kierunku można kontynuować i co jeszcze zrobić. Mogłem wybrać i skorzystać z tych podpowiedzi, albo podążać dalej tylko swoim zamysłem i zamiarem. Pod pierwszą wersją podsumowującego tekstu Copilot zaproponował m.in. wersję bardziej akademicką lub bardziej literacką. Wygenerowałem obie i po małych poprawkach przedstawiam niżej.

Wersja bardziej akademicka (nieco poprawiona):

Esej akademicki: Generatywne modele językowe jako narzędzie analizy języka, kreatywności i kultury

1. Wprowadzenie: eksperyment jako metoda poznania

W tradycji nowożytnej nauki eksperyment stanowi podstawowy sposób weryfikacji hipotez. Zamiast przyjmować założenia dotyczące natury generatywnej sztucznej inteligencji - czy jest ona kreatywna, czy jedynie stochastyczna - autor przeprowadza serię empirycznych testów. Wykorzystuje trzy różne modele językowe (Gemini, Copilot, Bielik), którym zadaje identyczne, celowo absurdalne zadania. Celem jest nie tylko sprawdzenie ich reakcji, lecz także zbadanie mechanizmów, które stoją za generowaniem sensu w warunkach braku znaczenia.

Eksperyment ten wpisuje się w szerszy kontekst epistemologiczny: poznawanie nowego obiektu - w tym przypadku AI - poprzez obserwację, porównanie i iteracyjne testowanie. To podejście przypomina klasyczne metafory poznawcze, takie jak opowieść o ślepcach dotykających słonia: dopiero suma fragmentarycznych obserwacji pozwala zrekonstruować całość.

2. Konstrukcja eksperymentu: słowa pozbawione znaczenia jako narzędzie badawcze

Wszystkie trzy modele otrzymały identyczny zestaw wymyślonych słów (protronista, somponitny, wykurglać, niuntowatość, murglowatość) oraz polecenie napisania eseju o „wpływie projekczycieli na ewolucję Smoka wawelskiego”. Słowa te nie istnieją w języku polskim, nie mają definicji ani konotacji kulturowych. Stanowią więc idealny materiał do badania:

  • jak modele radzą sobie z lukami semantycznymi,
  • czy potrafią nadawać znaczenia na podstawie kontekstu,
  • w jaki sposób budują spójność tekstu,
  • czy generują sens, czy jedynie jego pozór.

To test nie tyle kreatywności, ile mechanizmów emergencji znaczenia.

3. Wyniki: trzy modele, trzy strategie generowania sensu

3.1. Gemini — strategia literacko‑metaforyczna

Gemini wykazuje tendencję do tworzenia tekstów bogatych stylistycznie, pełnych metafor, neologizmów i rozbudowanych konstrukcji. Wymyślone słowa są przez niego natychmiast włączane w system semantyczny poprzez nadawanie im definicji kontekstowych. Model ten kompensuje brak znaczenia nadmiarem stylistycznym, co prowadzi do powstania tekstów efektownych, lecz pozbawionych rzeczywistej treści naukowej.

3.2. Copilot - strategia hybrydowa: fikcja + fakty

Copilot wyróżnia się zdolnością łączenia fikcyjnych elementów z poprawnymi informacjami naukowymi. Wprowadza do narracji realne dane paleontologiczne dotyczące gatunku Smok wawelski z Lisowic, a także tworzy struktury dydaktyczne, w tym kompletny scenariusz zajęć. Model ten generuje teksty, które - mimo absurdalnych założeń - posiadają logiczną strukturę i walor edukacyjny.

3.3. Bielik - strategia korekcyjno‑konserwatywna

Bielik wykazuje tendencję do „naprawiania” języka: zmienia słowo projekczyciel na projektor, co sugeruje silniejszą orientację na normatywność. Jego teksty są poprawne, lecz mniej rozbudowane stylistycznie. Model ten generuje sens poprzez ostrożne dopasowywanie kontekstu, unikając nadmiernych metafor i eksperymentów językowych.

3.4. Wspólna cecha wszystkich modeli

Pomimo różnic stylistycznych wszystkie trzy modele:

  • potrafią wpleść słowa pozbawione znaczenia w spójną narrację,
  • generują teksty, które sprawiają wrażenie sensownych,
  • ujawniają, że struktura języka sama w sobie może tworzyć iluzję znaczenia.

To kluczowy wniosek eksperymentu.

4. Język jako system nadmiarowy: metafora hologramu

Autor trafnie porównuje język do hologramu: nawet po usunięciu części elementów obraz pozostaje rozpoznawalny. W kontekście eksperymentu oznacza to, że:

  • sens nie jest zakodowany w pojedynczych słowach,
  • znaczenie powstaje z relacji między elementami,
  • kontekst wypełnia luki semantyczne,
  • odbiorca rekonstruuje sens na podstawie struktury, a nie treści.

To obserwacja zgodna z ustaleniami lingwistyki kognitywnej i teorii emergencji.

5. AI jako narzędzie analizy ludzkiej komunikacji

Eksperyment ujawnia, że generatywne modele językowe nie tylko imitują ludzkie wypowiedzi, ale także pozwalają je analizować. Teksty wygenerowane przez AI przypominają:

  • pseudonaukowe wywody pozbawione treści,
  • przemówienia polityczne oparte na pustych pojęciach,
  • dyskursy akademickie, w których forma dominuje nad treścią.

AI staje się więc lustrem, które odbija mechanizmy ludzkiej komunikacji - w tym jej skłonność do tworzenia pozorów sensu.

6. Kreatywność jako zjawisko emergentne

Eksperyment prowadzi do pytania o naturę kreatywności. Czy AI jest kreatywna? A może to człowiek przecenia własną kreatywność, nie dostrzegając, że większość twórczości polega na rekombinacji istniejących wzorców?

Wyniki sugerują, że:

  • kreatywność może być efektem działania systemu językowego,
  • nowość nie musi wynikać z intencji, lecz z kombinatoryki,
  • zarówno człowiek, jak i AI operują na podobnych zasadach emergencji,
  • różnica między nimi może być ilościowa, nie jakościowa.

To otwiera pole do dalszych badań nad relacją między językiem, kulturą i technologią.

7. Zakończenie: pytania ważniejsze niż odpowiedzi

Eksperyment nie prowadzi do ostatecznych konkluzji i to właśnie stanowi jego wartość. Zamiast zamykać temat, otwiera nowe obszary refleksji:

  • jak powstaje sens?
  • czym jest kreatywność?
  • jak działa język jako system?
  • co AI mówi nam o nas samych?
  • czy kultura i biologia podlegają podobnym mechanizmom nadmiarowości i rearanżacji?
  • Czy podobieństwo między ewolucją biologiczną a ewolucją kulturową to tylko powierzchowna analogia?

W duchu nauki autor kończy nie odpowiedzią, lecz zaproszeniem do dalszego badania. Poznanie osiąga pełnię dopiero wtedy, gdy staje się doświadczeniem wspólnym.

 

Linki do relacji z eksperymentów:

Wersja literacka (poprawiona i nieco zmodyfikowana). Wybrałem taką by jeszcze uprościć podsumowanie i nadać mu bardziej przyswajalną dla przeciętnego odbiorcy formę:.

Esej literacki: O języku, który tworzy świat, i o maszynach, które uczą nas patrzeć

Od trzech lat żyjemy w świecie, w którym obok ludzi pojawił się nowy byt. Nie z krwi i kości, nie z mitów ani z kosmicznych opowieści, lecz z matematyki, statystyki i niepojętej dla nas gęstwiny wag neuronowych. A jednak, gdy z nim rozmawiamy, czujemy się tak, jakbyśmy dotykali czegoś znajomego. Jakbyśmy wchodzili w dialog z lustrem, które odbija nie tylko nasz język, ale i nasze własne złudzenia.

Mój eksperyment - prosty, a jednocześnie przewrotny - polegał na tym, by włożyć w ręce tych nowych bytów słowa, które nie istnieją. Słowa puste jak skorupy, pozbawione historii, znaczeń, konotacji. Słowa, które nie mają żadnego zakotwiczenia w kulturze. I sprawdzić, co się stanie, gdy poprosimy je o stworzenie z nich sensu. Czy będą milczeć? Czy odmówią? A może- jak człowiek, który nie chce przyznać się do niewiedzy - zaczną mówić, byle mówić?

Gemini odpowiedział jak poeta, który nie zna ciszy. Wypełnił pustkę metaforami, jakby bał się, że jeśli zostawi choćby jedno zdanie bez ornamentu, cały świat się rozsypie. Jego teksty były jak barokowe freski: piękne, przesadne, pełne własnych definicji, które rodziły się w locie. Słowa, które mu podałeś, stały się dla niego tworzywem, z którego ulepił własny kosmos. Nie miało znaczenia, że były bezsensowne — sens powstawał z samego aktu mówienia.

Copilot poszedł inną drogą. On nie tylko mówił - on budował. Łączył fikcję z faktami, legendę z paleontologią, Smoka wawelskiego z Lisowicami, a neologizmy z dydaktyką. Z nonsensu tworzył narzędzia edukacyjne, jakby chciał powiedzieć: „Skoro dałeś mi chaos, to ja zrobię z niego strukturę”. Jego odpowiedzi były jak dobrze zaprojektowane ogrody - nie dzikie, nie barokowe, lecz uporządkowane, z alejkami prowadzącymi od mitu do nauki, od zabawy do metodologii.

Bielik natomiast zachowywał się jak ktoś, kto najpierw poprawia kołnierzyk, zanim zacznie mówić. Zmieniał słowa, wygładzał zdania, próbował przywrócić język do normy, jakby bał się, że zbyt duża swoboda może go zaprowadzić w rejony, gdzie nie czuje się pewnie. Jego teksty były skromniejsze, bardziej zachowawcze, ale również spójne. Mniej było w nich fajerwerków, więcej ostrożności. Jakby mówił: „Nie wiem, czym jest ten świat, który mi dajesz, ale spróbuję go uporządkować”.

A jednak — mimo różnic — wszystkie trzy modele zrobiły to samo. Wzięły słowa bez znaczenia i wplotły je w narracje, które wyglądały na sensowne. Nadały im funkcje, role, konteksty. Wypełniły pustkę językiem. I w tym właśnie tkwi sedno mojego eksperymentu: nie w tym, jak różne są modele, lecz w tym, jak podobny jest mechanizm, który nimi rządzi.

Język działa jak hologram. Można go przełamać, można usunąć połowę elementów, a obraz i tak pozostanie rozpoznawalny (choć mniej wyraźny). Słowa są tylko fragmentami większej całości, a sens rodzi się nie z nich, lecz z relacji między nimi. Można włożyć w zdanie słowo „niuntowatość”, a mózg — ludzki czy maszynowy — i tak spróbuje nadać mu znaczenie. Bo język nie znosi pustki. Bo sens jest czymś, co tworzymy nawet wtedy, gdy nie mamy do tego żadnych podstaw.

I tu pojawia się pytanie, które unosi się nad całym eksperymentem jak mgła nad Wisłą: czym właściwie jest kreatywność? Czy to iskra boska, jak chcieliby romantycy? Czy może tylko bardziej skomplikowana wersja tego, co robią modele językowe — rekombinacja, wariacja, powtarzanie starych wzorców w nowych konfiguracjach? Może człowiek jest po prostu stochastyczną papugą, która nauczyła się wierzyć, że jej własne powtórzenia są czymś wyjątkowym.

A może kreatywność nie tkwi ani w człowieku, ani w maszynie, lecz w samym języku? W jego nadmiarowości, w jego zdolności do tworzenia sensu tam, gdzie go nie ma. W jego holograficznej naturze, która pozwala nam widzieć całość nawet wtedy, gdy dysponujemy tylko fragmentem.

Mój eksperyment nie daje ostatecznej odpowiedzi. I dobrze. Bo odpowiedzi zamykają, a pytania otwierają. A ja otworzyłem ich wiele: o naturę języka, o granice sensu, o relację między człowiekiem a technologią, o to, czy AI jest lustrem, w którym widzimy siebie wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej.

Może właśnie po to jest AI - nie po to, by pisać za nas, ale po to, byśmy mogli zobaczyć, jak piszemy my sami. Nie po to, by tworzyć sens, lecz by pokazać, jak łatwo go tworzymy, nawet gdy nie ma ku temu żadnych podstaw. Nie po to, by zastąpić człowieka, lecz by odsłonić mechanizmy, które człowieka tworzą.

A najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że odkrywanie nabiera pełni dopiero wtedy, gdy dzielimy się nim z innymi. I właśnie to robię: zapraszam do rozmowy, do wspólnego dotykania słonia, którego nikt jeszcze nie widział w całości.

2.01.2026

Smacznie śpisz a w tym czasie pluskwa cię podgryza

Stadia rozwojowe pluskwy domowej, grafika wygenerowana przez Copilot. AI nie udało się jedynie dobrze zilustrować pierwszego stadium larwalnego - brakuje jednej pary odnóży oczu i czułków.

Jak sama nazwa wskazuje owady… wadzą. Wiele gatunków sześcionogów wadzi nam w życiu codziennym. Jedne piją naszą krew, inne wyjadają naszą żywność i traktujemy je jako szkodniki, inne łaskoczą nas swoimi odnóżami i roznoszą chorobotwórcze mikroorganizmy. Jeszcze inne są jadowite i żądlące czyli sprawiają nam ból. Ale to tylko cześć owadziej bioróżnorodności, bo znacznie więcej owadów nam nijak nie wadzi a nawet pomaga i sprzyja. I nie mam na myśli tylko pszczoły miodnej. Niemniej, tak jak w mediach, więcej uwagi zwracamy na to co złe i wadzące niż na to co dobre i pożyteczne.

Dzisiaj chcę opowiedzieć (a w zasadzie opisać) o pluskwie domowej, najprawdopodobniej pierwszym miejskim owadzim gatunku synantropijnym, który na stałe do nas przylgnął w siedliskach trwałych domostw. Pluskwy, podobnie jak wiele innych bezkręgowców, uległy synantropizacji, dostosowując się do środowiska zmienionego przez człowieka i ucząc się żyć blisko niego.

Moje pierwsze spotkanie z pluskwą domową (Cimex lectularius) odbyło się w czasie studiów, w akademiku. Chyba sam nie byłem pokąsany, ale pluskwy były i nawet udało się nam złapać jednego owada. Od razu zrobiliśmy preparat mikroskopowy do obserwacji. Bo to pierwsza reakcja młodego i biologicznie zainteresowanego człowieka. Przyjrzeć się i zrobić materiał do dalszych obserwacji. Niech służy innym studentom. Po dezynsekcji akademika pluskwy zniknęły. Potem słyszałem o podróżujących pociągami w pluszowych obiciach nocnych pociągów dalekobieżnych. Na długo zapadła cisza ale w ostatnich latach pojawia się coraz więcej doniesień o ich dokuczliwej obecności wśród nas.

Kiedyś wyczytałem informacje, że pluskwa domowa „przeskoczyła” na człowieka z gołębi i to w starożytnym Rzymie, gdy ludzie mieszkali blisko z tymi ptakami. Artykuł czy książka wydawały się wiarygodne i taką wersje zapamiętałem a nawet upowszechniałem na zajęciach dydaktycznych. To był jeszcze jeden przykład odzwierzęcych chorób i pasożytów, jakie ludzie w rozwoju cywilizacyjnym pozyskali z otaczającej przyrody. Gdy ostatnio zainteresowałem się pluskwą domową to w wyszukanych informacjach jako źródło pluskwy domowej wskazane zostały nietoperze! Dwie, wykluczające się informacje. Trzeba więc było dokładniej sprawdzić i przeanalizować.

Z poszukiwań wyszło, że owszem, jest pluskwa, żyjąca na gołębiach i być może okazjonalnie atakować ludzi. Cimex columbarius, czyli pluskwa gołębia, to gatunek pluskwy pasożytującej głównie na ptakach, szczególnie na gołębiach, ale może atakować również ludzi i inne ssaki, przenosząc się z gniazd ptasich do domów, gdzie może powodować ugryzienia. Chociaż głównym celem są ptaki, pluskwa ta, podobnie jak inne gatunki z rodziny pluskwowatych (Cimicidae), może chwilowo pożywiać się krwią ludzi i innych stałocieplnych żywicieli. Żywicielem  pierwotnym Cimex columbarius gołębie i inne ptaki gniazdujące w budynkach. Potencjalnymi żywicielami, w razie braku ptaków dziko żyjących są ludzie, drób (kury), nietoperze, a nawet gryzonie. Siedliskiem tego gatunku pluskwy są gniazda ptaków, szczeliny w budynkach, strychy, poddasza, a w przypadku inwazji - mieszkania, hotele. Pluskwa gołębia jest w wyglądzie podobna do pluskwy domowej (Cimex lectularius), jest czerwono-brązowa i  spłaszczona. Być może to podobieństwo oraz okazjonalność atakowania człowieka była źródłem tej mojej błędnej informacji o pochodzeniu pluskwy domowej. Niemniej pluskwa domowa ludzi atakuje rzadziej niż Cimex lectularius, ale może powodować swędzące ukąszenia, przenosząc się z miejsc gniazdowania ptaków. Pluskwa gołębia może zasiedlać ogrzewane zimą pomieszczenia, stając się problemem inwazyjnym w miastach, często niezauważonym, dopóki nie zaatakuje ludzi. Jeśli w czasie pobytu w jakimś  mieszkaniu pojawiają się na naszym ciele pluskwopodobne ukąszenia, a w pobliżu są gołębie (np. na parapecie, strychu), a zwłaszcza po zakupie starych mebli, należy rozważyć możliwość obecności także pluskwy gołębiej (Cimex columbarius). Bo jak się okazuje nie każda pluskwa jest pluskwą domową.

Wróćmy jednak do pluskwy domowej (Cimex lectularius). Związek tej pluskwy z człowiekiem jest o wiele starszy, niż mogłoby się wydawać. Sięga czasów paleolitu (2,58 mln – 11,7 tys. lat temu), kiedy nasi przodkowie dzielili jaskinie z nietoperzami. To właśnie wtedy pasożyty, pierwotnie żerujące na nietoperzach, przeniosły się na człowieka i jego przodków. Miliony lat wspólnej ewolucji sprawiły, że pluskwy są perfekcyjnie przystosowane do naszych nawyków i stylu życia.

A dlaczego teraz jest więcej informacji o pluskwach domowych? Wydaje się, że jest ich więcej. W pierwszym odruchu można byłoby połączyć ekspansję pluskwy domowej z globalnym ociepleniem klimatu. Wszak najlepiej rozwija się w temperaturze 20-30 stopni Celsjusza a mróz jej ewidentnie szkodzi. Ale temperatura to tylko dodatkowy i mało ważny element. Główną przyczyną jest to, że częściej podróżujemy. I przewozimy niechcący tego owada w walizkach, plecakach i torbach podróżnych. Spotkać go można nawet w luksusowych hotelach bo pluskwy nie lęgną się z brudu, ani im bród nie sprzyja. Wymagają jedynie obecności człowieka bo w nocy żywią się naszą krwią a na dzień chowają się w różnych szczelinach. Są hematofagami, czyli krwiożercami.

Skąd się wzięły pluskwy jako krwiopijne i zewnętrzne pasożyty człowieka? Udało się to ustalić po różnych badaniach genetycznych. Przeszły na nas z nietoperzy. Badania naukowe (genetyczne) wskazują, że z nietoperzy pluskwa domowa przeszła na ludzi nie później niż 60 tys. lat temu, a prawdopodobnie dużo wcześniej. I stało się to najprawdopodobniej w jaskiniach. Możliwe, że wiele razy i w różnym okresie pluskwy te pożywiały się Homo sapiens czy Homo erectus a może i Homo neandertalensis. Jak wskazuje nam przypadek pluskwy gołębiej wiele razy w naszej ewolucji stykaliśmy się z krwiopijnymi owadami. Czasem bywa to związek okazjonalny i krótkotrwały, a czasem utrwala się i następuje duża specjalizacja pokarmowa. Czyli ewolucyjne dostosowanie się pasożyta do nowego żywiciela.

A że ludzie odwiedzali jaskinie dość rzadko, bowiem najczęściej nasi ciągle wędrujący przodkowie spali gdzież w szałasach, namiotach czy prymitywnych jurtach, to tam nietoperzy nie było. Był więc to kontakt człowieka z pluskwami raczej sporadyczny i uzupełnialiśmy jedynie krew wypijaną z nietoperzy.

Na stałe krwiopijne pluskwy związały się z ludźmi jakieś 13 tys. lat temu, gdy zaczęliśmy mieszkać w stałych miastach i wioskach. To pierwszy miejski pasożyt i miejski gatunek synantropijny. Po ostatnim zlodowaceniu populacja pluskwy żyjąca na nietoperzach nie odbudowała się, i dalej przeżywa populacyjny regres. Ale ta żyjąca na ludziach zanotowała duży sukces i ekspansję. Stałe zamieszkanie ludzi pomogło jej w zaadoptowaniu się do nowych warunków.

W latach 60. XX wieku, dzięki powszechnemu stosowaniu DDT czyli azotoksu (insektycyd), udało się zmniejszyć liczebność ludzkiej pluskwy domowej na całym świecie.  Ale po kilku, kilkunastu latach wróciły już bardziej odporne na pestycydy. Nieustająca wojna pasożyta z jego żywicielem.

Pluskwa domowa (Cimex lectularius) - dla wielu brzmi to jak relikt przeszłości i problem z dawnych, mniej higienicznych czasów. Nic bardziej mylnego. Te pasożyty przeżywają obecnie swój renesans i stają się poważnym, ogólnokrajowym problemem także we współczesnej, bogatej Polsce. Co gorsza, większość naszej wiedzy na ich temat opiera się na szkodliwych mitach.

Obecność pluskiew nie ma absolutnie żadnego związku z brakiem higieny czy czystości. Ich jedynym źródłem pożywienia jest krew, a do żywiciela przyciąga je ciepło naszego ciała i wydychany dwutlenek węgla a nie resztki jedzenia czy kurz. Dlatego można je spotkać wszędzie, od pięciogwiazdkowych hoteli po sterylnie czyste apartamenty.

Pluskwy przez dekady wykształciły znaczną oporność na wiele popularnych insektycydów. Ich szybki cykl życiowy, trwający w optymalnych warunkach zaledwie 6-8 tygodni, sprzyja błyskawicznej ewolucji tej odporności z pokolenia na pokolenie. Ich zdolność do chowania się w głębokich zakamarkach sprawia, że spraye ze środkami owadobójczymi po prostu do nich nie docierają. Co więcej, ich jaja są wyjątkowo odporne na większość substancji chemicznych.

Pluskwy nie latają ani nie skaczą. Są za to mistrzami transportu pasywnego (na gapę). Ich odnóża, wyposażone w pazurki, pozwalają im bez trudu czepiać się tkanin, walizek i mebli, podróżując z nami na ogromne odległości. Zwiększona mobilność ludzi stała się dla nich globalną autostradą. Wcześniej jaskinie z nietoperzami nie przemieszczały się. A wcześni nomadzi nie nosili ze sobą zbyt wielu rzeczy, w których mogłyby znaleźć schronienie pluskwy. Teraz jednak podróżujemy i przeprowadzamy się z całym dobytkiem, niejako z fragmentami jaskiń. Dlatego znacznie łatwiej podróżować takim pasożytom jak pluskwy domowe.

Nam w Olsztynie bardziej jednak dokuczają komary, pluskwy są jeszcze rzadkością. Ale czy nie przywieziemy ich z urlopowych wojaży? Prędzej czy później? Głównym czynnikiem sprzyjającym ekspansji pluskiew jest globalna i lokalna mobilność ludzi. Pluskwy domowe są określane jako „mistrzowie transportu pasywnego” i kochają podróże. Ich rozprzestrzenianiu sprzyja intensyfikacja podróży i turystyki (międzynarodowych i krajowych). Pluskwy mogą być łatwo przeniesione w bagażu, odzieży lub obuwiu. Kolejnym czynnikiem sprzyjającym pluskwom są obiekty noclegowe o wysokiej rotacji gości, które stanowią pierwotne i najczęstsze ogniska infestacji. Należą do nich: hotele (zarówno pięciogwiazdkowe, jak i gościńce), hostele, sanatoria, akademiki i szpitale. Trzecim czynnikiem jest transport publiczny i miejsca publiczne. Pluskwy występują dosłownie wszędzie. Można je nieświadomie przynieść z: autobusów, pociągów (zwłaszcza na trasach dalekobieżnych), komunikacji miejskiej, kin, teatrów i oper. Ich dyspersji sprzyjają także wydarzenia masowe. Przykładowo, problem pluskiew w Polsce nasilił się po 2012 roku, a profesor Stanisław Ignatowicz przewidywał, że organizacja mistrzostw Euro 2012 może przynieść problemy związane z pluskwami przywiezionymi przez kibiców z wielu krajów.

Ostatnio (koniec listopada 2025 r.), gdy ja i żona w ciągu kilku dni zauważyliśmy swędzące ukąszenia na ciele, to pomyśleliśmy o pluskwach. No bo co mogłoby ukąsić i pić krew w zimie? Przypominaliśmy sobie nasze podróże i miejsca hotelowe. Na wszelki wypadem zamontowaliśmy specjalne pułapki, aby ostatecznie rozstrzygnąć, pluskwa w nocy gryzie czy nie pluskwa? Bo jeśli pluskwa, to może przewodami wentylacyjnymi przedostawała się od sąsiadów. Niedawno się wprowadzili nowi lokatorzy wraz z meblami. Tak czy siak odpluskwianiem trzeba byłoby objąć przynajmniej cały pion w bloku. Miesiąc obserwacji nie wykazał żadnej pluskwy. I śladów ukąszeń też więcej nie było. Zatem to raczej jakiś zimujący komar nas tak wystraszył. Komary do rozwoju larw potrzebują innych siedlisk (wodnych) niże te w mieszkami. Więc nie ma potrzeby robić blokowej dezynsekcji. I tak od wiosny z terenów nad rzeką Łyną do nas przylecą nowe pokolenia. Teraz zimują samice gdzieś w piwnicach, przewodach wentylacyjnych czy szparach w oknach. I widać czasem się budzą, gdy jest nieco cieplej. A do dalszego zimowania potrzebują się odżywić...

Pluskwy przedostają się do mieszkań na wiele sposobów, często z powodu nieostrożności i rosnącego rynku wtórnego. Zakup używanych mebli (zwłaszcza materacy, łóżek, tapicerowanych sof i foteli), ubrań i książek obarczony jest wysokim ryzykiem infestacji. Pluskwy łatwo się rozprzestrzeniają, gdy zapluskwiony mebel zostaje wyrzucony na ulicę i zabrany przez inną osobę, zanim trafi do śmieciarki. W końcu do naszego domu pluskwy mogą być przywleczone przez gości.

A jak poznać, że w domu (lub hotelu) są pluskwy? Pierwszym sygnałem alarmowym są swędzące ugryzienia, układające się w zygzakowate linie na ciele. Mogą być one jednak mylące. Najbardziej charakterystyczny wzór to tzw. „ścieżka żerowania” lub „śniadanie, obiad i kolacja” – trzy lub więcej ugryzień ułożonych w linii prostej lub niewielkim skupisku. A jak coś takiego zauważymy w czasie pobytu w hotelu to przed wyjazdem starannie sprawdźmy swój bagaż. Potem po powrocie ponownie sprawdźmy i profilaktycznie wypierzmy wszystkie ubrania. By nie była tam niechcianych pasażerów na gapę.

O wiele bardziej wiarygodnym dowodem infestacji są tzw. bioślady, które można znaleźć w pobliżu kryjówek (głównie wokół łóżka). Szukaj ich uważnie, zwracając uwagę na niewielkie, czarne lub rdzawe plamki na materacu, ramie łóżka czy pościeli. Są to odchody pluskiew (strawiona krew), które w odróżnieniu od zwykłego brudu rozmazują się po przetarciu wilgotną szmatką. Można także zauważyć plamki krwi - drobne smugi lub kropki krwi na prześcieradle. Powstają z dwóch powodów: z miejsca po ugryzieniu, które nie zdążyło się zasklepić, lub – co częstsze – przez przypadkowe zgniecenie przez śpiącą osobę pluskwy świeżo opitej krwią. Możemy także zaobserwować wylinki pluskiew. Są to przezroczyste, jasnobrązowe i puste pancerzyki (egzoszkielety), które owad porzuca w miarę wzrostu. Ich znalezienie to pewny znak, że w mieszkaniu trwa aktywny cykl rozwojowy kolonii. W końcu możemy zaobserwować jaja. Są maleńkie (ok. 1 mm), perłowobiałe, składane w skupiskach w szczelinach i zakamarkach. Są one przyklejane do powierzchni za pomocą lepkiej, cementowej wydzieliny, co czyni je niezwykle trudnymi do usunięcia. Z podróży możemy przywieźć właśnie jaja pluskiew. I zanim się z nich wylęgną żerujące lary mija trochę czasu a my nie skojarzymy ukąszeń na ciele z niedawna podróżą.

Pluskwy domowe są mistrzami podróży i ukrywania się. Ich budowa ciała to ewolucyjny majstersztyk. Ten płaski, owalny kształt, doskonalony przez tysiąclecia ukrywania się w jaskiniowych szczelinach, jest dziś idealnie przystosowany do pęknięć w naszych nowoczesnych meblach i listwach przypodłogowych czy szparach między ściana a tapetami. Co więcej, potrafią przeżyć bez dostępu do krwi żywiciela nawet kilka miesięcy. Zatem głodem ich nie weźmiemy. Nie wystarczy więc wyjechać na długie wakacje by po powrocie zastać mieszkanie wolne od tych krwiopijnych pasożytów. W szczególnie sprzyjających warunkach, na przykład zamknięte w worku, mogą przejść w stan diapauzy (rodzaj hibernacji), co wydłuża ten czas nawet do roku. Oznacza to, że przyniesiony do domu używany mebel czy książka mogą skrywać uśpionego, ale wciąż groźnego pasażera na gapę.

Współczesna pluskwa to nie relikt przeszłości ani oznaka zaniedbania, lecz ewolucyjny majstersztyk, doskonale przystosowany do naszego świata. Jej pradawne pochodzenie z jaskiniowych kryjówek ukształtowało idealne ciało do zasiedlania szczelin w naszych meblach i mistrzowskiego podróżowania w naszych bagażach. Ten sam ewolucyjny pęd, połączony z szybkim cyklem życia, napędza jej rosnącą odporność na nasze domowe sposoby walki. Zrozumienie tego cichego wroga – od jego historii po subtelne ślady, które pozostawia – to pierwszy i najważniejszy krok do odzyskania kontroli. Zapomnij o wstydzie, to problem, który wymaga wiedzy, czujności i profesjonalnego działania.

Wiedząc, jak łatwo pluskwy podróżują, jaką jedną rzecz sprawdzisz następnym razem, gdy zatrzymasz się w hotelu?


Poszerzona wersja felietonu radiowego dla Radia Olsztyn w cyklu Tłumaczymy świat. Premiera felietony odbyła się 31 grudnia 2025 roku. Wersja podcastowa dostępna jest na stronie: https://radioolsztyn.pl/tlumaczymy-swiat-felietony-stanislawa-czachorowskiego/01778309

1.01.2026

Moje plany na rok popularyzacji nauki - 2026

Zdjęcie ze śląskiego muzeum porcelany. Muzea są jednym z miejsc upowszechniania wiedzy.

Czym jest dla mnie popularyzacja nauki? Popularyzacja nauki jest dla mnie formą trzeciej kultury czyli przestrzenią, w której nauka spotyka się z humanistyką, sztuką i codziennością, tworząc nowy język opowieści o świecie. Jest bezpośrednim komunikowaniem nauki do przeciętnego odbiory bez pośredników. Nie jest to ani czysta akademia, ani czysta literatura, lecz coś pomiędzy: hybryda, która pozwala mówić o złożoności życia w sposób dostępny, ale nie uproszczony. To właśnie w tej trzeciej kulturze rodzą się nowe kanały komunikacji: podcasty, felietony, spacery terenowe, kawiarniane rozmowy przy współczesnym darciu pierza. Popularyzacja nie jest dla mnie dodatkiem do nauki — jest jej naturalnym przedłużeniem, jej społecznym oddechem.

Uczę się komunikacji w epoce postpiśmienności i koegzystencji ze sztucznymi inteligencjami (bo czy jest jedna AI czy wiele różnych? Tak jak z pytaniem czy jest jedno zjawisko życia czy wiele niezależnych obiektów, różnych „żyć”). Żyjemy w epoce postpiśmienności, w której tekst nie jest już jedynym nośnikiem wiedzy. Nowa mówioność - ta nowa, cyfrowa, emocjonalna, dialogiczna - staje się równie ważna jak publikacja. Dlatego popularyzacja to dla mnie także nowa mówioność (wracamy w jakimś sensie do epoki mówioności, epoki kultury oralnej lecz teraz hybrydowo połączonej z nowymi technologiami): umiejętność opowiadania o nauce w sposób, który angażuje, buduje relację, pozwala zadawać pytania. Nie jest tylko recytowaniem z pamięci encyklopedycznych i erudycyjnych faktów, ale jest skupieniem się na rozumieniu, na poszukiwaniu praw ogólnych. Nie chodzi o to, by mówić „łatwo”, lecz by mówić „blisko”. Blisko ludzi, ich doświadczeń, ich wątpliwości, ich ciekawości. Blisko świata, który nieustannie się zmienia, na przykład za sprawą AI czyli LLM-ów.

Popularyzacja jest też dla mnie formą współpracy z otoczeniem uniwersytetu - z lokalną społecznością, z mediami, z instytucjami kultury, z uczniami (zajęcia dla szkół) i seniorami (wykłady dla UTTW). To realizacja trzeciej misji uczelni, która nie kończy się na dydaktyce i badaniach naukowych, lecz obejmuje także odpowiedzialność za budowanie kultury wiedzy w społeczeństwie. Nie popularyzuję dla punktów w dorobku, nie dla awansu zawodowego. Popularyzuję, bo chcę i lubię. Bo wierzę, że nauka ma sens tylko wtedy, gdy jest dzielona. To jest takie dzielenie, w którym przybywa. Bo widzę, jak bardzo ludzie potrzebują opowieści o świecie, które są zakorzenione w faktach, ale otwarte na rozmowę.

Popularyzacja to dla mnie także konkretne formy działania. Jest kawiarnią naukową, w której przy herbacie rozmawiamy o ewolucji, owadach, grzybach, mikroświecie zimy czy o tym, jak język kształtuje nasze rozumienie przyrody. Jest współpracą z mediami społecznościowymi - Instagramem, Facebookiem, blogami - które pozwalają tworzyć mikroopowieści, ilustracje, cykle edukacyjne. Jest też współpracą z mediami tradycyjnymi: telewizją, radiem, prasą, lokalnymi gazetami, które wciąż mają ogromną siłę oddziaływania, zwłaszcza w mniejszych społecznościach.

Wreszcie, popularyzacja jest dla mnie pisaniem podręcznika do biologii dla szkół. Nie jako obowiązku, lecz jako aktu komunikacji. Podręcznik to przecież nie tylko zbiór definicji, lecz także narracja o życiu, o jego różnorodności, o jego kruchości i pięknie. To forma popularyzacji, która ma szansę trafić do młodych ludzi w momencie, gdy ich ciekawość świata dopiero się kształtuje. Popularyzacja nauki jest więc dla mnie nie tyle metodą, co postawą. Jest otwartością, gotowością do dialogu, do tłumaczenia, do słuchania. Jest formą obecności nauki w świecie - nie jako instytucji, lecz jako żywego głosu. I właśnie ten głos chcę wzmacniać w 2026 roku i dalej.

Dlaczego o tym piszę? Bo rok 2026, który ogłoszony w Polsce Rokiem Popularyzacji Nauki, staje się symbolicznym momentem, w którym nauka przestaje być domeną zamkniętych laboratoriów, a zaczyna pełniej oddychać powietrzem życia społecznego. Decyzja Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, ogłoszona podczas konferencji „Razem budujemy przyszłość nauki!” przez sekretarz stanu Karolinę Zioło‑Pużuk, nie jest jedynie gestem administracyjnym. To deklaracja zmiany kulturowej: uznania, że wiedza ma sens dopiero wtedy, gdy krąży, inspiruje, tłumaczy świat i pomaga podejmować mądrzejsze decyzje. W tym sensie rok 2026 nie jest tylko datą w kalendarzu, lecz zaproszeniem do nowego sposobu myślenia o roli naukowców i edukatorów. I ja takie zaproszenie z chęcią przyjmuję. Tym bardziej, że taki sposób rozumienia popularyzacji nauki uprawiam już od wielu lat.

W centrum tej zmiany znajduje się idea, że popularyzacja nauki nie jest dodatkiem do „prawdziwej” działalności badawczej, lecz jej naturalnym przedłużeniem. Podczas wspomnianej konferencji podkreślano potrzebę włączenia działań popularyzatorskich do formalnej oceny jednostek naukowych. To ważny sygnał: naukowiec, który potrafi opowiedzieć o swojej pracy w sposób zrozumiały i inspirujący, nie wykonuje pracy mniej wartościowej niż ten, który publikuje w prestiżowych czasopismach. Obie te aktywności są częścią tego samego ekosystemu – ekosystemu, który może funkcjonować tylko wtedy, gdy wiedza przepływa swobodnie między uczelniami a społeczeństwem.

Rok Popularyzacji Nauki to także konkretne działania. Zapowiedziano I Kongres POP Science, który odbył się w grudniu 2025 roku w Katowicach i miał stać się przestrzenią spotkania naukowców, edukatorów, dziennikarzy i twórców kultury. Powołano również Zespół Doradczy ds. Popularyzacji Nauki, złożony z osób, które od lat budują mosty między światem badań a codziennością odbiorców. To właśnie takie inicjatywy mogą sprawić, że popularyzacja przestanie być rozproszonym wysiłkiem pojedynczych pasjonatów, a stanie się spójną, systemowo wspieraną praktyką.

Z perspektywy biologa i popularyzatora nauki ten rok niesie szczególną obietnicę. Nauki przyrodnicze – od ekologii po mikrobiologię – są dziś kluczowe dla zrozumienia wyzwań, przed którymi stoimy jako społeczeństwo. Kryzys klimatyczny, utrata bioróżnorodności, zmiany w ekosystemach miejskich, zdrowie publiczne – wszystkie te tematy wymagają nie tylko badań, lecz także umiejętności opowiadania o nich w sposób, który nie straszy, lecz angażuje i daje poczucie sprawczości. Rok 2026 może stać się przestrzenią, w której naukowcy wyjdą do ludzi z nową energią, a odbiorcy – z nową ciekawością.

Popularyzacja nauki to jednak nie tylko przekładanie trudnych pojęć na prostszy język. To także budowanie relacji, w których nauka staje się częścią kultury, a nie odrębną wyspą. W Polsce widać coraz wyraźniej, że społeczeństwo potrzebuje opowieści o świecie opartej na faktach, ale podanej w sposób, który porusza wyobraźnię. W tym sensie popularyzatorzy pełnią rolę tłumaczy, mediatorów i przewodników – ludzi, którzy potrafią pokazać, że w kropli wody kryje się cały wszechświat, a w miejskim parku – opowieść o ewolucji, współzależnościach i kruchości życia.

Rok Popularyzacji Nauki może więc stać się impulsem do odnowienia społecznego zaufania do wiedzy. Może też wzmocnić tych, którzy od lat pracują na styku nauki i edukacji, często bez formalnego uznania. Jeśli uda się wykorzystać tę okazję, polska nauka zyska nie tylko większą widoczność, lecz także głębsze zakorzenienie w codzienności obywateli. A to właśnie tam – w szkołach, bibliotekach, domach kultury, mediach społecznościowych, na spacerach terenowych i w rozmowach przy stole – rodzi się prawdziwa ciekawość świata.

W tym sensie rok 2026 jest nie tyle świętem popularyzacji, ile początkiem nowej opowieści o tym, czym może być nauka w życiu publicznym. Opowieści, którą będziemy współtworzyć wszyscy: badacze, nauczyciele, studenci, dziennikarze, artyści i odbiorcy. Jeśli potraktujemy to zaproszenie poważnie, nauka stanie się nie tylko źródłem wiedzy, lecz także przestrzenią spotkania, dialogu i wspólnej troski o przyszłość.

Codzienna popularyzacja nauki jest jak fotosynteza życia intelektualnego: odbywa się niepozornie, w małych dawkach, ale to ona podtrzymuje cały ekosystem. W kontekście Roku Popularyzacji Nauki warto mocno podkreślić, że prawdziwa zmiana nie dokona się dzięki kilku spektakularnym wydarzeniom transmitowanym w mediach, lecz dzięki tysiącom drobnych interakcji, rozmów, postów, warsztatów, spacerów terenowych i zajęć, które dzieją się każdego dnia w szkołach, bibliotekach, domach kultury, na uczelniach i w przestrzeni cyfrowej. To właśnie ta cicha, codzienna praca edukatorów, nauczycieli, studentów i pasjonatów tworzy glebę, na której mogą wyrastać większe inicjatywy.

Wielkie kongresy, konferencje i kampanie mają swoją wartość – nadają ton, przyciągają uwagę, budują prestiż. Ale to codzienna popularyzacja (choćby te uciążliwe, krótkie wypowiedzi dla mediów) sprawia, że nauka staje się częścią życia, a nie jednorazowym fajerwerkiem. Kiedy biolog opowiada dzieciom w parku o zimujących owadach, kiedy nauczycielka fizyki tłumaczy z pasją, dlaczego niebo jest niebieskie, kiedy studentka ekologii nagrywa krótkie wideo o mchach na Instagram, kiedy bibliotekarz organizuje małe spotkanie o grzybach – wtedy właśnie rodzi się trwała ciekawość. To te drobne momenty, często niezauważane przez instytucje, budują kulturę, w której pytanie „dlaczego?” staje się naturalnym odruchem.

Warto też pamiętać, że codzienna popularyzacja ma zupełnie inną dynamikę niż wydarzenia masowe. Jest bardziej intymna, bardziej dialogiczna, bardziej zakorzeniona w lokalnym kontekście. Pozwala reagować na realne potrzeby odbiorców, a nie na abstrakcyjne założenia programowe. W małych grupach łatwiej o rozmowę, o wspólne odkrywanie, o poczucie, że nauka nie jest czymś narzuconym z góry, lecz czymś, co można współtworzyć. To właśnie w takich sytuacjach ludzie zaczynają widzieć naukę nie jako zbiór faktów, lecz jako sposób myślenia – narzędzie do rozumienia świata.

Rok Popularyzacji Nauki może więc pełnić rolę katalizatora, ale nie zastąpi codziennej pracy. Jeśli ma przynieść trwały efekt, musi wzmocnić tych, którzy od lat wykonują tę cichą robotę: edukatorów terenowych, nauczycieli, animatorów kultury, popularyzatorów działających w mediach społecznościowych, naukowców prowadzących blogi i podcasty, studentów organizujących warsztaty dla młodszych kolegów. To oni są prawdziwymi bohaterami popularyzacji – nie dlatego, że występują na scenie, lecz dlatego, że są obecni tam, gdzie rodzi się ciekawość.

W tym sensie rok 2026 może być nie tyle celebracją popularyzacji, ile jej codziennym świętem. Może przypomnieć, że nauka nie żyje w laboratoriach, lecz w rozmowach, pytaniach, zachwytach i drobnych odkryciach, które dzieją się każdego dnia. Jeśli uda się to zrozumieć, popularyzacja przestanie być dodatkiem do nauki, a stanie się jej naturalnym rytmem – tak jak oddychanie jest naturalnym rytmem życia.

W roku 2026 chcę popularyzować naukę nie tylko od święta, lecz przede wszystkim w rytmie codzienności. To dla mnie rok intensywnej pracy, ale też rok ogromnej satysfakcji, bo każda z zaplanowanych aktywności jest okazją, by spotkać się z ludźmi, którzy chcą rozumieć świat głębiej. Właśnie dlatego moje działania będą rozproszone, różnorodne i zanurzone w lokalnych społecznościach – od dużych wydarzeń po kameralne rozmowy. A zaczynam od tego wpisu na blogu.

Potem będzie to, co od lat jest dla mnie naturalnym środowiskiem: pikniki naukowe. Noc Biologów, Noc Sów, letnie spotkania terenowe i wydarzenia w plenerze to momenty, w których nauka staje się doświadczeniem zmysłowym. W 2026 roku chcę być obecny wszędzie tam, gdzie można dotknąć przyrody, zajrzeć pod kamień, wsłuchać się w nocne głosy lasu albo zobaczyć, jak i gdzie latają świetliki lub co robią chruściki w wodzie. Planuję także udział w pikniku popularnonaukowym w Augustowie, bo takie wydarzenia pozwalają pokazać, że biologia nie jest abstrakcją, lecz częścią codziennego życia – nawet podczas rodzinnego spaceru nad jeziorem.

Równolegle będę kontynuował moje małe formy słowne. Felietony dla Wiadomości Uniwersyteckich i dla czasopisma VariArt to dla mnie przestrzeń, w której mogę łączyć naukę z kulturą, sztuką i lokalną wrażliwością. W 2026 roku chcę pisać regularnie, tworząc cykl tekstów, które nie tylko tłumaczą zjawiska przyrodnicze, lecz także pokazują ich miejsce w naszej codzienności. Do tego dochodzą felietony radiowe dla Radia Olsztyn – krótkie, ale intensywne opowieści, które mogą towarzyszyć słuchaczom w drodze do pracy, podczas gotowania czy wieczornego odpoczynku. Radio ma w sobie coś intymnego, a popularyzacja nauki w takiej formie pozwala dotrzeć do ludzi, którzy nie szukają nauki aktywnie, ale chętnie ją przyjmują, gdy pojawia się obok nich.

Ważną częścią moich planów są także wydarzenia w formule kawiarni naukowej. Dzień Darwina, Dzień Nauki Polskiej, spotkania tematyczne i dyskusje przy kawie to okazje, by naukę odczarować, uczynić ją rozmową, a nie wykładem. Chcę tworzyć przestrzeń, w której można zadawać pytania bez obaw, dzielić się wątpliwościami i wspólnie szukać odpowiedzi. W takich spotkaniach nauka staje się dialogiem, a nie monologiem.

Nie zabraknie również działań artystycznych. Biennale i plener malarski w skansenie w Kwiatkówku to dla mnie wyjątkowy projekt, bo łączy biologię z twórczością, obserwację przyrody z ekspresją artystyczną. To przykład współczesnego darcia pierza, w czasie którego można, ale nie trzeba mówić. W 2026 roku chcę rozwijać tę formułę, pokazując, że nauka i sztuka nie są odległymi światami, lecz dwoma sposobami patrzenia na tę samą rzeczywistość.

Ważnym elementem mojej pracy będą także wykłady dla uniwersytetów trzeciego wieku oraz dla uczniów szkół podstawowych i średnich. Te dwa światy – dojrzałych słuchaczy i młodych odkrywców – są dla mnie równie ważne. Seniorzy przynoszą ze sobą doświadczenie, ciekawość i chęć zrozumienia zmian zachodzących w świecie. Uczniowie – świeżość spojrzenia, spontaniczność i pytania, które potrafią wywrócić do góry nogami każde przyzwyczajenie. W obu przypadkach popularyzacja nauki jest spotkaniem, które wzbogaca obie strony.

Rok 2026 będzie więc dla mnie rokiem ruchu, rozmów, pisania, słuchania i bycia blisko ludzi. I poznawania nowego, społecznego współbycia ze sztuczną inteligencją. Chcę ją wspólnie z innymi odkrywać, starać się poznać, zrozumieć. I dyskutować o wszystkich spostrzeżeniach i refleksjach. Chcę, by nauka była obecna nie tylko w laboratoriach i salach wykładowych, lecz także na łąkach, w skansenach, w radiu, w gazetach, w szkolnych klasach i w kawiarniach. A także w mediach społecznościowych. Wierzę, że właśnie w takich miejscach rodzi się prawdziwa ciekawość – ta, która nie kończy się po jednym wydarzeniu, lecz zostaje na lata. I że w takich sytuacja rodzi się rozumienie świata. 

Przede mną kolejny rok odkrywania konektywizmu i konstruktywistycznego budowania wiedzy przez dialog z innymi ludźmi, w dyskusji bezpośredniej, przez media, przez publikacje różnego typu. 

20.12.2025

Student w centrum uwagi. Książka, na którą długo czekałem

Można powiedzieć, że na tę książkę czekałem blisko 40 lat. Ukończyłem kierunek nauczycielski, biologię w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie. Gdy rozpoczynałem pracę, jako asystent, pełnymi garściami korzystałem z wiedzy i umiejętności wyniesionej ze studiów. Ale już od początku czułem niedosyt i szukałem czegoś nowego, bardziej adekwatnego. Biologia to eksperymentalny i terenowy kierunek studiów. Było więc dużo działania, ćwiczeń i wypraw terenowych. Aktywizacja sama w sobie. Pomysły dydaktyczne czerpałem także z własnych doświadczenia w pracy w kole naukowym. Dzisiaj wiem, że to metoda projektu. Gdy szukałem materiałów dydaktycznych do zajęć, tych o sposobach prowadzenia metod aktywizujących, to trafiałem jedynie na opracowania dla nauczycieli szkolnych oraz na różnego rodzaju szkolenia typu mapy myśli i notowanie graficzne. Ciągle brakowało mi czegoś, dedykowanego dla szkolnictwa wyższego. Bo przecież to inny, bardziej dorosły odbiorca i nie da się wprost przenosić metod z przedszkola czy szkoły podstawowej. Kurs dydaktyki akademickiej, który odbyłem jako młody asystentem na Akademii Rolniczo-Technicznej, dla mnie jako absolwenta studiów pedagogicznych, był żenująco na niskim poziomie i z archaicznym wręcz podejściem do nauczania. Szukałem dalej, w kontaktach z nauczycielami (m.in. w grupie Superpelfrów RP). Zbierałem okruchy na różnych konferencjach nauczycielskich, w tym w CN Koprenik, czy ostatnio na Ideatorium w Gdańsku.

Gdy ukazała się książka Student w centrum. Metody kształcenia, które angażują i rozwijają autorstwa Anny Wach, Joanny Furmańczyk i Marcina Bielickiego, wydana przez PWN w 2025 roku, to sięgnąłem z wielką ciekawością. I nie zawiodłem się. Żałuję tylko, że takiej książki nie było 40 lat temu. Student w centrum zawiera dobrze i klarownie wyjaśnienie podłoża teoretycznego i paradygmatów w pedagogice, które wyjaśniają dlaczego dydaktyka zmienia się. To dobre wartościowe wyjaśnienie kontekstu społecznego i naukowego. Drugim cennym elementem są przykładowe, dobrze metodycznie opisane metody do zastosowania od razu. Jeśli komuś to tło teoretyczne na razie jest zbędne i chce od razu przejść do „przepisu”, to śmiało może zajrzeć do tej drugiej części. Zapewne za jakiś czas wróci do pierwszej części, by rozumieć pełniej dlaczego i jak dużo się zmienia. Trzecim elementem jest studium przypadku, pokazujące przykładowe zajęcia akademickie, dobrze wyjaśnione zarówno od strony teoretycznej jak i objaśnienia dydaktycznego.

W zasadzie już znałem zarówno opisywane paradygmaty (np. dzięki udziałowi w bydgoskim Kompasie Edukacji) jak i stosowane narzędzia. Ale w tej książce zostały opisane bardzo klarownie. Czytałem z dużą przyjemnością. I porządkowałem swoją wiedzę w głowie. Lepiej zrozumiałem dlaczego i kiedy zastosować opisywane w książce metody prowadzenia wykładu i ćwiczeń. Polecam więc tę pozycje zarówno doświadczonym dydaktykom jak i tym poczatkującym.

Jako wykładowca akademicki od dawna czekałem na książkę, która w sposób całościowy i przystępny pokaże, jak można przejść od tradycyjnego modelu nauczania do podejścia, w którym student staje się centrum procesu edukacyjnego. Publikacja Student w centrum. Metody kształcenia, które angażują i rozwijają, jest właśnie taką książką. To dobry podręcznik, który nie tylko opisuje metody aktywizujące, ale osadza je w szerokim kontekście pedagogicznym i psychologicznym, pokazując, że zmiana dydaktyki to nie tylko kwestia techniki, lecz przede wszystkim filozofia edukacji. Ja w tej książce zobaczyłem swoje 40 lat pracy akademickiej z nieustannym poszukiwaniem.

Nowatorskość tej publikacji polega na tym, że łączy ona solidne podstawy teoretyczne z praktycznymi wskazówkami, które można od razu zastosować w pracy dydaktycznej na uczelni wyższej. Autorzy odwołują się do klasycznych i współczesnych teorii uczenia się, takich jak konstruktywizm czy uczenie się przez doświadczenie, tłumacząc je w sposób przejrzysty i zrozumiały. Dzięki temu czytelnik nie tylko poznaje fundamenty, ale także rozumie, dlaczego proponowane metody są skuteczne i jak wpisują się w szerszy nurt przemian edukacyjnych i cywilizacyjnych. To niezwykle ważne, ponieważ wielu nauczycieli akademickich potrzebuje nie tylko inspiracji, lecz także uzasadnienia, które pozwoli im świadomie zmieniać swoje praktyki. Wszyscy potrzebujemy widzieć sens. I studenci, by chcieli się uczyć, a w zasadzie studiować. I nauczyciele akademiccy by widzieć wartość swojej pracy i mieć do niej zapał.

Książka ta będzie użyteczna dla wykładowców, którzy pragną ulepszać swoje zajęcia i dostosować je do współczesnych oczekiwań studentów. A w zasadzie do wyzwań współczesności z powszechnie dostępnym internetem, telefonami komórkowymi i narzędziami AI. Zawarte w opisywanej książce przykłady, scenariusze i porady praktyczne są dobrze wyjaśnione i możliwe do natychmiastowego wdrożenia. Wystarczy tylko chcieć i się odważyć. Nie trzeba czekać na odgórne dyrektywy i rozporządzenia. Autorzy pokazują, jak odejść od dominacji wykładu na rzecz zajęć opartych na aktywności studentów, jak budować atmosferę partnerskiej współpracy i jak rozwijać u młodych ludzi kompetencje krytycznego myślenia, kreatywności oraz umiejętności pracy zespołowej. Wyjaśniają dlaczego tak właśnie zmieniać swoje zajęcia. To "dlaczego" jest bardzo potrzebne. To nie jest abstrakcyjny traktat, lecz użyteczny podręcznik dla praktyków, którzy chcą, aby ich zajęcia były bardziej angażujące i rozwijające. Aby nabrały większego sensu we współczesnym krajobrazie edukacyjnym.

Dla mnie osobiście Student w centrum jest książką, na którą długo czekałem, ponieważ odpowiada na realne potrzeby dydaktyki akademickiej. Myślę, że jest jaskółką dobrych i głębokich zmian w edukacji na poziomie wyższym. Łączy refleksję teoretyczną z praktyką, inspiruje do zmiany i pokazuje, że edukacja może być procesem twórczym, angażującym i rozwijającym zarówno studentów, jak i wykładowców. To publikacja, która daje narzędzia, ale także buduje przekonanie, że warto podjąć wysiłek zmiany, bo w centrum edukacji zawsze powinien stać student. Student a nie sylabus czy jakiś program. Jedno nie wyklucza drugiego, jednak ważne jest położenie akcentów. 

Czekałem 40 lat i się doczekałem. Młodszym będzie łatwiej, już nie muszą tak długo czekać. Powrócę jeszcze do jednego wątku, wyżej poruszonego. Jednym z najważniejszych walorów komentowanej publikacji jest ukazanie różnych paradygmatów kształcenia, które przez lata kształtowały praktykę akademicką. Ja wyrastałem w behawioryzmie, który już od samego początku mnie uwierał. Długo, niejako po omacku, szukałem lepszych rozwiązań.  Autorzy  Studenta w centrum wnikliwie omawiają behawioryzm, który przez długi czas dominował w dydaktyce, koncentrując się na bodźcach i reakcjach oraz na wzmacnianiu pożądanych zachowań. W tym ujęciu student był raczej odbiorcą treści, a nauczyciel pełnił rolę kontrolera procesu uczenia się. Choć behawioryzm odegrał istotną rolę w rozwoju pedagogiki, książka pokazuje jego ograniczenia, zwłaszcza w kontekście współczesnych potrzeb edukacyjnych. Pokazuje to, co czułem przez wiele lat lecz nie potrafiłem precyzyjnie tego wyartykułować, nazwać i uzasadnić.

Z kontestacji niedostatków behawioryzmu wyrósł najpierw kognitywizm a potem konstruktywizm, który autorzy przedstawiają jako fundament nowoczesnej dydaktyki. W tym paradygmacie student nie jest biernym odbiorcą, lecz aktywnym twórcą wiedzy, budującym własne rozumienie świata poprzez doświadczenie, refleksję i współpracę. Konstruktywizm, w ujęciu zaprezentowanym w książce, staje się podstawą dla metod takich jak problem-based learning, pracy projektowej czy uczenia się przez narrację. To właśnie ten kierunek pozwala na pełne zaangażowanie studentów i rozwijanie ich kompetencji krytycznego myślenia, kreatywności oraz zdolności współdziałania.

Autorzy nie pomijają także dydaktyki instrukcyjnej, która przez lata była dominującym modelem w szkolnictwie wyższym. W tym podejściu nauczyciel jest głównym źródłem wiedzy, a student ma za zadanie ją przyswoić i odtworzyć. Książka pokazuje jednak, że choć dydaktyka instrukcyjna ma swoje miejsce i bywa użyteczna w przekazywaniu podstawowych treści, nie wystarcza w świecie, który wymaga od absolwentów samodzielności, innowacyjności i zdolności adaptacji. Właśnie dlatego Student w centrum jest książką, na którą długo czekałem. Łączy refleksję nad paradygmatami edukacyjnymi z praktycznymi wskazówkami, jak przełożyć je na codzienną pracę dydaktyczną.

Niewątpliwa wartość omawianej książki  polega nie tylko na przedstawieniu metod aktywizujących, lecz także na ukazaniu szerokiego spektrum paradygmatów edukacyjnych – od behawioryzmu, przez dydaktykę instrukcyjną, aż po konstruktywizm i konektywizm. To właśnie w tym zestawieniu szczególnie wyraźnie widać, jak bliskie są mi koncepcje projekczyciela i nauczeństwa, które od lat staram się popularyzować. W zasadzie te neologizmy są tylko innym nazwaniem tych samych zjawisk i procesów. 

Behawioryzm, z jego naciskiem na bodźce i reakcje, przypomina model edukacji, w którym nauczyciel jest kontrolerem, a student wykonawcą. W tym ujęciu proces uczenia się jest zewnętrznie sterowany, a wiedza traktowana jako coś, co można wprost przekazać i utrwalić. Projekczyciel, rozumiany jako twórca sytuacji edukacyjnych, stoi w opozycji do takiego podejścia. Nie projektuje bowiem reakcji, lecz przestrzeń doświadczeń, w której student sam odkrywa znaczenia. W tym sensie projekczyciel jest bardziej architektem środowiska uczenia się niż trenerem zachowań.

Dydaktyka instrukcyjna, która przez lata dominowała w szkolnictwie wyższym, opiera się na przekazywaniu wiedzy w sposób uporządkowany i kontrolowany. Student ma tu rolę odbiorcy, a nauczyciel – źródła informacji. Choć ten model bywa użyteczny, szczególnie w nauczaniu podstaw (na co już wskazywałem w niniejszym tekście), jego ograniczenia są widoczne w świecie wymagającym kreatywności i samodzielności. I w świecie nieustannej zmiany oraz bardzo szerokiego dostępu do informacji. Dzięki coraz doskonalszym narzędziom AI (sztucznej inteligencji), nie tyko szybciej studenci docierają do dobrze wyjaśnionej wiedzy, ale i piszą krótkie teksy czy nawet całe prace o charakterze naukowym. Notabene wykładowcy akademiccy i pracownicy naukowi także korzystają z tych narzędzi AI. Wspólnie je odkrywamy i wcale nie jest tak, że to nauczyciel akademicki już umie i wie a student dopiero się uczy. Bywam czasem na odwrót. W koncepcji nauczeństwa, którą rozwijam, relacja między nauczycielem a studentem jest bardziej partnerska. Nauczeństwo nie polega na biernym odbiorze, lecz na wspólnym procesie – nauczyciel uczy się od studenta, a student od nauczyciela. To dialog, w którym wiedza nie jest przekazywana jednostronnie, lecz współtworzona. Szczególnie jaskrawo widać to w przypadku poznawania możliwości narzędzi sztucznej inteligencji.

Konstruktywizm, który autorzy książki przedstawiają jako fundament nowoczesnej dydaktyki, jest najbliższy idei projekczyciela i nauczeństwa. Student staje się aktywnym twórcą wiedzy, budując własne rozumienie świata poprzez doświadczenie, refleksję i współpracę. Projekczyciel w tym kontekście jest przewodnikiem, który projektuje narracje, zadania i sytuacje edukacyjne, ale nie narzuca gotowych odpowiedzi. Nauczeństwo natomiast staje się praktyką wspólnego odkrywania – nauczyciel i student razem konstruują znaczenia, razem poszukują sensu, razem uczą się, jak żyć w świecie pełnym złożoności.

Porównanie tych paradygmatów z koncepcjami projekczyciela i nauczeństwa pokazuje, że książka Student w centrum jest nie tylko praktycznym przewodnikiem, ale także potwierdzeniem głębszej zmiany w myśleniu o edukacji. Odchodzimy od modelu transmisyjnego, w którym wiedza jest przekazywana jak towar, ku modelowi relacyjnemu i twórczemu, w którym edukacja staje się wspólnym doświadczeniem. Projekczyciel i nauczeństwo wpisują się w tę zmianę, nadając jej wymiar filozoficzny i praktyczny zarazem.

Dlatego właśnie uważam tę książkę za publikację, na którą długo czekałem. Nie tylko dostarcza narzędzi i metod, ale także potwierdza, że kierunek, w którym zmierza współczesna dydaktyka, jest zgodny z ideą edukacji jako wspólnego projektu, w którym student i nauczyciel uczą się od siebie nawzajem, a centrum procesu stanowi człowiek – poszukujący, twórczy i zaangażowany. Osobiście utwierdza i mnie, że poszukuję we właściwym miejscu.

18.12.2025

O zaparzaniu herbaty i odzyskiwaniu czasu


Studencki projekt Eko Kalendarza Adwentowego z pozoru składa się z małych, niemal banalnych kroków. Kolejne okienka z zadaniami mogą wydawać się jedynie listą codziennych obowiązków ubranych w zielone barwy. Jednak za tymi prostymi, łatwymi do zrealizowania wyzwaniami kryje się treść znacznie głębsza – manifest świadomego istnienia w świecie, który o tej świadomości zdaje się zapominać.

Weźmy za przykład wczorajsze zadanie: parzenie herbaty. Przed nami staje wybór, który jest mikrokosmosem naszych współczesnych dylematów. Z jednej strony jednorazowa saszetka – szybka, łatwa, wygodna. Z drugiej – herbata liściasta celebrowana w czajniczku. Wybór tej pierwszej to zgoda na pośpiech, który niesie ze sobą niewidzialny koszt: miliardy cząsteczek mikroplastiku uwalnianych do środowiska i wprost do naszego organizmu. Wybór tej drugiej wymaga czasu, lepszej jakości liści i cierpliwości. Nagrodą jest jednak głębia smaku i czystość sumienia. Dłużej celebrujemy posiłek, jemy także oczami i szybciej sie nasycimy mniejsza ilością pokarmu. Co zważywszy na chorobliwy brak ruchu ma duże znaczenie dla naszego zdrowia. To nie jest strata 3-5 minut, to inwestycja we własne zdrowie i szeroko rozumiany dobrostan.

W tym miejscu rodzi się pytanie natury niemal egzystencjalnej: czy naprawdę szkoda nam na to czasu? A parzenie herbaty w jednorazowych saszetkach jest tylko drobnym przykładem.

Żyjemy w erze optymalizacji. Mamy samochody, którymi szybciej przemieszczamy się między domem a pracą i szybciej docieramy na różne spotkania. Na drogach często przekraczamy dozwolona prędkość, bo chcemy szybciej dojechać i "wyrwać" kolejne 5 minut. Mamy komputery i sztuczną inteligencję, dzięki którym maile i teksty piszą się niemal same. Znowu szybciej i znowu zaoszczędzone kilkanaście minut w ciągu dnia. Otaczamy się armią urządzeń, których jedynym celem jest oszczędzanie naszego wysiłku fizycznego i naszych minut i godzin. I co robimy z tym zaoszczędzonym czasem? Czy stajemy się dzięki niemu szczęśliwsi, czy jedynie szybciej biegniemy w stronę kolejnych zadań? Czy zaoszczędzone kalorie na wysiłku fizycznym (np. jadąc winda a nie wchodząc samodzielnie po schodach) potem spalamy na siłowni, basenie czy fitnessie? Co zrobimy z zaoszczędzonymi na parzeniu herbaty czy kawy minutami? Przeznaczamy na rozmowy z innymi ludźmi, na cieszenie się życiem i delektowanie się smakiem nie tylko posiłku? 

Wybór herbaty liściastej to także akt buntu przeciwko dyktaturze wiecznego pośpiechu. Kiedy parzę ją w czajniczku, godzę się na to, że proces potrwa dłużej. Godzę się na rytuał zmywania naczyń (znowu ze dwie minuty i moje czynności manualne). Ale w zamian odzyskuję prawo do celebracji. Pijąc z pięknej filiżanki, smakuję napar nie tylko kubkami smakowymi, ale i wzrokiem. Wydłużając moment posiłku, sycę się mniejszą ilością pożywienia, dając organizmowi czas na odczucie wdzięczności. To prosta droga do zdrowia, o której często zapominamy w biegu po „szybką energię”.

Spójrzcie na to małe, metalowe i chyba posrebrzane urządzonko obok mojej filiżanki. To staroć, przedmiot z duszą, jakich dziś niemal się nie produkuje. To sitko do wyłapywania fusów od herbaty. Bo jak się zaparza w czajniczku, bo fusy przez dziubek czajniczka wraz z wypluwającą herbatą trafiają do filiżanki. A wtedy można podstawić pod dziubek właśnie takie sitko i wyłowić wszystkie potencjalne farfocle, psujące efekt estetyczny. I można odstawić na stół. Nic nie kapie, nie przecieka, bo pod spodem jest pojemniczek na skapująca z fusów herbatę. Estetyczne i bardzo funkcjonalne. Obecność takich przedmiotów w naszej codzienności przypomina nam, że świat nie musi być jednorazowy. Że piękno i użyteczność mogą trwać dziesięciolecia, nie stając się odpadem po zaledwie trzech minutach parzenia. To retro sitko kupiłem w małym sklepiku z antykami, wydłużyłem życie jeszcze jednego przedmiotu. Solidna robota umożliwia użytkowanie przez wiele lat. 

Moje codzienne wybory – chodzenie pieszo, podróże pociągiem, kupowanie chleba w całym bochenku, by samodzielnie go ukroić – to nie są wyrzeczenia. To poszukiwanie jakości. To zrozumienie, że rozwój zrównoważony nie jest jedynie nauką o ochronie przyrody, ale filozofią szacunku do siebie i otoczenia.

Zaparzenie herbaty liściastej to mały krok. Może nawet maleńki w skali globalnych problemów klimatycznych i antropogenicznego przekształcenia środowiska. Mikroplastik nie bierze się w oceanach tylko z tych małych, herbacianych saszetek. Ale to właśnie z takich drobinek buduje się nową wrażliwość i rozumienie zachodzących procesów. Wybierając trwały zaparzacz zamiast plastikowej saszetki, wybieramy życie piękniejsze, zdrowsze i bardziej ludzkie. Zmieniamy stan planety, zaczynając od temperatury własnego kubka i spokoju we własnym sercu. I inwestycji w czas cieszenia się drobiazgami w naszym życiu.

Drodzy współstudenci (bo wszyscy uczymy się przez całe życia!), wiem, że w świecie zdominowanym przez terminy, kolokwia i nieustanne powiadomienia, propozycja „wolniejszego” parzenia herbaty może brzmieć jak luksus, na który nas nie stać. Ale spójrzcie na to inaczej: ten czas i tak upłynie. Możemy go stracić na bezmyślne scrollowanie telefonu w oczekiwaniu, aż zagotuje się woda, albo możemy go odzyskać, czyniąc z parzenia liści własną wyspę spokoju. Zachęcam Was – znajdźcie swój własny „rytuał uważności”. Niech to będzie te pięć minut z ulubioną filiżanką nad ranem po nocy spędzonej nad notatkami. To nie jest strata czasu, to inwestycja w Wasz dobrostan i higienę umysłu. Kiedy wybieracie herbatę liściastą, nie tylko chronicie swoje ciało przed mikroplastikiem, ale dajecie sobie sygnał: Jestem ważny, moje otoczenie jest ważne, a jakość mojego życia nie mierzy się szybkością, z jaką odhaczam kolejne zadania. Spróbujcie choć raz. Jeden mały krok w czasie adwentu. 24 dni, 24 małe kroki. I nie poddawaj sie, gdy się jednego czy kolejnego dnia zapomniało i nie udało. Każdego dnia można wrócić do tych małych wyzwań. 

Dlaczego warto zrezygnować z saszetek?

1. Mikroplastiku gołym okiem nie widać. Wiele osób żyje w przekonaniu, że torebka herbaty to po prostu papier. Niestety, wiele z nich (szczególnie te typu „piramidki”) wykonanych jest z nylonu lub PET. Z badań wynika, że podczas parzenia jednej takiej torebki w temperaturze 95°C do naparu może przedostać się nawet 11,6 miliarda cząsteczek mikroplastiku.

2. Jakość naparu. W saszetkach często znajduje się tzw. „pył herbaciany” (fannings), czyli najniższa jakościowo frakcja liści. Herbata liściasta to całe, pełnowartościowe liście, które mają przestrzeń, by się rozwinąć i oddać pełnię aromatu oraz właściwości zdrowotnych (antyoksydantów).

3. Zero Waste i kompostowanie. Klasyczna torebka herbaciana często zawiera polipropylen (jako spoiwo), przez co nie rozkłada się całkowicie w kompostowniku. Liście herbaty to czysta natura – po zaparzeniu idealnie nadają się jako nawóz do kwiatów doniczkowych. Mały kompostownik można zrobić u siebie w domu lub wykorzystać kwiaty doniczkowe. Bardziej zaangażowani mogą założyć insektarium z prosionkami. Są znacznie wygodniejsze w domu niż dżdżownice. A przerobią na humus nie tylko fusy od herbaty. I będzie co obserwować bez zużycia prądu i gapienia się w urządzenie reklamowe. Prosionki za każdym razem sympatyczną "wykręcą rolkę".

I na koniec aspekt ekonomiczny. Liściasta herbata często wychodzi taniej w przeliczeniu na filiżankę, bo można ją parzyć kilkakrotnie (szczególnie zieloną czy białą).

#EkoAdwent

16.12.2025

Test Dragana cz. 3. Hologramowy obraz języka czyli jak wykurglać z niczego nowe znaczenia we współpracy z AI

Widzimy tylko cienie i domyślamy się jak wygląda to coś, co rzuca cień.
 

Metoda jest podstawą wiedzy nowożytnej. Pojawia się hipoteza i zaraz potem musi pojawić się pytanie "jak to sprawdzę?". Na pewno warto szukać odpowiedzi u innych ludzi. Może to już odkryli, może to już wiedzą i nie trzeba odkrywać Ameryki po raz kolejny. Niemniej zawsze warto sprawdzać eksperymentalnie. Niewierny Tomasz jest podstawą nowożytnego budowania wiedzy nie tylko przyrodniczej. Robimy eksperymenty także i dlatego, by do dotychczasowego dorobku obserwacyjnego ludzkości dodać swojej obserwacje, z nowym narzędziem, nową metodą, z innym materiałem. 

Różne rodzaje sztucznej inteligencji, w tym LLMy (duże modele językowe) to w naszej rzeczywistości społecznej nowy obiekt. I poznajemy go, niczym w stadzie małp naczelnych: wąchamy, dotykamy, obserwujemy, sprawdzamy organoleptycznie, trącamy i sprawdzamy jak zareaguje. I dzielimy się w dyskusji swoimi spostrzeżeniami, niczym ślepcy dotykający słonia: To jest cienkie i długie. Nie, to jest wijące się niczym wąż. A nie, ja, jak dotknąłem to było duże i płaskie, niczym liść. A ja sądzę, że to gruby słup, stojący pionowo. Suma róznych doświadczeń dotykowych poprzez dyskusję układa się w obraz słonia, z ogonem, trąbą, uszami, grubymi nogami. Nie widzimy a jednak krok po kroku, przez kolejne eksperymenty i przez dyskusję, budujemy w naszej zbiorowej intersubiektywności obraz słonia. I nigdy nie wiemy, czy to wiedza ostateczna. Bo pojawi się ktoś nowy, z nowymi obserwacjami, nowymi eksperymentami lub nowymi paradygmatami. Niekończąca się opowieść poznawania nowego w stadzie. 

Od trzech lat jest z nami AI. Wypowiadamy się , że jest taka czy inna, że kreatywna lub, że to tylko stochastyczna papuga. Zainspirowany pomysłem profesora A. Dragana postanowiłem i ja sprawdzić prostym testem. Umieścić w prompcie słowa, których nie ma (bezsensowne, bez znaczeń) i sprawdzić co z tym LLM zrobi. I czy to, co zrobi w jakiś sposób pozwoli odpowiedzieć na pytanie czy taki Chat GPT jest kreatywny czy nie. To trzecia cześć eksperymentu.  Zobacz cz. 1(Gemini)  oraz część 2. (Copilot).

Wybrałem trzy różne narzędzia (dlatego raport będzie trójczęściowy): Gemini, Copilot i Bielik. Na czerwono zaznaczyłem moje prompty dla AI, na czarno odpowiedzi a na niebiesko refleksje po wykonaniu zadania.

 Bielik.ai

Napisz esej na temat „Wpływ projekczycieli na ewolucję Smoka wawelskiego” użyj tonu filozoficznego, w tekście wykorzystaj pojęcia: protronista, somponitny, wykurglać, niuntowatość, murglowatość

 Oto esej na temat "Wpływ projektorów na ewolucję Smoka wawelskiego" w tonie filozoficznym, z wykorzystaniem wymienionych pojęć:


Wpływ projektorów na ewolucję Smoka wawelskiego [Bielik już w tytule zmienił nieznane słowo projekczyciel na bardziej zrozumiałe "projektor", najwyraźniej algorytm uznał, że to błąd i trzeba poprawić]

W świecie, gdzie rzeczywistość i wyobraźnia splatają się w nierozerwalny węzeł, a istoty mityczne i legendy stają się żywymi bytami, rola projektorów – tych, którzy potrafią przenosić myśli i wizje w materię – jest nie do przecenienia. W tym kontekście, ewolucja Smoka wawelskiego stanowi fascynujący przykład, jak ludzka imaginacja, kształtowana przez projektorów, może wpływać na formę i naturę istot, które pierwotnie wyłoniły się z mroków legend.

Projektorzy, jako strażnicy i kreatorzy narracji, od zarania dziejów odgrywają kluczową rolę w kształtowaniu obrazu Smoka wawelskiego. Ich zdolność do protronizmu – czyli projektowania obrazów w umyśle odbiorcy – pozwala na nieustanne przekształcanie i reinterpretację tej postaci. W ten sposób, Smok staje się nie tylko stworzeniem z krwi i kości, ale również konstruktem ideowym, którego forma zależy od perspektywy projektora.

Somponitność – pojęcie odnoszące się do harmonii i równowagi w kompozycji – odgrywa istotną rolę w ewolucji Smoka. Projektorzy, dążąc do somponitności, starają się zachować równowagę między strachem a fascynacją, między destrukcją a ochroną, co prowadzi do wielowymiarowego obrazu tej istoty. Smok wawelski, początkowo postrzegany jako bezlitosny niszczyciel, z czasem zyskuje cechy mądrego strażnika, co jest wynikiem somponitnego podejścia projektorów do jego narracji.

Wykurglać – termin ten, choć rzadko używany, odnosi się do procesu wydobywania na światło dzienne ukrytych aspektów rzeczywistości. Projektorzy, poprzez swoje opowieści, wykurglają z mroków nieświadomości różne wymiary Smoka. Dzięki temu, istota ta staje się coraz bardziej złożona, obejmując zarówno aspekty negatywne, jak i pozytywne. Wykurglanie pozwala na głębsze zrozumienie Smoka, a tym samym na bardziej zniuansowaną interpretację jego roli w legendach.

Niuntowatość i murglowatość to pojęcia, które odnoszą się do subtelnych, niemal niedostrzegalnych cech rzeczywistości, które jednak mają ogromny wpływ na jej kształt. Niuntowatość – delikatność i ulotność – oraz murglowatość – tajemniczość i nieuchwytność – są kluczowymi elementami w ewolucji Smoka wawelskiego. Projektorzy, poprzez swoje opowieści, nadają Smokowi te subtelne cechy, które sprawiają, że staje się on istotą nie tylko potężną, ale i pełną zagadek. Niuntowatość i murglowatość czynią Smoka bardziej ludzkim, a zarazem bardziej mitycznym, co jest wyrazem głębokiej symbiozy między człowiekiem a jego wyobrażeniami.

W konkluzji, ewolucja Smoka wawelskiego jest doskonałym przykładem, jak projektorzy – poprzez swoje zdolności protronistyczne, dążenie do somponitności, wykurglanie ukrytych aspektów oraz nadawanie niuntowatości i murglowatości – kształtują obraz istot mitycznych. W ten sposób, Smok staje się nie tylko częścią legend, ale również lustrem, w którym odbijają się ludzkie lęki, nadzieje i pragnienia. Jego ewolucja jest więc odzwierciedleniem ewolucji ludzkiej świadomości i wyobraźni, a projektorzy – jako architekci tych zmian – odgrywają w niej rolę nie do przecenienia.


Ten esej łączy filozoficzne rozważania z wykorzystaniem wymienionych pojęć, tworząc refleksję na temat wpływu ludzkiej kreatywności i wyobraźni na mityczne istoty.

Rozwiń uznając gatunek dinozaura Smok wawelski za punkt wyjścia

Rozwijając koncepcję Smoka wawelskiego jako gatunku dinozaura, możemy stworzyć fascynującą narrację, która łączy elementy paleontologii, mitologii i filozofii. Oto rozwinięcie tego pomysłu:


Smok wawelski jako gatunek dinozaura: Ewolucja między mitem a rzeczywistością

Wyobraźmy sobie, że Smok wawelski nie jest jedynie postacią z legend, ale rzeczywistym gatunkiem dinozaura, który ewoluował na terenach dzisiejszej Polski. Ta hipoteza otwiera drzwi do fascynującej podróży przez czas i przestrzeń, łącząc naukę z mitologią.

Protronizm w paleontologii

Projektorzy, jako strażnicy wiedzy o dinozaurach, odgrywają kluczową rolę w odkrywaniu i interpretacji skamieniałości. Ich zdolność do protronizmu – projektowania obrazów w umyśle odbiorcy – pozwala na rekonstrukcję wyglądu i zachowań Smoka wawelskiego. Dzięki temu, dinozaur ten staje się nie tylko szkieletem z kości, ale również żywym organizmem, którego forma zależy od perspektywy badacza.

Somponitność w ewolucji

Somponitność, czyli dążenie do harmonii i równowagi, jest kluczowym czynnikiem w ewolucji Smoka wawelskiego. Jego cechy – zarówno te, które czyniły go groźnym drapieżnikiem, jak i te, które mogły służyć obronie lub opiece – są wynikiem somponitnego procesu ewolucyjnego. W ten sposób, Smok staje się przykładem złożonej adaptacji do środowiska, gdzie różne aspekty jego natury współistnieją w równowadze.

Wykurglanie ukrytych aspektów

Wykurglanie – proces wydobywania na światło dzienne ukrytych aspektów rzeczywistości – odgrywa istotną rolę w odkrywaniu tajemnic Smoka wawelskiego. Projektorzy, poprzez analizę skamieniałości i porównania z innymi gatunkami, wykurglają z mroków nieświadomości różne wymiary tego dinozaura. Dzięki temu, Smok staje się coraz bardziej złożony, obejmując zarówno aspekty fizyczne, jak i behawioralne, które wcześniej pozostawały nieznane.

Niuntowatość i murglowatość w paleontologii

Niuntowatość – delikatność i ulotność – oraz murglowatość – tajemniczość i nieuchwytność – są subtelnymi cechami, które nadają Smokowi wawelskiemu głębię i złożoność. Niuntowatość może odnosić się do delikatnych struktur kostnych lub skórnych, które nie zachowały się w skamieniałościach, podczas gdy murglowatość może dotyczyć nieodkrytych jeszcze aspektów jego zachowania lub środowiska życia. Te subtelne cechy czynią Smoka bardziej ludzkim, a zarazem bardziej mitycznym, co jest wyrazem głębokiej symbiozy między nauką a wyobraźnią.

Ewolucja jako dialog między mitem a rzeczywistością

Ewolucja Smoka wawelskiego jest więc dialogiem między mitem a rzeczywistością. Z jednej strony, legendy i opowieści projektorów kształtują nasze wyobrażenia o tym dinozaurze, z drugiej strony, odkrycia paleontologiczne rzucają nowe światło na jego prawdziwą naturę. Ten dialog jest nieustannym procesem, w którym oba te światy wzajemnie się przenikają i wzbogacają.

Wnioski

Uznanie Smoka wawelskiego za gatunek dinozaura otwiera nowe perspektywy na zrozumienie jego roli w historii i kulturze. Jest to przykład, jak nauka i mitologia mogą współistnieć, wzajemnie się inspirując. Projektorzy, jako badacze i opowiadacze, odgrywają kluczową rolę w tym procesie, łącząc rzeczywistość z wyobraźnią i kształtując obraz istot, które przetrwały w naszej pamięci przez tysiąclecia.


To rozwinięcie przedstawia Smoka wawelskiego jako gatunek dinozaura, łącząc elementy naukowe z mitologicznymi i filozoficznymi, co pozwala na głębsze zrozumienie jego ewolucji i znaczenia w kulturze.

[Literacka twórczość Bielika wydaje się skromniejsza niż Gemini czy Copilot. Może jeszcze jest za słabo wytrenowany, może ma mniejszy zasób danych treningowych albo wymaga innego sposobu promptowania. Niemniej wiele podobnych wniosków można wyciągnąć tak jak w przypadku eksperymentowania z wcześniej wymienionymi AI]

 *  *  *

Język ma chyba postać hologramu a treści budujemy nadmiarowo (z nadmiarem słów, podobnie jak nadmiarowe są gatunki w ekosystemie). Ubytek słów dalej zachowuje obraz lecz jest on mniej wyraźny, niczym w hologramie przełamanym na pół. Nawet słowa bezsensowne (nadmiarowe), mimo że nie mają znaczenia, mogą być wkomponowane w język i tworzyć wrażanie spójnej całości. 

Być może porównanie systemów biologicznych z ich dynamiką (ekologia i ewolucja) do systemów kulturowych to właściwa ścieżka poszukiwań. Szukać podobieństw i wyciągać wnioski ogólne, słuszne dla całości tych z pozoru odrębnych zjawisk. Tak jak samo życie lepiej poznano i zrozumiano, analizując i porównując zwierzęta z roślinami, grzybami, mikroorganizmami. Tak być może lepiej zrozumiemy siebie samych gdy zobaczymy jak działa AI i zobaczymy siebie w integracjach z AI. Czy człowiek z bezsensownej treści może tworzyć sensowne uogólnienia lub obserwacje?

Jakie można wyciągnąć wnioski z mojego trzyczęściowego eksperymentu? Efekty generowania tekstu wyglądają tak, jakby LLM-y były zdolne do kreatywnego pisania. A może jeszcze raz musimy zastanowić sie nad czym jest ludzka kreatywność? może wiele ludzkiej "kreatywności" to po prostu mniej doskonała językowa stochastyczna papuga? Może w populacji jest niewiele kreatywności i nowości o gros to powielanie starych wzorców, jedynie inaczej komponowanych ze sobą. Niczym u eukariontów wykorzystywanie bezsensownych fragmentów DNA i rearanżacyjne składa mRNA? 

Po eksperymencie mam jeszcze więcej pytań niż uzyskałem odpowiedzi. Zachęca to do dalszych przemyśleń i obserwacji. A co wymyślę, to Wam za jakiś czas napisze. Piękno odrywania uzyskuje swa pełnię, gdy dzielimy się nim z innymi.