14.10.2026

Prezentacja na obronę

 


Na ostatnim slajdzie prezentacji dyplomowej często pojawia się bibliografia. Kilka, kilkanaście, czasem kilkadziesiąt pozycji zapisanych drobnym drukiem. Książki, artykuły, raporty, strony internetowe. Slajd wygląda naukowo, więc wszystko wydaje się być w porządku. Tyle tylko, że właściwie nie wiadomo, czemu ma to służyć. Widownia właśnie wysłuchała kilkunastominutowej prezentacji, a teraz otrzymuje wykaz literatury, której nie zdąży przeczytać, a nawet porządnie zobaczyć. Czy jest to jeszcze nauka, czy już tylko akademicki rytuał?

Bibliografia ma oczywiście swoje ważne miejsce w nauce. Pokazuje, skąd pochodzą informacje, na czym opiera się argumentacja, jakie wyniki innych badaczy zostały wykorzystane. Pozwala dotrzeć do źródeł i zweryfikować twierdzenia. W artykule naukowym czy pracy dyplomowej jest wręcz niezbędna. Czytelnik może przecież zatrzymać się przy konkretnym fragmencie, sprawdzić przypis, sięgnąć do cytowanej publikacji i ocenić, czy autor właściwie wykorzystał jej treść.

Prezentacja jest jednak innym gatunkiem wypowiedzi. Ma ograniczony czas, określone tempo i konkretny cel. Nie jest skróconą wersją pracy dyplomowej przeniesioną slajd po slajdzie na ekran. Jej zadaniem jest przede wszystkim opowiedzenie o problemie badawczym, metodzie, wynikach i ich znaczeniu. Slajd jest narzędziem tej opowieści, a nie stroną książki. Dlatego pojawia się pytanie: po co na końcu prezentacji umieszczać kilka wybranych pozycji z bibliografii pracy? Jeśli dyplomant przedstawia wyniki własnych badań, to źródłem tych wyników jest przede wszystkim jego praca dyplomowa. Pełne piśmiennictwo znajduje się już w tym dokumencie. Komisja ma do niego dostęp. Nie potrzebuje więc fotografii bibliografii na ostatnim slajdzie. Co więcej, sama obecność literatury nie mówi jeszcze, w jaki sposób została wykorzystana. Jeśli na slajdzie znajduje się wykres, zdjęcie, tabela albo konkretne twierdzenie zaczerpnięte z publikacji, znacznie bardziej użyteczne byłoby wskazanie źródła właśnie tam, gdzie jest ono potrzebne. Mały podpis pod ryciną albo krótkie odwołanie do publikacji może powiedzieć więcej niż cała strona bibliografii na zakończenie. Wtedy widz wie: to jest wynik własny, to pochodzi z literatury, a tutaj autor wykorzystał dane innego badacza.

Bibliografia umieszczona na ostatnim slajdzie bywa więc trochę jak tabliczka „tu znajduje się nauka”. Ma wyglądać poważnie, ale niekoniecznie pełni funkcję poznawczą. To szczególnie widoczne wtedy, gdy zapisane drobnym fontem nazwiska i tytuły są praktycznie nieczytelne. Slajd ma przecież wspierać komunikację. Jeśli odbiorca nie może go przeczytać, ponieważ projektant chciał zmieścić dwadzieścia pozycji literatury, to bibliografia zaczyna działać przeciwko prezentacji. 

Podobny problem dotyczy grafik. Współczesne narzędzia pozwalają wygenerować niemal dowolną ilustrację: efektowną, kolorową, fantastycznie wyglądającą. Tyle że efektowność nie jest jeszcze komunikacją. Jeśli piękna grafika zajmuje pół slajdu, ale nie pozwala zrozumieć przedstawianego zjawiska, staje się dekoracją. A naukowa prezentacja nie jest konkursem dekorowania slajdów.

W tym miejscu pojawia się jeszcze ciekawsze pytanie: co z AI? Jeżeli student korzystał z narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji przy przygotowaniu prezentacji, czy powinien umieścić je w bibliografii obok artykułów naukowych? Samo dopisanie nazwy narzędzia do listy źródeł niewiele wyjaśnia. Znacznie ważniejsze jest ujawnienie jak AI zostało wykorzystane: do uporządkowania pomysłów, korekty językowej, stworzenia grafiki, wygenerowania propozycji struktury czy może do opracowania fragmentu treści. AI nie jest bowiem tradycyjnym źródłem wiedzy. Jest narzędziem, którego sposób użycia ma znaczenie dla oceny procesu powstawania pracy. AI korzysta z zasobów tradycyjnej wiedzy, skumulowanej przez ludzkość, lecz robi to mało przejrzyście. 

To prowadzi do szerszej kwestii: uczelnia wyższa powinna uczyć nie tylko przestrzegania formy, ale także rozumienia funkcji formy. Student, który nauczył się, że „na końcu musi być bibliografia”, może bez problemu spełnić wymaganie formalne, nie wiedząc jednak, dlaczego je spełnia. To trochę tak, jakby na końcu wykładu obowiązkowo zapalać światło w sali, niezależnie od tego, czy jest dzień, czy noc (czy jest widno czy ciemno w sali). Rytuał zostaje, choć czasem znika jego sens.

Być może warto więc odwrócić pytanie. Nie: „Czy w prezentacji jest bibliografia?”, lecz: „Czy odbiorca wie, skąd pochodzi informacja i czy może ją zweryfikować?” Jeśli tak, funkcja naukowa została spełniona. Jeśli nie, sama lista literatury na ostatnim slajdzie niewiele zmienia. Dobra prezentacja dyplomowa nie powinna udawać artykułu naukowego. Powinna być klarowną opowieścią o wykonanej pracy badawczej. Jej wartość nie rośnie od liczby pozycji na ostatnim slajdzie ani od liczby efektownych grafik. Rośnie wtedy, gdy odbiorca rozumie, co zostało zbadane, jak to zrobiono, co odkryto i dlaczego ma to znaczenie. Może więc czasem warto zrezygnować z akademickiego ornamentu. Zamiast bibliografii umieszczonej na końcu „bo tak się robi”, lepiej pokazać jedno dobrze opisane źródło tam, gdzie rzeczywiście jest potrzebne. Zamiast pięknej, lecz nieczytelnej grafiki — prosty wykres, schemat albo zdjęcie, które coś wyjaśnia. Zamiast rytuału — świadomy wybór. Bo naukowość prezentacji nie polega na tym, żeby wyglądała naukowo. Polega na tym, żeby uczciwie i zrozumiale pokazywała proces dochodzenia do wiedzy.

Teraz było krótko, bez dodatkowych dygresji i szerszego omawiania zagadnienia. Czasem krótkie tekstu są lepsze od długich. A czasem nie. Nie zawsze musi był długo i obszernie i nie zawsze musi być krótko. Tekst powstał jako uzupełnienie do zajęć z seminarium dyplomowego.

9.10.2026

Ewolucja komunikacji: od rozmowy przy ognisku do kolektywów sztucznej inteligencji

Wystawa sztuki gdzieś w muzeum lub galerii. Obrazy i ludzie ze smartfonami, którzy opowiadają o tej wystawie, robią zdjęcia, wysyłają, coś na komórkach sprawdzają, doczytują... Współczesna hybrydowa komunikacja.


Historia człowieka jest w dużej mierze historią komunikacji. To właśnie niezwykła zdolność przekazywania informacji, wymiany doświadczeń i wspólnego interpretowania świata sprawiła, że niewielkie grupy naczelnych przekształciły się w gatunek zdolny do tworzenia cywilizacji, nauki i technologii. Ewolucja komunikacji nie jest jednak jedynie historią narzędzi, takich jak mowa, pismo czy internet. Jest to przede wszystkim historia rozszerzania możliwości ludzkiego mózgu poprzez kulturę (fenotyp rozszerzony). Każdy kolejny sposób porozumiewania się pozwalał człowiekowi przekraczać ograniczenia własnej pamięci, własnego doświadczenia i własnej perspektywy.

Początki komunikacji sięgają czasów, gdy nasi przodkowie żyli w niewielkich grupach społecznych. Mózg człowieka kształtował się pod wpływem życia we wspólnocie (stymulujące znaczenie inteligencji emocjonalnej). Umiejętność odczytywania intencji innych osób, przewidywania ich zachowań oraz współpracy była równie ważna w przeżyciu jak zdolności fizyczne. Rozwijający się język umożliwił przekazywanie informacji o zagrożeniach, miejscach występowania pożywienia, a później także o normach społecznych i wspólnych wartościach. A może pierwotne i najważniejsze było plotkowanie, kto z kim i dlaczego? Niby są bezwartościowe takie rozmowy, ale to one budowały sieci społeczne, relacje i więzi w grupie. Dzięki temu wiedza nie musiała być odkrywana na nowo przez każde pokolenie. Komunikacja stała się narzędziem kumulacji doświadczeń, a kultura zaczęła pełnić rolę pamięci zbiorowej.

Przez tysiące lat rozmowa twarzą w twarz była podstawową formą wymiany myśli. Człowiek mógł dyskutować jedynie z osobami znajdującymi się obok niego. Powstawały lokalne wspólnoty wiedzy, tradycji i wierzeń. W tym sensie każdy dialog tworzył swoisty kolektyw myślowy, czyli grupę ludzi współdzielących podobne sposoby postrzegania rzeczywistości, podobne informacje czy opowieści. Wspólna dyskusja prowadziła do powstawania nowych idei, ponieważ całość stawała się czymś więcej niż prostą sumą indywidualnych opinii. Wiedza rozwijała się nie tylko dzięki jednostkom, ale przede wszystkim dzięki relacjom między nimi. Od samego swego zarania wiedza miała charakter konektywny.

Prawdziwą rewolucję przyniosło pismo. Po raz pierwszy w historii możliwe stało się oddzielenie komunikatu od obecności nadawcy w bezpośredniej bliskości. Myśli mogły podróżować w przestrzeni i czasie. Człowiek zyskał możliwość prowadzenia dialogu z osobami oddalonymi o setki kilometrów, a nawet z autorami żyjącymi wiele pokoleń wcześniej lub później. Czytając dzieła Arystotelesa, Kopernika, Darwina czy Flecka, współczesny czytelnik uczestniczy w szczególnym rodzaju rozmowy. Autor nie może odpowiedzieć bezpośrednio, ale jego argumenty nadal wpływają na nasze myślenie. Książka stała się technologią komunikacyjną rozszerzającą możliwości ludzkiego mózgu. Dzięki niej kultura zaczęła funkcjonować jako zewnętrzny magazyn wiedzy, znacznie przekraczający pojemność indywidualnej pamięci w pojedynczym mózgu.

Jednocześnie rozwijała się jeszcze jedna forma komunikacji: dialog wewnętrzny. Człowiek potrafi rozmawiać nie tylko z innymi ludźmi, ale również z samym sobą. Wyobrażamy sobie różne stanowiska, analizujemy argumenty, odgrywamy odmienne role i zastanawiamy się nad konsekwencjami decyzji. W pewnym sensie każdy umysł jest małym kolektywem myślowym. Myślenie polega często na symulowaniu rozmowy, która odbywa się wyłącznie wewnątrz naszej świadomości. Kultura, edukacja i lektury wzbogacają ten dialog, dostarczając nowych głosów i nowych perspektyw.

Kolejny etap przyniosły technologie cyfrowe. Internet pozwolił łączyć ludzi w skali całej planety (bardziej aktywnie niż radio czy telewizja). Nigdy wcześniej tak wiele osób nie uczestniczyło jednocześnie w wymianie informacji. Jednak dopiero rozwój sztucznej inteligencji otworzył nowy rozdział w historii komunikacji. Po raz pierwszy człowiek może prowadzić dialog z systemem, który nie jest człowiekiem, ale potrafi analizować informacje, odpowiadać na pytania i wspierać proces myślenia. Powstaje nowa forma współpracy, którą można określić jako hybrydowy kolektyw myślowy. W takim układzie człowiek wnosi doświadczenie, intuicję i wartości, natomiast sztuczna inteligencja oferuje szybkie przeszukiwanie wiedzy, analizę danych oraz generowanie alternatywnych perspektyw.

Obecnie obserwujemy narodziny kolejnego etapu. Coraz częściej pojedynczy model językowy nie działa samodzielnie, lecz współpracuje z innymi agentami AI. Jeden system wyszukuje informacje, drugi je analizuje, trzeci tworzy podsumowania, a czwarty sprawdza poprawność wniosków. Takie wieloagentowe środowiska przypominają zespoły ekspertów prowadzących nieustanną dyskusję. Można je postrzegać jako nowy rodzaj kolektywu myślowego, który nie jest już wyłącznie ludzki. Powstają sieci współpracujących inteligencji, wspierających proces tworzenia wiedzy i podejmowania decyzji.

Nie oznacza to końca roli człowieka. Przeciwnie, rozwój komunikacji pokazuje, że każda nowa technologia rozszerzała możliwości ludzkiego umysłu, ale go nie zastępowała (fenotym rozszerzony). Mowa nie zastąpiła myślenia, książki nie zastąpiły rozmowy, a internet nie zastąpił kultury. Podobnie sztuczna inteligencja staje się kolejnym narzędziem poszerzającym przestrzeń dialogu. W tym sensie ewolucja komunikacji jest jednocześnie ewolucją kultury i ewolucją poznania. Coraz więcej podmiotów uczestniczy w wymianie myśli, a krąg naszych rozmówców staje się coraz szerszy. Rośnie biomasa współpracujących mózgów i obwodów krzemowych.

Można więc powiedzieć, że historia komunikacji to historia nieustannego przekraczania granic własnego umysłu. Najpierw rozmawialiśmy z ludźmi siedzącymi obok nas. Później nauczyliśmy się rozmawiać z autorami zapisanymi na kartach książek. Następnie odkryliśmy potencjał dialogu wewnętrznego, sieci globalnej komunikacji i sztucznej inteligencji. Dziś wchodzimy w epokę współpracujących agentów AI. Historia komunikacji to historia rozszerzania kręgu rozmówców: od ludzi obecnych obok nas, przez autorów zapisanych w książkach, po sztuczną inteligencję i kolektywy agentów AI.

I ta sama historia w ujęciu komiksowym. Grafiki wygenerowane z pomocą AI.






8.10.2026

Nominacja bloga w konkursie POP Science Śląskiego Festiwalu Nauki

Grafika Śląskiego Festiwalu Nauki
Pisze się w samotności ale i tak oczekujemy informacji zwrotnych. Bo pisanie na blogu to aktywność społeczna, skierowana do ludzi. Pisze się po to, by ktoś przeczytał. Tak jak mówi się, by ktoś usłyszał. Niezależnie ot tego, że czasami mówimy do siebie samych, nawet na głos. I że piszemy do szuflady, np. dziennik refleksji czy pamiętnik – tylko dla siebie. I to też ma sens. Blog to forma wypowiedzi publicznych w małych (krótkich) formach. Małe ziarenka, które dzięki systematyczności i wytrwałości układają się po latach w dużą wydmę. Kumulatywnie powstaje coś dużego

O sensie pisania decydują także informacje zwrotne, czy to w formie komentarzy, czy to polemiki i dyskusje w innym miejscu, czy to w formie cytowania i różnych „przedruków”. Te informacje zwrotne to odpowiedź na pytania: po czym poznam, że jestem czytany? Po czym poznam, że to co piszę ma sens? W tym kulturowym i publicznym dialogu rodzi się intersubiektywność, coś konektywnie wspólnego. Wpisy na blogu ozdabiam i ilustruję głównie własnymi zdjęciami. Taki dodatkowy środek wyrazu i komunikacji.

Wyróżnienia i nagrody za popularyzację nauki w formie bloga są nie tylko przyjemnością lecz i dodatkową informacją zwrotną. Że ktoś zauważył, docenił, uznał za wartościowe. Kilka miesięcy temu zostałem zgłoszony do konkursu POP Science, organizowanego przez Śląski Festiwal Nauki. Niedawno znalazłem się w gronie nominowanych w konkursie POP Science, w kategorii strona internetowa lub blog. To dla mnie duża radość i znaczące wyróżnienie. A na początku października rozpoczęło się głosowanie internetowe (potrwa do 5 listopada), które wyłoni Laureatki i Laureatów tegorocznej edycji konkursu organizowanego od 2019 roku (pierwsze wręczenie Nagród odbyło się w styczniu 2020 roku).

Prezentacja wszystkich nominowanych wraz z głosowaniem znajduje się na stronie Śląskiego Festiwalu Nauki: https://slaskifestiwalnauki.pl/pop-science-2026-nominacje-i-glosowanie Link do głosowania znajduje się też w aktualnościach oraz z prawej strony w skrótach strony głównej https://slaskifestiwalnauki.pl/

„Do 5 listopada 2026 roku do godziny 23:59 trwa internetowe głosowanie, które pozwoli wyłonić laureatki i laureatów Nagrody POP Science Śląskiego Festiwalu Nauki Katowice. Wyróżnienie to przyznawane jest osobom i przedsięwzięciom popularyzującym naukę w trzech kategoriach ogólnopolskich (wideoblog, strona internetowa/blog, audycja radiowa/podcast) oraz dwóch kategoriach regionalnych pod wspólną nazwą – myśl globalnie, działaj lokalnie – odrębnie w ramach osób zatrudnionych na uczelniach oraz związanych z województwem śląskim. Zapraszamy do zapoznania się z nominacjami i oddania głosów! Jak co roku, każda zainteresowana osoba mogła przekazać pomysły nominacji lub zgłosić swoją własną inicjatywę czy rozwijany projekt. Ten etap trwał do połowy maja 2026. Następnie dzięki punktom przyznawanym przez jury (które tworzą głównie laureatki i laureaci poprzednich edycji konkursu) wyłonione zostały nominacje. W każdej kategorii są to trzy kandydatury (propozycje z największą liczbą punktów jurorskich). Oznacza to, że łącznie w konkursie POP Science nominowanych jest 15 osób lub zespołów i inicjatyw. Laureatki i laureatów tradycyjnie wybierzemy wspólnie! O zwycięstwie zadecydują wszyscy głosujący z zachowaniem proporcji 50% głosów internautów i 50% głosów jury. Ogłoszenie wyników zaplanowane zostało na sobotę 5 grudnia, podczas pierwszego dnia Śląskiego Festiwalu Nauki Katowice.”

Informacja o mnie i moim blogu ze strony Śląskiego Festiwalu Nauki:

Profesorskie Gadanie, dr hab. Stanisław Czachorowski, prof. UWM

Blog Profesorskie Gadanie powstał w 2005 roku (od 2018 kontynuacja pod nowym adresem) jako element szerszego procesu dojrzewania do idei otwartego uniwersytetu i nauczania hybrydowego, a także jako próba przełamania pewnych barier oraz przyswajania nowych technologii w czasie trzeciej rewolucji technologicznej. Dla pracownika akademickiego to jeszcze jedna forma komunikacji i doskonalenie nauczycielskiego warsztatu pracy. Upowszechnianie wiedzy przez dr. hab. Stanisława Czachorowskiego, prof. UWM w ramach formuły uniwersytetu otwartego zawiera w sobie także swoistą spłatę dla podatnika, który przecież finansuje polską naukę. Skoro naukowiec może się rozwijać za pieniądze podatnika, to autor bloga popularnonaukowego uważa za stosowne dzielić się informacjami, refleksjami, wrażeniami i wiedzą na zasadzie wolnej licencji (swobodnego, niekomercyjnego dostępu). Na Profesorskim Gadaniu znajdują się tematy czysto biologiczne, jak i pokazujące pracę naukowca i dydaktyka od drugiej, nieoficjalnej strony, z naciskiem na szerszy kontekst społeczny i kulturowy.

7.10.2026

Podróże z ciekawością do miejsc nieoczywistych

Pamiątka z podróży po województwie śląskim. Zdjęcie i wspomnienia.


Nie sztuka wypatrzyć piramidę w Egipcie. Nie sztuka znaleźć wieżę Eiffla w Paryżu, zrobić jej zdjęcie i wrzucić do mediów społecznościowych. Trudniej zobaczyć coś, czego nie pokazują przewodniki. Jeszcze trudniej zachwycić się miejscem, które nie ma własnego magnesu na lodówkę, pocztówki ani kolejki turystów. Podróżowanie zaczyna się bowiem nie wtedy, gdy przekraczamy granicę państwa, lecz wtedy, gdy przekraczamy granicę własnej ciekawości.

Paryż jest daleko, więc wydaje się wielką podróżą. Ale czym właściwie jest ta „dalekość”? Można przelecieć tysiące kilometrów i niemal nie opuścić własnego świata. Zobaczyć Luwr, wieżę Eiffla, Łuk Triumfalny, a potem wrócić do hotelu i restauracji znanych z internetu. W pewnym sensie odwiedzamy wtedy nie Paryż, lecz jego wcześniej przygotowany obraz. Podróżujemy do miejsca, które już znamy z fotografii, filmów, książek i opowieści innych ludzi. Oczywiście, warto zobaczyć arcydzieła Luwru oraz dzieła architektoniczne dawnym pokoleń. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy sądzimy, że to właśnie one wyczerpują sens podróży.

Turystyka coraz częściej staje się bowiem turystyfikacją. Miejsca są przygotowywane tak, aby można je było łatwo zobaczyć, sfotografować, opisać i sprzedać. Powstają trasy, punkty widokowe, atrakcje, „must see” i listy dziesięciu rzeczy, których nie wolno przegapić. Miasto zaczyna być trochę jak wystawa, a turysta jak zwiedzający poruszający się według instrukcji obsługi. W efekcie różne miasta zaczynają mówić podobnym językiem. Podobne kawiarnie, podobne pamiątki, podobne kadry do fotografowania. Turystyfikacja porządkuje przestrzeń, ale czasem odbiera jej przypadkowość, a przecież właśnie przypadek bywa najlepszym przewodnikiem. I przygodą.

Dlatego lubię podróże do miejsc nieoczywistych. Można pojechać do Wodzisławia Śląskiego i odkryć niewielkie instalacje, o których wcześniej nie miało się pojęcia. Nie są wrocławskimi krasnalami, nie tworzą wielkiej turystycznej marki. Są po prostu częścią miasta. I właśnie dlatego mogą być ciekawsze. Nie przyjechaliśmy ich szukać. To my je znaleźliśmy. A może nawet odkryliśmy? Przynajmniej dla siebie, a czasem także dla innych.

Podobnie jest z Katowicami. Można powiedzieć: zwykłe miasto, przemysł, ulice, osiedla, place. Ale „zwykłe” jest często tylko innym słowem na „jeszcze niezobaczone”. Wystarczy zmienić sposób patrzenia. Nagle pojawia się detal architektoniczny, stara tablica, podwórko, ogród, fragment dawnej infrastruktury, rzeźba, mural, ślad czyjejś historii. Miasto przestaje być tłem i zaczyna być opowieścią.

A przecież podobnie można podróżować bez kupowania biletu. Podwórko w Silginach może być bardziej odległe od naszego codziennego świata niż niejedna zagraniczna metropolia. Pokrzywy nad rzeką mogą skrywać małą krainę nieznaną komuś, kto przechodził tamtędy setki razy. Wystarczy przystanąć. Zobaczyć owada na liściu, ślady zwierząt, zmieniający się nurt, zapach mokrej ziemi. Nagle znane miejsce staje się obce, a obce staje się bliskie. Odkryte dla siebie samego. I to tworzy klimat przygody z emocjami. Może więc daleka podróż nie oznacza wcale dużej liczby kilometrów. Jest raczej wyjazdem z własnego świata. To moment, kiedy przestajemy patrzeć automatycznie. Kiedy nie wiemy, co zobaczymy, i właśnie ta niewiedza zaczyna nas cieszyć.

Najciekawszym wyposażeniem podróżnika nie jest zatem aparat fotograficzny ani najnowszy smartfon. Jest nim ciekawość. Dzięki niej można podróżować po Paryżu, ale także po Katowicach, Wodzisławiu, własnej wsi, osiedlu, a nawet po własnym podwórku. Świat staje się wtedy większy nie dlatego, że pokonujemy większe odległości, lecz dlatego, że więcej potrafimy dostrzec.

Podróż zaczyna się od słów: „ciekawe, co tu jest?”. I być może właśnie wtedy naprawdę opuszczamy własny świat.

6.10.2026

Od kiedy zaczyna się studiowanie?

 

Pytanie pozornie łatwe, lecz nie ma chyba wyraźnej granicy początku. To proces i kontinuum. Opowiem to na własnym przykładzie. Mamy za sobą uroczyste inauguracje czyli początek nowego roku akademickiego. A od kiedy się studiuje? Ja zacząłem studiować w listopadzie. A było to tak.

Pod koniec czwartej klasy w liceum wypełnialiśmy jakieś dokumenty i deklarowaliśmy, czy i gdzie chcemy studiować. Jak chciałem biologię i chciałem gdzieś na Warmii i Mazurach, bo chciałem z Mazowsza powrócić na swoją rodzinną ziemię, do korzeni. Już nie tylko na wakacje, ale na dłużej. Nie chciałem na uczelnię rolniczą (jakieś przedmioty przyrodnicze okołobiologiczne), chciałem na biologię. W tym regionie były tylko dwie uczelnie, obie w Olsztynie. Wybór padł na Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Olsztynie, kierunek biologia nauczycielska. Czyli to biologia ukierunkowała mnie na kształcenie pedagogiczne. Niejako przy okazji. To wtedy był początek mojego studiowania? Chyba nie.

Potem zdałem maturę, wynik był pozytywny i to otwierało mi drogę na studia. Z przedmiotów do wybory celowo wybrałem biologię i chemię. Czy już wtedy zacząłem studiować, z maturą, uprawniającą do podjęcia studiów? Chyba jeszcze nie. Proces trwał, ale dla mnie nie była to jeszcze wartość graniczna.

W lipcu przyjechałem na egzaminy wstępne. Wtedy po raz pierwszy zakwaterowany zostałem w akademiku, kwintesencji życia studenckiego. Tak, w akademiku czuję się wspólnotę akademicką. Niepowtarzalny klimat. W stresach i niepewności zdałem egzaminy wstępne. Potem dostałem urzędowe pismo, o przyjęciu mnie na biologię na WSP w Olsztynie. Dokument potwierdzający początek studiowania. Ale tego momentu także nie uważam za mój początek.

Po raz drugi do Olsztyna przyjechałem we wrześniu, by się zakwaterować w akademiku i na krótką adaptację. Wtedy poznałem kolegów z akademikowego pokoju. I spotkałem starsze roczniki. Rozpoczęło się niezwykłe życie w akademiku. W pewnym sensie można by byłoby uznać za początek studiowania. Przynajmniej w sensie społecznym. Ale to nie był jeszcze mój początek.

1 października odbyła się uroczysta inauguracja, na auli w budynku przy ul. Żołnierskiej. Tak jak każdy student dostałem papierowy indeks. Złożyłem też ustnie i pisemnie ślubowanie. Miałem już wszystkie atrybuty studenta: miejsce w akademicku i indeks. Rozpoczęły się pierwsze zajęcia, chodzenie w białym fartuchu. Ale to nie był jeszcze mój początek studiowania. Tak to przynajmniej widzę retrospektywnie. Kupiłem pierwsze podręczniki do nauki.

Były spotkania, rozmowy, nie tylko te na zajęciach. Opiekunem roku był Krzysztof Kukliński. I to on powiedział nam, że jest taki docent Biesiadka, który będzie organizował wyjścia terenowe i że on  pokaże nam dziwne roztocza w mchu. Dobry wstęp i zaciekawienie. Właściwe doradztwo studentom pierwszego roku. Do dzisiaj jestem za to wdzięczny. Potem pojawiło się małe, lakoniczne ogłoszenie na tablicy ogłoszeń, że zainteresowanych studentów zaprasza ów docent na pierwsze wyjście  w poszukiwaniu tajemnic życia. To był listopad, pogoda marna, chyba zaczął już padać śnieg. Na spotkanie przyszło nas dwóch, ja i Andrzej Grudzień. I tak zaczęło się moje prawdziwe studiowanie. Nie było ocen, nie było zajęć w planie zajęć, było bezpośrednie spotkanie z naukowcem i bliski kontakt. Teraz nazwalibyśmy to dobrymi relacjami akademickimi. Pierwsze spotkanie trwało krótko, wyszliśmy jedynie do ogrodu dydaktycznego przy uczelni. Było zimno, więc i wyjście terenowe było krótkie. Coś jeszcze potem obserwowaliśmy pod binokularem. Ale to właśnie wtedy poczułem, że studiuję. Potem z tego wyrosło koło naukowe i własne badania naukowe. Podkreślę, bez ocen, zaliczeń, bez sylabusów, bez programu. Ale z ciekawością i odkrywaniem. Niby tylko dodatek do programowych zajęć, ale dla mnie była to kwintesencja. I takiego studiowania życzę wszystkim studentom. 

Zacząć można w każdym momencie, czy to w październiku, listopadzie, wrześniu czy lipcu. To Ty decydujesz czy, kiedy i jak studiujesz. A uczelnia to dobre środowisko do takiego studiowania.

5.10.2026

Co wspólnego ze sobą ma mała retencja i hejt internetowy?



Z hejtem czyli mową nienawiści i językiem agresji jest trochę jak z deszczem. Niby jedno i drugie spada z góry, tylko deszczowi zazwyczaj jesteśmy bardziej wdzięczni. Kiedy zaczyna padać, rozsądny człowiek nie biegnie na podwórko z wiadrem i nie krzyczy: „Precz z wodą!”. Raczej zastanawia się, co zrobić, żeby jej nie zmarnować. Zwłaszcza w czasach pogłębiającej się suszy. Taki rozsądny człowiek założy łąkę kwietną z dużą ilością próchnicy (a ta zatrzymuje wodę jak gąbka), zrobi ogród deszczowy, założy zielony dach albo postawi pod rynną starą beczkę. Nie zatrzyma całej chmury. Nie wygra z pogodą. Ale trochę wody zatrzyma. To się nazywa mała retencja. Niby mała ale w sumie jednak bardzo duża.

Z hejtem można zrobić dokładnie to samo. Nie zatrzymamy całego zła w internecie, ludzkiej głupoty, najemnych trolli, agentów dezinformacji i jątrzycieli amatorów. Nie sprawimy, że nagle wszyscy użytkownicy mediów społecznościowych zamienią się w uprzejmych, pogodnych ludzi, którzy przed napisaniem komentarza wypiją herbatę, policzą do dziesięciu i zapytają siebie: „Czy to, co właśnie chcę napisać, jest naprawdę potrzebne?”. Byłoby pięknie, ale nie przesadzajmy z fantastyką. Media karmią się sensacją i emocjami.

Możemy jednak zatrzymać trochę, i wody i hejtu. I właśnie to „trochę” ma znaczenie. Bo hejt, podobnie jak woda podczas ulewy, lubi płynąć tam, gdzie jest najłatwiej. Jeden obraźliwy komentarz wywołuje następny, ktoś robi zrzut ekranu, ktoś go udostępnia, ktoś dopisuje swoje trzy grosze i nagle z małej kałuży robi się internetowa powódź. A potem wszyscy są zdziwieni, że mamy mokro. I są też zawodowi jątrzyciele, którzy umyślnie prowokują do negatywnych emocji i komentarzy. Zawodowo i celowo dezinformują, tworzą i rozpowszechniają fejk newsy. 

Tymczasem czasem wystarczy postawić zwykłą "beczkę pod rynną". Nie dokładać hejtu od siebie. Nie wzmacniajmy i nie przekazujmy dalej fałszywych informacji (dezinformacja w rękach użytecznych idiotów). Nie podawajmy dalej agresywnego komentarza. Nie reagujmy by go nie wzmacniać. Lepiej wyciszyć. Usunąć wulgarną wypowiedź ze swojej tablicy na Facebooku lub innym medium prosumpcyjnym (tzw. społecznościowym), niech innych w oczy i duszę nie kole, niech nie sprawia innym przykrości. Zablokować konto, które najwyraźniej pomyliło dyskusję z konkursem na najbardziej obraźliwy komentarz miesiąca. Zgłosić treść, kiedy sytuacja tego wymaga. To nie są wielkie bohaterskie czyny. Nikt nie postawi nam za to pomnika. Nie będzie fanfar ani uroczystego przecięcia wstęgi. A jednak właśnie z takich drobnych działań może powstać coś ważnego: mniej hejtu, który płynie dalej.

Z hejtem i małą retencja jest podobnie, liczą się małe działania. Wodę i zło można zatrzymać, by zminimalizować straty.  

3.10.2026

Czy zwiększanie zasięgów w mediach przynosi korzyści?




Czy zwiększanie zasięgów w mediach społecznościowych przynosi korzyści marketingowe? Pytanie wydaje się banalne. Ochoczo odpowiemy - oczywiście, że tak, przynoszą korzyści! Większy zasięg oznacza przecież więcej odbiorców, więcej wyświetleń, więcej reakcji, a czasem także większą rozpoznawalność. W świecie mediów społecznościowych liczby mają niemal magiczną moc. Tysiąc wyświetleń wygląda dobrze, dziesięć tysięcy jeszcze lepiej, a milion zaczyna brzmieć jak sukces sam w sobie. Tylko czy rzeczywiście nim jest? Czy nie jest tak samo jak z ocenami w szkole, gdy przestają być wskaźnikiem a stają się celem samym w sobie? A wtedy lepsze oceny wcale nie wskazują na większą wiedzę, tylko na większą skuteczność w zdobywaniu ocen. Czasem także skuteczną drogę na skróty, ze ściąganiem i uczeniem się tylko dla ocen...

Zwiększanie zasięgów przypomina zwiększanie głośności w głośnikach podczas koncertu albo konferencji na dużej sali. Gdy ktoś mówi do licznego zgromadzenia, to podnosi głos, niemalże krzyczy. Chce być dobrze słyszany (ale czasem ta maniera wywołuje śmieszność i niesmak bo jest nieadekwatna do sytuacji, np. po co krzyczeć gdy ma się przed sobą mikrofon i dobre nagłosnienie?). Kiedy podkręcimy wzmacniacz, dźwięk dociera dalej. Osoba stojąca na końcu sali wreszcie słyszy. Można powiedzieć, że osiągnęliśmy sukces komunikacyjny: informacja dotarła do większej liczby ludzi. Ale istnieje pewien problem. Ci, którzy stoją blisko głośnika, mogą zacząć odczuwać dyskomfort. To, co dla jednych jest poprawą słyszalności, dla innych staje się hałasem. Jestem osobą wrażliwą na hałas, gdy wrasta liczba decybeli na sali a niskie dźwięki rezonują w klatce piersiowej, to mam ochotę uciec. Czyli uniknąć dyskomfortu. Unikam głośnych koncertów ile moc w głośnikach dała i krzykliwych osób. Jest głośniej, ale paradoksalnie do mnie to nie dociera. Czyżbym był wyjątkowym niszowcem, którym nie warto zawracać sobie głowy? A co, jeśli takich osób jest więcej?

Podobnie działa komunikacja w mediach społecznościowych. Zwiększenie zasięgu może być bardzo pożyteczne, jeśli mamy coś ważnego do powiedzenia. Dobra treść, ciekawa obserwacja, odkrycie naukowe, wartościowa opowieść czy trafna myśl rzeczywiście zasługują na to, aby dotrzeć dalej. Wtedy większy zasięg jest czymś w rodzaju dodatkowego megafonu lub zwiększonego nakładu drukarskiego... Nie zmienia treści komunikatu, lecz pozwala usłyszeć (przeczytać) go większej liczbie osób.

Rzecz w tym, że megafon (głośniki) nie poprawia jakości głosu. Nie zamienia banalnej wypowiedzi w mądrą. Nie sprawia, że kiepski dowcip staje się zabawniejszy, a pusta informacja nabiera znaczenia. Jeśli nie mamy nic wartościowego do przekazania, zwiększanie głośności niewiele pomoże. Zero pomnożone przez trzy, osiem czy pięćdziesiąt nadal pozostaje zerem. Możemy więc mieć ogromne zasięgi i jednocześnie niewiele do powiedzenia. Różne marketingowe sztuczki z tagowaniem @obserwujący @wszyscy sprawia, że post wyświetla się większej liczbie odbiorców. Ale czy oni to czytają? Czy nadużywanie i zbyt częste stosowanie tych zabiegów nie sprawia czasem, ż e odbiorcy omijają takie komunikaty i powiadomienia? Ja tak mam i myślę o ucieczce przed tym medialnym hałasem, wręcz spamem. Kusi by wcisnąć guzik aby takiego nadawcę "krzykliwego" na stałe wyciszyć...

Co więcej, nadmierna głośność może działać przeciwko nam. Człowiek nie jest przecież urządzeniem przystosowanym do nieustannego odbierania komunikatów. Nasza uwaga jest ograniczonym zasobem. Mózg musi wybierać, co zauważyć, a co odrzucić. W środowisku pełnym bodźców coraz częściej potrzebujemy nie kolejnego głośniejszego komunikatu, lecz komunikatu lepszego. Nadmiar hałasu prowadzi do zmęczenia, a zmęczony odbiorca zaczyna uciekać od źródła dźwięku. W mediach społecznościowych łatwo jednak wpaść w pułapkę pogoni za zasięgiem (ulegając różnym sugestiom czy poradom). Skoro komuś udało się zdobyć milion wyświetleń dzięki określonemu sposobowi publikowania, pojawia się pokusa, aby zrobić dokładnie to samo. Powtarzamy schemat, kopiujemy format, naśladujemy tytuł, długość filmu, sposób rozpoczęcia wypowiedzi. Tyle tylko, że komunikacja przypomina bardziej ekosystem niż fabrykę. To, co działa w jednym miejscu, czasie i środowisku, niekoniecznie zadziała gdzie indziej.

Psychologia społeczna i socjologia mediów jasno wskazują na zjawisko tak zwanego „zmęczenia informacyjnego”. W świecie przeładowanym bodźcami ludzki mózg wykształcił mechanizmy obronne przed chaosem sensorycznym. Bezrefleksyjne naśladownictwo powszechnych porad – wykrzykiwanie nagłówków, stosowanie krzykliwych miniatur czy powielanie powierzchownych schematów – rzadko prowadzi do trwałego sukcesu. Zamiast budować autorytet lub zaangażowaną społeczność, zamieniasz się w kolejny irytujący szum tła, przed którym użytkownicy uciekają, klikając przycisk „wycisz” lub „odobserwuj”.

Z ekologii wiemy przecież, że organizm nie istnieje w próżni. Jego sukces zależy od środowiska, konkurencji, zasobów i relacji z innymi organizmami. Podobnie jest z treścią. Ma swoją publiczność, kontekst, czas i miejsce. Nie istnieje uniwersalna recepta na uwagę. Czasem warto mówić głośniej. Czasem lepiej mówić ciszej, ale ciekawiej. A czasem najrozsądniej jest po prostu zamilknąć i pozwolić odbiorcy zatęsknić za kolejnym komunikatem. Dlatego zwiększanie zasięgów nie powinno być celem samym w sobie. Jest narzędziem. Można dzięki niemu dotrzeć dalej, ale niekoniecznie głębiej. Można zdobyć nowych odbiorców, lecz niekoniecznie zbudować z nimi relację. Można mieć milion wyświetleń i nie zostawić po sobie żadnej myśli. Można też dotrzeć do stu osób i sprawić, że jedna z nich zacznie patrzeć na świat trochę inaczej. Może więc zamiast nieustannie pytać: „Jak zwiększyć zasięg?”, warto czasem zadać pytanie trudniejsze: „Czy mam coś, co naprawdę warto usłyszeć?”. Bo technologia pozwala dziś bardzo łatwo zwiększać głośność. Znacznie trudniej jest mieć coś wartościowego do powiedzenia.

Dobra komunikacja nie polega na tym, żeby krzyczeć najgłośniej. Polega na tym, żeby powiedzieć coś, czego drugi człowiek rzeczywiście chce albo potrzebuje wysłuchać. Zasięg jest odległością. Treść jest drogą. Samo zwiększenie odległości nie sprawi jeszcze, że dokądś dotrzemy. Zero pomnożone przez 3, 8 czy 50 daje ciągle ten sam wynik końcowy. Ze szkolnej arytmetyki dobrze czytelniku pamiętasz, że we wszystkich wymienionych działaniach wynikiem będzie zero.

PS. Zdjęcie gdzieś z muzeum w czasie podróży po województwie śląskim.