21.01.2026

WOŚP 2026 w Olsztynie czyli pisanie przyrodniczych opowieści z Panem Neuronem i AI

W czasie WOŚP 2025, rok remu.

Jak co roku, wraz z Wydziałem Biologii i Biotechnologii, gram w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. I tym razem towarzyszyć będzie mi maskotka Pan Neuron czyli wielki pożeracz smutków. Z pomocą kilku innych przytulanek, tak jak z widocznym na zdjęciu wyżej Felkiem - niezwykłą zieloną muchą. 25 stycznia 2026 roku, Olsztyn, Galeria Aura, w godzinach 12.00-17.00 obok innych grających popularyzatorsko stanowisk.

Co tym razem będzie? Rozdawanie serotoniny w sposób analogowy i cyfrowy. Będzie opowiadanie i pisanie przyrodniczych opowieści z Panem Neuronem oraz (dla chętnych) z AI czyli narzędziami sztucznej inteligencji.

Będzie to przyrodnicza i twórcza zabawa dla dużych i małych. Pisanie opowieści o zwierzętach, grzybach, roślinach orz mikroorganizmach z Panem Neuronem. Można pytać o wszystko, co w wodzie i trawie piszczy i dlaczego jemioła klei się do butów oraz ptasich dziobów. Pan Neuron na wszystkie pytania odpowie. Ja mu pomogę oczywiście. Można będzie także pozyskać małą porcję serotoniny w czasie przytulania się do pluszaka Pan Neuron. On pożera wszelkie smutki. I można wspólnie z Panem Neuronem oraz sztuczną inteligencją napisać krótką opowieść o przyrodzie.

Najważniejsze są pytania i ciekawość. W czasie mini warsztatów kreatywnego pisania można będzie napisać lub zrobić wideo (w ramach nowej mówioności i komunikacji postpiśmiennej) o tematyce przyrodniczej. Efekty wspólnej pracy zostaną zebrane w formie ilustrowanego e-booka pt. „Co Pan Neuron u czasie WOŚP usłyszał i zapamiętał”. Na najciekawsze przyrodnicze pytania odpowiedzi padną w czasie radiowych felietonów „Tłumaczymy Świat” w Radiu Olsztyn oraz na blogu „Profesorskie Gadanie”. Powstały e-book zlicytujemy na kolejnym WOŚP.

Pan Neuron serotoninę będzie rozdawał analogowo i za darmo. Będzie też pisanie analogowe i z wykorzystaniem narzędzi sztucznej inteligencji. Porozmawiamy także o AI i przyszłości.

A tak było w 2025 roku: https://profesorskiegadanie.blogspot.com/2025/01/pan-neuron-i-sztuczna-inteligencja.html

Migawka z 2025 roku

Nie interesuje mnie, kto wspiera, a kto nie - mam to gdzieś. Nie interesują mnie hejterzy, którzy „nie dają dla Owsiaka” i tylko klikają lub piszą wredne komentarze. Ja pomagam, bo ma to wielki sens materialny i pozamaterialny. I Pan Neuron też pomaga w WOŚP.

20.01.2026

Student jako asystent zajęć, w dwóch odsłonach

 

Funkcja asystenta zajęć ma długą tradycję (tak jak kiedyś dyżurny w szkolnej kasie) a w nowoczesnej dydaktyce przeżywa renesans. W wielu uczelniach funkcjonuje pod różnymi nazwami: student assistant, peer tutor, teaching assistant (TA), lider grupy, moderator, mentor rówieśniczy, a nawet facylitator. W Polsce nie jest to jeszcze tak sformalizowane jak w krajach anglosaskich, ale praktyki są znane i coraz częściej stosowane – zwłaszcza w zajęciach projektowych, laboratoryjnych, seminaryjnych i warsztatowych. Funkcja znana pod pojęciem starosta grupy (dydaktycznej) i starosta roku. Angażowanie studentów w organizację studiowania jest jakimś powrotem do średniowiecznych korzeni uniwersytetów.

Dwa lata temu stawiałem pierwsze kroki. Wyszło marnie i bez zadowalających efektów. Tym razem spróbuję ponownie, ale będę już dużo lepiej przygotowany. Poczynając od dokładnego wyjaśnienia co i dlaczego proponuję, poprzez klarownie przygotowane regulaminy, karty pracy dla studentów i ze scenariuszem zajęć (to dla mnie). Dlaczego informacje o asystencie zajęć umieszczam na blogu? Są dwa powody. Pierwszy to łatwy do podlinkowana tekst ze wszystkimi informacjami dla studenta (zamiast wysyłać obszerny tekst w liście do studentów, umieszczę tylko link). Po drugie traktuję to jako otwartą dyskusję i liczę na to, że i inni podzielą się swoimi refleksjami czy doświadczeniami. Co dwie głowy to nie jedna. Po trzecie, może i ja kogoś zainspiruję. A wiadomo, że razem jest i przyjemniej i łatwiej zmieniać świat dydaktyki akademickiej.

W odniesieniu do asystenta zajęć znalazłem kilka różniących się nieco modeli. Nawet nie przypuszczałem, że jest tak duża różnorodność. Niżej sześć rozwiązań, które nie wyczerpują zapewne jeszcze wszystkim możliwości.

1. Asystent–facylitator (model „peer-led learning”)

Student pełni rolę osoby, która:

  • pomaga grupie w organizacji pracy,
  • moderuje dyskusje,
  • pilnuje czasu i dynamiki,
  • wspiera osoby mniej aktywne.

To nie jest „mini-wykładowca”, tylko katalizator procesu. Podobno dobrze działa na zajęciach projektowych, terenowych, kreatywnych.

Zalety:

  • wzmacnia poczucie sprawczości studentów,
  • odciąża prowadzącego w zadaniach organizacyjnych,
  • buduje kulturę współpracy.

2. Asystent merytoryczny (model „teaching assistant light”)

Wybrany student:

  • przygotowuje krótkie wprowadzenia do tematów,
  • zbiera pytania od grupy,
  • pomaga innym w zrozumieniu trudniejszych fragmentów materiału,
  • prowadzi fragment zajęć (np. 5–10 minut).

Ten model sprawdza się na zajęciach, gdzie studenci mają różne poziomy przygotowania.

Zalety:

  • rozwija kompetencje prezentacyjne,
  • wzmacnia uczenie się przez nauczanie,
  • pozwala prowadzącemu skupić się na bardziej złożonych interakcjach. 

3. Asystent–koordynator (model „organizacyjny”)

Student odpowiada za:

  • komunikację grupową (np. ustalenia, przypomnienia),
  • zbieranie materiałów,
  • pilnowanie terminów,
  • organizację pracy w podgrupach.

To szczególnie przydatne w kursach długoterminowych, projektowych, z tworzeniem  e-booków jako jednym z rezultatów uczenie się.

4. Asystent kreatywny/medialny

Model do zajęć łączących nauki ścisłe (np. biologię), sztukę i komunikację. Student może:

  • dokumentować zajęcia (zdjęcia, notatki wizualne),
  • przygotowywać krótkie podsumowania na Instagram/Teams,
  • tworzyć grafiki lub infografiki,
  • wspierać innych w narzędziach cyfrowych. 
Zastanawiam się czy ten model nie będzie szczególnie przydatny w pracy z pokoleniem Alfa.

5. Rotacyjny asystent zajęć

Każde zajęcia mają innego „asystenta tygodnia”. Takie rozwiązanie:

  • demokratyzuje rolę,
  • pozwala każdemu spróbować, czyi angażuje większą liczbę studentów,
  • eliminuje ryzyko faworyzowania jednej osoby,
  • wprowadza element grywalizacji i świeżości.

6. Asystent refleksyjny

Student przygotowuje krótkie (2–3 min) podsumowanie każdych zajęć:

  • co było najważniejsze,
  • jakie pytania pozostały,
  • co warto przenieść na kolejne zajęcia.

To rozwiązanie wspiera metapoznanie i moją filozofię uczenia się jako procesu. Nad takim rozwiązaniem się zastanawiam. Lecz zostawię dużo wyboru samym studentom, który z tych modeli najbardziej będzie im odpowiadał. A że chce spróbować na trzech różnych kierunkach i trzech wydziałach, to ten wybór jest niezbędny. By współtworzyli a nie tylko wypełniali szczegółowo opracowane instrukcje.

Plan to jedno, a wykonanie w konkretnych warunkach i w kontekście społecznych to drugie. Ważne jest pytanie „Jak to wprowadzić, żeby działało?” We współpracy z AI udało mi się zebrać kilka praktycznych wskazówek, które podobno sprawdzają się w dydaktyce akademickiej. Jako przyrodnik sprawdzę to eksperymentalnie ("w praniu"). Czego mi potrzeba?

1. Jasne ramy

Krótki opis roli studenta: co robi, czego nie robi, ile czasu to zajmuje. To się znajdzie także w regulaminie (informacje dla studentów, podejmujących się funkcji asystenta zajęć).

2. Dobrowolność

Najlepiej działa, gdy studenci sami się zgłaszają lub wybierają spośród siebie. Nic na siłę. Będzie można zgłosić się poprzez wniosek/podanie, tak jak w każdej rekrutacji na stanowisko. A więc pełny wolontariat.

3. Rotacja lub kadencja

Np. jedna osoba na 2–3 tygodnie, albo rotacja co zajęcia. Wprowadzę dwa rozwiązania: asystent semestralny (czyli na całe zajęcia w semestrze, czas trwania jednego przedmiotu) oraz asystent tygodniowy z zadaniem tylko na jedne zajęcia.

4. Mini-szkolenie

5 minut na początku zajęć „Jak być dobrym asystentem”. Z wyjaśnieniem co i dlaczego.

5. Feedback

Po każdej zrealizowanej roli planuję  krótkie podsumowanie: co zadziałało, co można poprawić. To ważne dla mnie jako prowadzącego, ale myślę, że ważne także dla studentów, którzy podejmą się takiej roli.

6. Symboliczne docenienie

Nie musi to być ocena, może być:

  • pochwała,
  • certyfikat (takowy przygotuję)
  • wzmianka w podsumowaniu semestru (dla tej formy nie widzę przestrzeni)
  • możliwość wpisania roli do portfolio (będę rekomendował a certyfikat będzie wygodnym artefaktem).

Model asystenta zajęć – wersja dwupoziomowa (asystent semestralny i asystent tygodniowy)

Poziom 1: Asystent semestralny (AS)

Jedna osoba na cały przedmiot, pełniąca rolę stałego partnera dydaktycznego. To ktoś, kto zna rytm zajęć, pomaga w planowaniu, komunikacji i spójności całego kursu. Główne cele roli:

  • wspiera prowadzącego w organizacji i komunikacji,
  • dba o przepływ informacji w grupie,
  • pomaga w dopracowaniu programu i efektów kształcenia,
  • utrzymuje ciągłość między kolejnymi zajęciami,
  • wspiera tygodniowych asystentów.

Zakres obowiązków AS

1. Konsultacje programowe (początek semestru)

  • przegląd wstępnego programu i harmonogramu,
  • zgłoszenie uwag z perspektywy studenckiej,
  • pomoc w doprecyzowaniu efektów kształcenia (czy są zrozumiałe, realistyczne, mierzalne),
  • wskazanie potencjalnych trudności lub „wąskich gardeł”.

2. Organizacja komunikacji

  • pomoc w  konfiguracji zespołu MS Teams (kanały, zakładki, struktura),
  • przygotowanie krótkiego przewodnika „Jak korzystamy z Teams na tym kursie”,
  • moderowanie kanałów i pilnowanie porządku,
  • zbieranie pytań od grupy i przekazywanie ich prowadzącemu zajęcia (czyli mi) w uporządkowanej formie.

3. Wsparcie w przebiegu zajęć

  • krótkie podsumowania po każdych zajęciach (bullet points, punktory),
  • pilnowanie terminów i przypomnień,
  • koordynacja pracy tygodniowych asystentów.

4. Współpraca z prowadzącym

  • cotygodniowe 10–15 minut konsultacji (przed lub po zajęciach),
  • sygnalizowanie nastrojów grupy, trudności, potrzeb,
  • pomoc w przygotowaniu materiałów (np. checklist, instrukcji).

Poziom 2: Asystenci tygodniowi (AT)

Rotacyjna rola, zmieniająca się co zajęcia. Każdy student ma szansę spróbować, ale nie musi. Główne cele roli:

  • wesprzeć prowadzącego w realizacji jednych zajęć,
  • zadbać o dynamikę, czas i aktywność grupy,
  • przygotować krótkie podsumowanie i refleksję.

Zakres obowiązków AT

1. Przed zajęciami

  • kontakt z asystentem semestralnym (AS) w celu ustalenia planu,
  • przygotowanie 2–3 pytań otwierających lub rozgrzewających,
  • pomoc w ustawieniu sali czy rozdaniu materiałów (jeśli potrzebne).

2. W trakcie zajęć

  • pilnowanie czasu poszczególnych segmentów,
  • moderowanie małych grup lub dyskusji,
  • zbieranie pytań i wątpliwości od studentów,
  • wsparcie techniczne (Teams, prezentacje, dokumenty).

3. Po zajęciach

  • krótkie podsumowanie (3–5 punktów),
  • refleksja: „co było najważniejsze, co warto poprawić lub zmienić”,
  • przekazanie notatek AS.

Tabela współdziałania obu ról asystenckich. AS dba o strukturę i ciągłość, AT o dynamikę i jakość pojedynczych zajęć.

Obszar

Asystent semestralny (AS)

Asystent tygodniowy (AT)

Planowanie

konsultuje program, efekty kształcenia, harmonogram

przygotowuje się do jednych zajęć

Komunikacja

tworzy i moderuje kanały Teams

przekazuje krótkie komunikaty dotyczące swoich zajęć

Wsparcie zajęć

dba o ciągłość i organizację całego kursu

wspiera realizację jednego spotkania

Podsumowania

tworzy tygodniowe (spotkanie i dyskusja online) i semestralne syntezy

tworzy podsumowanie jednych zajęć

Koordynacja

wspiera i instruuje AT

współpracuje z AS

Relacja z prowadzącym

stały kontakt i konsultacje

kontakt jednorazowy, operacyjny

 

To był mój, wykładowcy punkt widzenie. A co student zyskuje jako asystent?

1. Doświadczenie, które można wpisać do CV

To nie jest „pomoc na zajęciach”. To jest realna funkcja organizacyjno-facylitacyjna, którą można opisać tak, że rekruterzy zrobią pozytywnie wielkie oczy. Przykładowe wpisy do CV:

  • „Koordynacja komunikacji i pracy zespołu w projekcie akademickim”
  • „Moderowanie dyskusji i facylitacja pracy grupowej”
  • „Współtworzenie programu zajęć i konsultacja efektów kształcenia”
  • „Zarządzanie kanałami komunikacji (MS Teams)”
  • „Organizacja i prowadzenie krótkich segmentów zajęć”

To jest konkret, który robi wrażenie.

2. Kompetencje miękkie, które są złotem w świecie AI (sztucznej inteligencji)

  • organizacja pracy,
  • komunikacja,
  • facylitacja,
  • moderowanie dyskusji,
  • praca z grupą,
  • zarządzanie czasem,
  • rozwiązywanie problemów,
  • odpowiedzialność i samodzielność.

To są umiejętności, które pracodawcy cenią bardziej niż wiedzę encyklopedyczną.

3. Poczucie wpływu i współtworzenia zajęć

Studenci uwielbiają, kiedy:

  • ich głos ma znaczenie,
  • mogą coś zmienić,
  • mogą współdecydować o przebiegu kursu.

Rola asystenta daje im realny wpływ, a nie symboliczny.

4. Lepszy kontakt z prowadzącym

To działa jak mini-mentoring:

  • krótkie konsultacje,
  • rozmowy o dydaktyce,
  • wgląd w proces projektowania zajęć,
  • możliwość zadania pytań „zza kulis”.

Dla wielu studentów to jest duża wartość (rzadko dostępna, a więc ekskluzywna).

5. Bezpieczna przestrzeń do ćwiczenia wystąpień i facylitacji

Nie muszą prowadzić wykładu. Nie muszą być „mini-nauczycielem”. Ale mogą:

  • poprowadzić 5 minut dyskusji,
  • zadać pytania otwierające,
  • moderować grupę,
  • zrobić krótkie podsumowanie.

To jest idealny poziom trudności - rozwijający, ale nie stresujący.

6. Lepsze zrozumienie materiału

Uczenie innych to najlepszy sposób na uczenie siebie. Na to wskazują badania neurobiologiczne i doświadczenia wielu dziesięcioleci pracy nauczycieli. Asystenci, tak jak korepetytorzy, często mówią: „dopiero teraz to naprawdę zrozumiałem”. Ucząc innych sami jeszcze bardziej się uczą przez częste przetwarzanie i powtarzanie materiału.

7. Certyfikat/dyplom z opisem zadań

Coś fizycznie namacalnego ale i do przedstawienia w formie elektronicznej (na e-portfolio). Co może zawierać certyfikat?

  • zakres obowiązków,
  • kompetencje,
  • czas pełnienia funkcji,
  • podpis prowadzącego.

To jest dokument, który można:

  • dołączyć do portfolio (i e-potrfoli),
  • pokazać w czasie rozmowy o pracę,
  • wrzucić na LinkedIn (i inne media społecznościowe, traktowane jako przestrzeń kompetencji zawodowych).

Na polskich uczelniach funkcja asystentów zajęć też już istnieje, choć jej nazewnictwo, prestiż i zakres obowiązków różnią się w zależności od konkretnej uczelni oraz wydziału. Osobiście się nie spotkałem w wersji sformalizowanej, ale AI takie zrobił mi przegląd:

1. Asystent Studencki (lub "Starosta Grupy Dydaktycznej")

To najpopularniejsza forma. Student (zazwyczaj wyższych lat lub studiów II stopnia) pomaga prowadzącemu w realizacji przedmiotu. W czasie mojego studiowania istnieli starości grupy lecz rola ich była ograniczona.

  • Zadania: Pomoc w przygotowaniu materiałów, obsługa platform e-learningowych (np. Moodle), sprawdzanie obecności lub pomoc młodszym kolegom w trakcie laboratoriów/projektów.
  • Korzyści: Zazwyczaj jest to praca wolontariacka, za którą student otrzymuje punkty do stypendium rektora, wpis do suplementu dyplomu lub po prostu cenne doświadczenie i lepsze relacje z katedrą.

2. Udział w projektach badawczych

Na uczelniach technicznych i medycznych studenci czasem są angażowani do projektów realizowanych przez granty (np. z NCN lub NCBR).

  • Zadania: Wsparcie w badaniach laboratoryjnych, zbieranie danych, a czasem prowadzenie fragmentów zajęć praktycznych pod nadzorem profesora.
  • Wynagrodzenie: W tym przypadku często przewidziane są stypendia naukowe lub wypłaty z grantu.

3. Koła naukowe i tutoring rówieśniczy

Wiele uczelni promuje model, w którym najlepsi studenci z kół naukowych prowadzą tzw. warsztaty wyrównawcze lub repetytoria dla studentów pierwszego roku. Nie jest to formalna funkcja "asystenta pracownika", ale realne wsparcie dydaktyczne usankcjonowane przez władze wydziału.

4. Oficjalne stanowisko Asystenta

W polskim prawie o szkolnictwie wyższym "Asystent" to zazwyczaj stanowisko naukowo-dydaktyczne wymagające posiadania co najmniej tytułu magistra. Student (osoba bez magisterium) nie może więc być zatrudniony na pełnoprawnym etacie asystenta, ale może pełnić tę rolę w ramach:

  • Umowy zlecenia (rzadziej).
  • Praktyk pedagogicznych (obowiązkowe dla doktorantów, ale czasem dostępne dla wyróżniających się magistrantów).

Czy to wygląda tak jak w USA (Teaching Assistant - TA)? Nie do końca. W USA system TA jest mocno sformalizowany i często wiąże się z opłaceniem czesnego. W Polsce system ten jest bardziej rozproszony i opiera się głównie na inicjatywie kół naukowych lub indywidualnych zaproszeniach od profesorów do współpracy. Najczęściej rola asystenta zajęć spotykana bywa na kierunkach obleganych i trudnych (matematyka, informatyka, prawo, medycyna), gdzie prowadzący potrzebują wsparcia w moderowaniu dużych grup projektowych.

19.01.2026

Inwazja czy ekspansja - orzech włoski jako potencjalny gatunek w ekspansji

Grafika Autorstwa Franz Eugen Köhler, Köhler's Medizinal-Pflanzen - List of Koehler Images, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=255358

Orzech włoski (Juglans regia) jest jednym z tych gatunków, które wymykają się prostym klasyfikacjom. Z jednej strony to drzewo o długiej historii uprawy, głęboko wpisane w krajobraz kulturowy Europy i Polski. Z drugiej – gatunek obcy, którego obecność w Polsce jest efektem wielowiekowej działalności człowieka. W ostatnich latach, w kontekście zmian klimatycznych i obserwowanych przesunięć zasięgów wielu roślin, pojawia się pytanie: czy orzech włoski może stać się gatunkiem ekspansywnym? A jeśli tak, to czy jego ekspansja może zagrozić rodzimej florze? Obserwacje terenowe z ostatnich lat wskazują, że orzech włoski pojawia się samoistnie w miejscach poza ogrodami i plantacjami. Dwa pytania są ważne, czy ten zwiększający się areał geograficzny i siedliskowy wynika z ocieplenia klimatu? Jeśli uznać za gatunek obcy to zmiany liczebności i zasięgu traktowalibyśmy jako inwazyjność. Ale jeśli uznać za gatunek rodzimy (lub tylko zadomowiony) to należałoby mówić o ekspansji. I nie chodzi tu tylko o terminologię. Trzecim aspektem, poruszonym w niniejszym tekście, jest „ucieczka" do środowiska gatunków wykorzystywanych rolniczo i ogrodniczo.

Naturalny zasięg Juglans regia obejmuje: Azję Mniejszą, Kaukaz, Iran, zachodnie Himalaje. To właśnie tam, w strefie klimatu kontynentalnego i górskiego, gatunek wykształcił swoje cechy ekologiczne: odporność na suszę, wysokie wymagania świetlne i zdolność do przetrwania chłodnych zim. Do Europy Środkowej trafił prawdopodobnie dzięki Rzymianom (dlatego nazwaliśmy - włoski), którzy cenili jego owoce, drewno i właściwości lecznicze. W Polsce obecny jest od średniowiecza, początkowo jako drzewo sadownicze przy klasztorach i dworach, później jako element wiejskich siedlisk i ogrodów. Smaczne orzechy uczyniły z tego drzewa cenną roślinę hodowlaną, konkurującą z rodzimymi orzechami laskowymi.

Orzech włoski pełni w Polsce kilka ról. Jest to drzewo owocowe, cenione za smaczne, wartościowe orzechy. Jest to drzewo użytkowe, bo jego drewno jest wysoko cenione w stolarstwie. W końcu jest to drzewo ozdobne sadzone w ogrodach, parkach i na terenach wiejskich, a także drzewo „domowe” tradycyjnie sadzone przy zagrodach jako symbol dobrobytu i ochrony. Wrosło w krajobraz Polski przez wieki. Sam w młodość dziwiłem się, dlaczego te orzechy nazwane bywają włoskimi, kiedy w polskich ogrodach są zbierane. W ogrodnictwie docenia się jego majestatyczną koronę, szybki wzrost po okresie młodzieńczym oraz odporność na suszę. Jednocześnie ogrodnicy dobrze znają jego „ciemną stronę”: silną allelopatię (o tym niżej).

Orzech włoski ma dość specyficzne wymagania. Potrzebuje dużo światła i nie toleruje zacienienia, wymaga żyznej gleby, przepuszczalnej, najlepiej wapiennej o umiarkowanej wilgotności. Jest wrażliwy na późne przymrozki, które mogą niszczyć młode pędy. To właśnie te cechy sprawiają, że w warunkach naturalnych nie konkuruje skutecznie z rodzimymi gatunkami lasotwórczymi. Do niedawna polskie zimy skutecznie ograniczały ucieczkę z ogrodów i kolonizowanie siedlisk leśnych. W zwarciu leśnym przegrywa, a w siedliskach ruderalnych pojawia się głównie dzięki człowiekowi lub wiewiórkom.

Wróćmy do allelopatii. Allelopatia to zjawisko biologiczne polegające na tym, że jedna roślina wytwarza związki chemiczne wpływające na wzrost, rozwój lub przeżywalność innych organizmów, najczęściej innych roślin, ale także grzybów czy mikroorganizmów. Allelopatia obejmuje wydzielanie substancji chemicznych (np. fenoli, terpenów, alkaloidów, juglonu u orzecha włoskiego). Substancje te mogą działać hamująco (najczęściej) lub stymulująco. Ogrodnicy wiedzą by nie dodawać liści orzecha włoskiego do kompostu, bo utrudni to potem wzrost innych roślin. Łatwo zauważyć, że pod drzewem orzecha włoskiego niewiele innych roślin jest w stanie wyrosnąć. Podobno takich miejsc unikają także komary, co wykorzystywane jest w naturalnych sposobach ograniczania niedogodności tych owadów.
 Oddziaływanie może zachodzić przez: korzenie, liście i ich rozkład, łupiny owoców, lotne związki w powietrzu. Allelopatia jest mechanizmem konkurencji międzygatunkowej, ale nie jest równoznaczna z inwazyjnością. W przypadku orzecha włoskiego juglon ogranicza rośliny rosnące bezpośrednio pod koroną, lecz nie zwiększa zdolności gatunku do ekspansji w skali krajobrazu. Orzech włoski produkuje juglon, związek chemiczny hamujący wzrost wielu roślin, zwłaszcza: pomidorów, jabłoni, niektórych traw, roślin ozdobnych. Juglon działa lokalnie, głównie w obrębie korony i strefy korzeniowej, powoli, uwalniając się z liści, korzeni i łupin. Wiele opinii wskazuje, że allelopatia orzecha włoskiego nie prowadzi jednak do ekspansji populacji. To raczej mechanizm obronny, który ogranicza konkurencję w najbliższym otoczeniu drzewa, ale raczej nie zwiększa jego zdolności do kolonizowania nowych siedlisk.

Czy ocieplenie klimatu może sprzyjać ekspansji orzecha włoskiego? To pytanie jest dziś szczególnie istotne. Zmiany klimatu wpływają na przesuwanie się zasięgów wielu gatunków ku północy. W przypadku orzecha włoskiego można wskazać kilka potencjalnych konsekwencji. Czynnikami sprzyjającymi jego potencjalnej ekspansji są łagodniejsze zimy zwiększą przeżywalność siewek. Dłuższy sezon wegetacyjny poprawi wzrost młodych drzew,  natomiast częstsze susze mogą faworyzować gatunki odporne na niedobór wody, takie jak Juglans regia.

Czynnikami ograniczającymi ekspansję są: wysokie wymagania świetlne, brak zdolności do kolonizacji lasów (tak przynajmniej na razie wskazują dane), ciężkie nasiona ograniczające naturalne rozprzestrzenianie (roznoszone są przez zoochorię, np. przez wiewiórki i ptaki z rodziny krukowatych) oraz konkurencja ze strony rodzimych gatunków pionierskich (brzoza, osika, wierzby). W efekcie ocieplenie klimatu może zwiększyć częstość spontanicznych siewek, zwłaszcza w miastach i na terenach ruderalnych, ale nie musi prowadzić do ekspansji w sensie ekologicznym.

Czy orzech włoski może zagrozić rodzimej florze? Na podstawie obecnych danych wydaje się, że nie stanowi zagrożenia. Nie tworzy masowych populacji, nie wypiera gatunków rodzimych, nie wkracza do siedlisk cennych przyrodniczo. W przyszłości, przy dalszym ocieplaniu klimatu, może częściej pojawiać się w krajobrazie, być bardziej odporny na zimowe uszkodzenia (łagodniejsze zimy), lokalnie dominować w miejscach silnie przekształconych przez człowieka. To ostatnie wydaje się już występować, jak wynika z wstępnych i rozproszonych informacji botaników i dendrologów. Jednak nawet w takim scenariuszu trudno wyobrazić sobie, by stał się gatunkiem inwazyjnym w sensie prawnym czy ekologicznym. Jego biologia nie sprzyja agresywnej ekspansji.

Orzech włoski to gatunek obcy, ale od wieków zadomowiony w Polsce. Jego obecność jest silnie związana z człowiekiem – zarówno historycznie, jak i współcześnie. Choć zmiany klimatu mogą sprzyjać jego częstszemu pojawianiu się, nie ma przesłanek, by uznać go za gatunek ekspansywny lub potencjalnie inwazyjny. Jego wpływ na rodzimą florę jest ograniczony i lokalny, a ewentualne zmiany w przyszłości będą dotyczyć raczej krajobrazu kulturowego niż ekosystemów naturalnych.

Warto jeszcze na chwilę zatrzymać się przy problemie terminologii gatunków obcych. W ekologii inwazji istnieje kilka pojęć, które wydają się klarowne na papierze, ale w praktyce prowadzą do sporów: gatunek obcy, gatunek inwazyjny, gatunek zadomowiony, gatunek powracający czy gatunek reliktowy. Największe napięcia pojawiają się tam, gdzie historia zasięgów jest dynamiczna, a klimat – zmienny. Wtedy proste kategorie przestają działać.

Orzech włoski (Juglans regia) mógł występować w Polsce w poprzednich interglacjałach, ma długą historię kulturową i reaguje na współczesne ocieplenie klimatu. To stawia pytanie: czy ich współczesne pojawianie się należy traktować jako ekspansję gatunków rodzimych, czy jako inwazję gatunków obcych? Rodzimy czy obcy? To problem czasu i pamięci ekologicznej. W klasycznej definicji:
  • gatunek rodzimy to taki, który dotarł na dany obszar bez udziału człowieka,
  • gatunek obcy to taki, którego obecność wynika z działalności człowieka.
Ale ta definicja zakłada, że znamy pełną historię zasięgu. A przecież zasięgi roślin zmieniały się wielokrotnie. W plejstocenie i holocenie wiele gatunków miało populacje reliktowe, które wyginęły, część gatunków mogła naturalnie powrócić, ale aktywność człowieka je „wyprzedziła”. To prowadzi do paradoksów. Przykładem jest jodła, która była w Polsce w poprzednich interglacjałach. W holocenie wróciła naturalnie, ale jej współczesne rozmieszczenie jest częściowo wynikiem nasadzeń. Czy jest rodzima? Tak, mimo że człowiek ją sadził, jej naturalna historia w Polsce jest udokumentowana.

Orzech włoski mógł występować w Europie Środkowej w cieplejszych okresach plejstocenu. Czy to czyni go rodzimym? Nie, bo jego współczesny powrót nie nastąpił naturalnie, lecz dzięki człowiekowi. Być może jest spóźnionym „powracającym gatunkiem”. Widać więc, że rodzimość nie jest kategorią absolutną, lecz historyczną i kontekstową.

Zmiany klimatu powodują przesuwanie się zasięgów wielu roślin ku północy. W efekcie gatunki, które kiedyś tu rosły, mogą wracać, gatunki południowe mogą pojawiać się naturalnie, granice zasięgów stają się płynne. To rodzi pytanie: jeśli gatunek pojawia się naturalnie dzięki zmianom klimatu, to czy jest obcy? W ekologii inwazji odpowiedź brzmi: nie – jeśli jego migracja jest naturalna, nie jest gatunkiem obcym. Ale w praktyce trudno to udowodnić. Czy nasiono przyniosła wrona? Czy przyjechało z transportem drewna? Czy klimat po prostu „otworzył drzwi”? Dlatego współczesna nauka coraz częściej mówi o gatunkach powracających, gatunkach przesuwających zasięg oraz o gatunkach klimatycznych migrantów. To próba wyjścia poza sztywny podział „rodzimy–obcy”.

A co z orzechem włoskim? Ekspansja czy inwazja? Załóżmy hipotetycznie, że wraz z ociepleniem klimatu orzech włoski zaczyna pojawiać się w lasach liściastych, odnawiać się w siedliskach naturalnych oraz tworzyć stabilne populacje. Jak to interpretować? Czy byłby to powrót gatunku rodzimego? Raczej nie, bo jego współczesna obecność w Polsce jest wynikiem wielowiekowej uprawy, a nie naturalnej migracji. Czy byłaby to ekspansja gatunku obcego? Tak – ale nie inwazja, dopóki nie spełni kryteriów inwazyjności: szybkie rozprzestrzenianie oraz wypieranie gatunków rodzimych. Orzech włoski nie wykazuje takich cech. Czy moglibyśmy mówić o „ekspansji klimatycznej”? To najbardziej precyzyjne określenie. Gatunek obcy, zadomowiony, reagujący na ocieplenie klimatu, ale raczej nie inwazyjny. Choć w literaturze przedmiotu można spotkać się z określeniem, że orzech włoski w ostatnich latach stał się gatunkiem inwazyjnym w Polsce. Pierwsze oznaki jego intensywnego i samorzutnego rozprzestrzeniania się poza uprawami w Polsce zaobserwowano dopiero w latach 90. XX wieku. W drugiej dekadzie XXI zaczął zajmować nowe stanowiska głównie na gruntach porolnych w pobliżu osad ludzkich, rzadziej natomiast pojawiał sie w żyznych buczynach.

Czy orzech włoski może zagrozić rodzimej florze? Nawet jeśli zacznie częściej pojawiać się w naturze to nie wkracza do lasów o zwartym drzewostanie, nie konkuruje skutecznie z gatunkami pionierskimi, jego allelopatia działa lokalnie, jego nasiona nie rozprzestrzeniają się na duże odległości. Dlatego nawet w scenariuszu ocieplenia klimatu nie przewiduje się, by stał się gatunkiem inwazyjnym. Czy te prognozy sprawdzą się? Być może ujawnią się inne procesy, do tej pory niezauważone?

Dlaczego terminologia jest tak trudna? Po pierwsze historia zasięgów jest dynamiczna, a definicje często sztywne. Po drugie zmiany klimatu rozmywają granice między gatunkami rodzimymi a obcymi. Po trzecie gatunki powracające i gatunki przesuwające zasięg wymykają się klasycznym kategoriom. Po czwarte orzech włoski pozostaje gatunkiem obcym zadomowionym, nawet jeśli zacznie częściej pojawiać się w naturze. I po piąte jego ewentualne rozprzestrzenianie należy traktować jako ekspansję klimatyczną.

Poniższe podsumowanie syntetyzuje wnioski z kilku różnych publikacji. 1. Zasięg historyczny – gdzie orzech włoski występował naturalnie? Naturalny zasięg Juglans regia obejmuje Azję Mniejszą, Kaukaz, Iran i zachodnie Himalaje. W plejstocenie i interglacjałach gatunek mógł okresowo występować szerzej w Europie, ale brak dowodów na trwałe populacje w Polsce. Rozprzestrzenienie kulturowe - do Europy Środkowej trafił dzięki człowiekowi, prawdopodobnie już w czasach rzymskich. W średniowieczu był szeroko sadzony przy klasztorach, dworach i gospodarstwach. Orzech włoski nie jest gatunkiem rodzimym Europy Środkowej, choć jego obecność ma wielowiekową tradycję. 2. Zasięg współczesny – gdzie występuje dziś? W Europie występuje powszechnie jako drzewo sadownicze i ozdobne. Spontaniczne siewki pojawiają się głównie w miastach, na siedliskach ruderalnych, w pobliżu upraw i gospodarstw.

Badania terenowe i fenologiczne (Słowacja, Pakistan, Himalaje) wskazują, że gatunek nie kolonizuje lasów naturalnych, nie tworzy samoodnawiających się populacji w siedliskach półnaturalnych, jego rozprzestrzenianie zależy od człowieka i wiewiórek. Ale ważnym czynnikiem umożliwiającym rozprzestrzenianie orzecha włoskiego są ptaki z rodziny krukowatych, przenoszące jego nasiona na odległości nieraz przekraczające 500 m.  W niektórych regionach Polski uznany został niedawno jako zadomowiony (kenofit). Na początku XXI wieku orzech włoski został klasyfikowany przez niektórych autorów za gatunek inwazyjny w początkowej fazie ekspansji. 

Zmiany klimatu a przyszły zasięg – co mówią modele i dane empiryczne? Najważniejszym źródłem jest modelowanie SDM Paź‑Dyderskiej i współautorów (2021), które pokazuje silny sygnał przesunięcia zasięgu ku północy. Modele przewidują zwiększenie klimatycznej przydatności siedlisk w Europie Środkowej i Północnej. Jednocześnie południe Europy traci odpowiednie warunki (susza, stres cieplny). Polska, Niemcy, kraje bałtyckie i południowa Skandynawia mogą stać się bardziej sprzyjające dla wzrostu i owocowania. orzecha włoskiego. 

Badania dendroklimatologiczne (Bhutan, Pakistan, Słowacja) pokazują: wysoką wrażliwość na temperaturę i opady, dobrą tolerancję na suszę (przy odpowiedniej głębokości gleby) oraz przyspieszenie fenologii w cieplejszych latach. To oznacza, że gatunek dobrze reaguje na cieplejszy klimat, co zwiększa jego potencjał do pojawiania się w nowych regionach.

Czy orzech włoski może zwiększać swój areał w Europie? Tak, klimatycznie może. Modele i dane empiryczne wskazują, że ocieplenie klimatu zwiększa liczbę siedlisk odpowiednich, ponadto gatunek może pojawiać się częściej w krajobrazie a jego potencjalny zasięg klimatyczny przesuwa się na północ. Ale ekologicznie jego ekspansja jest ograniczona. Mimo sprzyjającego klimatu ciężkie nasiona ograniczają naturalne rozprzestrzenianie. Ponadto gatunek wymaga dużo światła i nie wkracza do lasów, allelopatia działa lokalnie, nie wspiera ekspansji oraz brak cech typowych dla gatunków inwazyjnych.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że więcej siewek pojawi się w miastach i na siedliskach ruderalnych oraz częstsze będą spontaniczne pojawy w krajobrazie kulturowym. Na razie  brak jest doniesień o masowej ekspansji w ekosystemach naturalnych.

Gatunek pochodzi z Azji, w Europie Środkowej jest obecny dzięki człowiekowi. Obecnie jest szeroko uprawiany, lokalnie dziczejący, ale nie ekspansywny. W przyszłości ocieplenie klimatu może zwiększyć jego potencjalny zasięg klimatyczny, ale nie ma dowodów, że stanie się gatunkiem inwazyjnym lub zagrożeniem dla miejscowej flory. Na koniec dodam jeszcze, że hipotezy naukowe weryfikowane są przez... fakty. I oczywiście eksperymenty. Zatem nowe dane terenowe mogą zmienić nasze opinie o orzechu włoskim. 

15.01.2026

O tym, jak polskie uczelnie mogą powtórzyć błąd Poczty Polskiej

Dokąd teraz? I czy postój nie potrwa zbyt długo?


Inspiracją do napisania niniejszego eseju był niedawno opublikowany na Facebooku tekst dr Piotra Wasyluka o pokoleniu Alfa na uczelniach. I dyskusja na Facebooku, która się pod nim wywiązała. Dr Wasyluk jest filozofem z wykształcenia i pracy naukowej, długo pracował na uniwersytecie, zna problem a teraz zajmuje się szkoleniami i kreowaniem trendów. Można powiedzieć, że mocno zanurzony jest także w szeroko rozumianej edukacji.

W historii instytucji są momenty, które z perspektywy czasu wydają się oczywiste. Wszyscy widzimy, że należało działać inaczej, szybciej, odważniej. Że sygnały były czytelne, a zmiana wisiała w powietrzu. Ale duże organizacje - zwłaszcza te przyzwyczajone do swojej pozycji - mają niezwykły talent do ignorowania nadchodzących rewolucji. Dopiero gdy fala przejdzie, zaczynają nerwowo uczyć się i gonić stracony czas i szanse. Retrospektywnie wszystko widać lepiej i wyraźniej, ale okazuje się, że i w czasach możliwego wyboru byli sygnaliści wskazujący na szanse, zagrożenia i możliwe rozwiązania. Ich głos był jednak wołaniem na puszczy.

Jednym z najbardziej symbolicznych przykładów takiej przegapionej szansy jest historia Poczty Polskiej i paczkomatów. To opowieść o instytucji, która miała wszystko, by stać się liderem nowej epoki: infrastrukturę z licznymi punktami pocztowymi w całej Polsce, zaufanie społeczne, skalę działania, mnóstwo klientów. Zabrakło tylko jednego - zdolności, by zobaczyć, że świat właśnie skręca w inną stronę. Że przyszłość nie jest przedłużenie teraźniejszości a zwłaszcza wczorajszości. Paczkomaty to innowacja, której Poczta Polska nie zauważyła.

Przez dziesięciolecia Poczta Polska była monopolistą. Listy płynęły szerokim strumieniem, paczki również, a rynek wydawał się stabilny. Sam wysyłałem w dzieciństwie i młodości wiele listów i kartek świątecznych. Ale gdy handel elektroniczny (e‑commerce - kupowanie i sprzedawanie towarów lub usług przez internet, za pomocą urządzeń elektronicznych, takich jak komputery, smartfony czy tablety, zamiast tradycyjnych sklepów stacjonarnych) zaczął rosnąć, zmieniły się potrzeby klientów: chcieli odbierać przesyłki o dowolnej porze, bez kolejek, bez czekania na kuriera, bez stania w kolejce przy pocztowym okienku. To był moment, w którym instytucja publiczna mogła wykorzystać swoją przewagę. Jeszcze wcześniej sukcesywnie ale konsekwentnie papierowe listy zastępowane były pocztą elektroniczną. A potem komunikacja w mediach społecznościowych i z wykorzystaniem telefonicznych smsów. To działo się powoli i długo. Kierunek był jednak widoczny i przewidywalny. To nie stało sie nagle jak uderzenie planetoidy.

Poczta Polska nie była instytucją o dużym (lub nawet średnim) potencjale innowacyjności. Paczkomaty powstały poza Pocztą - w firmie, która nie miała ani tradycji, ani infrastruktury, ale miała coś innego: wyobraźnię i gotowość do ryzyka. Gdy Poczta Polska zorientowała się, że świat poszedł w inną stronę, było już za późno. Konkurencja zdążyła zbudować sieć, przyzwyczajenia klientów i cały ekosystem usług.

To nie jest historia o złej woli. To historia o instytucji, która nie potrafiła zobaczyć, że jej świat właśnie się kończy. Czy uniwersytety powtórzą ten sam błąd? Dziś podobny moment nadchodzi dla polskich uczelni wyższych. Na korytarzach jest już pokolenie Zetek a powili pojawia się zupełnie nowa generacja - pokolenie Alfa. Studenci, którzy:
  • dorastali w świecie natychmiastowego dostępu do wiedzy,
  • uczą się poprzez działanie, nie poprzez bierne słuchanie,
  • oczekują interaktywności, personalizacji i sensu,
  • traktują technologię jak naturalne środowisko,
  • a edukację jak usługę, a nie rytuał.
Tymczasem wiele uczelni wciąż działa tak, jakby nic się nie zmieniło. Jakby studenci nadal byli tacy sami jak dwadzieścia lat temu. Jakby wykład ex cathedra był nieśmiertelną formą, a sylabus — świętym dokumentem. Jakby świat nie przyspieszył. Możemy narzekać, że studenci są niedojrzali i nie gotowi na wysiłek, że powinni mieć większa motywację. Tak, tylko to tak samo nieskuteczne jak narzekanie, że ludzie teraz nie piszą listów tak jak kiedyś. A powinni, bo przecież pismo odręczne bardziej rozwija mózg. 

To właśnie tutaj zaczyna się ryzyko przegapienia szansy. Bo jeśli uczelnie nie dostrzegą, że zmienia się model uczenia się, to powstaną inne rozwiązania. Już powstają: platformy edukacyjne, bootcampy, mikrokursy, społeczności uczące się, hybrydowe modele mentoringowe, mikropoświadczenia. Przyroda nie znosi pustki, a edukacja tym bardziej. Spośród wielu uczelni wyższych nieliczne już coś zmieniają. Ponadto powstają zupełnie nowe inicjatywy pozauczelniane. Warto przypomnieć, że współczesne uniwersytety wyrosły po rewolucji humboldtowskiej. Wilhelm von Humboldt był człowiekiem spoza środowiska uniwersyteckiego. Być może teraz też zasadniczy impuls do zmian przyjdzie z zewnątrz?

Na początku XIX wieku Europa była w stanie głębokiego wstrząsu. Wojny napoleońskie, upadek dawnych porządków, narodziny nowoczesnych państw. Wszystko to tworzyło atmosferę, w której stare instytucje zaczynały tracić swoją oczywistość. W Prusach, osłabionych militarnie i politycznie, pojawiła się potrzeba gruntownej reformy państwa. Właśnie wtedy na scenę wchodzi Wilhelm von Humboldt - lingwista, filozof, polityk, a przede wszystkim wizjoner edukacji.

Humboldt nie chciał jedynie ulepszyć istniejących szkół wyższych. On chciał je wynaleźć na nowo. W 1810 roku powołał do życia Uniwersytet Berliński, który stał się laboratorium nowej idei - uniwersytetu jako wspólnoty wolnych badaczy. To była rewolucja nie tyle organizacyjna, ile mentalna. W centrum tej wizji stała jedność badań i nauczania. Student nie miał być biernym odbiorcą wykładów, lecz uczestnikiem procesu odkrywania. Profesor nie miał być urzędnikiem przekazującym wiedzę, lecz badaczem, który zaprasza młodych ludzi do wspólnego poszukiwania prawdy. To właśnie wtedy narodziły się seminaria, doktoraty, nowoczesne laboratoria, czyli wszystko to, co dziś uważamy za oczywiste elementy życia akademickiego.

Drugim filarem była wolność: wolność nauczania (Lehrfreiheit) i wolność uczenia się (Lernfreiheit). Humboldt wierzył, że prawda nie rodzi się w systemie nakazów i kontroli, lecz w przestrzeni swobodnej debaty. Uniwersytet miał być miejscem, gdzie myśl może rozwijać się bez presji politycznej, ekonomicznej czy ideologicznej. To idea, która do dziś stanowi fundament autonomii akademickiej.

Trzecim elementem była koncepcja kształcenia całościowego (Bildung). Uniwersytet nie miał produkować specjalistów, lecz ludzi zdolnych do samodzielnego myślenia, odpowiedzialności i rozumienia świata. W tym sensie Humboldt stworzył model edukacji, który wykraczał daleko poza pragmatykę rynku pracy. Chodziło o formowanie człowieka, nie tylko fachowca. Rewolucja Humboldta szybko rozprzestrzeniła się po Europie i świecie. Stała się wzorcem dla nowoczesnych uniwersytetów - od Warszawy po Harvard. Przez ponad dwieście lat to właśnie humboldtowski ideał wyznaczał kierunek rozwoju szkolnictwa wyższego.

Dziś, w epoce gwałtownych przemian technologicznych i społecznych, coraz częściej mówi się o kryzysie tego modelu. Choć w pogoni za korporacyjnością sporo straciliśmy z wolności otwartej debaty i formowania człowieka zamiast tylko fachowca. Ale niezależnie od tego, jak będą wyglądały przyszłe instytucje edukacyjne, jedno pozostaje pewne: Humboldt stworzył uniwersytet, który po raz pierwszy w historii uczynił wolność, badania i rozwój człowieka swoim rdzeniem. I to właśnie ta idea, choć wielokrotnie reinterpretowana, wciąż stanowi punkt odniesienia, gdy zastanawiamy się, czym edukacja powinna być w świecie, który nieustannie się zmienia

Uniwersytet Humboldtowski pojawił się na początku epoki przemysłowej. Teraz pojawia się kolejna zmian cywilizacyjna i gospodarcze, zmienia się cały świat i forma edukacji. I tu pojawia się perspektywa sygnalisty. Kogoś, kto widzi zmianę wcześniej, ale mówi w próżnię. „Jako sygnalista czuję, że moje wołanie to wołanie na puszczy. W wielu miejscach toczy się dyskusja, podejmowane są różne próby. Jedne uczelnie próbują śmielej i szybciej, inne mniej. Moja marnie. Czuję się jak szykanowany sygnalista. Bo po co piszę i mówię, przecież zły to ptak, co gniazdo swe kala itp.”

To doświadczenie nie jest jednostkowe. W wielu uczelniach osoby, które mówią o potrzebie zmian, są traktowane jak kłopotliwi marzyciele. Jak ci, którzy „psują atmosferę”, bo przypominają, że świat nie stoi w miejscu. Zamiast otwartej debaty pojawiają się mniej lub bardziej zawoalowane  ostrzeżenia, że „w rektoracie pilnie śledzą te wypowiedzi”. Zamiast przestrzeni do rozmowy pojawia się cisza, w której łatwo o zniechęcenie. a na pewni nie jest to klimat rodzący innowacyjność. A przecież uniwersytet powinien być miejscem, gdzie dyskusja jest nie tylko możliwa, ale wręcz konieczna. Miejscem, gdzie różne wizje ścierają się w twórczym sporze. Tymczasem brakuje przestrzeni, zarówno analogowych, jak i cyfrowych, w których można rozmawiać o przyszłości edukacji bez lęku i autocenzury.

W biznesie sprawa jest prosta: jeśli rynek odchodzi od butów i chce sandałów, firma ma wybór - dostosować się albo zniknąć. W edukacji mechanizm jest podobny, choć wolniejszy. Uniwersytety przeszły już jedną wielką transformację na początku epoki przemysłowej. Teraz nadchodzi kolejna. I znów jedne instytucje się przekształcą, inne zwiędną, a jeszcze inne zostaną zastąpione przez zupełnie nowe formy uczenia się. I znów będzie Poczta Polska i InPost oraz spóźnieni naśladowcy z paczkomatami.

To nie jest katastroficzna wizja. To naturalny proces. Przyroda nie znosi pustki. W tej wolnej luce wyrośnie coś nowego. Jeśli uczelnie sensownie nie zareagują, powstaną edukacyjne „paczkomaty” - rozwiązania, które wypełnią lukę szybciej, taniej i skuteczniej. I wtedy tradycyjne instytucje będą próbowały gonić rynek, tak jak Poczta Polska próbuje dziś gonić InPost.

Czy jeszcze mamy czas? Tak. Ale nie dużo. Edukacja ma wymiar globalny i dzięki internetowi można studiować daleko, bez częstego ruszania się z miejsca. To w czasie pandemii na dużą skalę odkryliśmy, że można być w miejscu pięknym przyrodniczo i realizować pracę zdalną gdzieś w metropolii, zwłaszcza w zakresie zarządzania i nadzoru. Odnosi się to także do edukacji i rozrywki.

Zmiana nie polega na kupieniu nowej platformy e‑learningowej ani na wprowadzeniu obowiązkowych szkoleń z metodyki. Chodzi o głęboką przemianę kultury dydaktycznej:
  • od transmisji do współtworzenia,
  • od hierarchii do partnerstwa,
  • od kontroli do zaufania,
  • od stabilności do eksperymentowania.
Nie na co po próżnicy wylewać łez nad „wyciekaniem” studentów. Pokolenie Alfa nie będzie czekać, aż uczelnie się obudzą. Jeśli nie znajdzie sensu i jakości w tradycyjnych instytucjach, pójdzie tam, gdzie ten sens i jakość będą dostępne. Tak jak klienci poszli do paczkomatów.

13.01.2026

Dziedzictwo i teraźniejszość: cztery filary współczesnego łowiectwa

 

Być może współczesne łowiectwo znajduje się w jednym z najtrudniejszych momentów swojej wielowiekowej historii. Zawieszone między etosem dawnych wieków a nowoczesną wrażliwością etyczną, budzi skrajne emocje – od dumy z pielęgnowania tradycji po gwałtowny sprzeciw społeczny. Aby zrozumieć, czym jest dzisiaj polowanie, musimy przyjrzeć się czterem filarom, na których się ono opiera oraz cieniom, które rzuca na dzisiejszy świat. W łowiectwie odbija się długa ewolucja kulturowa Homo sapiens i wejście w kolejną dużą transformację. Od łowiectwa ludzkość odchodziła przez ostatnie 11 tysięcy lat, powoli ale sukcesywnie. Teraz być może zachodzi kolejna transformacja.

Moja pierwszą książką przyrodniczą była książka myśliwską, którą przeglądałem już od wczesnego dzieciństwa w czasie wakacji na wsi. Intrygowały mnie ilustracje, np. tura. Dlatego myślistwo od najwcześniejszych lat kojarzyłem pozytywnie ze znajomością przyrody. Tak jak wielu moich rówieśników do poznawania przyrody wchodziłem przez myślistwo i leśnictwo. Myśliwy i leśnik byli symbolami ochrony środowiska, wiedzy o przyrodzie. Podobnie było z wędkarstwem. Tak jak dawni ludzie, by być łowcami i zbieraczami, musieli poznać przyrodę jej rytmy, zwyczaje zwierząt, tropić itp. Poznać by sprawnie eksploatować, by złowić rybę, znaleźć coś w do jedzenia lub upolować. Ja już nie polowałem, jedynie łowiłem ryby na wędkę z kija leszczynowego, zbierałem grzyby i jagody w lesie. Jakaś namiastka łowiecko-zbierackiego trybu życia ludzkich przodków.

W czasach studenckich wzorem ekologa dla mnie był najpierw wykładowca a potem mój szef na uczelni wyższej – docent Włodzimierz Jezierski. Łowiectwo kojarzyło mi się z ekologią populacji, z wiedzą naukową i rzetelnymi badaniami oraz z regulacjami ekosystemowymi. Same pozytywne skojarzenia. Jeszcze bardziej pogłębiona wiedza przyrodnicza.

W niniejszym tekście chcę napisać o czterech korzeniach czy filarach łowiectwa: dziedzictwie kulturowym, rozrywce, gospodarczym pozyskiwaniu mięsa i regulacjach ekosystemowych. A zakończę ochroną przyrody i ochroną środowiska.

1. Dziedzictwo kulturowe: od wczesnych Homo sapiens do „Czerwonych Baronów”

Współczesne łowiectwo opiera się na specyficznym kodzie etycznym (np. polski ceremoniał łowiecki, kult św. Huberta). To nie tylko polowanie, ale cały system wartości, sygnałów myśliwskich i specyficznej terminologii (tzw. język łowiecki). Często jest to pasja przekazywana z ojca na syna, dziadka na wnuka, wuja na siostrzeńca, stanowiąca element tożsamości lokalnych społeczności. Aby zrozumieć dzisiejsze emocje wokół polowań, musimy cofnąć się do momentu, w którym nasz gatunek zaczął definiować swoją relację ze światem przyrody poprzez drapieżnictwo-łowiectwo.

Historia Homo sapiens, a wcześniej także naszych przodków z rodzaju Australopithecus, to w dużej mierze historia łowców-zbieraczy. Przez setki tysięcy lat polowanie na zwierzynę – zarówno drobną, jak i megafaunę – nie było wyborem, lecz biologicznym imperatywem. To właśnie białko zwierzęce i tłuszcz pozwoliły na gwałtowny rozwój ludzkiego mózgu. Jakkolwiek w diecie to nie mięso stanowiło główny dopływ kalorii, to jednak wiązało się z prestiżem. 

Ewolucja łowiectwa to jednocześnie kronika postępu technologicznego ludzkości. Każdy etap rozwoju cywilizacji znajdował swoje odbicie w narzędziach polowania: od prymitywnego kamienia i zaostrzonego kija, przez miotacze oszczepów i łuki (będące pierwszymi maszynami do magazynowania energii mechanicznej), aż po wynalezienie prochu i broni palnej. W tym sensie łowiectwo jest matką inżynierii. Dobrzy myśliwi byli i dobrymi wojownikami stale obytymi z bronią. Technika łowiecka była w dużym stopniu także techniką wojenną.

Wraz z przejściem do osiadłego trybu życia i powstawaniem struktur państwowych, dostęp do zwierzyny przestał być powszechny. Zjawisko to stało się jednym z pierwszych mechanizmów hierarchii społecznej. Ziemia i żyjąca na niej zwierzyna stały się własnością władcy. Dostęp do niej był limitowany i koncesjonowany. 

W epoce feudalizmu prawo do polowania na „grubego zwierza” (jelenie, dziki, żubry) zostało zarezerwowane dla arystokracji i królów. Polowanie stało się rytuałem władzy, treningiem wojennym w czasach pokoju i pokazem statusu. Poddanym, często borykającym się z chronicznym niedożywieniem, pozostawało kłusownictwo. Choć dziś kojarzone pejoratywnie, historycznie kłusownictwo było formą łowiectwa oraz wykorzystaniem metod traperskich i wnykarstwa w walce o biologiczne przetrwanie. To tu nastąpił trwały rozdział między „szlachetnym myślistwem” a „plebejskim kłusownictwem”, który do dziś rezonuje w społecznej percepcji tej aktywności. Na marginesie tlił się "syndrom wspólnego pastwiska" czyli jako korzystać ze wspólnych zasobów by ich nie zniszczyć, nie zużyć.

W Polsce obraz myśliwego jako przedstawiciela elity utrwalił się niezwykle silnie. Przez wieki był to szlachcic na koniu, otoczony sforką ogarów. Co ciekawe, ta struktura społeczna przetrwała nawet radykalne zmiany ustrojowe. W okresie PRL, mimo oficjalnej ideologii egalitaryzmu, łowiectwo pozostało domeną uprzywilejowanych. Dawną arystokrację zastąpili tzw. „czerwoni baronowie” – wysocy dygnitarze PZPR, wojskowi oraz przedstawiciele inteligencji. Do tej grupy dołączyli leśnicy, którzy jako kustosze leśnych siedlisk stali się naturalnymi sukcesorami tradycji łowieckiej. Ten historyczny splot sprawił, że współczesne łowiectwo w Polsce często nie jest postrzegane jako zwykłe hobby, lecz jako aktywność elitarna, niosąca ze sobą bagaż tradycji, ale też dawnych podziałów klasowych.

Współczesne łowiectwo, choć wyewoluowało w stronę ochrony przyrody, wciąż korzysta z tej bogatej symboliki. Trzeba jednak pamiętać, że pod warstwą ceremoniału kryją się te same potrzeby, które towarzyszyły naszym przodkom na afrykańskiej sawannie – choć dziś realizowane są w zupełnie innych realiach etycznych i prawnych.

Choć czasy feudalne i ustrój słusznie miniony odeszły do historii, mechanizm postrzegania łowiectwa jako wyznacznika statusu pozostał w polskiej mentalności zaskakująco trwały. W XXI wieku obserwujemy zjawisko, które można nazwać „aspiracyjnym modelem łowiectwa”. Dla wielu osób wstąpienie w szeregi Polskiego Związku Łowieckiego nie wynika jedynie z pasji do przyrody, ale jest traktowane jako akt awansu społecznego.

W kręgach biznesowych i politycznych przynależność do koła łowieckiego wciąż bywa synonimem wejścia do „wyższej sfery”. Myślistwo, z jego specyficznym ceremoniałem, nobilitującym mundurem i ekskluzywnym charakterem męskich spotkań, stało się współczesnym substytutem arystokratycznego stylu życia. Dla nowej klasy średniej i wyższej, posiadanie wysokiej klasy broni czy udział w polowaniach dewizowych stanowi czytelny sygnał sukcesu finansowego i towarzyskiego.

To pragnienie prestiżu jest jednak mieczem obosiecznym. Z jednej strony podtrzymuje ono tradycje, które bez napływu nowych członków mogłyby zaniknąć. Z drugiej strony buduje wizerunek myślistwa jako hermetycznej kasty, co bywa zarzewiem konfliktów społecznych i niechęci osób postronnych, postrzegających łowiectwo jako „rozrywkę bogatych elit” kosztem dobra wspólnego, jakim jest przyroda.

W ten sposób współczesne łowiectwo staje się socjologicznym pomostem między dawną tradycją feudalną a nowoczesną potrzebą prestiżu, co w dużej mierze tłumaczy, dlaczego budzi ono tak skrajne emocje – od podziwu po głęboką niechęć.

2. Polowania jako rozrywka

To właśnie ten filar budzi dziś najsilniejsze protesty. Współczesne myślistwo przestało być walką o przetrwanie, a stało się formą rekreacji klasy średniej. Wykorzystanie nowoczesnych technologii, takich jak noktowizja i termowizja, zmienia zasady gry – krytycy zauważają, że odbiera to zwierzynie jakiekolwiek szanse i odziera polowanie z etosu „fair play”. Wysiłek i wiedze terenowa zastąpiły kosztowne gadżety.

Skrajnym przejawem tego nurtu jest turystyka łowiecka (np. egzotyczne safari) oraz kolekcjonowanie trofeów z gatunków zagrożonych wyginięciem. Fanaberie bardzo bogatych ludzi. Historia pokazuje również mroczne patologie, gdy instynkt łowiecki zostaje wynaturzony – jak w przypadku snajperów polujących na ludzi podczas wojny w byłej Jugosławii. Dla współczesnego, empatycznego społeczeństwa, czerpanie przyjemności z zabijania staje się barierą nie do zaakceptowania.

Rekreacja na łonie natury to dla wielu to forma ucieczki od zgiełku miasta, sposób na obserwację przyrody i aktywność fizyczną. Sposób na obcowanie z przyrodą. Krytycy jednak wskazują na nieetyczność czerpania przyjemności z zabijania. W odpowiedzi środowiska łowieckie coraz częściej kładą nacisk na "przeżycie estetyczne" i kontakt z naturą, a nie na sam moment strzału.

Jeśli dziedzictwo kulturowe jest fundamentem łowiectwa, to funkcja rekreacyjna jest jego najbardziej kruchym i kontrowersyjnym elementem. Współcześnie myślistwo przestało być koniecznością biologiczną, a stało się wyborem stylu życia. To właśnie tutaj przebiega główna linia sporu w debacie między zwolennikami a przeciwnikami polowań.

Dla współczesnego przedstawiciela klasy średniej, aspirującego do miana elity, łowiectwo stało się formą ekskluzywnej ucieczki od cywilizacji. Jednak ta „ucieczka do natury” coraz częściej odbywa się w otoczeniu najnowocześniejszej technologii. Tradycyjną obserwację i znajomość lasu zastępuje termowizja i noktowizja: które zacierają naturalną przewagę zwierzyny w nocy, czyniąc polowanie bardziej skutecznym. Myślistwo jako produkt turystyczny pozwala na wyjazdy do Afryki czy Azji, gdzie trofeum z lwa, słonia czy antylopy staje się symbolem statusu i zasobności portfela.

Ten technologiczny wyścig zbrojeń sprawia, że łowiectwo coraz rzadziej przypomina dialog z naturą, a coraz częściej staje się formą precyzyjnej, technokratycznej eliminacji celów. Głównym punktem zapalnym jest sam fakt czerpania satysfakcji z aktu odebrania życia. W dobie rosnącej empatii wobec zwierząt i rozwoju nurtów proekologicznych, społeczeństwo coraz głośniej mówi „nie” zabijaniu dla sportu czy emocji.

Koncepcja łowiectwa jako rozrywki budzi fundamentalny opór etyczny, ponieważ uwidacznia się moralna asymetria. Rozrywka jednego gatunku opłacona jest cierpieniem i śmiercią drugiego. I to nie dla przeżycia jak u typowego drapieżnika czy naszych przodków lecz dla rozrywki. Kolekcjonowanie poroży czy skór jest postrzegane jako archaiczny i okrutny atawizm, niepasujący do wrażliwości XXI wieku.

W tym nurcie pojawiają się również zjawiska skrajnie patologiczne, które kładą się cieniem na całym środowisku łowieckim. Przykładem jest polowanie na gatunki zagrożone wyginięciem, gdzie rzadkość występowania zwierzęcia paradoksalnie podnosi jego „cenę” i atrakcyjność w oczach niektórych kolekcjonerów. Historia zna jednak jeszcze mroczniejsze przykłady wypaczenia instynktu łowieckiego. Najbardziej drastycznym symbolem degradacji tej idei były udokumentowane przypadki „polowań na ludzi” podczas oblężenia Sarajewa, gdzie snajperzy traktowali cywilów jak zwierzynę łowną. Za dzieci płacili więcej. Choć to margines ludzkiego okrucieństwa, pokazuje on, jak niebezpieczne może być całkowite odarcie polowania z etyki i sprowadzenie go wyłącznie do mechanicznej przyjemności z trafiania w cel.

Filar rozrywkowy jest najtrudniejszy do obrony w debacie publicznej. O ile regulację ekosystemu można uzasadnić naukowo, o tyle „przyjemność z polowania” pozostaje kwestią sumienia i etyki, która w dzisiejszym społeczeństwie podlega coraz surowszej ocenie

3. Gospodarcze pozyskiwanie mięsa

Dla wielu praktyków łowiectwo to przede wszystkim najbardziej pierwotny sposób zdobywania żywności. Dziczyzna, jako produkt wolny od antybiotyków i stresu chowu przemysłowego, jest dziś promowana jako najzdrowsze i najbardziej etyczne białko zwierzęce. Przetwarzanie upolowanej zwierzyny ma w Polsce głębokie korzenie, łączące wykwintną kuchnię dworską z tradycyjnym wędliniarstwem ludowym.

Istnieje tu jednak silny aspekt ekonomiczny. Możliwość wykupu taniego mięsa przez członków kół łowieckich sprawia, że środowisko to często lobbuje za rozszerzaniem przywilejów i limitów odstrzału. Budzi to pytania o to, czy myśliwy jest jeszcze strażnikiem przyrody, czy już użytkownikiem zasobu, który stara się go maksymalnie wyeksploatować. Warto jednak zwrócić uwagę na hodowlę zwierząt łownych, np. bażanty i wypuszczanie ich do środowiska by od razu do nich strzelać. To jak ferma zwierzęca tylko z dziwacznym pozyskiwaniem mięsa i z pozorami polowań na dzikie zwierzęta.

Dziczyzna jest uznawana za najbardziej ekologiczne źródło białka zwierzęcego. Polowanie staje się tu elementem „etycznego talerza” dla osób odrzucających produkty z masowych rzeźni. Choć w mediach najwięcej miejsca zajmują spory o etykę, dla wielu praktyków łowiectwo pozostaje przede wszystkim najbardziej pierwotnym sposobem pozyskiwania żywności. Filar gospodarczy to wymiar, w którym pasja spotyka się z pragmatyzmem, a historia kuchni z komercyjnym rynkiem spożywczym.

Pozyskiwanie mięsa dzikich zwierząt to proces, w którym zbiegają się dwa nurty polskiej tradycji. Z jednej strony mamy kuchnię szlachecką i arystokratyczną, pełną wykwintnych pieczeni z jelenia, pasztetów z zająca czy dzikiego ptactwa, będącą synonimem luksusu i wyrafinowania. Z drugiej strony istnieje silnie zakorzeniona tradycja ludowa, wywodząca się z dawnego kłusownictwa i metod traperskich. To właśnie tam dziczyzna była sposobem na uzupełnienie ubogiej diety o wartościowe białko, co wykształciło unikalne metody domowego przetwarzania mięsa, wędzenia i konserwacji. Współcześnie ten kulinarny fundament przekształcił się w prężnie działający przemysł dziczyzny. Produkty te promuje się jako „najzdrowszą alternatywę” dla mięsa z chowu przemysłowego – wolną od antybiotyków, hormonów i stresu związanego z transportem do rzeźni.

Dla znaczącej grupy myśliwych dostęp do tuszy upolowanego zwierzęcia jest realnym benefitem ekonomicznym. Wewnętrzne przepisy kół łowieckich często pozwalają członkom na wykup mięsa po cenach znacznie niższych od rynkowych (tzw. ceny w punkcie skupu). Łowiectwo staje się więc sposobem na zapełnienie domowej zamrażarki produktem najwyższej jakości relatywnie niskim kosztem.

Ta ekonomiczna motywacja rodzi jednak określone napięcia. Część środowiska łowieckiego silnie lobbuje za utrzymaniem lub zwiększeniem limitów odstrzału oraz rozszerzeniem katalogu gatunków łownych. Im szersze przywileje, tym łatwiejszy dostęp do zasobu, jakim jest dzika zwierzyna i ptactwo. Natomiast krytycy wskazują, że jeśli główną motywacją staje się chęć pozyskania mięsa, myśliwy przestaje być „strażnikiem ekosystemu”, a zaczyna być postrzegany jako „użytkownik zasobów”, co może prowadzić do nadmiernej eksploatacji populacji zwierząt.

Paradoksalnie, to właśnie ten filar łowiectwa znajduje nieoczekiwanych sojuszników wśród tak zwanych osób świadomych ekologicznie. Argument o „etycznym talerzu” głosi, że zwierzę żyjące na wolności, w swoim naturalnym środowisku, miało lepsze życie niż jakakolwiek krowa czy świnia w systemie fermowym. W tym kontekście polowanie na dzika czy sarnę w celu konsumpcji jest przedstawiane jako powrót do naturalnego porządku, w którym śmierć zwierzęcia nie jest „rozrywką”, lecz elementem obiegu materii. Za mało jest jednak miejsca dla dzikich zwierząt, by z łowiectwa utrzymać bezpieczeństwo żywnościowe ludzkości. To tylko mały, odświętny dodatek. Przez ponad 11 tysięcy lat systematycznie odchodzimy id zbieractwa i łowiectwa ku hodowli i rolnictwu. A teraz nawet przemysłowej produkcji żywności. Miejsca dla dzikiej przyrody pozostało bardzo niewiele. 

Jednak dążenie do maksymalizacji dostępu do mięsa pozostaje punktem zapalnym. Walka o przywileje łowieckie i prawo do polowania na kolejne gatunki ptaków czy ssaków sprawia, że gospodarczy aspekt łowiectwa jest często postrzegany przez opinię publiczną jako próba prywatyzacji dobra wspólnego, jakim są dzikie zwierzęta.

4. Regulacje ekosystemowe

Ostatni filar współczesnego łowiectwa to funkcja, która w teorii stanowi najsilniejszy argument za jego istnieniem w XXI wieku. W świecie niemal całkowicie przekształconym przez człowieka, tradycyjna wizja „natury, która sama się reguluje”, stała się w wielu miejscach mitem. Tu pojawia się przestrzeń dla łowiectwa jako narzędzia aktywnej ochrony przyrody i zarządzania ekosystemami. W tym kontekście myśliwi mogliby pełnić rolę „regulatorów”, ale wymaga to ewolucji od bycia hobbystą-strzelcem do bycia wykwalifikowanym zarządcą ekosystemu. Taka rola opiera się nie na emocjach, lecz na twardych danych ekologicznych i biologicznych.

W świecie antropocenu, gdzie naturalne mechanizmy zostały zaburzone (a w zasadzie zdominowane przez aktywność człowieka), regulacja ekosystemów wydaje się koniecznością - od trawników miejski, przez krajobrazy rolnicze po parki krajobrazowe i lasy gospodarcze. Teoretycznie myśliwi mogliby pełnić rolę partnerów nauki, eliminując np. gatunki inwazyjne, takie jak norka amerykańska, jenot czy szop pracz, które dziesiątkują rodzimą przyrodę. Sami jednak myśliwi wprowadzają gatunki obce, np. muflony, jelenie sika, bażanty. W razie potrzeby mogliby regulować liczebność nadmiernie rozradzających się gatunków, jako że wpływ naturalnych drapieżników został ograniczony. Na dodatek myśliwi starają się eliminować drapieżniki takie jak wilki czy niedźwiedzie jako konkurentów do zwierzyny łownej.

Problem polega na tym, że taka praca regulacyjna w ekosystemach wymaga ogromnej wiedzy i często metod traperskich (kłusowniczych), a nie strzelby. Ponadto polowanie na drapieżniki „nie opłaca się” – po upadku rynku futer, nikt nie skupuje skór z lisów czy szopów. Bez zysku z mięsa czy trofeum, ten najważniejszy z punktu widzenia nauki filar łowiectwa pozostaje często martwym zapisem lub niechcianym obowiązkiem.

Kluczowym polem do popisu dla nowoczesnego łowiectwa jest eliminacja gatunków obcych i inwazyjnych, które zagrażają rodzimej bioróżnorodności. Gatunki takie jak norka amerykańska (dziesiątkująca populacje ptaków wodnych i błotnych), jenot i szop pracz (wyjadające lęgi ptaków i konkurujące z rodzimymi drapieżnikami), stanowią ogromne wyzwanie dla ochrony przyrody. Problem polega jednak na tym, że skuteczne usuwanie tych gatunków wymaga odejścia od tradycyjnego polowania z bronią palną na rzecz metod traperskich. Jest to praca żmudna, mało efektowna i wymagająca specjalistycznej wiedzy, której często brakuje w tradycyjnym modelu szkolenia myśliwych. Przykładem może być w niektórych miejscach bóbr. Gatunek przywrócony przyrodzie i pełniący bardzo pożyteczna rolę. Niemniej w takich miejscach jak depresyjne Żuławy należałoby zmniejszyć ich populacje. Wydawane są decyzje o odstrzale, ale myśliwi nie realizują tych planów. Do bobra nie da się strzelać z wygodnej ambony.

Największym wyzwaniem dla tego filaru jest jego wymiar ekonomiczny. O ile polowanie na jelenia przynosi wartościowe mięso, o tyle regulacja populacji gatunków inwazyjnych lub drapieżników (takich jak lisy) jest z perspektywy myśliwego „nieopłacalna”. Przez dekady motywacją do polowań na drapieżniki był handel skórami. Eliminacja szopów czy norek nie przynosi trofeów ani mięsa. Staje się więc czystym kosztem i obowiązkiem, który myśliwi muszą realizować w ramach wolontariatu lub który musiałby być finansowany z budżetu państwa.

Aby regulacje ekosystemowe stały się rzeczywistym fundamentem łowiectwa, konieczna jest zmiana priorytetów. Myśliwy przyszłości musiałby przedłożyć dobro ekosystemu nad własną satysfakcję z trofeum czy pozyskania mięsa. To wymaga nie tylko zmiany metod (pułapki, precyzyjne odłowy), ale i głębokiej reformy systemu edukacji łowieckiej, by myśliwy stał się partnerem dla naukowców i służb ochrony przyrody.

5. Koszty środowiskowe

Analizę łowiectwa należy zakończyć spojrzeniem na jego negatywne skutki, które kłócą się z wizerunkiem „opiekunów lasu”. Po pierwsze zagrożenie dla bioróżnorodności. Podczas polowań na ptaki często dochodzi do pomyłek (lub celowych strzałów) do gatunków chronionych i rzadkich, których myśliwi nie potrafią lub nie chcą odróżnić w locie.

Amunicja śrutowa pozostawia w środowisku, zwłaszcza wodnym, tony toksycznego ołowiu. Ten ołów szkodzi nie tylko ptakom lecz krąży w środowisku i trafia także do naszych organizmów. Ptaki wodne połykają śruciny, myląc je z gastrolitami (kamyczkami pomagającymi w trawieniu), co prowadzi do bolesnej śmierci z powodu ołowicy. Ołów przenika również do łańcucha pokarmowego, zagrażając drapieżnikom i padlinożercom.

Z kolein praktyka nęcenia zwierzyny pod ambonami starym chlebem (często w foliowych workach) czy resztkami spożywczymi wprowadza do lasów odpady i zanieczyszczenia, zamieniając dzikie siedliska w nienaturalne żerowiska. Choć teoretycznie ma to służyć regulacji populacji, w rzeczywistości często zmienia się w niekontrolowane wprowadzanie odpadów do lasu. Najbardziej rażącym przejawem niedbalstwa jest wysypywanie karmy wraz z opakowaniami, takimi jak foliowe worki. Zamiast naturalnego siedliska, okolice ambon przypominają niekiedy wysypiska śmieci, co drastycznie kłóci się z wizerunkiem myśliwego jako etycznego opiekuna lasu

Współczesne łowiectwo stoi przed ogromnym wyzwaniem. Aby przetrwać w świecie o rosnącej wrażliwości ekologicznej, nie może ograniczać się tylko do kultywowania arystokratycznych tradycji czy pozyskiwania mięsa. Musi wyeliminować patologie, takie jak zaśmiecanie lasów czy używanie toksycznej amunicji, oraz postawić na rzetelną edukację przyrodniczą. Bez tej transformacji, negatywne skutki środowiskowe będą coraz mocniejszym argumentem dla ruchów dążących do całkowitego zakazu polowań.

Podsumowanie

Współczesne łowiectwo stoi na rozdrożu. Jeśli chce przetrwać, musi ewoluować z elitarnej rozrywki w stronę rzetelnego, opartego na nauce zarządzania przyrodą. Wymaga to jednak rezygnacji z toksycznej amunicji, zakończenia polowań na ptaki i postawienia etyki ekosystemowej ponad chęć zdobycia trofeum czy taniego mięsa. Bez tej zmiany, łowiectwo pozostanie jedynie kontrowersyjnym reliktem przeszłości, coraz mocniej kolidującym ze współczesnym rozumieniem ochrony świata żywego.

Współczesne łowiectwo to skomplikowany splot czterech sił. Tradycja i prestiż (dziedzictwo) walczą tu z nowoczesną wrażliwością (opór wobec rozrywki), a pragmatyka (mięso) musi znaleźć wspólny język z ekologią (regulacje).

Teoretycznie łowiectwo opiera sią na własnym samorządzie. Zatem środowisko łowieckie mogłoby samo się uzdrowić i oczyścić z licznych patologii. Myśliwi korzystają ze wspólnych zasobów środowiska przyrodniczego, należącego do ogóły społeczeństwa. Ich interesy często stoją w konflikcie z interesami innych ludzi (np. dostęp do lasu w czasie polowań). Zwierzyna wyrządza szkody rolnicze i leśne i konieczne są kompensacje. Dzisiejsze łowiectwo musi przestać być postrzegane wyłącznie przez pryzmat dubeltówki. Staje się elementem zarządzania zasobami przyrodniczymi. Wyzwaniem pozostaje znalezienie kompromisu między tradycją a nowymi oczekiwaniami społecznymi, które domagają się większej transparentności i etyki.