![]() |
| Tradycyjne pranie w czasie suszenia. Skansen w Kwiatkówku. Klimat dawnych czasów. Coś przemijającego... |
Coś się zmienia, widać to z dłuższej perspektywy czasowej. Jak to ocenić? Czy to dobrze czy źle? A może widać tylko początek większego procesu? Podobno głupiemu nie należy pokazywać roboty w połowie (czyli niedokończonej). Bo nie zrozumie ku czemu to zmierza i będzie się dziwił oraz doszukiwał nonsensów. Ja jestem w podobnej sytuacji. Dziwię się, narzekam, ale może jestem jak ten głupiec, co nie rozumie, bo nie dostrzega całości i nie widzi końca? Jak te ubrania wiszące na sznurku w ogrodzie, widoczne na zdjęciu wyżej. Jeśli nie rozumie się, że schną po praniu, to można dziwić się, dlaczego nie są w szafie tylko na sznurku, poza domem. Przecież to nie wygodne, aby rano biegać na podwórko by wziąć koszulę. Przecież wygodniej jest wyjąć z kufra lub szafy lub nawet zdjąć z kołka na ścianie.
Niniejszą opowieść i rozważania można byłoby zatytułować tak: "Utracona samodzielność dydaktyczna czy element szerszego rewolucyjnego procesu: akademicki zmierzch autorytetu w dobie sylabusów". Jest to albo dostrzeganie rzeczywistych procesów, albo myślenie głupca, który widzi "robotę w połowie" i jeszcze nie rozumie sensu oraz nie ma wyobrażania o efekcie końcowym.
Przez dziesięciolecia polski system akademicki opierał się na niepisanej lecz fundamentalnej zasadzie: stopień doktora habilitowanego był nie tylko potwierdzeniem dojrzałości naukowej, ale przede wszystkim certyfikatem samodzielności dydaktycznej. Kiedyś używano nazwy docent, i oznaczało stanowisko dla osób, które przeszły przewód habilitacyjny (przed 1990) lub miały stopień naukowy doktora, pełniąc rolę starszego wykładowcy i badacza. Słowo „docent” pochodzi od łacińskiego słowa docere, oznaczającego nauczać. W XIX wieku używano go do określania wykładowców, którzy nie byli zatrudnieni na etacie w instytucji. Uzyskanie habilitacji czyniło z naukowca „samodzielnego pracownika nauki”, co w praktyce oznaczało prawo i obowiązek projektowania własnych kursów, wygłaszania autorskich wykładów i brania pełnej odpowiedzialności za kształtowanie umysłów następców. Dziś ten model powoli przechodzi do historii, ustępując miejsca technokratycznej strukturze, w której profesor staje się jedynie „wykonawcą usługi” niemalże zaprogramowanej w arkuszu kalkulacyjnym.
Nazwa „samodzielny” traci swój pierwotny sens. A habilitacja staje się zbędnym, zdublowanym stopniem w karierze akademickiej. Wystarczy przecież doktorat a potem ocena efektów badań naukowych przez granty, publikacje, cytowani i ocenę wpływy na naukę światową. Po co doktorat bis, skoro nie pełni już roli certyfikacji umiejętności dydaktycznych, w postaci prowadzenia badań naukowych i umiejętność ich przedstawiania/wykładania? W procedurze zanikł wykład habilitacyjny, publiczny, została tylko ocena dokumentów. Niby są rubryki z popularyzacją nauki, ale papier wszystko przyjmie...
Historycznie funkcja docenta, choć różnie oceniana w okresach politycznych zawirowań, była wyrazem uznania dla wysokich kwalifikacji dydaktycznych i badawczych. Samodzielność była immanentną cechą statusu profesora czy doktora habilitowanego. Wykład był wydarzeniem, osobistą interpretacją dyscypliny, wspartą doświadczeniem badawczym. A może ja tylko retrospektywnie idealizuję ten domniemany wyraz uznania kwalifikacji w docenturze?
Obecnie obserwujemy powolną deprecjację habilitacji w aspekcie dydaktycznym (pracownik samodzielny). Stała się ona jedynie kolejnym szczeblem w hierarchii płacowej i administracyjnej, tracąc swój wymiar mistrzowski. W nowoczesnej strukturze uczelni to nie dorobek merytoryczny decyduje o kształcie przedmiotu, lecz sztywny gorset siatki godzin, efektów uczenia się i sylabusów, które muszą być kompatybilne z Polską Ramą Kwalifikacji. W tym systemie „sztuka prezentacji” i charyzma badacza przegrywają z koniecznością odhaczenia odpowiednich rubryk w systemach takich jak USOS. Chociaż w ramach kwalifikacji i sylabusach spokojnie zmieścić może się zarówno charyzma badacza jak i jego osobiste doświadczenie badawcze.
Najbardziej jaskrawym przejawem tej zmiany jest instytucja koordynatora przedmiotu. W tradycyjnym modelu to profesor, jako najwyższy stopniem, nadawał ton przedmiotowi. Dziś funkcję koordynatora, a więc osoby decydującej o treściach, literaturze i formie zaliczenia, pełnią często doktorzy, a w skrajnych przypadkach nawet magistrzy. A wykonawcą przedmiotu, czyli prowadzenie zajęć zgodnie z napisanym sylabusem, często są pracownicy samodzielni. A przynajmniej inna osoba jest koordynatorem przedmiotu a inna realizuje zajęcia. Ich dydaktyczna samodzielność zredukowana została do realizacji sylabusa i poruszania się w wyznaczonych ramach sylabowego zapisu. Negocjowania treści wykładowej i sylabusa znacznie się wydłużyła. W rezultacie najprościej jest machnąć ręka i robić swoje, by przynajmniej jako tako zgadzało się formalnie z sylabusem czyli pomysłem zupełnie innej osoby. Samodzielność stała się iluzoryczna. Samodzielność oczywiście nie oznacza braku ewaluacji i dyskusji treści i formy prowadzonych zajęć. Otwarta dyskusja sprzyja rozwojowi treści uniwersyteckich. W żaden sposób nie kłóci się z samodzielnością.
Dochodzi do kuriozalnych sytuacji, w których doktor habilitowany lub profesor belwederski, prowadząc wykład, staje się merytorycznie podrzędny wobec adiunkta-koordynatora. Albo innego pracownika samodzielnego, który akurat jest koordynatorem przedmiotu w systemie USOS. I bynajmniej nie gloryfikuję starych struktur hierarchicznych. To odwrócenie hierarchii nie wynika z troski o jakość, lecz z mechanizmów biurokratycznych. Status koordynatora stał się bowiem cennym zasobem w arkuszach oceny pracowniczej. Funkcja ta, niegdyś postrzegana jako uciążliwy obowiązek administracyjny, dzięki systemom punktowym zyskała wartość „waluty”. Przydzielanie godzin do realizacji szybciej się zmienia (niemalże w zależności od roku) niż struktura przedmiotów w uczelnianych sylabusach. W konsekwencji funkcja koordynatorów przedmiotów jest rozdawana w sporej części przypadkowo lub niczym dawne serwituty czy lenno, prowadząc do zjawiska „kolekcjonowania” koordynacji. Istnieją pracownicy koordynujący wiele przedmiotów, których nigdy nie prowadzili i których specyfiki nie znają, podczas gdy faktyczni wykonawcy, w tym pracownicy samodzielni, tracą przynajmniej w części wpływ na to, co i jak wykładają oraz jak oceniają efekty kształcenia. Albo robią swoje i osobnym torem toczy się część formalno-biurokratyczna a osobnym rzeczywista dydaktyka.
Samodzielność dydaktyczna polegała niegdyś na byciu projektantem treści. Profesor budował most między najnowszymi odkryciami (własnymi badaniami) a procesem nauczania. Dziś proces ten jest scentralizowany. Koordynacja, która teoretycznie miała służyć zapewnieniu spójności, w praktyce czasem staje się martwym zapisem. Czy koordynatorzy faktycznie czuwają nad jakością i innowacyjnością? Często ich rola ogranicza się do dbania, by suma punktów ECTS się zgadzała, a weryfikacja efektów kształcenia była łatwa do zaraportowania. By się w tabelkach ładnie zgadzało... A zatem jest to bardziej funkcja administracyjna niż funkcja kreatora treści i koordynatora przemyśleń oraz działań kilku osób realizujących jakiś tam przedmiot czy ważne treści nauczyania.
Pracownicy samodzielni stają się w tym układzie „czytnikami” cudzych lub zunifikowanych programów. Ich osobiste doświadczenie badawcze, lata spędzone w archiwach czy laboratoriach, schodzą na dalszy plan, ustępując miejsca wymogom standaryzacji. Jeśli profesor nie ma wpływu na formę weryfikacji wiedzy ani na dobór treści, jego rola sprowadza się do bycia medium dla gotowego skryptu. Porównując do narzędzi AI, samodzielny (w dawnym rozumieniu) pracownik staje się audiodeskryptorem lub czytaczem z telepromptera.
Zjawisko to można nazwać systemowym wywłaszczeniem naukowca/wykładowcy z jego warsztatu pracy. Choć niektórzy przyjmują to z ulgą... Transformacja habilitacji z „prawa do mistrzostwa” w „etap kariery” sprawia, że polska dydaktyka akademicka traci swój unikalny, autorski charakter. Choć system staje się bardziej przewidywalny i policzalny, traci coś znacznie cenniejszego: żywy dialog ucznia z mistrzem, oparty na autonomii tego drugiego. Gdy samodzielność dydaktyczna staje się podrzędna wobec administracyjnej sprawności koordynatora, uniwersytet niebezpiecznie zbliża się do modelu korporacyjnej firmy szkoleniowej, w której liczy się certyfikat, a nie proces intelektualnego dojrzewania. Może to nieunikniona konieczność w czasach automatyzacji i sztucznej inteligencji. A może tylko etap przejściowy przed nowym wymiarem akademickiej dydaktyki i formuły kształcenia? Jeśli tak, to jaki jest finał tego procesu, jaki cel, do którego świadomie lub nieświadomie, siła bezwładności procesów społecznych, zmierzamy?
Oczywiście jest i druga strona medalu. W dawnym modelu mistrzowskim wykłady i zajęcia doświadczonych „samodzielnych” nie zawsze były dobrej jakości. A zamiast inspirującego i porządkującego wykładu bywało zwykłe ględzenie z pożółkłych kartek lub w nowszej formie - wykład karaoke i czytanie slajdów. Na dodatek, wraz ze zmianami cywilizacyjnymi, spada zapotrzebowanie na wykład podawczy z prostą transmisją wiedzy. Rośnie natomiast potrzeba dobrego projektowania aktywizujących zajęć, wykorzystujących nie tylko książkowe zasoby biblioteczne lecz różnorodne repozytoria cyfrowe i internetowe.
Polska Komisja Akredytacyjna (PKA) jest chyba w tym procesie kluczowym aktorem. To ona, choć często nieświadomie lub poprzez rygorystyczną interpretację przepisów, stała się "żandarmem" nowej, technokratycznej dydaktyki. A może to efekt nadgorliwości i superpoprawności ciał uczelnianych? Nie sposób zrozumieć procesu deprecjacji samodzielności dydaktycznej bez analizy roli Polskiej Komisji Akredytacyjnej. Instytucja ta, powołana w celu stania na straży jakości kształcenia, z czasem stała się głównym motorem napędowym biurokratyzacji procesu nauczania. Wprowadzenie Krajowych Ram Kwalifikacji (obecnie PRK) wymusiło na uczelniach przejście od modelu "nauczania opartego na treściach" (co wykłada profesor) do modelu "nauczania opartego na efektach" (co student ma potrafić po zajęciach). W samej zmianie perspektywy nie ma nic złego. Nawet można mówić o pewnym unowocześnianiu podejścia dydaktycznego. Skupienie się na efektach końcowych to dobre podejście. Tylko jak ono w praktyce jest realizowane?
W praktyce wizytacje PKA skupiają się nie na charyzmie wykładowcy czy głębi jego wywodu, lecz na spójności dokumentacji. To właśnie lęk przed negatywną oceną Komisji sprawił, że uczelnie postawiły instytucję koordynatora przedmiotu ponad autorytetem pracownika „samodzielnego”. Koordynator stał się gwarantem "matrycy efektów" – dba o to, by każda godzina wykładu miała swoje odzwierciedlenie w tabeli i by sposób weryfikacji wiedzy (często sprowadzony do najprostszego testu) był łatwo mierzalny dla audytora. Biurokratyczne procesy w dokumentach zamiast otwartej dyskusji dydaktycznej. Owszem, tej dyskusji nie było i wcześniej. Jednak biurokratycznie tworzone "tabelki" nie zastąpią rzeczywistej dyskusji i refleksji nad procesami kształcenia uniwersyteckiego. Nie ma drogi na skróty. Bo przecież nie o samą formę chodzie, ale przede wszystkim o treść.
Dla PKA profesor jest często "zasobem kadrowym" przypisanym do tzw. minimum kadrowego, a nie autonomicznym twórcą. Jeśli autorski wykład pracownika samodzielnego nie wpisuje się w sztywne ramy sylabusa, zatwierdzonego przez odpowiedzenie gremium wydziałowe lub uczelniane („radę programową”, która musi zadowolić wytyczne PKA), profesor jest zmuszany do korekty swoich treści. W ten sposób Komisja, dążąc do zapewnienia "porównywalności dyplomów", niechcący doprowadziła do uśrednienia jakości i stłumienia indywidualizmu akademickiego. Wolałbym, aby taki profesor był zmuszany do zmiany treści lub formy w procesie pogłębionej ewaluacji jego wykładów oraz w szerokiej dyskusji dydaktycznej. Samodzielność, która kiedyś była cechą osobniczą badacza, została zastąpiona przez "samodzielność systemową" – martwy zapis w dokumentacji akredytacyjnej.
Proces deprecjacji samodzielności dydaktycznej pracowników po habilitacji to coś więcej niż tylko zmiana wewnątrzuczelnianej hierarchii. To fundamentalna zmiana w ekosystemie akademickim. Przejście od modelu, w którym to stopień naukowy dawał mandat do kreowania myśli, ku systemowi, w którym profesor staje się jedynie wymiennym elementem w maszynerii sylabusów, rodzi pytania o przyszłość autorytetu. A może to dobra zmiana? Trudno mi to obiektywnie teraz ocenić. Ja osobiście się czuję skrepowany administracyjnie i biurokratycznie. Bo może nie towarzyszy temu procesowi pogłębiona i kolegialna dyskusja? Utrudniane jest szybkie modyfikowanie zajęć i dostosowywanie ich do zmian i potrzeb. Teoretycznie sylabus trzeba pisać nawet 3 lata przez realizacją zajęć (np. przedmiot realizowany jest na trzecim roku studiów licencjackich a sylabus musi być gotowy na początku cyklu kształcenia). W praktyce staram się pisać w sylabusie treści i formy zaliczenia (weryfikacji efektów) możliwie szeroko, by ułatwić sobie szybki wybór w momencie rozpoczęcia konkretnych zajęć. Na przykład w sylabusie wpisuję 2-3 formy zaliczenia typu projekt lub sprawozdania z ćwiczeń. Ale jeśli dostaję do realizacji "cudzy" sylabus, a tam autor nie przewidział szerszej możliwości, to staję w obliczu gimnastyki terminologicznej. Czy da się podciągnąć mój pomysł dydaktyczny pod pojęcie „sprawozdanie” lub „prezentacja”?
Jeśli habilitacja przestaje być certyfikatem suwerenności intelektualnej, a staje się jedynie kolejnym punktem w arkuszu oceny okresowej, uniwersytet traci swoją najsilniejszą broń - osobowość mistrza. System, w którym koordynator-urzędnik zarządza treścią wykładu profesora, jest być może systemem bezpiecznym i przewidywalnym administracyjnie, ale jest to jednocześnie system jałowy. Dydaktyka pozbawiona autonomii badacza staje się jedynie przekazem informacji, a nie procesem formowania krytycznego myślenia. W czasach coraz lepszych narzędzi AI w przekazywaniu informacji mamy coraz silniejszą konkurencję i łatwo możemy być zastąpieni. Tekst można wygenerować z AI, potem dodać ładny głos do czytania tej treści. I dodać jeszcze obraz lub hologram, ładnej i mile wyglądającej osoby. I do tego zestaw ilustracji, wideo czy materiałów dodatkowych. I wszystko zza biurka, z udziałem nowych technologii.
Czy to dobrze, czy źle? Choć ocena zależy od przyjętej perspektywy – menedżerskiej lub humanistycznej – nie ulega wątpliwości, że cena za tę standaryzację jest wysoka. Jest nią zanik "ducha uniwersytetu" na rzecz "technologii kształcenia". Bez przywrócenia pracownikom samodzielnym ich realnego wpływu na kształt i formę dydaktyki, polskie uczelnie ryzykują, że staną się sprawnymi, lecz bezdusznymi korporacjami szkoleniowymi, w których zamiast spotkania z człowiekiem i jego doświadczeniem, student otrzymuje jedynie poprawnie wypełniony arkusz efektów uczenia się.
Może potrzebne są dodatkowe, uzupełniające formy? Na przykład otwarta i szersza dyskusja nad sposobami kształcenia i uczenia się? Dyskusja nad treściami, celami i sposobami mierzenia efektów kształcenia. Wymagałoby to większej kolegialności w tworzeniu programów studiów i projektowania dydaktyki. I nie o formalną (biurokratyczną) kolegialność mi chodzi a o rzeczywistą dyskusję. Kluczem jest współpraca i kolegialne budowanie treści i formy zajęć. Wtedy nie miałoby znaczenia kto formalnie jest podpisany jako koordynator. Wtedy sens pojęcia „koordynacja” nabrałoby rzeczywistego znaczenia.
Zaszły procesy nieprzypadkowe. Nie ma co lamentować nad upływającym czasem i zmieniająca się rzeczywistością. Być może polskiej nauce akademickiej nie jest już kompletnie potrzeba habilitacja. A z drugiej strony może potrzeba rzeczywistej, szerszej, wydziałowej współpracy przy tworzeniu treści i form dydaktycznych. Wiązałoby się to z uznaniem, że dydaktyka jest też ważna. Obecnie, przy zogniskowaniu się na punkty z publikacji i parametryzacji, dydaktyka traktowana jest marginalnie. Ma po prostu jakaś tam być. By zapewnić etaty.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz