
Zjawisko studenckiego dropoutu (wyciekania) jest dziś uważane za jedno z najpoważniejszych problemów szkolnictwa wyższego, a jego skala rośnie globalnie. Przynajmniej w opinii uczelni wyższych. To nie tylko rezygnacja ze studiów, ale złożony proces stopniowego odłączania się studenta od uczelni - emocjonalnie, społecznie, organizacyjnie i akademicko. Dropout to przedwczesne opuszczenie studiów, zwykle poprzedzone spadkiem motywacji, pogorszeniem wyników, brakiem integracji społecznej lub trudnościami finansowymi. Badania pokazują, że to zjawisko ma charakter wieloczynnikowy, łączący aspekty akademickie, ekonomiczne i psychospołeczne. Istniało wcześniej ale wobec nadmiaru chętnych w stosunku do oferowanych miejsc, ani nie martwiło, ani nie interesowało zbytnio środowisk akademickich.
Studenckie wyciekanie (dropout) dziś brzmi jak nowe słowo‑klucz, jakby dopiero teraz ktoś odkrył, że studenci potrafią znikać z uczelni po cichu, bez dramatycznych deklaracji, raczej przez powolne opuszczanie rytmu akademickiego życia. A przecież to zjawisko nie narodziło się wczoraj. Ono było chyba zawsze, tylko nie mieliśmy na nie nazwy. A może po prostu nie chcieliśmy patrzeć zbyt uważnie? Skoro wcześniej na uczelniach często się słyszało "studenci zawsze będą", to po co się tym zajmować? Po co dostrzegać? W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku nikt nie mówił o „wyciekaniu”, choć studenci odchodzili tak samo lecz chyba z innych powodów, w innych okolicznościach. Wtedy raczej nazywane było to "odsiewem".
Dla przykładu to, co znam z opowieści starszych koleżanek i kolegów oraz z autopsji. Rok 1981, Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Olsztynie. Czas po strajkach, po zawieszeniu zajęć. Gdy wreszcie wrócono do edukacyjnej normalności, okazało się, że ta normalność jest podwójnie gęsta. Dwa semestry do zrobienia w jednym, a na biologii nauczycielskiej oznaczało to nie tylko więcej wykładów, ale przede wszystkim laboratoria, czyli długie godziny przy mikroskopach, preparatach, hodowlach, z których nie dało się zrezygnować ani ich skrócić. Zajęcia od rana do wieczora. Nauka piętrzyła się jak stosy zeszytów w akademikowym pokoju, a kolokwia nadchodziły jedno po drugim, jakby ktoś ustawił je w szeregu i puścił w marsz.
I wtedy zaczęli odpadać. Nie ci, których łatwo byłoby o to podejrzewać. Nie ci, którzy „zawsze mieli problemy”. Przeciwnie, odchodzili ci najbardziej ambitni, ci, którzy chcieli mieć wysokie oceny, piątki i czwórki. Czyli ci, którzy stawiali sobie ocenową poprzeczkę wysoko i nie umieli jej obniżyć nawet wtedy, gdy sytuacja obiektywnie tego wymagała. Dziś powiedzielibyśmy, że „wyciekali” po cichu, bez buntu, raczej z poczuciem porażki niż złości. Nie dlatego, że nie nadawali się na studia, ale dlatego, że nie potrafili pogodzić się z myślą, że tym razem nie będzie piątek, że trzeba będzie przejść przez ten rok z mniejszą elegancją, z większą improwizacją, z odrobiną chaosu. Paradoksalnie przetrwali ci, którzy mówili sobie: „najwyżej nas wyrzucą”. Ci, którzy potrafili odpuścić, którzy nie traktowali każdego potknięcia jak końca świata. Może dlatego, że mieli w sobie więcej elastyczności, a może po prostu więcej życiowego luzu. Może byli przyzwyczajeni do porażek, i do tego, że nie są w czołówce peletonu. Może i współcześnie brakuje tego życiowego zahartowania pokoleniu płatków śniegu?
Kiedy dziś słucham dyskusji o dropoucie, mam wrażenie, że zmieniły się słowa, ale nie zmieniła się istota. Wyciekają ci, którzy nie znajdują dla siebie miejsca w rytmie uczelni. Czasem z powodu przeciążenia, czasem z powodu ambicji, czasem dlatego, że świat wokół nich przyspieszył bardziej, niż potrafią nadążyć. W 1981 roku winne były strajki, nietypowe nagromadzenie zajęć i presja, by utrzymać poziom. Dziś winne są inne rzeczy: samotność, brak wspólnoty, nieczytelne oczekiwania, zbyt wiele bodźców, zbyt mało sensu. Ale mechanizm pozostaje chyba podobny. Człowiek odpuszcza nie wtedy, gdy jest słaby, lecz wtedy, gdy nie widzi już przestrzeni, by być sobą w systemie, który wymaga nieustannego dopasowania.
Może więc dropout nie jest ani nowy, ani zaskakujący. Może jest po prostu lustrem, w którym odbija się to, jak uczelnie (dawniej i dziś) radzą sobie z różnorodnością ludzkich historii, ambicji i ograniczeń. A może jest też przypomnieniem, że czasem przetrwanie nie zależy od siły, lecz od zdolności do powiedzenia sobie: „zrobię tyle, ile mogę, a reszta niech się dzieje”.
Wróćmy do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Rok 1982, część kolegów dostała sie na studia bez egzaminów wstępnych, bo w wyniku stanu wojennego byli trzy lata w wojsku. Pojedynczy mężczyźni, którzy zniknęli już w pierwszych tygodniach, po zajęciach z zoologii bezkręgowców i chemii. Po pierwszym roku zniknęło kilka osób. W tym moja mądra koleżanka, ale bardzo wrażliwa. Rok 1984 albo 1985, ta sama uczelnia, ten sam kierunek. I ja w centrum mojej uwagi. Trzeci rok studiów, w którym coś zaczęło się we mnie kruszyć. Nie z powodu jednego wydarzenia, raczej przez powolną utratę sensu. Biologia, którą znałem z popularnonaukowych książek, była pełna opowieści o ewolucji, ekologii, o wielkich pytaniach i jeszcze większych tajemnicach. Tymczasem na studiach te fascynujące dla mnie obszary czekały gdzieś na końcu programu. Jak deser, który podaje się dopiero wtedy, gdy gość zjadł całą resztę - również to, czego nie lubi. Żeby dotrwać do tego deseru trzeba ogromnej cierpliwości, bo nie ma jak zmienić kolejności.
A po drodze było dużo tego, czego nie lubiłem. Dużo nauki pamięciowej, przedmioty, które wydawały mi się odległe od tego, co naprawdę chciałem robić. Odreagowywaliśmy dowcipem. Na początku chemia i fizyka, później kolejne bloki materiału, które trzeba było wkuć, choć nie budziły we mnie żadnej iskry. I wtedy trafiłem na kolejną „kobyłę” czyli przedmiot, który w opinii prowadzących miał być jednym z filarów wykształcenia biologa. Dla nich ważny, dla mnie kompletnie nieprzydatny. Dziś, po czterdziestu latach, mogę powiedzieć to samo, tylko spokojniej: nic mi się z tego nie przydało. Był jak przeszkoda na zmęczenie w biegach na selekcję. Może na weterynarii albo medycynie ten poziom szczegółowości miał sens, ale nie na kierunku nauczycielskim. A jednak strach był realny, rygor był realny, presja była realna. Dałbym radę, ale straciłem poczucie sensu.
I wtedy po raz pierwszy naprawdę pomyślałem, żeby rzucić studia. To byłby klasyczny dropout. Nie buntowniczy, nie dramatyczny, tylko cichy, wynikający z poczucia bezsensu. Rozjazd między marzeniami a rzeczywistością był zbyt duży. Biologia, którą kochałem, była gdzieś daleko. A ta, którą miałem przed sobą, była jak ciężka, niechciana walizka. Lub bardzo niewygodne buty - nie da się zajść w nich zbyt daleko. Gdyby wtedy istniały licencjaty, pewnie bym dokończył swoje studia. Widząc bliską metę zacisnąłbym zęby, przetrwałbym semestr i miałbym w ręku dyplom, który pozwoliłby mi pójść dalej. Ale wtedy były tylko jednolite, pięcioletnie studia magisterskie. Perspektywa ciągnięcia tego jeszcze przez lata była jak patrzenie w tunel bez światła. Tu mała dygresja, od lat słyszę, że lepsze są studia pięcioletnie, bo jak się już złapie studenta, to jest on na dłużej. Tylko ten sposób myślenia nie uwzględnia tego, że studenci uciekają wcześniej (dropout). Już ich na studiach nie trzyma strach przed pójściem w kamasze (za naszych młodzieńczych czasów dotyczyło mężczyzn, którzy uciekali na studia przed obowiązkową służba wojskową). Koniec dygresji.
I gdy tak myślałem o rzuceniu studiów i wyjeździe w Bieszczady", ktoś podał mi pomocną dłoń. Po prostu podpowiedział mi, żebym nie porzucał studiów, tylko poszedł na urlop dziekański. Pomógł mi znaleźć pracę w laboratorium, gdzie przez kilka miesięcy byłem techniczną pomocą, kimś od mycia szkła i drobnych zadań. Paradoksalnie to właśnie ta praca, tak prosta pozwoliła mi psychicznie odpocząć. Byłem na uczelni ale nie nie byłem aktywnym studentem. Miałem czas na czytanie książek naukowych i popularnonaukowych, na własne zainteresowania, na działalność w studenckim kole naukowym, gdzie po prostu prowadziłem badania naukowe. PO kilku miesiącach sens studiowania powrócił.
Po tym semestrze wróciłem na studia. Spokojniejszy, bardziej świadomy, z nową energią. Dzięki indywidualnemu tokowi studiów nadrobiłem zaległości i skończyłem wszystko w terminie. Tak, jakby żadnej przerwy nie było. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, widzę, że to nie była porażka, tylko moment koniecznego zatrzymania. Gdybym wtedy odszedł, nikt nie nazwałby tego dropoutem, byłoby "po prostu zrezygnował”. Ani ja pierwszy, ani ostatni. A jednak to byłby dropout w czystej postaci: odejście nie z braku zdolności, lecz z braku sensu.
Dziś, kiedy w różnych gremiach pisze się i dyskutuje o wyciekaniu studentów, często szuka się winnych, na przykład programu, wykładowców, systemu, pokolenia (pokolenie Z, pokolenia Alfa). Ale czasem dropout rodzi się po prostu z tego, że człowiek potrzebuje oddechu, przerwy, dystansu. Człowiek potrzebuje widzieć i czuć sens. Potrzebuje czasem dystansu i tego, że musi na chwilę wyjść z biegu (a raczej wyścigu szczurów), żeby móc do niego wrócić. I może właśnie to jest najważniejsza lekcja z tamtych lat, że nie każdy, kto odchodzi, naprawdę chce odejść. Czasem po prostu nie widzi już drogi, dopóki ktoś nie pokaże mu innej. Czasem nie ma po prostu cichej przystani, gdzie można byłoby odpocząć i odzyskać poczucie sensu.
Kiedy patrzę na tamte lata z dzisiejszej perspektywy, widzę jeszcze jedno: system, w którym studiowaliśmy, sam sprzyjał wyciekaniu. Pięć lat jako jedna, nieprzerwana ściana do przebicia. Zero przystanków, zero etapów pośrednich, zero oddechu. Albo kończysz, albo odchodzisz z niczym. Może wtedy byliśmy bardziej zdeterminowani? Może wykształcenie wyższe było bardziej deficytowe i dawało od razu awans społeczny i zawodowy? A to bardziej motywowało do wysiłku i znoszeniu bezsensownych trudności? I było mniej miejsc na studiach. Współcześnie czasem także słyszę różne głosy, że jest za dużo studiujących, że trzeba zmniejszyć liczbę uczelni, zmniejszyć liczbę studentów. Takie magiczne myślenie o przeszłości, że była dobra i wspaniała.
W tym sensie boloński system 3 + 2 jest jak otwarcie okna w dusznym pokoju. Mniejsze porcje nauki, krótsze odcinki, po których można się zatrzymać, rozejrzeć, pomyśleć. Licencjat daje coś, co dawniej było nieosiągalne: możliwość powiedzenia „wystarczy na teraz” bez poczucia porażki. Można odpocząć, popracować, zmienić kierunek, uczelnię, miasto. Można wrócić po roku albo po pięciu latach pracy w zawodzie. Można wrócić ale już jako ktoś inny, dojrzalszy, bardziej świadomy. System boloński nie rozwiązuje wszystkich problemów, ale w pewnym zakresie naprawdę przeciwdziała wyciekaniu, bo pozwala studentowi zejść z trasy, nie wypadając z niej na zawsze.
Czasem myślę, że można by pójść jeszcze dalej. Że może dobrym rozwiązaniem byłoby certyfikowanie każdego roku studiów. Tak, aby każdy etap kończył się jakimś namacalnym potwierdzeniem wysiłku i uzyskanej wiedzy. Rok pracy, rok nauki, rok życia - i coś zostaje. Nie dyplom pełny, ale znak, że ten czas nie był stracony. Bo dziś, mimo systemu bolońskiego, wciąż zdarza się, że ktoś odchodzi po dwóch latach i wychodzi z niczym. A przecież to nie jest „nic”. To są setki godzin zajęć, kolokwiów, laboratoriów, lektur, doświadczeń, rozmów, prób i błędów. To jest realna część edukacji, która po prostu nie została domknięta. Przecież w szybko zmieniającym sie świecie każdy dyplom i tak szybko traci na wartości. Potrzebuje aktualizacji na studiach podyplomowych, na kursach i szkoleniach.
Gdyby takie certyfikaty istniały w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, wielu moich kolegów i koleżanek nie odeszłoby „z kwitkiem”. Może łatwiej byłoby im wrócić. Może łatwiej byłoby im uwierzyć, że to, co zrobili, ma wartość. Bo dropout często nie wynika z braku zdolności, tylko z poczucia, że wysiłek nie przekłada się na sensowny efekt. A system, który nagradza tylko pełne, niepodzielne ukończenie, sam tworzy przestrzeń do wyciekania.
Dziś, kiedy patrzę na współczesnych studentów, widzę, że ich wyzwania są inne, ale mechanizmy są podobne. Może najważniejszy jest brak poczucia sensu. Do tego przeciążenie oraz rozjazd między oczekiwaniami a rzeczywistością. I może właśnie dlatego warto myśleć o studiach nie jako o jednym wielkim maratonie, ale jako o serii krótszych biegów, z których każdy ma swoją wartość. Bo jeśli chcemy ograniczyć wyciekanie, musimy dać ludziom możliwość zatrzymania się bez poczucia, że przegrali. Zwłaszcza w szybko zmieniającym się świecie i szybko zmieniających się oczekiwaniach rynku pracy. A może to nie wyciekanie jest problemem tylko nieadekwatny system edukacji? Może to nie trzeba przeciwdziałać wyciekaniu tylko po prostu diametralnie zmienić cały system kształcenia?
Kiedy dziś myślę o dropoucie, widzę go już nie tylko jako zjawisko akademickie, ale jako coś znacznie szerszego - jako napięcie między tym, jak szybko zmienia się świat, a tym, jak powoli zmieniają się instytucje, które mają nas do tego świata przygotować. Bo przecież ciągle trzeba się uczyć. Sam tego doświadczam. Nowe narzędzia, nowe technologie, nowe sposoby pracy pojawiają się tak szybko, że czasem mam wrażenie, jakbym znów był na pierwszym roku studiów, próbując nadążyć za czymś, co nieustannie wymyka się do przodu. Uczenie się stało się stanem permanentnym, a nie krótkim etapem życia. Ale jednocześnie nie da się spędzić całego życia w szkole. Przynajmniej nie w tej tradycyjnej, z salami, planami zajęć i semestrami odmierzającymi czas.
Może więc remedium na dropout nie polega na tym, by studia były łatwiejsze, krótsze czy bardziej atrakcyjne, ale by były inaczej ułożone. Mniejsze porcje, ale za to rozłożone na całe życie. Nie 3 + 2, a raczej 1 + 1 + 1 + 1 + 1 czyli moduły, które można układać jak klocki, w zależności od tego, gdzie akurat jesteśmy, czego potrzebujemy, co nas ciekawi. Na studiach uczymy się nie tylko z wykładów i ćwiczeń, ale także przez kontakt z ludźmi i aktywności nie ujęte w programie studiów. Na przykład koła naukowe, agendy kulturalne, kluby turystyczne itp. Studiowanie to nie tylko biblioteka i program zajęć. To przede wszystkim wielowymiarowe środowisko i interakcje społeczne. Rok intensywnej nauki, potem przerwa na pracę. Kolejny rok, gdy pojawi się potrzeba lub chęć. I tak dalej, bez poczucia, że coś się „przerywa”, że się „odpada”, że się „wycieka”. Bo w takim systemie nie ma już jednej ścieżki, z której można spaść. Jest wiele ścieżek, które można wybierać. Tak, wybór i poczucie sprawstwa, są niezwykle ważne.
To byłaby ogromna zmiana, większa niż wprowadzenie systemu bolońskiego. Ale myślę, że dziś jest na nią przestrzeń. Właśnie dlatego, że mamy narzędzia, które mogą ją unieść. Sztuczna inteligencja i technologie online, która potrafią wspierać uczenie się, porządkować wiedzę, podpowiadać, co dalej, pomagać w powrotach po przerwie. Narzędzia, które nie zastępują myślenia, ale ułatwiają orientację w świecie, w którym wiedza nie mieści się już w żadnym podręczniku. Dzięki nim uczenie się może stać się bardziej elastyczne, bardziej osobiste, bardziej dopasowane do rytmu życia niż do rytmu semestrów. I może być hybrydowe, czyli łączące kształcenie online z kontaktem bezpośrednim.
Może więc dropout nie jest problemem studentów, tylko problemem systemu, który wciąż myśli kategoriami sprzed dekad? A może jest sygnałem, że czas przestać traktować edukację jak linię prostą, którą trzeba przejść od początku do końca bez zatrzymania. Bo jeśli uczenie się ma trwać całe życie, to musi być podzielone na odcinki, które da się udźwignąć. I które da się przerwać bez poczucia winy. Wtedy wyciekanie przestanie być porażką, a stanie się naturalnym elementem drogi. I może właśnie o to chodzi, by studia były nie jednorazowym sprintem, ale serią krótkich biegów, do których można wracać tyle razy, ile potrzeba. I że można biegać po różnych trasach. Także takich, które się samemu wybierze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz