2.05.2026

Dlaczego nauka przez całe życie i małymi porcjami?




Dlaczego? Bo tak naprawdę nie wymyślamy niczego nowego tylko wracamy do tego, co dla Homo sapiens było naturalne od zawsze. Zanim powstały szkoły, zanim ktoś wpadł na pomysł, by usadzić ludzi w ławkach i uczyć ich według jednego programu, człowiek uczył się nieustannie: od starszych, od rówieśników, na własnych błędach, obserwując przyrodę i innych ludzi. Wiedza była jak chleb,  zdobywana codziennie, w małych kawałkach, w rytmie codziennego życia. Dopiero później przyszła epoka wielkich instytucji, które próbowały zamknąć proces uczenia w sztywnych ramach: od września do czerwca, od pierwszej lekcji do ostatniej, od podstawówki do dyplomu. Szkoła średniowieczna i szkoła epoki przemysłowej były niewątpliwym sukcesem i umożliwiały rozwój społeczny. To uporządkowanie w klasach i programach dało dobry efekt. Ale czas spędzony w ławach szkolnych systematycznie się wydłużał. Już nie  trzy klasy, nie 7 klas ale 12 lat nauki dla większości populacji a potem nawet 17 lat dla blisko połowy. Jeśli doliczyć studia doktoranckie to wychodzi 21 lat nieustannej nauki w systemie szkolnym.

Dziś te ramy pękają. Świat przyspieszył tak bardzo, że nie da się już raz nauczyć i mieć „spokój” do emerytury. Kiedyś wystarczyło opanować jeden fach. Wystarczyło nauczyć się  szyć buty, lepić garnki, uczyć jednego przedmiotu. I do końca swego życia i można było z tego żyć. Adaptacje były znikome. Prawie nic się nie zmieniało. Teraz jest tak, jakby ktoś z zapałem opanował sztukę robienia lamp naftowych. Piękna umiejętność, ale praktycznie muzealna. Produkt dla kolekcjonerów. Zawody znikają, technologie się zmieniają, a to, co dziś jest oczywistością, jutro może być anachronizmem. Dlatego kompetencją XXI wieku nie jest już wiedza sama w sobie lecz umiejętność uczenia się. Szybkiego uczenia się i adaptacji do nowych warunków. I to uczenia się poza tradycyjną szkołą.

A skoro uczymy się przez całe życie, to nie możemy robić tego tak, jakbyśmy mieli znowu 15 lat i wolne popołudnia. Całego życia nie da się spędzić w szkole a potem na uniwersytecie. Dlatego potrzebujemy nauki w małych porcjach, tak jak aktualizacji oprogramowania w komputerze czy smartfonie. System działa, ale co jakiś czas wymaga drobnej poprawki, łatki, usprawnienia. Nie resetu, czy formatowania dysku, tylko regularnych i niewielkich uzupełnień. Czasem odinstalowujemy niepotrzebne aplikacje i dodajemy zupełnie nowe. Podobnie działa współczesna edukacja: mikrokursy, mikropoświadczenia, krótkie szkolenia, szybkie certyfikaty, moduły, lektury książek czy tylko krótkie teksty w social mediach. Małe porcje, które daje się wpleść w codzienne życie i codzienne obowiązki. Aż do późnej starości. Bo inaczej nie kupimy biletu ani nie dokonamy operacji bankowej. 

Potrzebujemy kopernikańskiego przewrotu w edukacji. Nie kosmetycznej reformy, nie kolejnej zmiany podstawy programowej lecz zmiany sposobu myślenia i działania. Edukacja nie jest już linią prostą, którą przechodzi się od punktu A do punktu B. Bardziej jest jak wchodzenie po schodach na wysoką wieżę. Jest więc raczej spiralą, do której wracamy wielokrotnie, za każdym razem z innym doświadczeniem i innymi potrzebami. Tak jak w cyklu Kolba. I ta zmiana już się dzieje. Buduje się oddolnie, organicznie, w rytmie życia, a nie ministerialnych rozporządzeń. Bo naturalnego procesu nie da się ani uruchomić lub zatrzymać, ani słowami, ani dekretami.

Sztuka polega na tym, by płynąć z nurtem rzeki, a nie próbować zawracać Wisły kijem, by popłynęła z Warszawy do Krakowa zamiast do Gdańska. W Krakowie ta wiślana woda już była. Teraz płynie dalej, tak jak my, którzy uczymy się nie dlatego, że ktoś każe, ale dlatego, że świat nieustannie nas do tego zaprasza. Czasem uczymy sie z czystej, ludzkiej ciekawości. To szanse i zagrożenia jednocześnie. I jeśli odpowiadamy na to zaproszenie małymi krokami, regularnie, z ciekawością, to właśnie wtedy nauka staje się nie obowiązkiem, lecz naturalną częścią życia. Tak jak u naszych przodków mieszkających w jaskiniach i kamiennymi pięściakami czyszczący skóry zwierząt.

A gdyby tak uniwersytety odpowiedziały na to wyzwanie? Gdyby popłynęły z nurtem współczesnych zmian? Gdyby w pełni odpowiedziały na społeczne zapotrzebowanie? To co by się stało?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz