![]() |
| Stół to miejsce, które łączy i inspiruje do rozmów niezaplanowanych. |
Inspiracją do niniejszego tekstu były moje podróże koleją w dzieciństwie (jakieś 50 lat temu) oraz biografia noblisty Richarda Feynmana. Ostatnim impulsem krótka informacja profesora Waldemara Kuligowskiego z Instytutu Antropologii i Etnologii UAM w Poznaniu o odkryciach z psychologii.
Fizyk Richard Feynman lubił chodzić do uczelnianej stołówki w małej uczelni. Dlaczego? Bo miał okazję porozmawiać z naukowcami innych specjalności. Były to niezaplanowane spotkania z ludźmi i okazja do nieoczekiwanych rozmów. Teraz podobnie odbieram przygodne spotkania, także na Facebooku. Tak trafiłem na krótką notatkę profesora Kuligowskiego. Ale te niezaplanowane spotkania mogą odbywać się także w kawiarni, na wystawie, w domu kultury, na konferencji, na ławce w parku. Byleby była możliwość interakcji z drugim człowiekiem na niezaplanowany temat. W pewnym sensie spontaniczność i mimowolne wyjście ze swojej wąskiej bańki informacyjnej.
Potrzebne są trzy warunki do takich rozmów z ludźmi: 1. Okazja i sytuacja (stołówka, kawiarnia, Fecebook), 2. Chęć do rozmowy (otwartość) i 3. Umiejętność takiej rozmowy. To ostatnie wydaje się oczywiste ale… Pamiętam z dzieciństwa jazdę w pociągu z przedziałami, ktoś wchodził i od razu rozmowa, pytania. Nawet mnie, nieśmiałego introwertyka, wciągały do rozmów czasem banalnych, czasem dawały możliwość wysłuchania ciekawych życiowych perypetii. Czasem jakaś anegdota, czasem ważna informacja o dalszej podróży. Innym razem jakaś ciekawostka ze świata. Teraz w pociągach są głównie wagony bezprzedziałowe i milczymy. Jesteśmy obok siebie ale mocno odgrodzeni od siebie na kilka sposobów. Ewentualnie czytamy książki lub raczej oglądamy coś na ekranach tabletów czy smartfonów. Jest okazja i sytuacja ale brakuje chęci do rozmowy. I umiejętności rozpoczęcia oraz kontynuacji. Jak zagadnąć i wciągnąć kogoś do rozmowy, gdy tej prostej czynności nie ćwiczymy?
Współcześnie wiedzę zdobywamy małymi porcjami w niezaplanowanych spotkaniach online, ekranowo. To duża wartość w poszerzaniu swoich własnych horyzontów. Życie ekranowe ma swoje niewątpliwe plusy jeśli potrafimy z tego sposobu komunikacji korzystać. Ale ma też spore zagrożenia. A może to nie zagrożenia tylko efekt ogromnej zmiany i ewolucji zarówno Homo sapiens jak i życia społecznego? Może to ewolucja samej noosfery? Jacek Dukaj pisał o epoce postpiśmiennej. I miał niewątpliwie rację, tego teraz mocno doświadczamy.
Z facebookowej notatki profesora Kuligowskiego wynikało, że mówimy coraz mniej. Statystyki są bezlitosne: około 300 słów dziennie mniej niż dekadę temu. W skali roku to ponad 120 tysięcy niewypowiedzianych słów czyli objętość powieści, która nigdy nie powstanie, bo nie została opowiedziana (tak jak te krótkie historie w pociągach mojego dzieciństwa). Ten ubytek nie jest metaforą lecz wynikiem badań dwojga psychologów z Arizona University i Missouri University, przeprowadzonych na ponad dwóch tysiącach osób z USA, Europy, Australii i Meksyku. Zjawisko to najsilniej dotyczy ludzi poniżej 25. roku życia, czyli pokolenia, które dorastało już w świecie ekranów.
Co właściwie się dzieje? Przesuwamy ciężar relacji z rozmów bezpośrednich (face to face) na komunikację ekranową (screen to screen). Wokół nas wyrasta infrastruktura, która pozwala nie mówić: samoobsługowe kasy, biletomaty, aplikacje bankowe, automatyczne check‑iny. W miejscach, gdzie kiedyś trzeba było zamienić choć dwa zdania, dziś wystarczy stuknąć w ekran. Zamiast rozmowy – SMS. Zamiast tonu głosu – emotikon. Zamiast opowieści – mem lub rolka. Zamiast rozmowy z ekspedientką – regały i kasa samoobsługowa (czytaj opowieść o dwóch kiełbaskach).
W codzienności pojawia się coraz więcej zachowań przypominających autystyczne wycofanie, choć nie mających nic wspólnego z klinicznym autyzmem: unikanie kontaktu wzrokowego, lęk przed rozmową z nieznajomym, poczucie dyskomfortu, gdy trzeba zadzwonić zamiast napisać. Słuchawki stają się przenośną ścianą dźwiękoszczelną, którą nosimy ze sobą jak tarczę. Coraz trudniej wejść w spontaniczną interakcję, bo spontaniczność wymaga odwagi, a ekrany tę odwagę skutecznie amortyzują.
Jednocześnie świat informuje nas o swoich złożonościach w formie krótkich komunikatów: paski newsowe, powiadomienia, równoważniki zdań. Złożone procesy redukujemy do kilku słów, bo tyle mieści się w okienku powiadomienia. W efekcie nie tylko mniej mówimy – mniej też rozmawiamy, a rozmowa to coś więcej niż wymiana informacji. To sposób regulowania emocji, budowania więzi, uczenia się siebie nawzajem. Rozmowa to budowanie relacji. Mamy coraz mniej spotkań przy stole z licznymi biesiadnikami (zobacz górne zdjęcie), czy to przy rodzinnym obiedzie, czy posiłku w uniwersyteckiej stołówce. Może więc problem nie polega na tym, że za mało powiedzieliśmy, lecz na tym, że czegoś ważnego nie przegadaliśmy. I że wciąż odkładamy tę rozmowę na później, licząc że ekran (algotytm) zrobi to za nas.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden, cichy, ale znaczący proces: coraz mniej piszemy ręcznie. Długopis czy ołówek stał się narzędziem awaryjnym, używanym głównie do podpisów i sporadycznych notatek. Pismo odręczne – kiedyś podstawowy sposób porządkowania myśli – dziś bywa traktowane jak archaiczna umiejętność, coś pomiędzy kaligrafią, a hobby dla nostalgików. Tymczasem badania neuropsychologów pokazują, że ruch dłoni prowadzącej literę po kartce aktywizuje obszary mózgu odpowiedzialne za pamięć, koncentrację i myślenie sekwencyjne. Pisząc ręcznie, myślimy inaczej – wolniej, głębiej, bardziej refleksyjnie. Gdy przestajemy to robić, zanikają nie tylko ładne litery, ale i pewien sposób rozumienia świata. Na listach obecności czy w pracach pisemnych widać u współczesnych studentów duże trudności z odręcznym pisaniem. Litery są koślawe, pismo mało czytelne, zdania krótkie nieporadne.
A przecież pisanie to nie tylko technika, lecz forma wewnętrznego dialogu. Kiedyś, żeby coś zapamiętać, trzeba było to zanotować. Dziś wystarczy zrobić zdjęcie tablicy, zeskanować stronę, wkleić link. Zamiast zapisu – zrzut ekranu. Zamiast myśli – skrót. Zamiast zdania – fragment. W efekcie coraz trudniej nam budować dłuższe wypowiedzi, bo mózg przyzwyczaja się do myślenia w krótkich impulsach, a nie w ciągłych, dłuższych i spójnych narracjach.
I tu pojawia się kolejna warstwa: narzędzia AI, które potrafią pisać za nas. To wygodne, szybkie, często imponujące. Ale im częściej oddajemy im pióro, tym rzadziej ćwiczymy własne. Zaczynamy tracić nie tylko sprawność językową, lecz także odwagę, by samodzielnie formułować myśli. Skoro algorytm zrobi to lepiej, po co się męczyć? Skoro potrafi ułożyć zdanie, po co próbować samemu? W ten sposób powoli zanika jedna z najbardziej ludzkich kompetencji: umiejętność tworzenia opowieści. Nie tylko opowiadania historii innym, ale przede wszystkim – opowiadania ich sobie. Na przykład w dzienniku refleksji czy pamiętniku.
Pisanie jest jak mięsień. Nieużywany słabnie. A gdy słabnie, zaczynamy polegać na protezach języka: gotowych formułach, kliszach, automatycznych podpowiedziach, gifach, emotikonkach. Zamiast własnego stylu pojawia się algorytmiczna gładkość. Zamiast nieporadnego, ale autentycznego zdania generujemy perfekcyjny akapit, który nie należy do nas. W pewnym momencie może się okazać, że potrafimy rozpoznać dobry tekst, ale nie potrafimy go już stworzyć.
Może więc problem nie polega tylko na tym, że mniej mówimy. Ani na tym, że mniej piszemy. Być może chodzi o coś głębszego: że coraz rzadziej spotykamy się z własnymi myślami w formie, która wymaga wysiłku, czasu i uważności. A bez tego trudno budować nie tylko relacje z innymi, ale i relację z samym sobą. Czy to jest to, o czym wcześniej pisał Jacek Dukaj? Wchodzimy w epokę postpiśmienności i nowej mówioności? A ta mówioność jest przede wszystkim ekranowa?
Jak więc odzyskać to, co ewidentnie tracimy? Paradoksalnie – nie przez odrzucenie technologii, lecz przez przywrócenie proporcji. Rozmowa, pismo i narracja nie zniknęły. One jedynie ustąpiły miejsca wygodniejszym, szybszym, bardziej błyskotliwym formom komunikacji. Żeby wróciły, trzeba im zrobić przestrzeń. Najprościej zacząć od rozmowy. Wystarczy kilka minut dziennie, by przełamać ekranową ciszę: zadzwonić zamiast napisać, zapytać ekspedientkę o coś więcej niż „paragon?”, zagadać współpasażera, pozwolić, by dialog potoczył się nieprzewidywalnie. Rozmowa jest jak mięsień społeczny – im częściej go używamy, tym mniej krępuje nas kontakt z drugim człowiekiem. A gdy wraca swoboda, wraca też ciekawość, która jest paliwem relacji.
Z pisaniem jest podobnie. Nie trzeba od razu prowadzić dziennika ani tworzyć literackich miniatur. Wystarczy krótka notatka odręczna: trzy zdania o tym, co dziś przykuło uwagę, jedno zdanie o emocji, szkic myśli, która nie chce zniknąć. Ręka, która kreśli litery, zmusza mózg do zwolnienia, a zwolnienie otwiera przestrzeń na refleksję. To powolne pisanie jest jak rozmowa z samym sobą – intymna, nieśpieszna, wymagająca obecności.
Najtrudniejsza do odzyskania jest narracja, bo wymaga czasu i ciągłości. Ale i ona wraca, gdy zaczynamy znów układać myśli w sekwencje, a nie w impulsy. Można zacząć od drobiazgów: opowiedzieć komuś dzień nie w punktach, lecz w historii; spróbować opisać sytuację tak, by miała początek, rozwinięcie i puentę; przeczytać tekst nie po to, by wyłowić informację, lecz by zanurzyć się w opowieści. Narracja to sposób porządkowania świata – jeśli jej nie ćwiczymy, świat staje się chaotyczny, poszatkowany, trudny do uchwycenia. Technologia nie musi być wrogiem. Może być narzędziem, o ile nie pozwolimy jej przejąć tego, co najbardziej ludzkie: rozmowy, pisma, opowieści. To kompetencje, które nie giną – one jedynie cichną, gdy ich nie używamy.
Opowieści stworzyły człowieka jako istotę społeczną. Towarzyszyły nam, gdy posługiwaliśmy się kamiennymi pięściakami i oszczepami. Towarzyszyły nam, gdy sierpem kosiliśmy zboże. Nawet w fabryce. Warto do narracyjnych opowieści powracać nawet z nowymi narzędziami AI. A współczesna szkoła i uniwersytet mogą być miejscami, gdzie uczymy opowiadać. I opowiadamy w miejscach niezaplanowanych spotkań: na ławce w parku czy akademickiej stołówce.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz