![]() |
| Pamiątka z podróży po województwie śląskim. Zdjęcie i wspomnienia. |
Paryż jest daleko, więc wydaje się wielką podróżą. Ale czym właściwie jest ta „dalekość”? Można przelecieć tysiące kilometrów i niemal nie opuścić własnego świata. Zobaczyć Luwr, wieżę Eiffla, Łuk Triumfalny, a potem wrócić do hotelu i restauracji znanych z internetu. W pewnym sensie odwiedzamy wtedy nie Paryż, lecz jego wcześniej przygotowany obraz. Podróżujemy do miejsca, które już znamy z fotografii, filmów, książek i opowieści innych ludzi. Oczywiście, warto zobaczyć arcydzieła Luwru oraz dzieła architektoniczne dawnym pokoleń. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy sądzimy, że to właśnie one wyczerpują sens podróży.
Turystyka coraz częściej staje się bowiem turystyfikacją. Miejsca są przygotowywane tak, aby można je było łatwo zobaczyć, sfotografować, opisać i sprzedać. Powstają trasy, punkty widokowe, atrakcje, „must see” i listy dziesięciu rzeczy, których nie wolno przegapić. Miasto zaczyna być trochę jak wystawa, a turysta jak zwiedzający poruszający się według instrukcji obsługi. W efekcie różne miasta zaczynają mówić podobnym językiem. Podobne kawiarnie, podobne pamiątki, podobne kadry do fotografowania. Turystyfikacja porządkuje przestrzeń, ale czasem odbiera jej przypadkowość, a przecież właśnie przypadek bywa najlepszym przewodnikiem. I przygodą.
Dlatego lubię podróże do miejsc nieoczywistych. Można pojechać do Wodzisławia Śląskiego i odkryć niewielkie instalacje, o których wcześniej nie miało się pojęcia. Nie są wrocławskimi krasnalami, nie tworzą wielkiej turystycznej marki. Są po prostu częścią miasta. I właśnie dlatego mogą być ciekawsze. Nie przyjechaliśmy ich szukać. To my je znaleźliśmy. A może nawet odkryliśmy? Przynajmniej dla siebie, a czasem także dla innych.
Podobnie jest z Katowicami. Można powiedzieć: zwykłe miasto, przemysł, ulice, osiedla, place. Ale „zwykłe” jest często tylko innym słowem na „jeszcze niezobaczone”. Wystarczy zmienić sposób patrzenia. Nagle pojawia się detal architektoniczny, stara tablica, podwórko, ogród, fragment dawnej infrastruktury, rzeźba, mural, ślad czyjejś historii. Miasto przestaje być tłem i zaczyna być opowieścią.
A przecież podobnie można podróżować bez kupowania biletu. Podwórko w Silginach może być bardziej odległe od naszego codziennego świata niż niejedna zagraniczna metropolia. Pokrzywy nad rzeką mogą skrywać małą krainę nieznaną komuś, kto przechodził tamtędy setki razy. Wystarczy przystanąć. Zobaczyć owada na liściu, ślady zwierząt, zmieniający się nurt, zapach mokrej ziemi. Nagle znane miejsce staje się obce, a obce staje się bliskie. Odkryte dla siebie samego. I to tworzy klimat przygody z emocjami. Może więc daleka podróż nie oznacza wcale dużej liczby kilometrów. Jest raczej wyjazdem z własnego świata. To moment, kiedy przestajemy patrzeć automatycznie. Kiedy nie wiemy, co zobaczymy, i właśnie ta niewiedza zaczyna nas cieszyć.
Najciekawszym wyposażeniem podróżnika nie jest zatem aparat fotograficzny ani najnowszy smartfon. Jest nim ciekawość. Dzięki niej można podróżować po Paryżu, ale także po Katowicach, Wodzisławiu, własnej wsi, osiedlu, a nawet po własnym podwórku. Świat staje się wtedy większy nie dlatego, że pokonujemy większe odległości, lecz dlatego, że więcej potrafimy dostrzec.
Podróż zaczyna się od słów: „ciekawe, co tu jest?”. I być może właśnie wtedy naprawdę opuszczamy własny świat.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz