17.10.2026

Ekologia, ekolog, pseudoekolog, ekoterrorysta - słowa, które znaczą zbyt wiele

Zdjęcie z gazety Nasz Olsztyniak. Warsztaty z malowania na szkle w czasie Olsztyńskiej Wystawy Dalii. Jak taka wystawę i same warsztaty określić? Jako ekologiczne, sozologiczne, ekozoficzne, ekologistyczne, ekorozwojowe czy recyklingowe (upcyklingowe)?


Ekologia, to słowo, które znaczy zbyt wiele. A przez to nie wiadomo co znaczy w publicznej debacie. Niczym emocjonalny przecinek stylistyczny w wypowiedzi towarzyskiej i publicznej.

Są błędy terminologiczne, które bardzo mnie denerwują. Tak jak językoznawców denerwują błędy języków i ortograficzne (np. szłem, wziąść, skówka). Czy piszemy Homo sapiens, czy homo sapiens? Dla wielu osób to drobiazg, typograficzna fanaberia biologów albo niepotrzebne czepianie się szczegółów. Tymczasem zapis ma znaczenie. Homo sapiens, pisane wielką literą i kursywą, to naukowa nazwa gatunkowa człowieka. Mała litera może natomiast wskazywać na określenie kulturowe, człowieka rozumnego, podobnie jak w wyrażeniach homo faber czy homo ludens.  Homo sapiens z łaciny możemy przetłumaczyć na człowiek myślący. Ale w jednym zapisie oznacza to nazwę gatunkowa a w drugim  tylko określenie na czynność, wykonywana przez Homo sapiens. W swoim blogu „Profesorskie Gadanie” wielokrotnie zwracałem uwagę na ten błąd, spotykany nawet w książkach, artykułach prasowych i opisach muzealnych. Dlaczego tak łatwo przeoczyć biologiczną precyzję, gdy piszemy o własnym gatunku? To braki w wiedzy biologicznej? [pół biedy gdy tylko o słowo chodzi i poprawność językową. A co jeśli braki w wiedzy biologicznej czy naukowej dotyczą rozumienia (lub nierozumienia) procesów, zachodzących w przyrodzie?

Nie chodzi przecież wyłącznie o wielką literę. Nazwy i terminy naukowe powstały po to, by umożliwić jednoznaczne porozumiewanie się ponad granicami języków i kultur. Na świecie żyją miliony gatunków, a ich nazwy potoczne bywają różne, niekiedy niejednoznaczne. Dlatego biolodzy korzystają z ustalonych zasad nazewnictwa. Tak jak w języku potocznym ma znaczenie czy na piszemy lud czy lód. Wymawia się tak samo lecz znaczy zupełnie coś innego. Mały szczegół w zapisie może mieć znaczenie dla interpretacji. Podobnie jest z DNA: niewielka zmiana w sekwencji może wpływać na funkcjonowanie organizmu. Nie każda pomyłka językowa ma oczywiście tak poważne konsekwencje, ale lekceważenie precyzji nie sprzyja rozumieniu świata.

Zastanawiam się czasem, dlaczego taką samą starannością nie otaczamy słowa „ekologia”. W mediach, rozmowach i reklamach stało się ono niemal uniwersalnym określeniem wszystkiego, co wiąże się z przyrodą, ochroną środowiska, segregowaniem śmieci czy troską o zwierzęta. Mamy ekologiczną żywność, ekologiczne torby, ekologiczne samochody i ekologiczny styl życia. Kiedy ktoś protestuje przeciwko wycince drzew, nazywamy go ekologiem lub ekooszołomem, ekoterrorystą (dodajemy przedrostek silnie wartościujący). Gdy ktoś organizuje zbiórkę odpadów, również może zostać tak określony. W końcu ekologia stała się słowem tak pojemnym, że czasem trudno ustalić, co właściwie oznacza.

A przecież ekologia to konkretna dziedzina nauki. Jest częścią biologii i zajmuje się badaniem zależności między organizmami a ich środowiskiem oraz między samymi organizmami. Ekolog bada na przykład, jak temperatura wody wpływa na rozwój owadów wodnych, dlaczego zmienia się liczebność ryb w jeziorze, co wywołuje pogorszenie jakości wód w jeziorze Ukiel albo jak organizmy reagują na zanieczyszczenia rzeki czy zmianę klimatu. Interesuje go funkcjonowanie populacji, zależności pokarmowe, konkurencja, pasożytnictwo i przepływ energii w ekosystemach. Ekologia nie jest zatem ani ruchem społecznym, ani zestawem moralnych zaleceń. Jest nauką, która pozwala nam lepiej rozumieć przyrodę.

Oczywiście wiedza ekologiczna jest niezwykle ważna w ochronie środowiska. Nie oznacza to jednak, że te pojęcia są tożsame. Sozologia zajmuje się ochroną przyrody i środowiska, rozpoznawaniem zagrożeń oraz sposobami zapobiegania ich skutkom. Ekologizm jest natomiast nurtem ideowym i społeczno-politycznym, który podkreśla znaczenie ochrony środowiska i odpowiedzialności człowieka za przyrodę. Ekorozwój oraz rozwój zrównoważony odnoszą się do sposobów gospodarowania, które uwzględniają ograniczenia środowiska i potrzeby przyszłych pokoleń. Recykling to z kolei odzyskiwanie i przetwarzanie materiałów odpadowych, aby można je było ponownie wykorzystać. Wszystkie te działania mogą korzystać z wiedzy ekologicznej, ale żadne z nich samo w sobie nie jest ekologią.

Językowe pomieszanie pojęć nie zawsze jest niewinne. Szczególnie dobrze widać to w określeniach, które pojawiają się w publicznych sporach. „Ekoterrorysta”, „pseudoekolog”, czasem po prostu „ekolog” – takie etykiety bywają używane jako skróty myślowe, ale również jako narzędzia dyskredytowania przeciwnika. Zamiast rozmawiać o konkretnych argumentach, dowodach i skutkach proponowanych działań, przyklejamy komuś etykietę. Słowo „ekoterrorysta” może sugerować niebezpieczne, skrajne działania, a niekiedy bywa używane znacznie szerzej, wobec osób protestujących w obronie przyrody. „Pseudoekolog” ma z kolei podważyć wiarygodność rozmówcy, zanim jeszcze poznamy jego argumenty.

Nie znaczy to, że każdy protestujący ma rację, każda organizacja przyrodnicza działa rozsądnie ani że wszystkie argumenty przedstawiane w imię ochrony środowiska są naukowo uzasadnione. Warto jednak oceniać konkretne działania i twierdzenia, a nie zastępować analizę obraźliwym określeniem. Jeśli ktoś powołuje się na naukę, możemy sprawdzić, czy przedstawia rzetelne dane, czy właściwie je interpretuje i czy wnioski wynikają z dowodów. Do tego nie potrzeba ani ideologicznej etykiety, ani słownego pojedynku.

Podobnie nie każdy działacz społeczny zajmujący się ochroną przyrody jest ekologiem. Może być prawnikiem, nauczycielem, społecznikiem, leśnikiem albo osobą, która po prostu troszczy się o swoje otoczenie. To nie umniejsza znaczenia jego pracy. Przeciwnie, pokazuje, że ochrona środowiska wymaga współpracy wielu dziedzin i różnych kompetencji. Naukowiec dostarcza wiedzy o procesach przyrodniczych, prawnik zna narzędzia ochrony, samorządowiec podejmuje decyzje, a mieszkańcy mogą wpływać na to, co dzieje się w ich okolicy.

Warto więc dbać o słowa, tak jak dbamy o poprawność nazw gatunkowych. Nie z powodu akademickiego snobizmu, lecz dlatego, że precyzyjny język pomaga odróżnić wiedzę od opinii, naukę od ideologii, a rzeczową krytykę od obelgi. Ekolog jest naukowcem badającym zależności w ekosystemach, między organizmami a środowiskiem oraz między organizmami a innymi organizmami. Działacz społeczny nie staje się ekologiem wyłącznie dlatego, że broni przyrody, a recykling czy prawa zwierząt nie są ekologią, choć mogą korzystać z jej ustaleń.

Na koniec warto zapamiętać prostą zasadę: kiedy słowa tracą znaczenie, trudniej nam porozumieć się w sprawach, które mają znaczenie naprawdę. A przyroda nie potrzebuje od nas wyłącznie dobrych intencji. Potrzebuje także wiedzy, rozsądku i precyzji.

I żeby przy okazji coś wyjaśnić podam znaczenie kilku podobnych i kluczowych pojęć, które nie są ekologią. Warto je zapamiętać, zrozumieć co znaczą i używać poprawnie. W debacie medialnej także. 

Ekozofia to koncepcja filozoficzna określana jako mądrość "ekologiczna", która łączy rozumienie relacji między człowiekiem a światem przyrody z refleksją nad wartościami, zasadami postępowania i praktycznymi decyzjami. Nie jest nauką przyrodniczą w takim sensie jak ekologia. Nie ogranicza się do opisu i wyjaśniania procesów zachodzących w ekosystemach, lecz stawia pytania o to, jak człowiek powinien żyć, jak traktować inne istoty i jak kształtować relacje z otaczającym go światem.

W szerszym ujęciu ekozofia zakłada, że wiedza o przyrodzie sama w sobie nie wystarcza do odpowiedzialnego działania. Potrzebne są również system wartości, refleksja etyczna i umiejętność stosowania wiedzy w praktyce. Dotyczy to między innymi stosunku do innych organizmów, korzystania z zasobów naturalnych, odpowiedzialności za skutki działalności człowieka oraz poszukiwania sposobów życia uwzględniających wartość świata pozaludzkiego.

Termin ekozofia (ecosophy) wiąże się przede wszystkim z norweskim filozofem Arne Næssem (1912–2009), twórcą koncepcji ekologii głębokiej. W 1973 roku Naess rozwinął tę ideę, nazywając własne stanowisko filozoficzne Ekozofią. Nazwa łączy greckie słowa oikos — dom, gospodarstwo lub miejsce zamieszkania — oraz sophia — mądrość. Ekozofię można zatem rozumieć jako „mądrość domu”, czyli mądrość dotyczącą naszego miejsca w szerszej wspólnocie życia na Ziemi. W koncepcji Naessa ekozofia jest osobistym systemem wartości i przekonań, który pomaga człowiekowi podejmować decyzje dotyczące jego relacji z przyrodą. Nie musi więc istnieć tylko jedna ekozofia — różne osoby mogą wypracowywać własne systemy, oparte na odmiennych doświadczeniach i przekonaniach, choć wspólnym punktem pozostaje refleksja nad miejscem człowieka w świecie przyrody.

Inne znaczenie temu pojęciu nadał francuski filozof Félix Guattari, który rozwijał koncepcję ekozofii, łącząc trzy wymiary: ekologię środowiskową, społeczną i mentalną. W tym ujęciu kryzysu ekologicznego nie można rozpatrywać w oderwaniu od relacji społecznych, sposobu organizacji społeczeństwa, kultury oraz ludzkiego sposobu myślenia i przeżywania świata.

Warto zatem odróżniać trzy pojęcia: ekologia bada zależności w przyrodzie, ekofilozofia rozważa filozoficznie relacje człowieka ze środowiskiem, a ekozofia podkreśla wymiar mądrości praktycznej — przełożenie rozumienia świata i przyjętych wartości na sposób życia oraz konkretne działania.

Z kolei sozologia to nauka zajmująca się ochroną przyrody i środowiska, rozpoznawaniem oraz analizowaniem zagrożeń wynikających z działalności człowieka, a także poszukiwaniem sposobów zapobiegania tym zagrożeniom i ograniczania ich skutków. Bada relacje między działalnością człowieka a środowiskiem przyrodniczym, przyczyny i następstwa jego przekształcania oraz możliwości zachowania jego zasobów i walorów dla obecnych i przyszłych pokoleń. Sozologia ma charakter interdyscyplinarny. Korzysta z wiedzy biologii, ekologii, geografii, geologii, chemii, fizyki, medycyny, a także nauk technicznych, ekonomicznych i społecznych. Zajmuje się między innymi zanieczyszczeniem powietrza, wód i gleb, degradacją ekosystemów, utratą różnorodności biologicznej, przekształcaniem krajobrazu, wyczerpywaniem zasobów naturalnych oraz wpływem tych zmian na zdrowie człowieka. Nie ogranicza się do opisu problemów, pomaga również rozpoznawać ich przyczyny i określać możliwości ochrony środowiska.

Termin sozologia wprowadził do polskiej terminologii naukowej polski geolog i uczony Walery Goetel (1889–1972) w latach 60. XX wieku. Za datę jego wprowadzenia najczęściej przyjmuje się 1965 rok. Goetel rozumiał sozologię jako naukę o ochronie przyrody i jej zasobów. Słowo ma greckie korzenie. Pierwszy człon wiąże się z greckim czasownikiem sōzō (σῴζω), oznaczającym między innymi „ratować”, „zachowywać” lub „chronić”, natomiast drugi pochodzi od lógos (λόγος) — „nauka”, „rozumowanie” lub „badanie”. W uproszczeniu sozologię można więc rozumieć jako naukę o ochronie środowiska i zachowaniu jego zasobów. Warto dodać, że sozologia nie jest po prostu inną nazwą ekologii. Ekologia przede wszystkim bada zależności zachodzące w przyrodzie, natomiast sozologia koncentruje się na ochronie środowiska, przyczynach jego degradacji i sposobach przeciwdziałania niekorzystnym zmianom. Wiedza ekologiczna stanowi ważną podstawę działań sozologicznych, ale potrzebne są w nich również ustalenia innych nauk.

Ekologizm to nurt ideowy, światopoglądowy i społeczno-polityczny, który uznaje ochronę środowiska przyrodniczego za istotną wartość oraz postuluje uwzględnianie ekologicznych konsekwencji ludzkiej działalności w organizacji społeczeństwa, gospodarce i polityce. Podkreśla odpowiedzialność człowieka za stan biosfery, potrzebę ochrony różnorodności biologicznej, racjonalnego korzystania z zasobów naturalnych oraz ograniczania zanieczyszczeń i degradacji ekosystemów. Ekologizm nie jest jedną, ściśle określoną doktryną. Obejmuje różne stanowiska, które mogą odmiennie interpretować przyczyny kryzysu środowiskowego i proponować różne sposoby jego rozwiązywania. Niektóre nurty koncentrują się na reformowaniu istniejącej gospodarki, rozwoju odnawialnych źródeł energii i doskonaleniu prawa ochrony środowiska. Inne postulują głębsze przemiany społeczne, zmianę modelu konsumpcji, ograniczenie wzrostu gospodarczego lub przemyślenie miejsca człowieka w świecie przyrody.

W zależności od przyjętych założeń ekologizm może łączyć się z różnymi koncepcjami etycznymi i politycznymi. W jego obrębie dyskutuje się między innymi o wartości przyrody niezależnej od jej użyteczności dla człowieka, prawach zwierząt, sprawiedliwości środowiskowej, odpowiedzialności międzypokoleniowej i granicach eksploatacji zasobów naturalnych. Najważniejsze jest rozróżnienie: ekologizm to stanowisko ideowe i program działania, a nie nauka badająca ekosystemy. Może korzystać z ustaleń ekologii, klimatologii, biologii i innych nauk, lecz obejmuje także wartości, oceny moralne oraz postulaty dotyczące tego, jak społeczeństwo powinno postępować.

Pod względem językowym polski wyraz ekologizm powstał od słowa ekologia przez dodanie przyrostka -izm, który w polszczyźnie tworzy nazwy doktryn, ideologii, kierunków myślowych i systemów przekonań. Podobne formacje spotykamy w słowach takich jak liberalizm, socjalizm czy humanizm. Wielki słownik języka polskiego PAN odnotowuje wyraz „ekologizm” z chronologią sięgającą 1986 roku. Jego współczesne znaczenie ideowe rozwijało się wraz z ruchem ochrony środowiska, szczególnie w drugiej połowie XX wieku. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku problemy zanieczyszczenia środowiska, degradacji przyrody i skutków industrializacji coraz silniej wpływały na debatę publiczną. Zainteresowanie przyrodą zaczęło przekładać się na programy polityczne, postulaty społeczne i pytania o podstawy współczesnej cywilizacji. Ekologizm stał się określeniem stanowisk, które nie tylko domagają się ochrony środowiska, ale również postulują zmianę sposobu organizowania gospodarki i społeczeństwa.

Warto zatem zapamiętać, że ekologia dostarcza wiedzy o funkcjonowaniu przyrody, a ekologizm wykorzystuje tę wiedzę do formułowania postulatów dotyczących sposobu życia i organizacji społeczeństwa. Wiedza naukowa może pomóc ocenić skutki określonych działań, ale nie rozstrzyga samodzielnie wszystkich pytań o wartości, priorytety i polityczne wybory. Właśnie w tym miejscu kończy się opis naukowy, a zaczyna dyskusja światopoglądowa i społeczna.

Ekorozwój to koncepcja rozwoju społecznego i gospodarczego, w którym potrzeby człowieka są zaspokajane z uwzględnieniem ograniczeń środowiska przyrodniczego, zdolności ekosystemów do regeneracji oraz konieczności zachowania zasobów i różnorodności biologicznej. Zakłada, że rozwój gospodarczy nie powinien odbywać się kosztem trwałego niszczenia przyrody, pogarszania jakości środowiska ani ograniczania możliwości życia przyszłych pokoleń. 

Czasem ekorozwój uważany jest za synonim rozwoju zrównoważonego. Ekorozwój uwzględnia zależności między gospodarką, społeczeństwem i przyrodą. Obejmuje między innymi racjonalne gospodarowanie zasobami naturalnymi, ograniczanie zanieczyszczeń i ilości odpadów, ochronę ekosystemów, oszczędne korzystanie z energii oraz poszukiwanie technologii i sposobów produkcji mniej obciążających środowisko. Ważne jest również uwzględnianie długofalowych skutków podejmowanych decyzji, zamiast koncentrowania się wyłącznie na krótkoterminowych korzyściach ekonomicznych. Nie oznacza to rezygnacji z rozwoju, lecz próbę takiego jego ukierunkowania, aby cele gospodarcze i społeczne pozostawały w zgodzie z warunkami funkcjonowania biosfery. Ekorozwój nie jest przy tym pojedynczą technologią ani konkretnym programem politycznym. To ogólna zasada planowania i prowadzenia działalności człowieka, która wymaga uwzględniania zarówno potrzeb ludzi, jak i ekologicznych konsekwencji ich działań.

Polskie słowo ekorozwój jest złożeniem członu eko-, nawiązującego do ekologii i środowiska przyrodniczego, oraz słowa rozwój. Odpowiada ono międzynarodowemu terminowi ecodevelopment, a także francuskiemu écodéveloppement.

Koncepcja ekorozwoju ukształtowała się na początku lat 70. XX wieku, gdy na forum międzynarodowym coraz wyraźniej dostrzegano konieczność łączenia rozwoju gospodarczego z ochroną środowiska. Termin ecodevelopment rozpowszechnił Maurice Strong, pierwszy dyrektor wykonawczy Programu Narodów Zjednoczonych ds. Środowiska (UNEP), w kontekście przygotowań i obrad konferencji ONZ w Sztokholmie w 1972 roku. Istotnie rozwinął tę koncepcję ekonomista Ignacy Sachs, który podkreślał znaczenie dostosowania rozwoju do lokalnych warunków przyrodniczych i społecznych, racjonalnego wykorzystywania zasobów oraz zaspokajania podstawowych potrzeb ludzi.
Ekorozwój był jednym z ważnych poprzedników koncepcji rozwoju zrównoważonego, która zyskała międzynarodowe znaczenie w kolejnych dekadach, szczególnie po opublikowaniu raportu Komisji Brundtland w 1987 roku. Oba pojęcia są bliskie znaczeniowo, choć ich zakres i sposób definiowania mogą się różnić w zależności od kontekstu. 

W polskim kontekście warto też pamiętać, że zasada zrównoważonego rozwoju została zapisana w art. 5 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Pokazuje to, że idea łączenia rozwoju społeczno-gospodarczego z ochroną środowiska nie jest wyłącznie postulatem ruchów ekologicznych, lecz również zasadą ustrojową państwa.

14.10.2026

Prezentacja na obronę

 


Na ostatnim slajdzie prezentacji dyplomowej często pojawia się bibliografia. Kilka, kilkanaście, czasem kilkadziesiąt pozycji zapisanych drobnym drukiem. Książki, artykuły, raporty, strony internetowe. Slajd wygląda naukowo, więc wszystko wydaje się być w porządku. Tyle tylko, że właściwie nie wiadomo, czemu ma to służyć. Widownia właśnie wysłuchała kilkunastominutowej prezentacji, a teraz otrzymuje wykaz literatury, której nie zdąży przeczytać, a nawet porządnie zobaczyć. Czy jest to jeszcze nauka, czy już tylko akademicki rytuał?

Bibliografia ma oczywiście swoje ważne miejsce w nauce. Pokazuje, skąd pochodzą informacje, na czym opiera się argumentacja, jakie wyniki innych badaczy zostały wykorzystane. Pozwala dotrzeć do źródeł i zweryfikować twierdzenia. W artykule naukowym czy pracy dyplomowej jest wręcz niezbędna. Czytelnik może przecież zatrzymać się przy konkretnym fragmencie, sprawdzić przypis, sięgnąć do cytowanej publikacji i ocenić, czy autor właściwie wykorzystał jej treść.

Prezentacja jest jednak innym gatunkiem wypowiedzi. Ma ograniczony czas, określone tempo i konkretny cel. Nie jest skróconą wersją pracy dyplomowej przeniesioną slajd po slajdzie na ekran. Jej zadaniem jest przede wszystkim opowiedzenie o problemie badawczym, metodzie, wynikach i ich znaczeniu. Slajd jest narzędziem tej opowieści, a nie stroną książki. Dlatego pojawia się pytanie: po co na końcu prezentacji umieszczać kilka wybranych pozycji z bibliografii pracy? Jeśli dyplomant przedstawia wyniki własnych badań, to źródłem tych wyników jest przede wszystkim jego praca dyplomowa. Pełne piśmiennictwo znajduje się już w tym dokumencie. Komisja ma do niego dostęp. Nie potrzebuje więc fotografii bibliografii na ostatnim slajdzie. Co więcej, sama obecność literatury nie mówi jeszcze, w jaki sposób została wykorzystana. Jeśli na slajdzie znajduje się wykres, zdjęcie, tabela albo konkretne twierdzenie zaczerpnięte z publikacji, znacznie bardziej użyteczne byłoby wskazanie źródła właśnie tam, gdzie jest ono potrzebne. Mały podpis pod ryciną albo krótkie odwołanie do publikacji może powiedzieć więcej niż cała strona bibliografii na zakończenie. Wtedy widz wie: to jest wynik własny, to pochodzi z literatury, a tutaj autor wykorzystał dane innego badacza.

Bibliografia umieszczona na ostatnim slajdzie bywa więc trochę jak tabliczka „tu znajduje się nauka”. Ma wyglądać poważnie, ale niekoniecznie pełni funkcję poznawczą. To szczególnie widoczne wtedy, gdy zapisane drobnym fontem nazwiska i tytuły są praktycznie nieczytelne. Slajd ma przecież wspierać komunikację. Jeśli odbiorca nie może go przeczytać, ponieważ projektant chciał zmieścić dwadzieścia pozycji literatury, to bibliografia zaczyna działać przeciwko prezentacji. 

Podobny problem dotyczy grafik. Współczesne narzędzia pozwalają wygenerować niemal dowolną ilustrację: efektowną, kolorową, fantastycznie wyglądającą. Tyle że efektowność nie jest jeszcze komunikacją. Jeśli piękna grafika zajmuje pół slajdu, ale nie pozwala zrozumieć przedstawianego zjawiska, staje się dekoracją. A naukowa prezentacja nie jest konkursem dekorowania slajdów.

W tym miejscu pojawia się jeszcze ciekawsze pytanie: co z AI? Jeżeli student korzystał z narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji przy przygotowaniu prezentacji, czy powinien umieścić je w bibliografii obok artykułów naukowych? Samo dopisanie nazwy narzędzia do listy źródeł niewiele wyjaśnia. Znacznie ważniejsze jest ujawnienie jak AI zostało wykorzystane: do uporządkowania pomysłów, korekty językowej, stworzenia grafiki, wygenerowania propozycji struktury czy może do opracowania fragmentu treści. AI nie jest bowiem tradycyjnym źródłem wiedzy. Jest narzędziem, którego sposób użycia ma znaczenie dla oceny procesu powstawania pracy. AI korzysta z zasobów tradycyjnej wiedzy, skumulowanej przez ludzkość, lecz robi to mało przejrzyście. 

To prowadzi do szerszej kwestii: uczelnia wyższa powinna uczyć nie tylko przestrzegania formy, ale także rozumienia funkcji formy. Student, który nauczył się, że „na końcu musi być bibliografia”, może bez problemu spełnić wymaganie formalne, nie wiedząc jednak, dlaczego je spełnia. To trochę tak, jakby na końcu wykładu obowiązkowo zapalać światło w sali, niezależnie od tego, czy jest dzień, czy noc (czy jest widno czy ciemno w sali). Rytuał zostaje, choć czasem znika jego sens.

Być może warto więc odwrócić pytanie. Nie: „Czy w prezentacji jest bibliografia?”, lecz: „Czy odbiorca wie, skąd pochodzi informacja i czy może ją zweryfikować?” Jeśli tak, funkcja naukowa została spełniona. Jeśli nie, sama lista literatury na ostatnim slajdzie niewiele zmienia. Dobra prezentacja dyplomowa nie powinna udawać artykułu naukowego. Powinna być klarowną opowieścią o wykonanej pracy badawczej. Jej wartość nie rośnie od liczby pozycji na ostatnim slajdzie ani od liczby efektownych grafik. Rośnie wtedy, gdy odbiorca rozumie, co zostało zbadane, jak to zrobiono, co odkryto i dlaczego ma to znaczenie. Może więc czasem warto zrezygnować z akademickiego ornamentu. Zamiast bibliografii umieszczonej na końcu „bo tak się robi”, lepiej pokazać jedno dobrze opisane źródło tam, gdzie rzeczywiście jest potrzebne. Zamiast pięknej, lecz nieczytelnej grafiki — prosty wykres, schemat albo zdjęcie, które coś wyjaśnia. Zamiast rytuału — świadomy wybór. Bo naukowość prezentacji nie polega na tym, żeby wyglądała naukowo. Polega na tym, żeby uczciwie i zrozumiale pokazywała proces dochodzenia do wiedzy.

Teraz było krótko, bez dodatkowych dygresji i szerszego omawiania zagadnienia. Czasem krótkie tekstu są lepsze od długich. A czasem nie. Nie zawsze musi był długo i obszernie i nie zawsze musi być krótko. Tekst powstał jako uzupełnienie do zajęć z seminarium dyplomowego.

9.10.2026

Ewolucja komunikacji: od rozmowy przy ognisku do kolektywów sztucznej inteligencji

Wystawa sztuki gdzieś w muzeum lub galerii. Obrazy i ludzie ze smartfonami, którzy opowiadają o tej wystawie, robią zdjęcia, wysyłają, coś na komórkach sprawdzają, doczytują... Współczesna hybrydowa komunikacja.


Historia człowieka jest w dużej mierze historią komunikacji. To właśnie niezwykła zdolność przekazywania informacji, wymiany doświadczeń i wspólnego interpretowania świata sprawiła, że niewielkie grupy naczelnych przekształciły się w gatunek zdolny do tworzenia cywilizacji, nauki i technologii. Ewolucja komunikacji nie jest jednak jedynie historią narzędzi, takich jak mowa, pismo czy internet. Jest to przede wszystkim historia rozszerzania możliwości ludzkiego mózgu poprzez kulturę (fenotyp rozszerzony). Każdy kolejny sposób porozumiewania się pozwalał człowiekowi przekraczać ograniczenia własnej pamięci, własnego doświadczenia i własnej perspektywy.

Początki komunikacji sięgają czasów, gdy nasi przodkowie żyli w niewielkich grupach społecznych. Mózg człowieka kształtował się pod wpływem życia we wspólnocie (stymulujące znaczenie inteligencji emocjonalnej). Umiejętność odczytywania intencji innych osób, przewidywania ich zachowań oraz współpracy była równie ważna w przeżyciu jak zdolności fizyczne. Rozwijający się język umożliwił przekazywanie informacji o zagrożeniach, miejscach występowania pożywienia, a później także o normach społecznych i wspólnych wartościach. A może pierwotne i najważniejsze było plotkowanie, kto z kim i dlaczego? Niby są bezwartościowe takie rozmowy, ale to one budowały sieci społeczne, relacje i więzi w grupie. Dzięki temu wiedza nie musiała być odkrywana na nowo przez każde pokolenie. Komunikacja stała się narzędziem kumulacji doświadczeń, a kultura zaczęła pełnić rolę pamięci zbiorowej.

Przez tysiące lat rozmowa twarzą w twarz była podstawową formą wymiany myśli. Człowiek mógł dyskutować jedynie z osobami znajdującymi się obok niego. Powstawały lokalne wspólnoty wiedzy, tradycji i wierzeń. W tym sensie każdy dialog tworzył swoisty kolektyw myślowy, czyli grupę ludzi współdzielących podobne sposoby postrzegania rzeczywistości, podobne informacje czy opowieści. Wspólna dyskusja prowadziła do powstawania nowych idei, ponieważ całość stawała się czymś więcej niż prostą sumą indywidualnych opinii. Wiedza rozwijała się nie tylko dzięki jednostkom, ale przede wszystkim dzięki relacjom między nimi. Od samego swego zarania wiedza miała charakter konektywny.

Prawdziwą rewolucję przyniosło pismo. Po raz pierwszy w historii możliwe stało się oddzielenie komunikatu od obecności nadawcy w bezpośredniej bliskości. Myśli mogły podróżować w przestrzeni i czasie. Człowiek zyskał możliwość prowadzenia dialogu z osobami oddalonymi o setki kilometrów, a nawet z autorami żyjącymi wiele pokoleń wcześniej lub później. Czytając dzieła Arystotelesa, Kopernika, Darwina czy Flecka, współczesny czytelnik uczestniczy w szczególnym rodzaju rozmowy. Autor nie może odpowiedzieć bezpośrednio, ale jego argumenty nadal wpływają na nasze myślenie. Książka stała się technologią komunikacyjną rozszerzającą możliwości ludzkiego mózgu. Dzięki niej kultura zaczęła funkcjonować jako zewnętrzny magazyn wiedzy, znacznie przekraczający pojemność indywidualnej pamięci w pojedynczym mózgu.

Jednocześnie rozwijała się jeszcze jedna forma komunikacji: dialog wewnętrzny. Człowiek potrafi rozmawiać nie tylko z innymi ludźmi, ale również z samym sobą. Wyobrażamy sobie różne stanowiska, analizujemy argumenty, odgrywamy odmienne role i zastanawiamy się nad konsekwencjami decyzji. W pewnym sensie każdy umysł jest małym kolektywem myślowym. Myślenie polega często na symulowaniu rozmowy, która odbywa się wyłącznie wewnątrz naszej świadomości. Kultura, edukacja i lektury wzbogacają ten dialog, dostarczając nowych głosów i nowych perspektyw.

Kolejny etap przyniosły technologie cyfrowe. Internet pozwolił łączyć ludzi w skali całej planety (bardziej aktywnie niż radio czy telewizja). Nigdy wcześniej tak wiele osób nie uczestniczyło jednocześnie w wymianie informacji. Jednak dopiero rozwój sztucznej inteligencji otworzył nowy rozdział w historii komunikacji. Po raz pierwszy człowiek może prowadzić dialog z systemem, który nie jest człowiekiem, ale potrafi analizować informacje, odpowiadać na pytania i wspierać proces myślenia. Powstaje nowa forma współpracy, którą można określić jako hybrydowy kolektyw myślowy. W takim układzie człowiek wnosi doświadczenie, intuicję i wartości, natomiast sztuczna inteligencja oferuje szybkie przeszukiwanie wiedzy, analizę danych oraz generowanie alternatywnych perspektyw.

Obecnie obserwujemy narodziny kolejnego etapu. Coraz częściej pojedynczy model językowy nie działa samodzielnie, lecz współpracuje z innymi agentami AI. Jeden system wyszukuje informacje, drugi je analizuje, trzeci tworzy podsumowania, a czwarty sprawdza poprawność wniosków. Takie wieloagentowe środowiska przypominają zespoły ekspertów prowadzących nieustanną dyskusję. Można je postrzegać jako nowy rodzaj kolektywu myślowego, który nie jest już wyłącznie ludzki. Powstają sieci współpracujących inteligencji, wspierających proces tworzenia wiedzy i podejmowania decyzji.

Nie oznacza to końca roli człowieka. Przeciwnie, rozwój komunikacji pokazuje, że każda nowa technologia rozszerzała możliwości ludzkiego umysłu, ale go nie zastępowała (fenotym rozszerzony). Mowa nie zastąpiła myślenia, książki nie zastąpiły rozmowy, a internet nie zastąpił kultury. Podobnie sztuczna inteligencja staje się kolejnym narzędziem poszerzającym przestrzeń dialogu. W tym sensie ewolucja komunikacji jest jednocześnie ewolucją kultury i ewolucją poznania. Coraz więcej podmiotów uczestniczy w wymianie myśli, a krąg naszych rozmówców staje się coraz szerszy. Rośnie biomasa współpracujących mózgów i obwodów krzemowych.

Można więc powiedzieć, że historia komunikacji to historia nieustannego przekraczania granic własnego umysłu. Najpierw rozmawialiśmy z ludźmi siedzącymi obok nas. Później nauczyliśmy się rozmawiać z autorami zapisanymi na kartach książek. Następnie odkryliśmy potencjał dialogu wewnętrznego, sieci globalnej komunikacji i sztucznej inteligencji. Dziś wchodzimy w epokę współpracujących agentów AI. Historia komunikacji to historia rozszerzania kręgu rozmówców: od ludzi obecnych obok nas, przez autorów zapisanych w książkach, po sztuczną inteligencję i kolektywy agentów AI.

I ta sama historia w ujęciu komiksowym. Grafiki wygenerowane z pomocą AI.






8.10.2026

Nominacja bloga w konkursie POP Science Śląskiego Festiwalu Nauki

Grafika Śląskiego Festiwalu Nauki
Pisze się w samotności ale i tak oczekujemy informacji zwrotnych. Bo pisanie na blogu to aktywność społeczna, skierowana do ludzi. Pisze się po to, by ktoś przeczytał. Tak jak mówi się, by ktoś usłyszał. Niezależnie ot tego, że czasami mówimy do siebie samych, nawet na głos. I że piszemy do szuflady, np. dziennik refleksji czy pamiętnik – tylko dla siebie. I to też ma sens. Blog to forma wypowiedzi publicznych w małych (krótkich) formach. Małe ziarenka, które dzięki systematyczności i wytrwałości układają się po latach w dużą wydmę. Kumulatywnie powstaje coś dużego

O sensie pisania decydują także informacje zwrotne, czy to w formie komentarzy, czy to polemiki i dyskusje w innym miejscu, czy to w formie cytowania i różnych „przedruków”. Te informacje zwrotne to odpowiedź na pytania: po czym poznam, że jestem czytany? Po czym poznam, że to co piszę ma sens? W tym kulturowym i publicznym dialogu rodzi się intersubiektywność, coś konektywnie wspólnego. Wpisy na blogu ozdabiam i ilustruję głównie własnymi zdjęciami. Taki dodatkowy środek wyrazu i komunikacji.

Wyróżnienia i nagrody za popularyzację nauki w formie bloga są nie tylko przyjemnością lecz i dodatkową informacją zwrotną. Że ktoś zauważył, docenił, uznał za wartościowe. Kilka miesięcy temu zostałem zgłoszony do konkursu POP Science, organizowanego przez Śląski Festiwal Nauki. Niedawno znalazłem się w gronie nominowanych w konkursie POP Science, w kategorii strona internetowa lub blog. To dla mnie duża radość i znaczące wyróżnienie. A na początku października rozpoczęło się głosowanie internetowe (potrwa do 5 listopada), które wyłoni Laureatki i Laureatów tegorocznej edycji konkursu organizowanego od 2019 roku (pierwsze wręczenie Nagród odbyło się w styczniu 2020 roku).

Prezentacja wszystkich nominowanych wraz z głosowaniem znajduje się na stronie Śląskiego Festiwalu Nauki: https://slaskifestiwalnauki.pl/pop-science-2026-nominacje-i-glosowanie Link do głosowania znajduje się też w aktualnościach oraz z prawej strony w skrótach strony głównej https://slaskifestiwalnauki.pl/

„Do 5 listopada 2026 roku do godziny 23:59 trwa internetowe głosowanie, które pozwoli wyłonić laureatki i laureatów Nagrody POP Science Śląskiego Festiwalu Nauki Katowice. Wyróżnienie to przyznawane jest osobom i przedsięwzięciom popularyzującym naukę w trzech kategoriach ogólnopolskich (wideoblog, strona internetowa/blog, audycja radiowa/podcast) oraz dwóch kategoriach regionalnych pod wspólną nazwą – myśl globalnie, działaj lokalnie – odrębnie w ramach osób zatrudnionych na uczelniach oraz związanych z województwem śląskim. Zapraszamy do zapoznania się z nominacjami i oddania głosów! Jak co roku, każda zainteresowana osoba mogła przekazać pomysły nominacji lub zgłosić swoją własną inicjatywę czy rozwijany projekt. Ten etap trwał do połowy maja 2026. Następnie dzięki punktom przyznawanym przez jury (które tworzą głównie laureatki i laureaci poprzednich edycji konkursu) wyłonione zostały nominacje. W każdej kategorii są to trzy kandydatury (propozycje z największą liczbą punktów jurorskich). Oznacza to, że łącznie w konkursie POP Science nominowanych jest 15 osób lub zespołów i inicjatyw. Laureatki i laureatów tradycyjnie wybierzemy wspólnie! O zwycięstwie zadecydują wszyscy głosujący z zachowaniem proporcji 50% głosów internautów i 50% głosów jury. Ogłoszenie wyników zaplanowane zostało na sobotę 5 grudnia, podczas pierwszego dnia Śląskiego Festiwalu Nauki Katowice.”

Informacja o mnie i moim blogu ze strony Śląskiego Festiwalu Nauki:

Profesorskie Gadanie, dr hab. Stanisław Czachorowski, prof. UWM

Blog Profesorskie Gadanie powstał w 2005 roku (od 2018 kontynuacja pod nowym adresem) jako element szerszego procesu dojrzewania do idei otwartego uniwersytetu i nauczania hybrydowego, a także jako próba przełamania pewnych barier oraz przyswajania nowych technologii w czasie trzeciej rewolucji technologicznej. Dla pracownika akademickiego to jeszcze jedna forma komunikacji i doskonalenie nauczycielskiego warsztatu pracy. Upowszechnianie wiedzy przez dr. hab. Stanisława Czachorowskiego, prof. UWM w ramach formuły uniwersytetu otwartego zawiera w sobie także swoistą spłatę dla podatnika, który przecież finansuje polską naukę. Skoro naukowiec może się rozwijać za pieniądze podatnika, to autor bloga popularnonaukowego uważa za stosowne dzielić się informacjami, refleksjami, wrażeniami i wiedzą na zasadzie wolnej licencji (swobodnego, niekomercyjnego dostępu). Na Profesorskim Gadaniu znajdują się tematy czysto biologiczne, jak i pokazujące pracę naukowca i dydaktyka od drugiej, nieoficjalnej strony, z naciskiem na szerszy kontekst społeczny i kulturowy.

7.10.2026

Podróże z ciekawością do miejsc nieoczywistych

Pamiątka z podróży po województwie śląskim. Zdjęcie i wspomnienia.


Nie sztuka wypatrzyć piramidę w Egipcie. Nie sztuka znaleźć wieżę Eiffla w Paryżu, zrobić jej zdjęcie i wrzucić do mediów społecznościowych. Trudniej zobaczyć coś, czego nie pokazują przewodniki. Jeszcze trudniej zachwycić się miejscem, które nie ma własnego magnesu na lodówkę, pocztówki ani kolejki turystów. Podróżowanie zaczyna się bowiem nie wtedy, gdy przekraczamy granicę państwa, lecz wtedy, gdy przekraczamy granicę własnej ciekawości.

Paryż jest daleko, więc wydaje się wielką podróżą. Ale czym właściwie jest ta „dalekość”? Można przelecieć tysiące kilometrów i niemal nie opuścić własnego świata. Zobaczyć Luwr, wieżę Eiffla, Łuk Triumfalny, a potem wrócić do hotelu i restauracji znanych z internetu. W pewnym sensie odwiedzamy wtedy nie Paryż, lecz jego wcześniej przygotowany obraz. Podróżujemy do miejsca, które już znamy z fotografii, filmów, książek i opowieści innych ludzi. Oczywiście, warto zobaczyć arcydzieła Luwru oraz dzieła architektoniczne dawnym pokoleń. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy sądzimy, że to właśnie one wyczerpują sens podróży.

Turystyka coraz częściej staje się bowiem turystyfikacją. Miejsca są przygotowywane tak, aby można je było łatwo zobaczyć, sfotografować, opisać i sprzedać. Powstają trasy, punkty widokowe, atrakcje, „must see” i listy dziesięciu rzeczy, których nie wolno przegapić. Miasto zaczyna być trochę jak wystawa, a turysta jak zwiedzający poruszający się według instrukcji obsługi. W efekcie różne miasta zaczynają mówić podobnym językiem. Podobne kawiarnie, podobne pamiątki, podobne kadry do fotografowania. Turystyfikacja porządkuje przestrzeń, ale czasem odbiera jej przypadkowość, a przecież właśnie przypadek bywa najlepszym przewodnikiem. I przygodą.

Dlatego lubię podróże do miejsc nieoczywistych. Można pojechać do Wodzisławia Śląskiego i odkryć niewielkie instalacje, o których wcześniej nie miało się pojęcia. Nie są wrocławskimi krasnalami, nie tworzą wielkiej turystycznej marki. Są po prostu częścią miasta. I właśnie dlatego mogą być ciekawsze. Nie przyjechaliśmy ich szukać. To my je znaleźliśmy. A może nawet odkryliśmy? Przynajmniej dla siebie, a czasem także dla innych.

Podobnie jest z Katowicami. Można powiedzieć: zwykłe miasto, przemysł, ulice, osiedla, place. Ale „zwykłe” jest często tylko innym słowem na „jeszcze niezobaczone”. Wystarczy zmienić sposób patrzenia. Nagle pojawia się detal architektoniczny, stara tablica, podwórko, ogród, fragment dawnej infrastruktury, rzeźba, mural, ślad czyjejś historii. Miasto przestaje być tłem i zaczyna być opowieścią.

A przecież podobnie można podróżować bez kupowania biletu. Podwórko w Silginach może być bardziej odległe od naszego codziennego świata niż niejedna zagraniczna metropolia. Pokrzywy nad rzeką mogą skrywać małą krainę nieznaną komuś, kto przechodził tamtędy setki razy. Wystarczy przystanąć. Zobaczyć owada na liściu, ślady zwierząt, zmieniający się nurt, zapach mokrej ziemi. Nagle znane miejsce staje się obce, a obce staje się bliskie. Odkryte dla siebie samego. I to tworzy klimat przygody z emocjami. Może więc daleka podróż nie oznacza wcale dużej liczby kilometrów. Jest raczej wyjazdem z własnego świata. To moment, kiedy przestajemy patrzeć automatycznie. Kiedy nie wiemy, co zobaczymy, i właśnie ta niewiedza zaczyna nas cieszyć.

Najciekawszym wyposażeniem podróżnika nie jest zatem aparat fotograficzny ani najnowszy smartfon. Jest nim ciekawość. Dzięki niej można podróżować po Paryżu, ale także po Katowicach, Wodzisławiu, własnej wsi, osiedlu, a nawet po własnym podwórku. Świat staje się wtedy większy nie dlatego, że pokonujemy większe odległości, lecz dlatego, że więcej potrafimy dostrzec.

Podróż zaczyna się od słów: „ciekawe, co tu jest?”. I być może właśnie wtedy naprawdę opuszczamy własny świat.

6.10.2026

Od kiedy zaczyna się studiowanie?

 

Pytanie pozornie łatwe, lecz nie ma chyba wyraźnej granicy początku. To proces i kontinuum. Opowiem to na własnym przykładzie. Mamy za sobą uroczyste inauguracje czyli początek nowego roku akademickiego. A od kiedy się studiuje? Ja zacząłem studiować w listopadzie. A było to tak.

Pod koniec czwartej klasy w liceum wypełnialiśmy jakieś dokumenty i deklarowaliśmy, czy i gdzie chcemy studiować. Jak chciałem biologię i chciałem gdzieś na Warmii i Mazurach, bo chciałem z Mazowsza powrócić na swoją rodzinną ziemię, do korzeni. Już nie tylko na wakacje, ale na dłużej. Nie chciałem na uczelnię rolniczą (jakieś przedmioty przyrodnicze okołobiologiczne), chciałem na biologię. W tym regionie były tylko dwie uczelnie, obie w Olsztynie. Wybór padł na Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Olsztynie, kierunek biologia nauczycielska. Czyli to biologia ukierunkowała mnie na kształcenie pedagogiczne. Niejako przy okazji. To wtedy był początek mojego studiowania? Chyba nie.

Potem zdałem maturę, wynik był pozytywny i to otwierało mi drogę na studia. Z przedmiotów do wybory celowo wybrałem biologię i chemię. Czy już wtedy zacząłem studiować, z maturą, uprawniającą do podjęcia studiów? Chyba jeszcze nie. Proces trwał, ale dla mnie nie była to jeszcze wartość graniczna.

W lipcu przyjechałem na egzaminy wstępne. Wtedy po raz pierwszy zakwaterowany zostałem w akademiku, kwintesencji życia studenckiego. Tak, w akademiku czuję się wspólnotę akademicką. Niepowtarzalny klimat. W stresach i niepewności zdałem egzaminy wstępne. Potem dostałem urzędowe pismo, o przyjęciu mnie na biologię na WSP w Olsztynie. Dokument potwierdzający początek studiowania. Ale tego momentu także nie uważam za mój początek.

Po raz drugi do Olsztyna przyjechałem we wrześniu, by się zakwaterować w akademiku i na krótką adaptację. Wtedy poznałem kolegów z akademikowego pokoju. I spotkałem starsze roczniki. Rozpoczęło się niezwykłe życie w akademiku. W pewnym sensie można by byłoby uznać za początek studiowania. Przynajmniej w sensie społecznym. Ale to nie był jeszcze mój początek.

1 października odbyła się uroczysta inauguracja, na auli w budynku przy ul. Żołnierskiej. Tak jak każdy student dostałem papierowy indeks. Złożyłem też ustnie i pisemnie ślubowanie. Miałem już wszystkie atrybuty studenta: miejsce w akademicku i indeks. Rozpoczęły się pierwsze zajęcia, chodzenie w białym fartuchu. Ale to nie był jeszcze mój początek studiowania. Tak to przynajmniej widzę retrospektywnie. Kupiłem pierwsze podręczniki do nauki.

Były spotkania, rozmowy, nie tylko te na zajęciach. Opiekunem roku był Krzysztof Kukliński. I to on powiedział nam, że jest taki docent Biesiadka, który będzie organizował wyjścia terenowe i że on  pokaże nam dziwne roztocza w mchu. Dobry wstęp i zaciekawienie. Właściwe doradztwo studentom pierwszego roku. Do dzisiaj jestem za to wdzięczny. Potem pojawiło się małe, lakoniczne ogłoszenie na tablicy ogłoszeń, że zainteresowanych studentów zaprasza ów docent na pierwsze wyjście  w poszukiwaniu tajemnic życia. To był listopad, pogoda marna, chyba zaczął już padać śnieg. Na spotkanie przyszło nas dwóch, ja i Andrzej Grudzień. I tak zaczęło się moje prawdziwe studiowanie. Nie było ocen, nie było zajęć w planie zajęć, było bezpośrednie spotkanie z naukowcem i bliski kontakt. Teraz nazwalibyśmy to dobrymi relacjami akademickimi. Pierwsze spotkanie trwało krótko, wyszliśmy jedynie do ogrodu dydaktycznego przy uczelni. Było zimno, więc i wyjście terenowe było krótkie. Coś jeszcze potem obserwowaliśmy pod binokularem. Ale to właśnie wtedy poczułem, że studiuję. Potem z tego wyrosło koło naukowe i własne badania naukowe. Podkreślę, bez ocen, zaliczeń, bez sylabusów, bez programu. Ale z ciekawością i odkrywaniem. Niby tylko dodatek do programowych zajęć, ale dla mnie była to kwintesencja. I takiego studiowania życzę wszystkim studentom. 

Zacząć można w każdym momencie, czy to w październiku, listopadzie, wrześniu czy lipcu. To Ty decydujesz czy, kiedy i jak studiujesz. A uczelnia to dobre środowisko do takiego studiowania.

5.10.2026

Co wspólnego ze sobą ma mała retencja i hejt internetowy?



Z hejtem czyli mową nienawiści i językiem agresji jest trochę jak z deszczem. Niby jedno i drugie spada z góry, tylko deszczowi zazwyczaj jesteśmy bardziej wdzięczni. Kiedy zaczyna padać, rozsądny człowiek nie biegnie na podwórko z wiadrem i nie krzyczy: „Precz z wodą!”. Raczej zastanawia się, co zrobić, żeby jej nie zmarnować. Zwłaszcza w czasach pogłębiającej się suszy. Taki rozsądny człowiek założy łąkę kwietną z dużą ilością próchnicy (a ta zatrzymuje wodę jak gąbka), zrobi ogród deszczowy, założy zielony dach albo postawi pod rynną starą beczkę. Nie zatrzyma całej chmury. Nie wygra z pogodą. Ale trochę wody zatrzyma. To się nazywa mała retencja. Niby mała ale w sumie jednak bardzo duża.

Z hejtem można zrobić dokładnie to samo. Nie zatrzymamy całego zła w internecie, ludzkiej głupoty, najemnych trolli, agentów dezinformacji i jątrzycieli amatorów. Nie sprawimy, że nagle wszyscy użytkownicy mediów społecznościowych zamienią się w uprzejmych, pogodnych ludzi, którzy przed napisaniem komentarza wypiją herbatę, policzą do dziesięciu i zapytają siebie: „Czy to, co właśnie chcę napisać, jest naprawdę potrzebne?”. Byłoby pięknie, ale nie przesadzajmy z fantastyką. Media karmią się sensacją i emocjami.

Możemy jednak zatrzymać trochę, i wody i hejtu. I właśnie to „trochę” ma znaczenie. Bo hejt, podobnie jak woda podczas ulewy, lubi płynąć tam, gdzie jest najłatwiej. Jeden obraźliwy komentarz wywołuje następny, ktoś robi zrzut ekranu, ktoś go udostępnia, ktoś dopisuje swoje trzy grosze i nagle z małej kałuży robi się internetowa powódź. A potem wszyscy są zdziwieni, że mamy mokro. I są też zawodowi jątrzyciele, którzy umyślnie prowokują do negatywnych emocji i komentarzy. Zawodowo i celowo dezinformują, tworzą i rozpowszechniają fejk newsy. 

Tymczasem czasem wystarczy postawić zwykłą "beczkę pod rynną". Nie dokładać hejtu od siebie. Nie wzmacniajmy i nie przekazujmy dalej fałszywych informacji (dezinformacja w rękach użytecznych idiotów). Nie podawajmy dalej agresywnego komentarza. Nie reagujmy by go nie wzmacniać. Lepiej wyciszyć. Usunąć wulgarną wypowiedź ze swojej tablicy na Facebooku lub innym medium prosumpcyjnym (tzw. społecznościowym), niech innych w oczy i duszę nie kole, niech nie sprawia innym przykrości. Zablokować konto, które najwyraźniej pomyliło dyskusję z konkursem na najbardziej obraźliwy komentarz miesiąca. Zgłosić treść, kiedy sytuacja tego wymaga. To nie są wielkie bohaterskie czyny. Nikt nie postawi nam za to pomnika. Nie będzie fanfar ani uroczystego przecięcia wstęgi. A jednak właśnie z takich drobnych działań może powstać coś ważnego: mniej hejtu, który płynie dalej.

Z hejtem i małą retencja jest podobnie, liczą się małe działania. Wodę i zło można zatrzymać, by zminimalizować straty.