15.11.2020

Akademia Ciekawości UWM. Wielkie żarcie – czyli co się dzieje z liśćmi spadającymi z drzew?


Ruszyła Akademia Ciekawości UWM w Olsztynie. Inicjatywa studentów. Pozytywnie zaskakuje profesjonalne podejście i udostępnianie materiałów w wielu przestrzeniach społecznościowych. To nie tylko realizowanie społecznej misji uniwersytetu w upowszechnianiu wiedzy. To także przecieranie szlaków w udoskonalaniu dydaktyki. Tak może wyglądać zdalne nauczanie. 

Z zaciekawieniem przyjąłem zaproszenie studentów. Poszedłem z pewnym niedowierzaniem. No bo cóż studenci mogą zrobić? Poszedłem niejako na zwiady by poznać możliwości. Wtedy nie było jeszcze strony Akademii Ciekawości. Jedna wielka niewiadoma. Sprawdziłem i wiem że warto włączyć się do ich działań bo to także korzyść dla nas, wykładowców. 

Przygotuję więcej krótkich wykładów. I teraz, znając możliwości studia i montażu, lepiej się przygotuję. Będę także namawiał innych pracowników do udziału. Powstała jeszcze jedna przestrzeń do zdalnego upowszechniania wiedzy. Mam nadzieję, że zagości na stałe.

10.11.2020

Noc Biologów 2021: straszne, trujące, jadowite - tajemnicze istoty z miejskiej łąki


Noc Biologów 2021 w wersji zdalnej? Problem czy wyzwanie? Od chwili powstawania życia na Ziemi organizmy żywe zmagają się z najróżniejszymi problemami, trudnościami i zagrożeniami. To wyzwania dla ewolucji i przekraczania najróżniejszych granic przestrzennych i czasowych. Nasiona, zarodniki, diaspory - wszystkie służą do podróży przez niesprzyjające środowisko by, gdy znajdą odpowiednie miejsce i czas wykiełkować, obudzić się i rozpocząć wzrost. A może skrzydła i kończyny? Pędy i kłącza? Też pozwalają podróżować. Zdalna edukacja może być ekscytująca.

W styczniową noc, gdy zmrok szybko zapada i zdawałoby się, że żadnego życia nie widać, zbrodnia zdarzyć się może niesłychana. Czy to pani otruła pana? W parku na łące i całkowicie zdalnie? On line to zapewne dlatego by nie ułatwiać dyspersji wirusom SARS-CoV-2. I na razie nie wiadomo czy to pani zabiła pana, jak i dlaczego i czy zjadła czy zakopała. Trucizny lać się będą mililitrami a trup słał się będzie gęsto. Jak to w przyrodzie. Zbrodnia wirtualna i edukacyjna (instrukcja dołączenia do gry niżej, a kod aktywacyjny na samym dole).

Po wrześniowym, udanym debiucie ponownie zabieramy się do straszenia i zdalnego upowszechniania wiedzy (Lidia Bielinis, Stanisław Czachorowski). Tym razem w styczniowa noc w ramach Nocy Biologów 2021. Gra dla kreatywnych, wytrwałych i odważnych. 

Straszne, trujące, jadowite - tajemnicze istoty z miejskiej łąki

Lubimy rozmawiać o pogodzie. To temat do rozpoczęcia rozmowy nawet z nieznajomym. Jednak media lubią sensacje, zbrodnie i nieszczęścia. Zostań z nami dziennikarzem lub lub detektywem. Poszukaj śladów, rozwiąż zagadki, poznaj życie w miejskiej dżungli w skali mikro. Przechodzisz alejką parkową i nie widzisz tego, co się w trawie dzieje. A dzieją się tam rzeczy niesłychane! Nawet w zimie a zwłaszcza nocą.

Czy jest możliwe, żeby trup gęsto słał się na łące? Pomyślcie tylko... trudno to teraz sobie wyobrazić - nieprawdaż? A jednak to zdarzyło się na pewnej łące miejskiej w Olsztynie…

Gra on line, opowiadająca o przyrodzie z sensacjami, miłością, zbrodniami. Rośliny bronią się przed zjedzeniem trującymi substancjami, niektóre owady mają żądła, inne są toksyczne lub niesmaczne. Jeszcze inne upodabniają się do groźnych zwierząt (mimikra). Nieustanna walka, ucieczka, polowanie i poszukiwanie zdobyczy. Niesamowity i dziki świat pod naszymi stopami. Chcesz ten świat odwiedzić? Masz odwagę zostać reporterem i łowcą sensacji z miejskiej łąki?

Kto kogo, dlaczego i jakie miał motywy? Będzie to w pełni wirtualna podróż z zagadkami, będą rośliny, grzyby i zwierzęta z miejskiej łąki. Czyli to, co możemy spotkać na spacerze.

Bać się i uciekać czy może zjeść ze smakiem?

Zaryzykujesz z nami? Wchodzisz do gry?

W czasie gry nie da się wysiedzieć w domu, będziesz musiał(a) wyjść z domu do parku, do lasu, nad jezioro. Pamiętaj o zachowaniu dystansu. By nie ułatwiać dyspersji Covid-19


Instrukcja (opracowana przez Lidię Bielinis)

Aby poznać tajemnicze, straszne i trujące istoty z miejskiej łąki potrzebujesz smartfona albo tabletu z dostępem do mobilnego Internetu.

Twoim pierwszym zadaniem będziecie ściągniecie aplikacji do gry za pomocą Google Play albo App Store. Kliknij w jedną z tych ikonek na swoim smartfonie:

 

 Postępuj zgodnie z instrukcją załączoną poniżej

KROK 1


 KROK 2

 

KROK 3

 

KROK 4



Po kliknięciu przycisku „Scan code” (skanuj kod) zeskanuj QR kod startowy do gry, 

KROK 5


KROK 6 


KROK 7 

KROK 8 



Brawo, prawdopodobnie widzisz już okienko powitalne gry na swoim smartfonie! Wszystkie dalsze instrukcje będą się wyświetlać w aplikacji Actionbound.

W przypadku kłopotów z pobraniem aplikacji lub rozpoczęcia gry, skontaktuj się z Lidią Bielinis: lidia.bielinis@uwm.edu.pl

Kod startowy do gry  


8.11.2020

Genially - drugie podejście

Trening czyni mistrza, więc trzeba nieustannie próbować. Druga praca w Genial.ly. Uczę się krok po kroku i sprawdzam efekty. A przy okazji nieco inna opowosć o projecie Spotkania z nauką.

6.11.2020

O tym, jak kolory w przyrodzie nas wabią, straszą i tumanią

 

Skąd się wzięło piękno w przyrodzie? Czy jest to piękno samoistne czy tylko my je dostrzegamy a więc niejako jest naszym wewnętrznym, myślowym wytworem? Świat wokół nas jest piękny sam z siebie, obiektywnie czy tylko takim go czasami my widzimy. A więc piękno jest subiektywne, uznaniowe? Odpowiem na te pytania jako biolog. 

Czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego podobają się nam, ludziom (Homo sapiens) kolory w przyrodzie? Takie ciepłe, czerwone (krasne), żółte, fioletowe? Może mniej te zielone, niebieskie a już na pewno nie brązowe, brudno-czarne. Czerwony, krasny już w samej nazwie jest piękny, „krasiwy” (w języku rosyjskim). Szaro-czarne kolory w nazwie są jakieś takie brudne, brązowe kojarzą się z nieprzyjemnymi odchodami. A przecież dla muchy czy żuka gnojowego piękno ma zupełnie inne barwy. My się ekscytujemy pachnącymi kwiatami a muchy pachnącymi inaczej odchodami. 

Zachwycamy się kolorami kwiatów, ale to piękno nie dla nas zostało przez ewolucję wytworzone. Kolory są przede wszystkim informacją. Tak jak kolory świateł w sygnalizatorach ulicznych. Ruszamy do przodu nie dlatego, że zielony bardziej nam się podoba niż czerwony. To informacja, że droga wolna, teraz my możemy poruszać się bezkolizyjnie i bezpiecznie. Czerwonego koloru nie sposób człowiekowi przeoczyć. Dlatego został wybrany jako kolor ostrzegawczy. To kolor smacznego, dojrzałego owocu ale i krwi, czyli niebezpieczeństwa.

Informacja czy piękno? Może piękno to tylko pochodna informacji? Ale jakiej? 

Dlaczego dla nas coś jest piękne? Zachwycamy się kolorami kwiatów. A przecież, w ewolucyjnym, biologicznym sensie, to piękno nie jest dla nas. To sygnalizacja dla zapylający owadów: „uwaga, uwaga tu jest coś smacznego do zjedzenia”. Kwiat zwabiają pokarmem – słodkim nektarem. To po nektar zlatują się skrzydlaci amatorzy słodkości. Zjawiają się także pyłkożercy, co dla rośliny nie jest już zbyt korzystne, bo traci wytwarzane do rozmnażania struktury. Można więc powiedzieć, że nektar to taka danina – napij się słodkiego nektaru a mój pyłek zostaw w spokoju. Ale dlaczego rośliny kwiatowe miałyby same z siebie dobrowolnie się opodatkować na rzecz zwierzęcych zjadaczy? Może dla odwrócenia uwagi od ważniejszego do rozmnażania pyłku? W środowisku wodnym gamety same mogą wędrować, poruszać się za pomocą np. witek i rzęsek. Ale jak mają się poruszać w suchym środowisku lądowym? Tak jak mszaki czekać na deszcz? 

A jak było przed owadami? Pyłek roznoszony był (i jest) przez wiatr. Roślina musi wyprodukować duuużo pyłku by choć nieliczne z wiatrem trafiły tam gdzie trzeba. Danina w postaci nektaru jest w gruncie rzeczy oszczędnością bo dzięki zapylaczom można produkować mniej pyłku. 

I wróćmy na chwile do owadów gustujących w odchodach lub padlinie. I je zwabiają niektóre rośliny, wabiąc zapachem i kolorem przypominającym rozkładającą się padlinę. My się takimi kwiatami (czy grzybami - jak sromotnik bezwstydny) nie zachwycamy.  

Rośliny same z siebie nie mogą się poruszać w celu wymiany gamet z innymi osobnikami swojego gatunku. Wyręczają się … owadami, czasem ślimakami, ptakami czy ssakami. Zwierzęta te, mobilne z natury, przylatują lub przypełzają by się najeść a przy okazji, niechcący zabierają na swoim ciele pyłek. Przy wizycie na kolejnym kwiecie mogą zostawić go na znamieniu słupka, doprowadzając do zapylenia a w konsekwencji do zapłodnienia krzyżowego. Rekombinacja genetyczna jest podstawą zmienności jakże pożądanej w ewolucji i przetrwaniu gatunków w zmiennym środowisku. 

Kolory kwiatów są więc przed wszystkim informacją dla owadów. W biologicznym interesie rośliny jest aby owad poleciał na kwiat tego samego gatunku. Bo co z pyłku zaniesionego w nieodpowiednie miejsce? Być może dlatego kwiaty są tak różnorodne w swoich kolorach jak i fenologicznych i dobowym czasie atrakcyjności pokarmowej. Czasem przywiązują do siebie  konkretne gatunki owadów.

Ale dlaczego kolorowe kwiaty  i nam się podobają? Być może dlatego, że przypominają owoce oraz są poprzednikami owoców (owoce pojawiają się na gałęzi tam, gdzie były wcześniej kwiaty). Nasi przodkowie byli owocożerami. I stąd nasza słabość do cukrów i słodkości. A także do alkoholu etylowego (powstaje w wyniku aktywności drożdży). Zapach alkoholu podoba się także muszkom owocowym. I dla nich i dla nas zapach alkoholu oznaczał obecność dojrzałych owoców, bogatych w cukier. Naszą ewolucyjnie zakorzenioną słabość do cukrów teraz wykorzystują perfidnie producenci różnych towarów spożywczych. Dodają cukier do wszystkiego, aby było bardziej smaczne i by ponownie zwabić .. do zakupu. Niczym kwiaty wabiące owady.  Na zdrowie to nam nie wychodzi. Producenci, niczym kolorowe kwiaty, tumanią nas i zwabiają. Kolorami oznaczają słodkie pokarmy. Ich interes jest różny niż nasz. 

A dlaczego słodkie owoce są kolorowe a przez to widoczne? Przecież narażają na niebezpieczeństwo własne nasiona czyli w pewnym uproszczeniu potomstwo. Słodkości zawarte w owocach wcale nie są substancjami zapasowymi dla kiełkującego nasiona. Są daniną dla owocożerów. Jaka to korzyć dla rośliny, że jej owoce z nasionami będą zjadane? Korzyścią jest dyspersja i roznoszenia nasion na duże odległości. Czasem nasiona są twarde, gorzkie i niesmaczne (jecie śliwki z pestkami?) by je owocożerca wypluł gdzieś na uboczu. A czasem znakomicie przechodzą przez przewód pokarmowy i wraz z odchodami trafiają daleko od macierzystej rośliny. Dalej, niż te wyplute. 

Kolory w przyrodzie także odstraszają. Informują, że coś jest trujące lub jadowite. To sygnał ”nie jedz mnie bo będzie źle”. Dlatego niektóre gatunki są jaskrawo ubarwione i dobrze widoczne. Zatem nie wszystkie owoce czerwone są zdatne do jedzenia. Mimo, że piękne. Nie wszystko złoto, co się świeci, nie wszystko smaczne, co pięknie wygląda.

W końcu kolory otumaniają. Bo u niektórych gatunków są sygnałem dla płci przeciwnej o gotowości rozrodczej. Są afrodyzjakiem. Kolory sprawiają, że jest się bardziej widocznym dla płci przeciwnej (udana prokreacja)..., ale i dla drapieżników (ryzyko śmierci). Nie jest więc bezpiecznie być atrakcyjnym i kolorowym. Przynajmniej zbyt długo. Dlatego wiele gatunków jaskrawo-kolorowe szaty przybiera tylko na okres godowy. No bo i po co być cały czas atrakcyjnym seksualnie, gdy ruja trwa krótko? Zbędny wydatek. Zaloty i namolne molestowanie niczemu by nie służyło a tylko zabierało by czas (i energię na oganianie się) i narażało na niebezpieczeństwo. Po drugie bardziej kolorowe bywają ... samce, tak jak u wielu ptaków czy owadów. Gdy zginie samiec to mniejsza strata dla gatunku. Do zapłodnienia wielu samic wystarczy tylko jeden. Niech więc to samce  narażają się swoją jakrawą widocznością a nie samice. Bywa i tak, np. u niektórych gatunków wazek, że po kopulacji samica barwami upodabnia się do samca. Przez to staje się mniej atrakcyjna seksualnie i mniej widoczna. Nie kusi i... nie jest namolnie molestowana przez samce, czasem wręcz brutalne.

Kolory są uzupełniającym do zapachów i feromonów sygnałem. Jak na razie (na szczęście!) nie udało się zsyntetyzować uniwersalnych feromonów Homo sapiens. Pozostają kolory i zapachy. Panie zwabiają nas i otumaniają kolorowym makijażem, ubiorem i kwiecisto-owocowym zapachem kosmetyków. 

W przyrodzie niektórzy perfidni łowcy podszywają się kolorami pod słodkodajne kwiaty i owoce. Zwabiają i zjadają nieszczęsnych. Tak, w życiu i w przyrodzie bardzo ważne są informacje i ich interpretacja. Od tego zależy nasze zdrowie życie.

Rozszerzona wersja feletonu "Kij w mrowisko" dla VariArtu



5.11.2020

Czy zajęcia w trybie zdalnym wymusiły zmianę w podejściu do prowadzenia zajęć?

Studio Akademii Ciekawości, inicjatywa samorządu studenckiego UWM. Jeden z wielu kroków doskonalenia zdalnej komunikacji i edukacji.


Przed IV Kongresmen Przyszłości Pani Daria Bruszewska-Przytuła z Gazety Olsztyńskiej, zadała mi kilka pytań. Bardzo trudnych. Bo nie jest łatwo na nie odpowiedzieć. 

Czy zajęcia w trybie zdalnym wymusiły na Panu zmianę w podejściu do prowadzenia zajęć? 

I tak i nie. To zależy na czym się skupić. Tak - w tym sensie, że nauczanie zdalne wymusza stosowanie innych narzędzi. Nie – bo istota nauczania się nie zmienia, nie zmienia się podejście do studenta (ucznia). Nie zmienia się filozofia kształcenia i patrzenia na edukację. Jeśli ktoś dyktował na sali wykładowej (klasie) to będzie dyktował do ekranu komputerowego i przez „internet”. Jeśli ktoś traktował ucznia podmiotowo, to dalej go będzie tak traktował. Jeśli ktoś stawiał na relacje, to dalej będzie szukał sposobów rozwijania relacji. Tego oczywiście nie widać. Przynajmniej na pierwszy rzut oka, z zewnątrz. Nauczanie podające, autorytatywne może być realizowane w kontakcie bezpośrednim jak i zdalnym. Nauczanie z wykorzystaniem projektów może być realizowane w klasie i w kontakcie zdalnym. Inne muszą być tylko projekty. Nie tak łatwo zmienić swoje (lub innych) podejście do kształcenia. Na to trzeba lat a co najmniej miesięcy i bardzo intensywnej pracy. Nie da się zmienić jednym kliknięciem myszki komputerowej czy wolą jednego człowieka. Ale jak widzimy, szybko można zmienić formę kształcenia z bezpośredniej na zdalną w skali całego kraju. I od razu widać dawne zaniedbania. Tak jak w czasie odpływu morza – od razu widać, kto się kąpie bez majtek. 

Żeby lepiej wyjaśnić swoją myśl, postaram się to jakoś zobrazować: to jest tak jakby z furmanki (młodszym wyjaśnię, że jest to pojazd ciągnięty przez konia) na samochód. Kierunek podróżny pozostanie ten sam, tylko nie da się kierować samochodem przez okrzyki, „wiśta, wio, prrr” ani przez używanie bata. Trzeba nauczyć się nowego narzędzia (kierowania samochodem). 

Już dużo wcześniej wykorzystywałem narzędzia zdalne – jako forma uzupełniająca i wspierająca zajęcia w kontakcie (np. Facebook, Messenger, blog, strona www, Padlet, YouTube, Mentimeter, Clickmeeting itp.). Dalej próbuję je wykorzystywać ale uczę się nowych. Bo sytuacja jest inna. I muszę uczyć się w stresie, wynikającym z pospiechu i skali. 

Kontakt zdalny wymaga dużo większego wysiłku i dłuższego przygotowania ze strony nauczyciela/wykładowcy. To tak jak z instrukcją gotowania: w kontakcie bezpośrednim, gdy widzimy poczynania uczącego się, możemy szybko korygować i uzupełniać…. także własne braki i niedoskonałości przepisu. Jeśli napiszemy „dodaj szczyptę soli” (bardzo nieprecyzyjne polecenie) to od razu widzimy ile ktoś tej soli bierze i możemy szybko zainterweniować. Ale jeśli będzie to przepis wydrukowany w gazecie czy książce… to dodanie szczypty soli może być różne co do efektów. Zależy od doświadczenia uczącego się. Kiedy w czasach studenckich sam zacząłem czasem gotować w akademiku to długo zastanawiałem się ile to jest ta szczypta soli. Czy liczyć na wagę, na objętość, a może chodzi o liczbę kryształków? Zmierzam do tego, że zdalna edukacja nie pojawiła się nagle, liczy sobie już…. kilka tysięcy lat. Tyle, ile ludzkość korzysta z pisma. Powszechna stała się w epoce drukowanych książek. Napisanie dobrej książki jest dużo bardziej pracochłonne i trudniejsze niż opowiadanie lub pokazywanie w bezpośrednim kontakcie. 

Co się sprawdza, a co zupełnie nie? 

To zależy od osobowości i nauczyciela i ucznia. Oraz od możliwości i sytuacji. Wielu uczniów jest wykluczonych cyfrowo, z różnych przyczyn. Na przykład odświeżyłem i przekazałem swój stary laptop pewnemu uczniowi, bo nie miał żadnego sprzętu do zdalnego nauczania. Ale jeśli w jego domu nie będzie dostępu do Internetu nic to nie pomoże. Dalej będzie wykluczony, tylko potencjalnie trochę mniej. 

Pyta Pani o narzędzia? Wygodniejsze dla nauczyciela i ucznia są jednolite platformy. Na przykład Microsoft Teams czy Google Classroom. Z Teamsów zacząłem korzystać od marca br. Ma liczne wady. Dobry jest do pracy biurowej, korporacyjnej ale mało wydolny do zdalnego nauczania. Samemu nie można za bardzo zmieniać platform, bo to po pierwsze koszty, po drugie wygodniej dla uczniów/studentów, gdy nauczyciele w jednej szkole korzystają z tych samych narzędzi. Wygodniej jest poznać i korzystać z jednej aplikacji niż uczyć się kilku. Mimo, że ich "filozofia działania" pozostaje podobna.

W zakresie formy na pewno nie sprawdza się koncepcja realizacji lekcji i zajęć na uczelni czy szkole w modelu 1:1 czyli tyle samo godzin w kontakcie synchronicznym (nauczyciel i uczniowie w tym samym czasie siedzą przed komputerem) co było w planie, w zajęciach bezpośrednich. Takie proste przeniesienie planu zajęć do „komputerów”. Wygodne jest do kontroli i dobrego samopoczucia organu zwierzchniego (czasem i dla rodziców, bo dziecko jest „przykute” i nie trzeba się nim zajmować). Zajęcia się odbywają, wszyscy pracują. To model szkoły, której celem jest zajęciem się dzieckiem, przypilnowaniem (koncentracja na tym, żeby ktoś się dzieckiem zajął, zaopiekował i wypełnił mu czas). To wygodne dla wielu rodziców – dziecko jest w szkole i „mają je z głowy”. Zdarzają się rodzice, którzy dzwonią ze skargami do dyrekcji, kuratorium itd., np. że dany nauczyciel skończył zdalną lekcję 5 minut wcześniej… Podatnik czuje się zadowolony, bo inaczej to pewnie ci nauczycieli nic by nie robili, przecież mają 2 miesiące wakacji a teraz siedzą w domu i to rodzic musi zajmować się edukacją, a nauczyciele przysyłają tylko zadania do zrobienia.. Podatnik, a tym samym władza różnego szczebla, czuje się dobrze, że nauczyciel na pewno pracuje… Nie bimba bo siedzi przykuty do komputera. 

Tak długie przesiadywanie przed monitorem (tyle samo godzin co w szkole na lekcjach) jest bardzo niezdrowe dla dziecka jak i dla nauczyciela. Poza utratą zdrowia (własnym dzieciom to czynimy!) efektywność dydaktyczna jest bardzo niska. Brak sygnałów niewerbalnych utrudnia skupienie się i motywację. Uczniowie i studenci udają, że są i że słuchają. Prowokuje to do wymyślania różnych sposobów „sprawdzania aktywnej obecności" i „żeby nie ściągali”. Wysiłek idzie w rozbudowę kontroli a nie na edukację i motywację. Syndrom zarządzania kierowniczego i autorytatywnego (kiedyś było dobre ale w czasach gospodarki opartej na wiedzy staje się coraz mniej wydolne). Obie strony zdają sobie sprawę ze skali pozorowania i udawania… ale bezpieczniej jest nic nie mówić. Bo organ zwierzchni nie będzie miał pretensji… Brniemy więc w udawanie i pozorowanie, byle się „w papierach zgadzało”. Edukacja pozorów. Taka już była bo nie prowadzimy debaty jakiej edukacji chcemy. Takiej ogólnonarodowej, interdyscyplinarnej i międzysektorowej. Potrzebna jest nam szeroka, powszechna i dogłębna dyskusja nad edukacją! Od 30 lat nam jej brakuje. 

Ale edukacja zdalna ma ogromne zalety, z których warto skorzystać (mimo różnych, widocznych niedostatków). Po pierwsze personalizacja i indywidualizacja nauczania. To, o czym się postuluje od kilkudziesięciu lat. W klasie 20-30 uczniów musi pracować jednym tempem, dostosowanym do średniej przeciętnej. Zdolniejsi się nudzą, słabsi coraz bardziej odstają. Zdalne narzędzia do kontaktu asynchronicznego umożliwiają znacznie większe spersonalizowanie. Gdy słuchamy wykładu – to słuchamy go w tempie mówiącego. Nie możemy ani przyspieszyć ani zwolnić (gdy np. czegoś nie nadążamy zanotować a jest dla nas ważne). Wykład nagrany (wideo, audio) – tak jak czytana książka – może być odtwarzany w indywidualnym tempie ucznia czy studenta. Każdy odsłucha wtedy, kiedy chce, kiedy to dla niego wygodne, nawet na telefonie w czasie jazdy pociągiem lub w kolejce do fryzjera. Jak coś jest znane lub nudne - to można przekartkować, czy w przypadku filmu przewinąć do przodu. Jeśli zaśniesz na wykładzie – to treść stracona. Jeśli zaśniesz nad książką czy audiobookiem lub filmem, to zaczniesz ponownie od dowolnego miejsca, gdy już się obudzisz. Nic nie tracisz. A wyspany mózg na dodatek lepiej przyswaja. 

Zacząłem nagrywać wykłady prowadzone dla studentów, by mieli kopię (wcześniej przekazywałem slajdy wykładowe w formie pdf, ale umieszczam na slajdach mało słów za to dużo obrazów i schematów). By mogli odsłuchać ponownie w ramach powtórek lub ci, którzy na wykładzie z różnych przyczyn nie byli. Ale jakość nagrań na MS Teams czy Clickmeeting nie jest najlepsza. Należałoby nagrać osobno, najlepiej w studiu, z co najmniej dwoma kamerami, potem zmontować. I tak dla wykładu jedno godzinnego trzeba przeznaczyć co najmniej kilka- kilkanaście godzin pracy 1-3 osób (oglądający myśli, że to takie proste i krótkie, gdyż widzi tylko wierzchołek góry lodowej, a znacznie więcej jest ukryta). Samemu trudno wszystko opanować i zgromadzić niezbędny sprzęt. Niewątpliwie potrzebna jest praca zespołowa. Dlatego nauczyciele są przemęczeni i w fatalnej kondycji psychicznej: ciągle są poganiani, kontrolowani, pouczani, nie dostają należytego wsparcia merytorycznego i technicznego. Lada tydzień cały system edukacji może się załamać tak jak teraz system ratownictwa medycznego. 

Poza nagrywaniem na wideo krótkich wykładów (wymaga to także przearanżowania całego wykładu i podzielenia na krótsze, logicznie spójne i samodzielne części) uczę się nowych sposobów aktywizowania studentów, próbując ich włączyć do wspólnej pracy projektowek nad „skryptami” elektronicznymi. Teraz uczę się narzędzia Genial.ly oraz Wakelet. Korzystam także z różnych innych, bezpłatnych narzędzi lub wersji darmowych o okrojonych funkcjonalnościach. Na zakup licencji musiałby przeciętny nauczyciel wydawać miesięcznie 100-300 zł. Nie mówiąc o inwestycji w sprzęt. Ja muszę dokupić dobry mikrofon i oświetlenie. I bardzo dużo muszę się uczyć (tak jak każdy nauczyciel). W presji czasu. Wiem, że muszę nauczyć się robić podcasty… czyli nauczyć się opowiadać z dobrą dykcją oraz opanować kolejne, nowe dla mnie narzędzia… Droga od prowizorki do profesjonalizmu jest długa i wymagająca wysiłku oraz wytrwałości. 

Uczę się, próbuję i wiem, że jest to niedoskonałe niedopracowane, trochę prowizoryczne. Nie mam jednak komfortu by spokojnie zrobić i jak będzie gotowe, sprawdzone, dopracowane - uruchomić. Zajęcia są co tydzień. To tak jakby ktoś przerabiał furmankę na samochód i to w czasie jazdy... Ale lepsza prowizorka niż pozorowanie i samooszukiwanie się... i czekanie aż pandemia minie... 

Czy już wiemy, na co powinniśmy stawiać w przyszłości, kształcąc młodych ludzi (wśród nich także przyszłych nauczycieli), żeby uniknąć poczucia zagubienia, z jakim mamy teraz do czynienia, w kontekście edukacji zdalnej? 

Tak, wiemy. I wiedzieliśmy to od co najmniej kilkunastu lat. Kto słucha ekspertów? Polska szkoła wymagała zmian, ale ostatnia reforma ani odrobinę nie zmieniła na lepsze, nie wprowadziła żadnych zmian dostosowujących do przyszłości w zakresie edukacji. Wprowadziła tylko zamęt, zmęczenie nauczycieli i wiele nowych problemów, z którymi się teraz borykamy. Strata pieniędzy, strata czasu i ludzkiej energii. A efekt cofa nas mocno w edukacji. W czasie epidemii i masowego przejścia na nauczanie zdalne widać to jeszcze wyraźniej.

Poczucie zagubienia to nie tylko efekt kształcenia ale i otoczenia. Trzeba wyedukować całe społeczeństwo by odpowiednio traktować zawód nauczycielski. Dobrze uczy... szczęśliwy nauczyciel. Zatem po pierwsze trzeba zadbać o komfort pracy nauczyciela. Zupełnie tak jak w przypadku awarii w lecącym samolocie: dorosły najpierw ma sobie założyć maskę z dopływem powietrza a dopiero potem dziecku. Dlaczego nie odwrotnie? Bo jak rodzic straci przytomność (w czasie zakładania maski dziecku) to już dziecku na pewno nie pomoże. Czyli musimy stworzyć dobre środowisko edukacyjne i zadbać o dobrostan nauczycieli. Z tego będzie wynikać dobrostan uczniów i efektywna edukacja. Na to trzeba wielu lat wytrwałej pracy i sporych nakładów. 

Czego uczyć? Uczenia się, zapominania (oduczania zbędnych rzeczy) i ponownego uczenia się... przez całe życie. Uczyć kompetencji współpracy w zespole, w tym zespołach różnokulturowych, kompetencji cyfrowych, kreatywności, empatii, umiejętności budowania relacji. Wszystko to wiemy od co najmniej kilkunastu lat. Przyszłość już była i jest wokół nas. Trzeba tylko umieć patrzeć i dostrzegać. 

Ja już nauczyłem się wielu umiejętności.... które po kilku, kilkunastu latach stawały się zbędne. Na przykład pisania na maszynie do pisanie, przygotowywania wykładów z foliami do rzutnika pisma, przygotowywania bibliografii na papierowych fiszkach bibliotecznych. Inwestowałem swój czas, myślą, że to inwestycja na lata.... 
 
Pan się nowych technologii akurat nie boi, ale przecież dobrze wiemy, że nie wszystkim pedagogom przychodzi to z taką samą łatwością. 

Boję się, bo jak każdemu sprawia mi trudność. Nie przychodzi mi z żadną łatwością, raczej z dużymi oporami. Może ja tylko nie boję się popełniać błędów i nie wstydzę przyznawać się do porażek, kłopotów. Nie lubię  pozorowania i udawania, że wszystko idzie wspaniale. Bo nie jest. 

Cóż mógłbym poradzić nauczycielom? Niewiele. W większości zdani są na samych siebie. Ja korzystam z crowdlearningu – wspólnego uczenia się w grupie w sieci. A dzięki internetowi mam kontakt z rozproszoną po całym kraju grupą nauczycieli (Superbelfrzy RP). Korzystam z ich doświadczenia i wspólnie poszukujemy, dyskutujemy. Bo wiedza powstaje konektywnie, w sieci powiązań, dyskusji, relacji. W edukacji potrzebujemy mniej behawioryzmu a więcej konstruktywizmu i konektywizmu. 

Ze zdalną edukacją jest jak z ciążą – to się nie rozejdzie po kościach, nie da się uciec przed porodem. A skoro tak, to lepiej być w szpitalu pod fachową opieką i z dobrym, profesjonalnym wsparciem. Kiedyś pewna 19-latka na Śląsku uciekła ze szpitala położniczego mówiąc, że się rozmyśliła. Zdalnego nauczania nie da się przeczekać. Po Covidzie-19 w formie hybrydowej będzie się na całym świecie dalej rozwijała. Albo świadomie dołączymy do tego cywilizacyjnego nurtu, albo będziemy skansenem z którego młode pokolenie będzie systematycznie uciekać.

PS. Na zdjęciu nagrywanie wykładów dla Akademii Ciekawości. Będą udostępniane zdalnie, w sieci. To temat na osobna opowieść. 

3.11.2020

Sztuka opowiadania - uczymy się storytellingu już od kilkudziesięciu tysięcy lat

 

Mówić, czyli układać krótsze lub dłuższe opowieści, jako ludzkość uczymy się już... od co najmniej kilkudziesięciu tysięcy lat. Mowa to ważny element budowania więzi i nawiązywania relacji, niezwykłe ważnych u gatunków społecznych. Dźwiękowy język jest niezwykłą innowacją ewolucyjną Homo sapiens. Opowiadamy więc krótsze lub dłuższe historie, prawdziwe lub wymyślone, przez tysiące pokoleń. Emocje, relacja i treść. Mówiący (dobrze opowiadający) choć przez moment staje na szczycie hierarchii społecznej (grupowej). I nie ważne czy jest to "kawał" czyli krótka anegdota, dowcip, czasem tylko celna riposta, czy dłuższa opowieść, ciągnąca się przez wiele dni (opowiadana w odcinkach). Piękne, trafne, zajmujące czy nawet straszne historie opowiadamy sobie po wielokroć. Dobre opowieści roznoszą się między ludźmi jak.... wszy lub wirusy... Wymagają kontaktu.

W historii cywilizacji dość szybko zaczęto się świadomie uczyć opowieści. Dociekano istoty, dobrej struktury, właściwej kompozycji i zastanawiano się co sprawia, że jednych słuchamy a innych nie. Uczymy się, by być słuchanymi. I by w ten sposób wywierać wpływ. To duża przyjemność ewolucyjnie mocno wrośnięta w Homo sapiens. Człowiek rozumny a jeszcze bardziej człowiek opowiadający na różne sposoby, włączając pantomimę, mimikę, gesty, taniec, teatr, pieśń itd. No i oczywiście opowieść słowna, rymowana, z rytmem, z sensem, wzruszająca, edukacyjna, przejmująca....

A gdy pojawiło się pismo, jakieś kilka tysięcy lat temu, uczyliśmy się układać opowieści pisane. Słowa, zakodowane nie tylko literami, ułatwiały dopracowanie kompozycji i zapamiętywanie ułożonej przemowy, opowieści, historii. Ale potem literatura wypracowała swoje własne, specyficzne formy i gatunki. Dziś powiemy literackie, ale ja zostanę przy opowieściach. Pamięć zewnętrzna w postaci pisma, możliwość oglądania każdego fragmentu osobno i w dowolnej kolejności, pozwoliły dopracowywać kompozycję. 

Pismo - jako nowa technologia - umożliwiło coś jeszcze. Opowieści mówionej słuchamy w tempie mówiącego. Ale opowieść spisana może być przyswajana w tempie czającego. W sam raz, z możliwością pauzy, powrotu, wielokrotnego powtarzania itd. Piszący nie widzi czytającego, nie zna jego relacji, nie może niczego już wyjaśnić, doprecyzować, zmienić. Od jego empatii, wyobraźni i umiejętności literackich zależy to, czy i jak opowieść będzie czytana ("słuchana"). 

Jesteśmy w nowej epoce, w czasach trzeciej rewolucji technologicznej, w której mamy poszerzone i nowe formy opowieści. Nie tylko słowo mówione w bezpośrednim kontakcie, ale i opowieści spisane, zilustrowane zdjęciami, odsłuchiwane z radia lub odtwarzacza, oglądane filmowe opowieści. Nowe, zdalne technologie zwiększyły jeszcze bardziej zindywidualizowaną, spersonalizowaną formę odbierania opowieści. Nowe narzędzie, niczym kiedyś pismo, uczą nas nowych sposobów narracji.... i wywierania wpływu na innych ludzi (także tego edukacyjnego). 

W nowych czasach zwykła oralna opowieść nie straciła na wartości w edukacji. Przez wiele lat uczyłem się mówić. Potem pisać. Od kilkunastu lat uczę się tworzenia opowieści w nowych technologiach. W zasadzie ciągle chodzi o to samo. Treść, kompozycja i kanały komunikacji. 

Zostałem zaproszony przez panią Ewę Drobek na warsztaty storytellingu z Markiem Stączkiem. Ucieszyłem się wielce, bo od dawna czułem potrzebę podniesienia swoich kompetencji dydaktycznych. Kurs był zasponsorowany i nie musiałem wnosić opłaty (to ważne, gdy nauczyciele tak dużo muszą wydawać na własne podnoszenie kompetencji, inwertując w sprzęt i szkolenia). I miała to być praca ze znakomitymi nauczycielami (SuperBelfrzy RP). Liczyłem na transfer wiedzy wertykalny i horyzontalny. I tak też było. Mimo, że spotkania odbyły się zdalnie. 

Czego się nauczyłem, co podpatrzyłem? Nie tylko struktury krótkich opowieści. Mimowolnie podpatrywałem sposób prowadzenia zajęć w zdalnym kontakcie, i wielowymiarową strukturę organizowania kursów. Żadne narzędzie nie zastąpią dobrej opowieści. Narzędzie to narzędzie. Tylko i aż. Bez wątpienia warto uczyć się właściwego używania narzędzi. Ale wato także uczyć się opowieści. Storytellingu

Kurs w formie zdalnej trwa. A ja uczę się podwójnie. Zaczynam już wykorzystywać w codziennej, zdalnej dydaktyce.

Uczenie się jest przyjemnością. Doświadczam tego. I bardzo chcę by moi studenci też czuli przyjemność. Uczę się dla siebie i uczę się dla nich. 

PS. W czasie szkolenia bliżej poznałem fascynujących nauczycieli. Środowisko edukacyjne to nie tylko klasa, nauczyciel i podręczniki. To także inni uczniowie, studencki, kursanci. Crowdlearning, tworzenie relacji i praca zespołowa.

2.11.2020

Ożywianie posteru naukowego - następny poziom

Kiedyś już pisałem o ożywianiu posteru naukowego (https://profesorskiegadanie.blogspot.com/2019/06/mowiacy-poster-na-konferencji-naukowej.html). Pora na kolejny etap, poster na konferencję on line.... Czy publikować niedokończony post? Sprawdzam opcje wklejania skryptu. Jedna traci przezroczyste tłow w obrazkach, druga uniemozliwoa wygodne edytowanie posta. Mój blog jest dla ludzi wyrozumiałych i otwartych. Pokazuje prace w trakcie tworzenia. Nastęne beda już lepsze teczhnicznie.