4.07.2019

Znalezione w warmińskich szuwarach a wyrosło z nasion z Francji! Na naszej warmińskiej ziemi.


Wyrosło z nasion z Francji! Na naszej warmińskiej ziemi. A teraz wydaje dźwięki. W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie, a co brzmi w szuwarach? Takie oto muzyczne instrumenty. O tych instrumentach i artystyczno-lokalnym sklepie W szuwarach  (wszystkie zdjęcia są tej na stronie robione przez Lidię Dzwolak  i Piotra Wyrzykowskiego) można poczytać na podlinkowanej stronie. W tym roku i ja tykwę oraz dynię francuskiego rodowodu zasadziłem na mojej podblokowej łączce. Cierpliwie czekam na efekty.


Tak rośnie tykwa, z której można zrobić na przykład niepowtarzalny instrument muzyczny,


Anna Wojszel, artystyczny hodowca nie tylko instrumentów muzycznych.




To one mieszają w Szuwarach. Te dwie niżej uwiecznione fotograficznie, pozytywnie zakręcone panie. Pielęgnują, wspomagają i upowszechniają warmińsko-mazurską twórczość i rękodzieło.

"Nie macie czasami wrażenia, że to co nas zachwyca, co jest twórcze i niepowtarzalne, to jedynie czubek góry lodowej ogromu wspaniałych rzeczy, które tworzą ludzkie ręce? Mając takie przekonanie stworzyłyśmy Szuwary – miejsce, w którym spotkać możecie utalentowanych ludzi z Warmii i Mazur oraz ich dzieła. Nieustannie towarzyszy nam uczucie, że ludzie potrafią tworzyć cuda. Naszą pasją jest przeszukiwanie miejsc leżących z dala od głównych szlaków, bo czujemy, że właśnie tam powstają rzeczy wyjątkowe. Ludzie tworzą je nie dla poklasku, lecz z potrzeby serca."




1.07.2019

Przepisy grzybowe Olgi Tokarczuk, czyli o tym jak czytać powieści i literaturę fikcji

Rozsmakowałem się w literaturze faktu. Ale ciągle wracam do literatury fikcji. Bo i fikcja może być prawdziwa. Prawdziwa w tym sensie, że jest modelem, uogólnieniem i też może przekazywać jakąś prawdę ogólną. Inny jest tylko język i inaczej trzeba odkodowywać treść. Oczywiście nie każda literatura fikcji (nie każda powieść) jest mądrze napisana i zawiera jakąś wartościową treść. Podobnie z publikacjami i książkami naukowymi oraz popularnonaukowymi.

Literatura faktu - książki naukowe i popularnonaukowe - stawia na precyzję języka, nawet kosztem piękna. W literaturze fikcji precyzja jest mniej ważna - na pierwszy plan wychodzi piękno. Opowiadanie niedopowiedzeniami, porównaniami i innymi zabiegami utrudnia jednoznaczne "odkodowanie" i odgadnięcie co autor miał na myśli. Zresztą nie to jest ważne co miał na myśli, ale co czytelnik wywnioskuje, sam sobie w głowie stworzy.

W przeczytanej ostatnio książce Olgi Tokarczuk pt. "Dom dzienny, dom nocny" zawarta jest jakaś prawda uniwersalna o wrastaniu w regionalną tożsamość. Autorka pisze o Kotlinie Kłodzkiej ale pasuje także do Warmii i Mazur (ziemie "poniemieckie"). Mieszanie się kultur, ludzi przybyłych i tych, których już nie ma. A także przenikanie do tej tożsamości różnych legend, zwyczajów, ludzkich opowieści. Mieszanie się snu i jawy. Ale nie o tym chcę teraz pisać.

W komentowanej powieści zaintrygowały mnie grzyby. I próba rozszyfrowania intencji autorki. Tknęło mnie dopiero przy borowiku ponurym. Być może dlatego, że akurat teraz wyrosło ich kilka na mojej podblokowej łące kwietnej (w ubiegłym roku były czernidlaki kołpakowate). Poczytałem o nim trochę w literaturze mykologicznej. I zacząłem się zastanawiać o co chodzi z tymi grzybami - czy autorka nie zna się na grzybach, czy myli fakty (jakaś nierzetelność) czy też chce coś nie wprost powiedzieć. W książce pojawiają trzy przepisy kulinarne na grzyby a o jedzeniu kolejnych dwóch gatunkach jedynie wspomina. Modne są książki z przepisami, wtrącanymi nawet w beletrystyce. Ale przepisy grzybowe Olgi Tokarczuk są zwodnicze. Jeśli ktoś je potraktuje dosłownie, grozi śmiertelnym zatruciem...

Najpierw pojawia się flammulina. Nazwa dla mnie obca, przeczytałem i się głębiej nie zastanawiałem co to za grzyb. Dopiero potem poszukałem.  Flammulina to inaczej płomiennica, rodzaj grzybów z rodziny obrzękowcowatych (Physalacriaceae). Inne polskie nazwy, które można odnaleźć w książkach grzybiarskich, to: bedłka, opieńki, kółkorodek, monetka, zimówka. Jest co najmniej kilka gatunków z tego rodzaju w Polsce. Są to grzyby saprotroficzne i pasożytnicze,  nadrzewne, o owocnikach wyrastających zwykle zimą lub wczesną wiosną. Z opisu Olgi Tokarczuk wynika, że chodzi o płomiennicę zimową (Flammulina velutipes), wskazuje na to pora zbioru jak i opis samego grzyba.  Inne nazwy to: kółkorodek aksamitnotrzonowy, monetka aksamitna, opieńka aksamitnotrzonowa i zimówka aksamitna. Owocniki spotkać można od października do grudnia (nie są wrażliwe na mróz), a podczas łagodnej zimy nawet do marca. Wyrasta na pniakach i pniach drzew liściastych, zazwyczaj kępami, najobficiej na topolach i wierzbach. Co ważne płomiennica zimowa jest grzybem jadalnym, smacznym, nadaje się do zup i marynowania. Olga Tokarczuk w "Domu dziennym, domu nocnym" taki podaje przepis na krokiety z  flammuliny: składniki - 10 naleśników, pół kilo grzybów, jedna cebula, dwie kromki czerstwego ciemnego chleba, sól, pieprz, gałka muszkatołowa, dwie łyżki bułki tartej, pół łyżki margaryny, masło do smażenia grzybów, łyżka śmietany, pół szklanki mleka, jedno jajko. "Cebulę trzeba zeszklić na maśle, potem wrzucić drobno pokrojone grzyby, posolić, popieprzyć i dodać gałkę muszkatołową na czubek noża. Smażyć 10 minut. W tym czasie namoczyć chleb w mleku, odcisnąć i zmielić przez maszynkę. Dodać do grzybów z jajkiem i śmietaną. Farsz zawinąć w naleśniki, obtoczyć w bułce tartej i podsmażyć na margarynie". Skoro grzyb jadalny, to może i przepis autentyczny, sprawdzony, osadzony w tradycji regionalnej?

Potem w książce pojawia się fragment o rodzinie, która jadła pieczarki ale raz do garnka trafił się muchomor wiosenny, bardzo podobny z wyglądu ale silnie trujący (w powieści zmarło dziecko). Wiele razy w swoim życiu słyszałem i czytałem o zatruciach tym właśnie grzybem i pomyłkach z pieczarkami. Tuż po tej opowieści pojawia się przepis u Olgi Tokarczuk na muchomora wiosennego w śmietanie. Składniki: pół kilo grzybów, 3 dkg masła, 1 mała cebula, pół szklanki kwaśnej śmietany, 2 łyżki mąki, sól, pieprz, kminek. "Drobno posiekane muchomory dusić około 10 minut razem z podsmażoną na maśle cebulą, solą, kminkiem i pieprzem. Połączyć z mąką, rozrobioną z kwaśną śmietaną. Podawać do ziemniaków lub do kaszy." No i jak to odczytać, jak interpretować? Czy to był przepis na pieczarki, w których trafił się muchomor wiosenny? Przepis na truciznę? Czytelnik chyba od razu się zaniepokoi bo ciut wcześniej autorka pisze o śmiertelnym zatruciu dziecka. Dowcip? Jakaś przenośnia? Co zakodowała autorka i co należy odkodować, czyli "co poeta miał na myśli"? Ale i po tym jeszcze nad grzybami w "Domu dziennym, domu nocnym" nie zastanawiałem się.

Dopiero przepis na borowika ponurego mocno mnie zaniepokoił i zaintrygował. Bo Olga Tokarczuk taki zamieszcza przepis: "Borowika ponurego w winie i w śmietanie robi się tak: około kilograma borowików ponurych, 4 łyżki masła, ćwierć szklanki białego wytrawnego wina (najlepiej czeskie ze słoneczkiem), szczypta pieprzu, szczypta papryki ostrej, sól, szklanka śmietany, pół szklanki utartego oscypka. Grzyby smaży się przez 5 minut na maśle. Dolewa wino i dusi jeszcze 3 minuty. Potem dodaje się pieprz, paprykę i sól, wlewa śmietanę, wsypuje ser i miesza. Podaje się na grzankach albo z ziemniakami." Traktować jak przepis na flammulinę czy jak na muchomora wiosennego?  Bo borowik ponury jest grzybem trującym (w zasadzie). Na pewno jeśli wykonać według zamieszczonego przepisu. Jeśli borowika ponurego obgotować i zlać wodę (chyba nawet więcej niż jeden raz), to usunie się jego trujące substancje. Ale w przepisie nie ma nic o wcześniejszym gotowaniu i zlaniu wody. Nie ma żadnego sygnału ostrzegawczego dla czytelnika by nie brał przepisu zbyt dosłownie (a w niektórych książkach znajdzie informacje, że grzyb może być jadalny). Czy w tym przypadku autorka nie miała pojęcia o czym pisze i nie znała tego grzyba? Czy może to jakiś zabieg celowy?

W tekście pojawiają się także wzmianki o jedzeniu piestrzenicy kasztanowej. To też grzyb uważany za trujący (sam jadłem! i żyję). Ale substancje trujące rozkładają się w czasie gotowania (nie wolno tylko pochylać się nad garnkiem bo można zatruć się oparami). Pisze także o jedzeniu muchomorów. Ale niektóre gatunki muchomorów są jadalne i nawet smaczne. Może o takie jej chodziło. A może i o muchomora czerwonego, który dawniej wykorzystywany był w praktykach szamańskich do wprowadzania się w narkotyczny trans? Czy autorka o tym wiedziała i starała się to aluzyjnie przemycić? Bo przecież w tej książce ciągle przewijają się sny, wymieszane z jawą. Jest też jeszcze mały wątek rodem z literatury fantasy. Odnosi się do Marty, jednej z bohaterek. Niby wprost nic nie napisane, ale aluzjami sugeruje się coś niesamowitego. Dopiero pod koniec książki.

Przeczytałem z przyjemnością. Ale co w tej książce jest jakąś uniwersalną prawdą (modelem rzeczywistości, jakimś uogólnieniem) a co całkowitą fikcją i fantazją? W każdym razie do przepisów kulinarnych proszę podchodzić z dużą ostrożnością. Przepisy na potrawy proszę czerpać z literatury faktu. Bo trzeba się nauczyć odkodowywać treści zawarte w powieściach literatury fikcji. Zupełnie tak, jakby się czytało książkę w obcym języku (ale podobnym) - litery się rozpoznaje, niektóre słowa ale nie za bardzo rozumie się treści.... bo nie potrafimy poprawnie odkodować!

Jak odróżnić jawę od snów? Rzeczywistość wirtualną od tej realnej? Książkę możemy odłożyć, ale jak odróżnić fake newsy z mediów by nie zrobić sobie trującej potrawy z muchomora wiosennego lub borowika ponurego? Pytanie ponadczasowe i bardzo aktualne. Umieć odkodować informacje by się nie zatruć, także i ze skutkiem śmiertelnym.

27.06.2019

Letnia przestrzeń publiczna w wielkim mieście


Inne spojrzenie na wielkie miasto. Do stolicy zazwyczaj jeździłem w sprawach służbowych. Przyjechać, załatwić, wyjechać. Czasem jednak wybieram się na wycieczkę (wakacyjna przygoda może być wszędzie). Poznawanie innego kraju, innych zwyczajów. Inne spojrzenie na stolicę, dostrzeganie detali, ciekawość życia "tubylców". Zapach lip. Sadzą drzewa wszędzie, choć trudny ich los. I nie koszą namiętnie trawników. Małe bazarki z owocami i warzywami. Sporo miejskiej przestrzeni publicznej i życie na ulicy. Wiele kontrastów. Moje, wycieczkowe spojrzenie na świat. Tym razem ze stolicy.




 (więcej zdjęć)

26.06.2019

Warmiobook nagrodzony czyli refleksje nad metodą projektu w edukacji akademickiej

(Anna Wojszel przed swoją, malowaną lodówką z książkami)
Ogromnie ucieszyła mnie wiadomość o przyznaniu Srebrnej Odznaki dla projektu studenckiego WARMIOBOOK za akcję uwalniania książek i tworzenia półek bookcrosingowych w nietypowych miejscach. Autorami pomysłu jest grupa studentów kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. Więcej o odznakach przeczytacie tutaj : Odznaki Promotorów Czytelnictwa 2018.

Od dawna wykorzystuję metodę projektu na zajęciach ze studentami. Głównie były to różnego typu akcje sprzątania świata czy selektywnej zbiórki elektrośmieci w ramach zajęć z ochrony środowiska dla studentów biologii. Przygotowująć program dla międzywydziałowego kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze, założyliśmy że trzeba jak najwięcej zaplanować zajęć studyjnych i projektowych. Oprócz teorii niezwykle ważne w kształceniu akademickim sa praktyczne działanie i kształcenie kompetencji miękkich, praca zespołowa, dyskusja, przekonywanie, współpraca z mediami, wykorzystanie internetowych środków przekazu itd. Takie przedsięwzięcia wymagają współpracy i ciągłej komunikacji ze studentami.

Projekt Warmiobook był przewidziany na 2-3 miesiące, po półtora roku jest ciągle żywy i to cieszy mnie ogromnie. A nagroda Srebrną Odznaką Promotorów Czytelnictwa cieszy jeszcze bardziej. Wysiłek i kreatywność zostały dostrzeżone. Efekt jest widoczny, są półki z książkami, przynajmniej niektóre cały czas funkcjonują, co prawda nie o wszystkich piszą studenci (teraz już absolwenci) na blogu, ale są i działają. Pojawiają się kolejne inicjatywy, mimo, że już są absolwentami i dawno projekt się zakończył.

Z dydaktycznego punktu widzenia metoda projektu jest dobrym rozwiązaniem edukacyjnym nawet wtedy, gdy docelowy projekt się nie uda. Bo ważniejszy jest proces i nabywanie kompetencji a nie sam "produkt" finalny. Na własnych błędach tez się można uczyć (refleksję i ewaluację trzeba wpisać w sam proces). Przecież chodzi o kształcenie i zdobywanie wiedzy przez działanie a nie zrealizowanie jakiegoś zadania. Istota metody projektu dobrze mieści się w konstruktywizmie - wskazuje na uczenie się jako proces oraz na samodzielne zdobywanie wiedzy, w relacjach społecznych i w działaniu (jest i nawiązanie do konektywizmu). Jak oceniać postępy studenta, odchodząc od behawiorystycznych teorii nauczania i skupiania się na rankingach, ocenach? Skupić się na wiedzy? Czy może na rozumieniu? Bo żeby rozumieć, to najpierw trzeba coś wiedzieć. A może działanie jest najważniejsze? Czyli zastosowanie wiedzy w praktyce. Wiedza w sensie informacji powstaje w indywidualnych konstruktach studenckich niejako przy okazji. Najprościej można to ująć tak: żeby działać, to trzeba mieć wiedzę i ją rozumieć. Inaczej nic się nie zdziała. W także i tym projekcie chodziło także o umiejętność komunikacji we współczesnym świecie (stąd dedykowany blog i Fanpage na Facebooku oraz upowszechnianie w mediach). Uzyskana nagroda jest jeszcze jednym elementem ewaluacji projektu.

Studencki projekt "Warmiobook" został zrealizowany w ramach przedmiotu ekologia i ochrona środowiska na kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Był formą egzaminu. Jak to? Egzamin bez pisania testów czy odpowiedzi na pytania w formie ustnej czy pisemnej? Ale przecież nie chodzi o sprawdzanie wiedzy, nawet nie tylko o jej rozumienie (to już znacznie trudniej ocenić na egzaminie). To po prostu jest inne podejście teoretyczne w odniesieniu do teorii i praktyki nauczania. Dominujący w Polsce, nie tylko na uczelniach,  behawioryzm jest już mocno przestarzałą koncepcją. Przez dziesięciolecia wiedza pedagogiczna zgromadziła już bardzo dużo nowych obserwacji i hipotez. Eksperymentowaliśmy i do całkiem nowych koncepcji uczenia się doszliśmy. Pora to zastosować w praktyce, zwłaszcza uniwersyteckiej. I tej nowej dydaktyki uczę się wraz ze studentami. Eksperymentujemy na samych sobie. Razem odkrywamy choć każdy nieco różne przestrzenie.

Co to jest metoda projektu? To taki sposób wspólnego uczenia się (podkreślam, że nie nauczania a właśnie tworzenie środowiska do aktywnego uczenia się - najlepiej moim zdaniem opisuje to konstruktywizm), w którym ważna jest strategia wygrana-wygrana. Albo się uda i wszyscy wygrywają, albo jest porażka. Współpraca a nie rywalizacja. Refleksja nad błędami i niepowodzeniami też może być budująca. Przecież nauka rozwija się głownie przez popełnianie błędów. Ale jest i refleksja nad tymi błędami, wyciąganie wniosków i ciągłe doskonalenie. 

Metoda projektu wymaga współpracy (ważne są więc kompetencje miękkie) i uczenie się zachodzi w środowisku społecznym, poprzez interakcje. Ważne jest dochodzenie do rozwiązania, czyli uczenie się zarówno organizowania projektu jak i współpracy, odkrywanie swoich mocnych stron, przyjmowanie ról w grupie. Uczymy się na błędach, eksperymentach, próbach. W kontekście procesu dydaktycznego to właśnie te zdobywane przez studentów kompetencje i wiedza są najważniejsze. W końcu uczenie się jest procesem całościowym. I dlatego nie skupiam się tylko na treściach merytorycznych danego przedmiotu. Nie traktuję zajęć jako przekazywania jedynie wąskiej, specjalistycznej wiedzy. Ona musi pasować do całego systemu wiedzy i kompetencji. Jest więc to nie tyle nauczanie co tworzenie warunków do uczenia się (środowiska edukacyjnego szeroko rozumianego). Na uczelni, w której od lat odwołujemy się do modelu mistrz-uczeń, wspólne odkrywanie, wspólne uczenie się powinno być ważniejsze od nauczania. Bo przecież nie o jednokierunkowa transmisję wiedzy chodzi.

Projekt w nauczaniu wykorzystuję od dawna. W miarę upływu lat poświęcam jednak więcej czasu na refleksję i tworzenie dobrego środowiska edukacyjnego. Mniej skupiam się na efekcie projektu - bardziej na sukcesach studentów, ich doskonaleniu kompetencji twardych i miękkich. Najpierw były do zadania realizowane z kołem naukowym: obozy naukowe, konferencje, spotkania, wydawnictwa. Potem akcje realizowane w ramach przedmiotu ochrona środowiska na kierunku biologia (akcje sprzątania świata, zbiórka elektrośmieci czy zbieranie petycji w sprawie ograniczenie liczby rozdawanych toreb foliowych w supermarketach), później w ramach przedmiotu autoprezentacja. Teraz staram się metodę projektu częściej wykorzystywać na wszystkich przedmiotach.

Tworzenie dobrych warunków do studiowanie to sprawianie by studenci w jak największym zakresie brali udział w czymś więcej niż tylko wkuwania i odpytywanie. Powinni uczyć się dla życia ze wszystkimi kompetencjami miękkimi. Trzeba im tylko stworzyć odpowiednią przestrzeń edukacyjną z interakcjami interpersonalnymi i w kontakcie ze specjalistami, mistrzami, bardziej doświadczonymi badaczami. Ale także w grupie rówieśniczej.

Początkowo chciałem, aby studenci dziedzictwa w ramach projektu zajęli się jakąś akcją typu "sprzątanie świata". Bo takie projekty tkwiły w mojej pamięci, realizowane wcześniej wspólnie ze studentami biologii. Zakres miał dotyczyć szeroko rozumianej ekologii i ochrony środowiska. Ale studenci dziedzictwa mieli własne pomysły, bardziej związane z ich doświadczeniem i aktualnymi potrzebami. Nie narzucałem swojej wizji świata i swoich pomysłów. I dobrze się stało. Trzeba tylko pozwolić na samodzielność i kreatywność. Zaufać. Pomysłów było kilka. Ale ostatecznie studenci wybrali pomysł swojej koleżanki, która chciała, aby w piekarni na jej osiedlu pojawiły się książki. Na tym osiedlu nie ma biblioteki. Zatem by zaspokoić swoje i innych potrzeby zaproponowała zorganizowanie półki bookcrossingowej właśnie w piekarni. Przesłanie? Mniejsza konsumpcja dóbr różnorodnych na przykładzie książek. Nie wyrzucaj, wykorzystaj jeszcze raz. Przykład ekonomii dzielenia się i współużytkowania różnorodnych dóbr. Ma to przełożenie na świat przyrodniczy i eksploatowanie ekosystemów. Od doświadczenia do teorii. Takie trochę odwrócenie procesów. Student (a i uczeń także) może być dla siebie źródłem wiedzy. Od działania do teorii.

Jednym z elementów projektu było wywieranie wpływu na innych, w tym poprzez upublicznienie i otwartą dyskusję. Realizowali to za pośrednictwem Facebooku (https://www.facebook.com/Warmiobook-551988551812396/) jak i bloga: https://warmiobook.blogspot.com. Za pomocą małego celu, konkretnego, próbowali zmieniać świat i oddziaływać na postawy konsumenckie innych. Studenci zorganizowali zbiórkę książek, opracowali plakat, zakładki książkowe, wlepki. Wyszukali miejsca na kolejne książki. Korzystali ze swojej wiedzy, umiejętności i kontaktów (ktoś potrafił opracować graficznie - bo umie posługiwać się profesjonalnie grafiką komputerową), ktoś inny ma umiejętności poligraficzne, ktoś inny potrafi przekonać restaurację by powstała tam półka bookcrossingowa. I w końcu musieli się nauczyć prowadzić fanpage, tworzyć treści do bloga itd. Było ich niewielu, zaledwie pięć osób. Osiągnęli dużo.
Jak zawsze byłem uczestnikiem, nie stałem z boku. Czasem trzeba pomóc więcej, czasem mniej. Dzieliłem się swoimi umiejętnościami i uczyłem się od studentów. Zawsze ktoś w grupie w danym temacie wie lub umie więcej. Jedni więcej inni mniej (bo już mieli doświadczenie i kompetencje), uczyli się planowania, współpracy, motywowania się, negocjowania z innymi podmiotami itd. A przy okazji dyskutowali o szerszych problemach ochrony środowiska (w tym przypadku recyklingu, reusingu, wielokrotnego użycia, wydłużenie cyklu użytkowania produktu), problemów ochrony przyrody, zmian w ekosystemach. I pisali. Nie było to wypracowanie na ocenę wykładowcy ale wypowiedzi publiczne... poddane publicznej ocenie i reakcjom.

Ostatecznie w proponowanej piekarni półka (chyba) nie powstała. Nie powstała w czasie zajęć, ale nie wiem czy teraz jej tam nie ma. Powstało za to kilka innych półek bookcossingowych w innych miejscach, do działań dołączyły inne osoby, spoza grupy studenckiej. I po ponad roku ciągle się coś dzieje. Trwały efekt. Ale znacznie ważniejsze jest to, czego nie widać. Mam na myśli wiedzę, umiejętności i kompetencje studentów. Bardzo pośrednio można wnioskować po efektach pracy. Ale tylko oni sami wiedzą czy i ile wynieśli z przedmiotu (wykłady, ćwiczenia) i w jaki sposób taka nietypowa forma egzaminu przysłużyła się w utrwaleniu wiedzy, umiejętności i kompetencji miękkich, przydatnych w ich codziennym życiu, w tym zawodowym.

Z wieloletniej perspektywy pracy ze studentami rodzi się taka obserwacja: lepiej i sprawniej organizacyjnie wychodziły projekty studentom ... zaocznym. Albo takim 40+. Najwyraźniej mieli już doświadczenie i kompetencje miękkie. Studenci dzienni mają zazwyczaj mało okazji do działania i zrobienia czegoś od początku do końca. W szkole (ale i na studiach) skupiają się zazwyczaj na przyswajaniu wiedzy...  Wrastają w system szkolny odrabiania lekcji i odpowiadania na pytania. Pierwszy poziom wiedzy: wiem. Czasem drugi - rozumiem. Tym bardziej więc to im projekty są potrzebne. By nabywali umiejętności niezbędnych do pozaszkolnego (pozauniwersyteckiego) życia.

Swoją naukę działania i myślenia projektowego zaczynałem w czasie studiów w kole naukowym i w działalności studenckiego Klubu Docent (Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Olsztynie). Wszystko poza programowymi zajęciami. Zatem należy studentów zachęcać do "pozalekcyjnej" działalności i rozwijania własnych zainteresowań (uniwersytet to coś więcej niż program studiów!), a z drugiej strony systematycznie zmieniać tradycyjne zajęcia. Na przykład przez więcej działań o charakterze projektów. Zmieniać, nawet jak to jest trudne, bo obecny system mocno krępuje i utrudnia poza schematyczne działania. Ot na przykład mamy w systemie USOS możliwość oceniania za poszczególne kolokwia, ćwiczenia czy testy. Wpisujemy do komputera i student widzi swoją ocenę. Ale ja oceniam punktowo, student zbiera sumę punktów na konkretną oceną. W systemie jest tylko możliwość stawiania ocen i ewentualnie wyciąganie średniej. Nijak nie jest to mi przydatne.

Już jako pracownik zdobywałem doświadczenie jako opiekun koła naukowego, we współpracy z różnymi stowarzyszeniami i organizacjami pozarządowymi (np. Fundacja Ecobaltic, centra edukacji ekologicznej w Kwidzynie, w Ełku itd.). A potem już wdrażając metodę projektu w "normalnej dydaktyce". Walidacja w praktyce a nie tylko przez egzamin czy pisemne sprawozdanie czy przygotowaną prezentację.

Od małej akcji do wielkich grantów (i miejsca pracy! - to z myślą o absolwentach, bo przecież studenci stają się absolwentami). Długi proces, od planowania, przygotowania, współpracy z zespole (strategia wygrana-wygrana), po działanie, świętowanie, motywowanie, kontakt z mediami i ewaluację. Typowa nauka przez działanie. 

Jaki ma być cel akcji? Wykonanie prostej czynności czy raczej zmiana świadomości, stylu życia i codziennych nawyków (przewrót kopernikański w myśleniu) samych studentów a także przez oddziaływanie i upowszechnianie także i innych osób? W tym konkretnym działaniu dostrzegamy problemy biogospodarki, usługi ekosystemowe, poznajemy cykl życiowy produktu (LCA), uzmysławiamy sobie skutki konsumpcji towarów jednorazowych - rosnące wysypiska, śmieci zalegające w lasach, pływające w oceanach. Przez działanie nawet w małej skali można pokazać i zobaczyć jak prostymi działaniami można to zmieniać. Im więcej osób uda się bezpośrednio i pośrednio zaangażować, tym większy sukces akcji. Przyznana Odznaka projektowi Warmiobook będzie jednym z dodatkowych elementów wywierania wpływu.

Zmienianie świata na lepsza najlepiej zaczynać od siebie samego. Udział w czymś wielkim, ważnym motywuje do działania. W jest grupie łatwiej i przyjemniej. Zacząć od siebie, przełamać swoją nieśmiałość, nauczyć się efektywnego działania.

Planowanie (w projekcie) uwzględnia kilka elementów: Kto (role i zadania, kto za co jest odpowiedzialny), Co (jakie będą poszczególne zadania, np. przynieść worki, skontaktować się z odbiorcą wypełnionych worków, przygotować ognisko, kontakt z mediami), Kiedy (harmonogram działań, etapy, kamienie milowe, kto, co i kiedy wykona), Monitorowanie (jak sprawdzać czy planowanie, przygotowanie i realizacja są właściwie wykonywane (zebrania, czy wszyscy mają worki, czy zostały zabrane, czy ukazał się artykuł w prasie itd.). Ewaluacja też wymaga wcześniejszego zaplanowania i przemyślenia, jak zbierać informacje zwrotne, czy były informacje w mediach, ile osób przyszło lub się do działań włączyło, jakie są efekty, co w nas się zmieniło? Dla doświadczonych w działaniu osób jest to oczywiste. Ale dla studentów, którzy spędzili kilkanaście lat w systemie szkolnym, z metodami podającymi i wiedzą spływającą od nauczyciela/profesora, nie jest to takie oczywiste. Przynajmniej nie w działaniu. Bo czym innym jest przeczytać, wyuczyć się i odpowiedzieć na egzaminie, a czym innym samemu wykonać. Wtedy nie nauczyciel/profesor weryfikuje i ocenia a tak zwane życie. Najbardziej obiektywny egzaminator.

Etapów realizacji jest zazwyczaj kilka. Najpierw musi być cel akcji, świadomość co i po co chce się zrobić (potrzebna jest więc dyskusja). Potem planowanie akcji (kto, co, kiedy, monitoring, ewaluacja). O sukcesie decyduje dobry pomysł, dobra współpraca w grupie oraz konsekwencja w działaniu. Ważnym elementem jest zarządzanie (kierowanie), zarówno w czasie przygotowywania akcji, kierowanie jej realizacją jak i zakończeniem. Skoro praca zespołowa to potrzebne jest przypisanie ról i zadań poszczególnym osobom. Każdy coś potrafi, każdy wnosi wkład. Najczęściej bardzo różnorodny i dopełniający się. Na wyznaczonych lub w naturalny sposób samo-ujawnionych liderach spoczywa funkcja motywowania, kierowania, przydzielania zadań, sprawdzanie wykonania. W projekcie mogą brać udział konsultanci czyli osoby z doświadczeniem w realizacji podobnych przedsięwzięć. W moich działaniach bywali to członkowie koła naukowego, czasem ja, czasem osoby spoza uczelni. 

I jeszcze jest jeden ważny element każdego projektu - świętowanie. Szczególnie ważny w pracy z wolontariuszami. Wspólne spotkanie (np. ognisko) na zakończenie jest sposobem świętowania i spotkania towarzyskiego, dyskusji, refleksji i cieszenia się sukcesem, równie istotnym jak samo sprzątanie świata czy inna forma akcji. Namacalnym elementem takiego świętowania mogą być dyplomy okolicznościowe oraz.. zdjęcia z działań. Gdy za jakiś czas do nich wrócą, to przypomną sobie sukces. Że można, że potrafią.

W akcji czy projekcie ważne są dwa elementy: 1. zrobić coś ważnego oraz 2. przyjemność spotkania (człowiek istotą społeczną). Cała akcja wraz z ogniskiem (lub spotkaniem w klubie) może być dodatkowym elementem integracji grupy studenckiej lub całego roku. Czasami bywało tak, że dopiero w czasie świętowania na zakończenie akcji odbywała się pierwsza impreza całego roku. Wcześniej były pomysły, były próby... ale być może samo świętowanie, bez zrobienia czegoś ważnego, nie jest wystarczająca motywacją na spotkanie całego rocznika.

Dlaczego wykładowca uniwersytecki miałby zajmować się czymś więcej niż treścią merytoryczną z własnego przedmiotu? Bo dla mnie kształcenie jest całością, w tym osobowości człowieka i jego kompetencji miękkich. Wiadomości to sobie może sam przeczytać w książce lub wysłuchać wykładów w internecie. Ale razem działać można tylko w "realu", na przykład na uniwersytecie jako dobrym środowisku edukacyjnym. 

A czy uniwersytet jest dobrym środowiskowym edukacyjnym? Jeśli nie, to można samemu coś ku naprawie zrobić. Nawet jeśli ma się pod górkę.... i wiatr wieje w oczy. Podobnie mają nauczyciele w szkołach wszystkich typów.

23.06.2019

Kto w łubinie zaśnie, już się nie obudzi

 
Prof. Dr. Otto Wilhelm Thomé; 
Flora von Deutschland, Österreich und der Schweiz
- 1885, Gera, Germany 
Bardzo zaintrygowała mnie ta tytułowa kwestia z łubinem. A było to tak. Przy okazji wspominania dziewczęcego sypania kwiatkami na procesji Bożego Ciała, administratorka fanpage W Szuwarach - ludzie tworzą cuda napisała "Moi rodzice i dziadkowie mówili mi, że łubin wydziela jakieś olejki usypiające. Gdy zaśnie się w polu łubinowym, a one długo działają, to zapadnie się w sen wieczny. Może warto sprawdzić czy tak jest faktycznie. Nigdy o tym nie myślałam przez tyle lat, teraz wróciła do mnie ta informacja ze wspomnieniem z dzieciństwa."

Owszem, w dziecięcych latach i w czasie wakacji spędzanych na mazowieckiej wsi, słyszałem coś o tym, by nie zasypiać w południe na polu. Już nie pamiętam, czy wspominano wtedy o południcy. W każdym razie spanie na słońcu grozi udarem słonecznym. Co najmniej kończyło się to bólem głowy, czasem i śmiercią. Nawet praca w polu w upalne południe narażała na udar słoneczny. Nic dziwnego, że nasi przodkowie widzieli w tym siły nieczyste i spersonifikowane do południcy - demona, ukrywającego się w zbożu. Ale o polnych demonach będzie niżej. Najpierw zajmijmy się łubinem.

Zatem znałem z dzieciństwa przestrogę by nie spać w południe na polu. A z etnografii znałem podania o południcach. Ale jak to ma się do łubinu, rośliny obcej, przybyłej do nas stosunkowo niedawno, chyba w wieku XIX? Na pewno w czasach już mocno chrześcijańskich. Przestroga przed spaniem w łubinie nie mogła mieć więc korzeni dawnych, przedchrześcijańskich. Może zatem to jakieś współczesne obserwacje?

Łubin najczęściej kojarzy się z kwiatami fioletowymi (łubin trwały), ale są i żółto kwitnące łubiny. I to one naprowadziły mnie na ślady dawne, być może związane z demonem południcą. Łubin trwały to zadomowiony antropofit, pochodzi z Ameryki Północnej. Klasyfikowany jest także jako kenofit i agriofit. Zasiedla stanowiska suche, w pobliżu lasów, na polanach i bezdrożach, kwitnie od czerwca do lipca. Jest rośliną lekko trującą aczkolwiek znane są odmiany nietrujące.

Rodzaj łubin (Lupinus) liczy około 200 gatunków. Największe zróżnicowanie gatunkowe występuje w Ameryce Północnej - tam też należny poszukiwać ewolucyjnego powstania tej rośliny. W obszarze śródziemnomorskim występują głównie rośliny jednoroczne. Rośliny z tego rodzaju zasiedlają zwykle siedliska wydmowe i pustynne: suche, piaszczyste lub kamieniste, a także zbiorowiska trawiaste. Niektóre gatunki uprawiane są jako rośliny pastewne, bogate w białko. Liczne gatunki są jednak trujące z powodu zawartości alkaloidów. W Polsce liczne gatunki są uprawiane, natomiast łubin trwały (ten o fioletowych kwiatach) jest zadomowionym antropofitem. Zatrzymajmy się przez chwilę przy alkaloidach chinolozydowych (lupanina, sparteina, anagryina) - efekt ich spożycia może powodować arytmię serca. Czyżby więc znany był skutek szkodliwy a może nawet śmiertelny i stąd przestroga przed spaniem w łubinie? No tak, tyle tylko, że alkaloidy to nie olejki eteryczne, trzeba łubin zjeść a nie wąchać. Może więc jakieś powiązanie z trującą rośliną i spaniem? Myślę, że chodzi o coś zupełnie innego i pomocne będzie rozważenie samej nazwy.

Łubin żółty (Lupinus luteus L.) to gatunek rośliny jednorocznej z rodziny bobowatych (dawniej motylkowe). Pochodzi z południowo-zachodniej Europy, Afryki Północnej i Azji Zachodniej. W Polsce roślina uprawiana i często dziczejąca (efemerofit). Żółty kolor kwiatów jest ważny dla dalszych rozważań, bowiem dawniej łubinem nazywano inne, rodzime rośliny polne o żółtych kwiatach: rzodkiew świrzepa, łopucha (Raphanus raphanistrum L.) oraz gorczyca polna, ognicha (Sinapis arvensis L.). I te rośliny mogli znać nasi słowiańscy, przedchrześcijańscy przodkowie. Tym bardziej, że to rośliny polne, jak najbardziej z południcą związane. Zatem tytułowe powiedzenie (przysłowie, przestroga) miałoby dawne korzenie i odnosiło by się do innych roślin, choć dawniej łubinem nazywanych. Z kolei do łacińskiej nazwy Lupinus dawniej powiązane były takie nazwy polskie: lubień, lupin, lupinus, łupin, łubin, pyszny jędrzej, słunecznik, słonecznik, wilcza stopa, wilczy groch, wilczyn. Niektóre nazwy aż o kolejne dygresje się proszą...

Jeszcze chwilę zatrzymajmy się przy dziwnym słowie świrzopa (w Panu Tadeuszu świerzopem określane). W słowniku etymologicznych języka polskiego Aleksandra Bruckera takie znalazłem objaśnienie tego słowa: 1. klacz lub ogier. 2. roślina - roślina, dzika, polna. Natomiast rdzeń "swer-" Brukner odnosi do "groźny", "dziki", "srogi". Mamy więc coś dzikiego, polnego i groźnego. Zasypianie w takim sąsiedztwie rzeczywiście musiało być niebezpieczne.

Rzodkiew świrzepa w Europie występuje od neolitu, uznana jest za archeofit, kwitnie od maja do sierpnia. Rozsiewa się wraz z nasionami zbóż. Zatem jej występowanie wiąże się z obecnością i aktywnością społeczeństw rolniczych. Naukowo ten proces rozsiewania nazywany jest spejrochorią i ergazjochorią. Obecnie rzodkiew świrzepa występuje na siedliskach ruderalnych i segetalnych (Trudne słowa? Przecież łatwo sprawdzić co oznaczają). Spotkać ją można głównie w zbożach jarych oraz w uprawach okopowych. Jest rośliną trującą, niebezpieczną dla koni, bydła i owiec. Powoduje stany zapalne, podrażnienie błon śluzowych, brak apetytu, senność, drgawki, biegunkę i ogólne osłabienie.  Czy ta senność może być interesującym nas śladem? Dotyczy ona zwierząt, bowiem ludzie jedzą, na przykład sałatkę z młodych liści i pędów. A dawniej nasiona spożywano jako "gorczycę z Durham" - w smaku zbliżoną do gorczycy białej.

Przejdźmy teraz do gorczycy polnej, obecnie gatunek kosmopolityczny, zaliczany do archeofitów, obecną u nas od neolitu - roślina jednoroczna, miododajna. Spotkać ją można w siedliskach ruderalnych, na polach, miedzach, ugorach, preferuje gleby żyzne, gliniaste. Nasiona zachowują zdolność do kiełkowania nawet przez 35 lat. Jest lekko trująca ale dla koni i bydła, pogarsza jakość mleka. Uznawana jest za uciążliwy chwast. Dawniej z nasion wytwarzano olej i musztardę (teraz musztardę robimy z gorczycy białej i gorczycy czarnej). Gorczyca polna dawniej wykorzystywana była w lecznictwie - stosowano dla łagodzenia nieżytów żołądka. W większych ilościach jest rośliną trującą.

Zatem podsumujmy dotychczasowe rozważania: łubin to dawna nazwa innych roślin o żółtych kwiatach, m.in. rzodkwi świrzepy i gorczycy polnej, chwastów, związanych z polami uprawnymi. Rzodkiew świrzepa ma nawet właściwości nasenne ale dla zwierząt domowych. Ważniejsze jest jednak miejsce ich wzrostu - pola. I tu dochodzimy do prasłowiańskiego demona - południcy, zwanej także przypołudnicą, żytnią babą, rżaną babą, babą o żelaznych zębach. Według dawnych wierzeń słowiańskich był to złośliwy i morderczy demon, polujący latem na tych, którzy niebacznie w samo południe przebywali w polu. Lub spali na polu. Jest to w jakimś stopniu personifikacja zgubnego w skutkach udaru słonecznego. I doskonały powód, by w upalne lato przerywać pracę w polu i odpocząć w cieniu. Robota nie zając nie ucieknie, a i życie uratować można.

Południca była uważana za bardzo niebezpiecznego demona polnego płci żeńskiej. Powstawała z kobiety, która zmarła tuż przed własnym ślubem lub tuż po ślubie. Zazwyczaj odziana była w białe szaty. Wyobrażano sobie południcę jako chudą, kościstą i pomarszczoną  kobietę z dużymi i ostrymi zębami. Mieszkała wśród kłosów dojrzałego zboża. Czasami o jej obecności świadczył wir powietrzny (w upalne lato, przed burzą nic nadzwyczajnego w zjawiskach pogodowych).

"Kto w łubinie zaśnie, już się nie obudzi" - być może jest śladem dawnego życia i archaicznych wyobrażeń o przyrodzie. I przestrogą by nie zasypiać "na słońcu" w polu. Przestroga jak najbardziej właściwa, aczkolwiek obecnie inaczej byśmy ją uzasadniali.

Na poobiednią drzemkę w upalne lato polecam cień dużego drzewa.

21.06.2019

Warmińska Sagalasówka na skraju dawnego lotniska


Działo się to pewnego, lekko deszczowego dnia majowego. Przed planowanym plenerem w Ornecie sprawdzaliśmy potencjalne miejsca noclegów. Zajechaliśmy do Sagalasówki. Skojarzenia z bronią myśliwską i Panem Tadeuszem okazały się właściwe. Przejechaliśmy przez wieś po pięknym, starym bruku. Oczom ukazały się dziwne hangary o charakterze schronu. Później okazało się, że były to budynki dawnego lotniska w Ornecie. Trochę historii uratowanej od zapomnienia. Otoczenie pensjonatu agroturystycznego było urokliwe, zwłaszcza plac zabaw dla dzieci, ze starymi garnkami, rondlami i patelniami, jako instrumentami muzycznymi. Potem uwagę zwróciły liczne dachówki. Niestety, przeznaczone na dach. Być może jednak znajdą się tam jakieś wybrakowane, które można będzie pomalować.  I przywrócić im ważność oraz użyteczność.

Wnętrze zrobiło wrażenie. Od razu zauważyłem pojemniki do recyklingu. To znak, że zwraca się tu uwagę na środowisko. W rozmowie z właścicielką okazało się, że pojemniki do recyklingu to efekt studiowania ochrony środowiska na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. Dobra wiedza nie poszła w las. Kapitał ludzki procentuje. Po raz drugi zauroczony zostałem ... spiżarnią z domowymi przetworami, udostępnianą gościom. Lokalna produkcja i wykorzystanie wielokrotne szklanych słoików. A trzeci raz zaskoczony zostałem półką bookcrossingową w salonie. Dla gości. Moją uwagę zwróciła książka Zbrodnie robali. A potem kuchnia z fajerkami, pod wiatą, dogodne miejsce na spotkania integracyjne. I pretekst do rozmyślań o przeszłości.

Przeszłość i przyszłość w jednym miejscu. Troska o dziedzictwo kulturowe i dziedzictwo przyrodnicze. Miejsce urokliwe i tajemnicze. Trzeba tam będzie przyjechać na dłużej, nie tylko na plener.









20.06.2019

Skąd się bierze łąka miejska?


Skąd się bierze (jak powstaje) łąka miejska? Z nasion i zarodników (to drugie, jeśli uwzględnić mszaki i grzyby). Prosta odpowiedź rodzi kolejne pytania. A skąd te nasiona (i zarodniki)? To już wymaga dłuższej opowieści (ale nie za długiej, spokojnie, możesz czytać).

Życie z życia, nasiona z innych roślin. Życie wymaga ciągłości, łąka kwietna także. Muszą być więc rośliny i grzyby (o owadach nie zapominając, ważne dla roślin owadopylnych i tych, których nasiona roznoszą owady). Jednym słowem bioróżnorodność. Już dawno odrzuciliśmy teorię samorództwa. Sama z siebie łąka kwietna się "nie zalęgnie", jeśli wcześniej nie było różnych gatunków roślin naczyniowych i grzybów (przynajmniej w najbliższej okolicy). Natomiast czekanie na ewolucyjne powstanie nowych gatunków wymaga czasu. Dużo czasu. Nie mamy go.

Po drugie nasiona biorą się z glebowego banku nasion. Nie wszystkie od razu kiełkują. Czasem leżą w glebie kilka czy kilkanaście lat, by w sprzyjających warunkach wykiełkować. Czekają na swoją okazję. Czasami przy pracach budowlanych na koniec przywozi się ziemię, sypaną na pobocza dróg i chodników. Wraz z tą ziemią przywożone są niechcący nasiona roślin. Stąd zaskakujący pojaw maków i chabrów w tym roku, na obrzeżach Łynostrady w Olsztynie). Jak powstaje glebowy bank nasion i diaspor? Patrz punkt pierwszy - z roślin, które rosły w tym miejscu wcześniej. Przeszłość ma znaczenie.

Po trzecie dyspersja. Nasiona mogą być przenoszone wiatrem lub przez inne zwierzęta. Wędrują w przewodzie pokarmowym zwierząt (dlatego ewolucyjnie powstały smaczne owoce by skusić do konsumpcji i zagwarantować roślinom podróż na nowe obszary), przyczepione do sierści, piór, łap itd. Ekolodzy nazywają to zjawisko zoochorią. Ale muszą być miejsca z zasobami różnorodności biologicznej (ekosystemowe banki nasion), swoiste refugia, żeby je miał skąd wiatr przywiać a zwierzęta przynieść. Różnego typu bariery utrudniają naturalną dyspersję diaspor. Czasami brak jest tych ekosystemowych banków bioróżnorodności w krajobrazie, zwłaszcza miejskim.

Po czwarte człowiek może zasiać. W swej mądrości ratowania swojego zdrowia, jakości życia w mieście i z myślą o globalnej ochronie różnorodności biologicznej.  Można nazwać to nieświadomą i świadoma antropochorią. Jedni kupują nasiona w sklepach inni zbierają w siedliskach naturalnych. I przenoszą do miasta, wysiewają.

Łąka miejska to nie tylko uroda dla ludzkich oczu i siedlisko dla owadów czy schronienie dla małych zwierząt. To także mniejsze koszty pielęgnacji zieleni miejskiej i łagodzenie negatywnych skutków ocieplenia klimatu. A także specyficzny rezerwat przyrody - mała wyspa z zasobami różnorodności biologicznej. Wiele terenów rolniczych jest intensywnie uprawiana, stosowane są środki ochrony roślin. "Chwasty" nie mają tam lekkiego życia i po prostu wymierają. To miasto i pobocza dróg mogą być miejscem ich egzystencji, takim rezerwatem przyrody. Miejska łąka może być wyspą różnorodności biologicznej i "zasobnikiem" z nasionami i diasporami, zasilającym okoliczne tereny.

Same jednak nasiona nie wystarczą. Muszą być jeszcze odpowiednie warunku środowiskowe: nasłonecznienie, wilgotność, jakość gleby. Nawet na zwykłym trawniku możemy obserwować sukcesję ekologiczną. Poza czynnikami abiotycznymi są i biotyczne, czyli interakcje z innymi gatunkami, w tym zwierzętami. Nie ma już roślinożerców w mieście (krów, owiec, koni - nie ma więc wypasu i naturalnego "koszenia"). Najważniejsza jest aktywność człowieka, w tym koszenie. Jeśli zbyt często i zbyt nisko (do samej ziemi) koszone są trawniki, to spada różnorodność biologiczna (radzą sobie tylko trawy, których stożek wzrostu jest nisko - to ewolucyjne przystosowanie do znoszenia roślinożerności dużych ssaków) a czasem tworzy się przesuszone klepisko. Przydałoby się więcej edukacji i wykształcenia przyrodniczego w władzach miasta, spółdzielni mieszkaniowych i właścicieli gruntów. A także w firmach wykonujących koszenie. Wiedza ma kolosalne znaczenie. Chodzi o kształtowanie zieleni a nie jej niszczenie i eliminację. Chodzi o nasze zdrowie i naszą przyszłość.I nie jest to przesadzone.

Łąka miejska to ekosystem, gleba, rośliny, bezkręgowce i wiele innych organizmów. Na łące - w porównaniu do trawnika - więcej odkłada się materii organicznej (próchnica), a więc więcej węgla wiązane jest w glebie i nie ucieka do atmosfery. W taki prosty sposób możemy wpływać na korzystniejszy bilans węgla i gazów cieplarnianych. Próchnica magazynuje więcej wody a sama roślinność spowalnia spływ powierzchniowy po opadach. Jest to więc przeciwdziałanie podtopieniom i poprawianie retencji wody w dużej skali. A wody zdaje się że w Polsce coraz bardziej brakuje. W końcu łąka więcej zatrzymuje pyłów i zanieczyszczeń w porównaniu do trawnika krótko przystrzyżonego.

Wielkie przedsięwzięcia składają się z małych i drobnych działań. Ty też możesz coś dobrego zrobić, w swoim najbliższym otoczeniu. Zadbaj o łąkę miejską w twoim sąsiedztwie. Dostarcz nasion (by zwiększyć bioróżnorodność), zadbaj o dobre warunki środowiskowe.