8.08.2018

O uniwersytecie oraz dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym - w trakcie metamorfozy

(Jeden z projektów, realizowany wspólnie ze studentami, w olsztyneckim skansenie)

Są takie momenty, gdy zbiera się na wspomnienia. Niektórzy nazywają to suszeniem sieci. Zatrzymanie i refleksja są jak najbardziej wskazane. Dwa powody skłaniają mnie do wspomnień i przemyśleń uniwersyteckich. Po pierwsze zbliża się rocznica 20. lat Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Powstanie UWM było kwintesencją zmian, jakie zaczęły się dokonywać w polskiej edukacji, w tym także wyższej, po roku 1989. Dyskusje o budowaniu wolnej Polski i naprawianiu edukacji po komunistycznych zniszczeniach, zaowocowały realnymi działaniami. Był zapał budowania, tworzenia i były wielkie nadzieje. Drugim powodem do refleksji jest ustawa 2.0, która już od października zacznie obowiązywać. Ogromne wyzwanie i duże zagrożenie. Jak z tego wyjdziemy? Na tarczy czy z tarczą, i nie myślę tylko w kategoriach pracowników UWM ale przede wszystkim społeczności Warmii i Mazur.

Ponad 5 lat temu, z inicjatywy filozofów rozpoczęliśmy tworzenie interdyscyplinarnego i międzywydziałowego kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Najpierw trudne negocjacje międzywydziałowe, by przełamać lokalne partykularyzmy i swoiste izolacje. Potem przygotowanie dokumentów, umożliwiających utworzenie kierunku. Nie było łatwo, ale się udało. Najpierw uruchomiliśmy studia licencjackie. Po kilku latach - magisterskie. Na samym początku - aby kształcenie było dobrze osadzone w badaniach - powołaliśmy Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym.

Pięć lat temu, gdy kierunek był uruchamiany, pisałem, że wtedy rosło moje (ale i nie tylko moje) rozczarowanie współczesnym uniwersytetem, na którym odbywa się masowe, odczłowieczone kształcenie (stąd w naszych planowanych działaniach nacisk na metodę projektu, interdyscyplinarność i odbudowa relacji mistrz-uczeń). Uniwersytet nie rozwija osobowości a daje surogat wiedzy zawodowej. W rzeczywistości ani to zawodowe kształcenie (pokazuje to np. skala bezrobocia u absolwentów) ani nie rozwija osobowości, nie daje poczucia szczęścia. Szczęścia wynikającego z rozumienia świata. Tamte sformułowania są jak najbardziej aktualne w moim odczuciu także i obecnie.

Dyskusja o uniwersytecie jest częścią dyskusji o Europie. Wspólnota Europejska cierpi na utratę (lub brak) tożsamości. Polityczne dyskusje ograniczają się do kwestii ekonomicznych, a to nie wystarcza do utrzymania jedności. Być może najpierw trzeba stworzyć wspólnotę europejską, jako wspólną tożsamość kulturową i ekonomiczną. Skąd nasze, lokalne przyrodniczo-filozoficzne zainteresowanie dziedzictwem przyrodniczym i kulturowy. Bo kultura i ekonomia ściśle są z dziedzictwem przyrodniczym powiązane, co dobrze werbalizuje idea ekorozwoju (szeroko rozumianego rozwoju zrównoważonego). I myślę, że uniwersytety powinny być kuźnią, zaczynem i miejsce budowania tej wspólnoty. Moim zdaniem uniwersytet powinien być liderem w rozpoznawaniu, ochronie i rozwijaniu wspólnego, regionalnego i prowincjonalnego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Na razie takiej roli nie wypełnia, przynajmniej w stopniu wystarczającym. Trzeba więc o to zabiegać.Obawiam się, że Ustawa 2.0 sytuację te pogorszy i zatrzyma powolny rozwój uniwersytetu i jego zakorzenianie się w Regionie.

Sporo się udało, ale na skutek różnych działań (i wcale rzeczywistą przyczyną nie był brak studentów, przynajmniej nie było mniej chętnych niż na innych kierunkach) najpierw zamknięto nabór na licencjat, a niedawno także na studia drugiego stopnia. Nasz kilkuletni wysiłek dobiega końca. Potrwa jeszcze rok (chyba, jeśli nie wznowiony zostanie nabór). Wygasło też Centrum Badań, pomysły nie zostały rozwinięte i nie zakończyły się wspólnymi grantami (były wspólne działania, konferencja i nawet publikacje). Coś się kończy. Pozostało doświadczenie, wiele różnych kontaktów i... wola, by dziedzictwem przyrodniczym i kulturowym dalej się na uniwersytecie zajmować. Trzeba tylko poszukać nowej, wygodnej przestrzeni (mierząc zamiary na siły). Może to tylko diapauza? Faza spoczynkowa? By po przemyśleniach podjąć temat ponownie, już w innej formule?

Trochę więcej:

6.08.2018

Ważka sina z Ziemi Dobrzyńskiej w secesyjnym kontekście

(Rumunki Skępskie, 4 sierpnia 2018)
Zauważyłem ją na podłodze, leżała między nogami tańczących par. W sali, z wystrojem nawiązującym do secesji i z grafikami Alfonsa Muchy, duża żagnica wyglądała bajecznie i komplementarnie. Jak zaplanowany i przemyślany wystrój wnętrza. Ale skąd ona się tam wzięła? Początek upalnego sierpnia 2018, Ziemia Dobrzyńska (o bogatej historii ale teraz bez wyróżniającej się tożsamości), dom weselny, już po zmroku. Sala klimatyzowana, okna zamknięte. Czy wleciała przez drzwi i przecisnęła się przez kotary? A może usiadła komuś na fryzurze czy kreacji i tak się dostała do środka? Żagnica sina, bo o niej mowa, jako niespodziewany i zadziwiający gość weselny. Entomologicznie ukierunkowana uwaga pozwoliła mi zauważyć to, co dla innych nie było widoczne. Leżący owad. Tak, na świat patrzymy przez pryzmat własnego wnętrza. Jak przez filtr.

Kilka godzin wcześnie siedziałem przy małym oczku ogrodowym, sąsiadującym z domem weselnym. Kamienie wokół, przystrzyżony trawnik, a w wodzie bardzo dużo karpi koi. Zielona, ciepła woda z jakimiś ogrodowymi grzybieniami (takich kolorystycznych odcieni kwiatów w naturalnych zbiornikach nie widziałem). Rozglądałem się za owadami. Z trudem zobaczyłem jednego nartnika (pomijają rusałkę admirał i trzmiele na kwiatach w ogrodzie). A potem przez moment pojawiła się jakaś duża ważka. Z daleka jej nie rozpoznałem. W pobliżu inne sztuczne „stawki” ogrodowe i jeziora. Rolniczy krajobraz Ziemi Dobrzyńskiej.

Żagnica sina (Aeshna cyanea) zwana także żagnicą większą, żagnicą błękitną lub żagnicą okazałą, jest gatunkiem w Polsce pospolitym. Czyli nic nadzwyczajnego. Ale nadzwyczajna była okoliczność spotkania tej ważki. I to, że o owadach wodnych Ziemi Dobrzyńskiej niewiele wiadomo. Larwy tej ważki rozwijają się w różnorodnych wodach stojących i wolno płynących (zazwyczaj stadium larwalne trwa dwa lata, rzadziej rozwój kończy się w ciągu roku). Chętnie zasiedlają małe oczka wodne, także te w ogrodach przydomowych, zbiorniki w żwirowniach czy piaskowniach. Dorosłe są drapieżnikami i polują na inne owady czasem daleko od zbiorników wodnych. Żagnica sina lubi żerować na leśnych polanach. Można więc ją spotkać nie tylko nad zbiornikami wodnymi.

Żagnica sina jest gatunkiem eurytopowym czyli o szerokich preferencjach ekologicznych. Dlatego zapewne jest gatunkiem pospolitym. W niektórych małych oczkach ogrodowych może wystąpić nawet masowo. Nie wiem czy przetrwałaby w tym konkretnie stawku, gdzie tak dużo jest karpi koi (od bardzo dużych do malutkich). Larw nie szukałem (teraz żałuję). Dorosłe zobaczyć można od połowy czerwca aż do listopada. Zjawiają się nad zbiornikami pojedynczo. Patrolujące samce przebywają nad wodą jakiś czas, po czym odlatują. Na ich miejsce pojawia się kolejny samiec. Samce w okresie rozrodczym są terytorialne i agresywne w odniesieniu do innych samców. Zaślepione amorami i wypatrujące samic są łatwe do obserwowania i fotografowania. Nie są zbyt płochliwe, same podlatują na wyciągnięcie ręki.

Żagnica sina jest dużą ważką - długości 7-8 cm. Pięknie ubarwioną. Ale i tak w czasie weselnej zabawy chyba nikt poza mną nie zwrócił na nią chyba uwagi. Zapłodniona samica od razu składa jaja, wkłuwając je w różne rośliny wodne i wodno-błotne: pływające, z liśćmi pływającymi po powierzchni, szuwarowe (wystające z wody) oraz mchy torfowce. Teoretycznie więc we wspomnianym stawku ogrodowym mogłaby złożyć jaja. Larwy do rozwoju potrzebują dwóch lat (wyjątkowo roku), w tym czasie liniejąc około 10 razy. Larwy mogą przetrwać krótkotrwałe wyschnięcie zbiornika, zakopując się w wilgotnych piasku, mule lub zalegających na dnie butwiejących liściach.

(Fragment sali weselnej)

Ziemia Dobrzyńska nie doczekała się zbyt wielu opracowań i badań przyrodniczych. Ten zapomniany zakątek kraju potrzebuje obserwatorów. Nawet okazjonalnych.

Moje wcześniejsze spotkania z ważką siną:

3.08.2018

Eksperyment – o historii nauki i medycyny na przykładzie mózgu

Wakacje i urlop to dobry czas do czytania. Ja uwielbiam literaturę faktu i biografie. Sporo książek, które niedawno przeczytałem (najwyraźniej nie jestem statystycznym Polakiem) czeka na blogowe opisanie i zarekomendowanie. Tymczasem przypomnę "Eksperyment".  Książka ta znakomicie pokazuje rozwój nauki i medycyny. W tym to, ile medycyna zyskała, gdy w szerszym stopniu zaczęła stosować naukowe metody badawcze. To co dzisiaj jest oczywiste jeszcze przed stuleciem czy dwoma nie było tak oczywiste. A jeśli uwzględnić etnografię i dawne wizje ludzi na chorobę i zdrowie, zmiany są jeszcze bardziej fundamentalne.

W tym roku  obchodzimy stulecie badań nad ludzkim mózgiem. Sto lat w nauce i medycynie to ogrom czasu. W porównaniu do kultury wydaje się mgnieniem. Ale najwyraźniej czas przyspieszył. Ten subiektywnie rozumiany i mierzony zmianami.

W nauce trzeba wytrwałości. I wielokrotnego powtarzania eksperymentów, porównywania obserwacji, zmiany paradygmatów.  Jeśli dowolnej, jednej rzeczy przyglądać się (rozważać) wystarczająco długo, to można zobaczyć i zrozumieć cały świat. Bo świat jest całością wielu elementów ze sobą powiązanych różnymi relacjami. „Eksperyment. Opowieść o mrocznej godzinie w dziejach medycyny” Luka Dittricha to książka niezwykła (wydana w Krakowie w wydawnictwie Znak), wielowątkowa i wielowymiarowa, jakkolwiek poświęcona jest jedynie jednej osobie, jednemu początkowo niezamierzonemu eksperymentowi. Można powiedzieć, że jest w jakimś sensie biografią.

Książka o nauce i medycynie, popularnonaukowa (choć z drastycznymi i czasami nawet makabrycznymi elementami). Autor umiał zbudować znakomitą opowieść, niczym detektywistyczny kryminał (nawet sensacyjny). Z licznymi wątkami osobistymi, co zwiększa emocjonalny odbiór tej wypowiedzi. Umie trzymać w napięciu i ciągle do akcji wprowadzać dodatkowe elementy. Dlatego poznajemy nie tylko kilkadziesiąt lat badań nad ludzkim mózgiem i nie tylko biografię pacjenta. Książka skłoniła mnie do licznych refleksji i skojarzeń. Lektura jest trudna (emocjonalnie), czasem wstrząsająca, ale gorąco polecam, zarówno czynnym naukowcom (dowolnej specjalności) jak i zwykłym czytaczom, poszukujących niebanalnych doznań czytelniczych. Jest napisana przez dziennikarza a nie naukowca, stąd więcej ciekawie prowadzonych opowieści niż uporządkowanej podręcznikowo wiedzy akademickiej. Bardzo dobra książka. Trochę wstrząsająca, bo pokazująca także brzydszą stronę nauki i naukowców. Ale pokazuje również postęp w badaniach, etyce i metodologii. Pokazuje dojrzewanie metody naukowej (jeśli oczywiście ktoś zwróci na to uwagę). A wszystko wokół mózgu.

Kwintesencję znajdziemy na końcu (jak w dobrym kryminale): „niektóre historie są takie, że im dłużej się im przyglądać, tym szersza staje się perspektywa i zaczynają obejmować coraz więcej części świata.” Luke Dittrich opowiada o medycynie, o nauce, o naturze ludzkiej, o własnej rodzinie. Przeczytałem w kontekście innych, niedawnych lektur o ewolucji Homo sapiens, ewolucji mózgu, kulturze i języku. Być może dlatego dostrzegałem inne fragmenty w tej wielowątkowej opowieści. Zaskoczyła mnie długa historia potyczek nauki z myśleniem magicznym. Wydawało mi się, że myślenie racjonalne i nowożytna nauka eksperymentalna zaczęła się w Renesansie, gdy uczeni odeszli od ksiąg by sprawdzić doświadczalnie w terenie przeróżne fakty i hipotezy. Nie byli pierwsi. Zaskoczył mnie wątek z Hipokratesem (przecież to starożytność!). Ten grecki lekarz zasłynął tym, że „w medycynie nie ma miejsca dla bogów”. Hipokrates „odrzucił magię, spirytualizm i religię, na których opierała się większość jego poprzedników [w odniesieniu do diagnozowania i leczenia chorób, co znakomicie koresponduje z epilepsją, jednym z głównych wątków tej książki]. Zamiast tego usiłował zlokalizować źródła ludzkich dolegliwości w naszym fizycznym otoczeniu i w samym ciele.” Już 2,5 tysiąca lat temu Hipokrates skrytykował „magów, oczyścicieli, żebrzących kapłanów i szarlatanów”, którzy pod pozorami boskości ukrywają swą własną niewiedzę o tym, jaką należy stosować terapię. A jeszcze wcześniej, w starożytnym Egipcie, 3600 lat temu w papirusach o tematyce medycznej, znaleźć można porady dla lekarzy, oparte na doświadczeniu (inne znane papirusy egipskiej medycyny ograniczały swoje zalecenia do zaklęć i dziwnych mikstur). Zatem już wtedy zaczęła powstawać nowoczesna medycyna, jaką znamy obecnie, oparta na empirii. Trzeba było tylko czasu i uporu bardzo wielu ludzi.

Gdzieś w tle opowieści widzimy jak zmieniał się nasz stosunek do ludzi chorych, zwłaszcza umysłowo chorych, jak rodziły się etyczne zasady prowadzenia badań naukowych. Jest tow więc opowieść nie tylko o rozwoju nauki ale i ludzkości, kultury, ba - humanistyki. Wszystko ze wszystkim jest powiązane a nasza cywilizacja jest całością. Współczesne standardy nie istniały od zawsze, okupione zostały wieloma cierpieniami. Zmieniał się i zmienia stosunek do zwierząt, używanych w eksperymentach. Można powiedzieć, że jako ludzkość dojrzewaliśmy i dojrzewamy.

W medycynie od zawsze ścierały się dwa podejścia „po pierwsze nie szkodzić” i „lepiej zrobić coś niż nic.” I jest to znakomity punkt wyjścia dla różnorodnych rozmyślań, nie tylko medycznych. Zaskakujące może być stwierdzenie, że „w pewnych okolicznościach człowiek, mając mniej mózgu, może rozumować jaśniej i wydajniej.” Tym łatwiej możemy zrozumieć fakt, że w porównaniu do naszych przodków z paleolitu mamy mniejsze mózgi… W medycynie przez wiele dziesiątków lat „umarli uczyli żywych” oraz „upośledzeni oświecali nieupośledzonych”. Teraz dzięki nowoczesnej aparaturze możemy badać mózg przyżyciowo i (chyba) bez szkody dla badanych. A i tak mózg ludzki dla nas jest nieustającą zagadką. Tym samym kultura.

Jak bardzo zmienia się nasza etyka widzimy na przykładach dawnych, naszych ludzkich przekonań. W latach 40. XX wieku prezes Amerykańskiego Towarzystwa Neurologicznego twierdził, że „ludzi, którzy cierpią na niedorozwój umysłowy, powinno się zabijać” (eutanazja „kompletnie, beznadziejnie niedorozwiniętych; pomyłek natury”). To klimat epoki i wielu innych poglądów, jakie wtedy w naszych społeczeństwach funkcjonowały. Dzięki lekturze Eksperymentu łatwo dostrzec jak się zmieniamy jako społeczeństwo. Jak to się stało, że w obozach koncentracyjnych zbrodniczych eksperymentów dokonywali wykształceni lekarze a nawet wybitni naukowcy? Przyczyną jest cale społeczeństwo jako takie. Bo to „zasady przewodnie obowiązujące w państwie nazistowskim spowodowały moralne upodlenie narodu niemieckiego, a to moralne upodlenie doprowadziło do fizycznego upodlenia innych istot ludzkich”. Warto te myśli przypominać, gdy niepokojąco odradza sie autorytaryzm i kult siły oraz hasła rasistowskie.

Zbrodnie nazistowskich lekarzy „były nieuniknioną konsekwencją złowieszczych doktryn, za którymi się opowiedzieli.” Niech będzie to dla nas przestrogą na teraz i w przyszłości. Im dłużej będziemy wpatrywali się w przeszłość, tym łatwiej zrozumiemy zagrożenia teraźniejszości. Miejscami mroczność Eksperymentu wynika z faktu, że dostrzegamy samych siebie. Tego, jak patrzymy na innych ludzi, chorych, imigrantów, obcych… Być może jednym ze źródeł antynaukowych ruchów (takich jak ruch antyszczepionkowych) jest utrata zaufania, które pojawiło się w wyniku wcześniejszych procedur i eksperymentów.

Mnie najbardziej zaintrygował wątek rozwoju nauki i samej metodologii (znakomity materiał do filozofii nauki). Na czym polega nauka? „Każde kolejne pokolenie bierze szkice stworzone przez ludzi, którzy byli przed nim, i poprawia je, czasem wprowadzając niewielkie ulepszenia, dodając przecinki lub opuszczając zdania, a czasami dokonując bardziej drastycznych zmian, usuwając całe rozdziały albo pisząc zupełnie nowe. Wszyscy oni są redaktorami i wszyscy, a przynajmniej co najlepsi, muszą z pasją podchodzić do zmiany cudzego szkicu, jeśli w ogóle mają doprowadzić do jakiegoś postępu.” Nauka ma nie tylko kumulatywny charakter, ale tak jak mózg musi zapominać, by normalnie funkcjonować. Tak, nawet uczenie się polega także na zapominaniu. Czasem zdarzają się rewolucje naukowe (zmiana paradygmatu). I nauka ma zawsze charakter zespołowy. To, co w najnowszych trendach filozofii nauki nazywa się konektywizmem. Jak w mózgu. Zatem nauka jest jak mózg. Próbując zrozumieć funkcjonowanie naszego mózgu zrozumiemy funkcjonowanie całego świata. W tym, na przykład nauki.

Dopatrzyłem się także elementów trzeciej rewolucji technologicznej, np. „Dla osoby cierpiącej obecnie na amnezję smartfon może się jednak stać nie tyle uzupełnieniem, ile substytutem, protezą hipokampu.” A dla nas rozszerzeniem mózgu, pamięcią zewnętrzną. Z całą pewnością zmienia to nie tylko funkcjonowania naszego osobistego mózgu ale i całej ludzkości. Prawie 500 stron… ale warto przeczytać. To wciągająca lektura, czasem wstrząsająca. Na pewno pouczająca. Dla Homo sapiens.

Wobec coraz bardziej dokuczliwych i groźnych, antropogenicznych zmian klimatu oraz głębokich zmian społecznych, warto się zastanowić nad ludzkością. Wakacyjna lektura to doby sposób do takich medytacji intelektualnych. Jest czas na spokojne i dogłębne przemyślenia.

1.08.2018

Gen – bardzo pasjonująca historia

Siddhartha Mukherjee, "Gen - ukryta historia",
 Wyd. Czarne, 2017 r. 
Książkę tę polecam każdemu: naukowcowi, humaniście, architektowi, kelnerowi, staremu i młodemu, profesorowi, uczniowi, studentowi i nauczycielowi. Polecam bo jest o sprawach ważnych i jest dobrze napisana. Pozwala lepiej zrozumieć świat i siebie samego. To znaczy człowieka – Homo sapiens.

Jest o historii nauki i o najnowszej wiedzy o genach, dziedziczeniu i ewolucji. To wszystko podane w szerszym kontekście jak i z perspektywy indywidualnych poszukiwań. Trochę jak powieść detektywistyczna z wątkiem bardzo osobistym. W rodzinie autora od co najmniej dwóch pokoleń występują przypadki choroby psychicznej. Autor poszukuje rozwiązania, dlaczego tak jest i czy on sam… obciążony jest ryzykiem. Czy się ujawni? Podobne pytania i my możemy sobie stawiać, czy pewne cechy osobowości są dziedziczne? Czy niektóre choroby, na które zapadają nasi krewni, mogą i nas dotyczyć? Dlatego warto przeczytać. Ja przeczytałem z duża przyjemnością. Uporządkowałem swoją wiedzę i dowiedziałem się wiele nowego.

 Dużo faktów i terminów naukowych, i dużo stron (blisko 600). Ale czyta się znakomicie. Wszystkie zagadnienia naukowe są dobrze wyjaśnione, zarówno z perspektywy historycznej (skąd to się wzięło i jak powstawało) jak i z perspektywy współczesnej wiedzy. Dlatego książkę polecam wszystkim. Warto przeczytać. Nazwisko autora jest trudne. Tak jak i imię. Jest z pochodzenia Hindusem. Symbolicznie oddaje to znak współczesnej nauki – jest międzynarodowa a nie tylko europejska.

Zapewne wielu pamięta ze szkoły nudne krzyżówki mendlowskie do rozwiązywania. Potem na studiach biologicznych nieco więcej informacji i hodowle muszek owocowych. A przez następne lata cięgle pojawiające się nowe fakty, czasem zaskakujące. Wywracanie starych dogmatów i rewolucje w pojmowaniu dziedziczenia. Wspomniana książka dobrze mi wiedzę genetyczną uporządkowała. Dlatego ja polecam.

Wartością jest także tło teorii naukowych u uwarunkowań społecznych, w których rozwijała się wiedza genetyczna. XX wiek rozwijał się w cieniu trzech niezwykłych idei: atomu (budowa materii), bitu (informacja cyfrowa i cybernetyka) i genu. Ja odnalazłem nurtujący mnie od dawna problem teorii systemów, relacji części i całości. „Atom, bit i gen doprowadziły do przełomów w myśleniu o nauce i technologii”. A książka Mukherjee opowiada o genie i genetyce, i to w sposób zajmujący.

Genetyka nie jest nudna! Dużo miejsca poświęcone jest w omawianej książce eugenice. Narodziła się przed stu laty. Dziedziczność i ewolucja mocno się uzupełniały i napędzały. A wszystko to w konkretnym tle społecznym. „Eugenika miała na celu przyspieszenie doboru istot przystosowanych względem nieprzystosowanych, zdrowych względem chorych. Galton proponował selekcyjny rozpłód silnych osobników.” Inni proponowali eliminację i „sterylizację miernoty.” Było więc selektywne rozmnażanie i selektywne eliminowanie. Taka eugenika narodziła się w Anglii i w USA, dopiero potem zrealizowana w Niemczech…. „Powoływano komisje, które miały decydować o sterylizacji „niepełnowartościowych” kobiet i mężczyzn - epileptyków, przestępców, głuchoniemych, „upośledzonych umysłowo”, osób z wadami wzroku, deformacjami kostnymi, karłów, schizofreników, cyklofreników (…).” Dyslektyków także. Według tamtej eugeniki 10% populacji to osoby „gorszej krwi”.

U schyłku XIX wieku w Wielkiej Brytanii paliwem dla eugeniki był lęk klasowy, to w USA na początku XX wieku takim paliwem były uprzedzenia rasowe. W Ameryce społeczeństwo tworzyli w coraz większym stopniu „obcy”. O obcych genach i obcej kulturze…. Jakże brzmi to współcześnie! Wtedy Priddy, zwolennik tak rozumianej eugeniki, pisał „Krzyżówka między człowiekiem dowolnej rasy a Żydem zawsze będzie Żydem.” Hitlerowskie Niemcy wcieliły te idee w życie, a raczej śmierć… A w USA, na początku wieku XX urządzano „Konkursy na Najlepsze Dziecko”. Niczym na rolniczych targach z rasami zwierząt…

„Nazizm, powiedział kiedyś biolog Fritz Lenz, to jedynie „biologia stosowana.” Teoria dziedziczenia posłużyła władzy do stworzenia wypaczonej wizji ludzkich tożsamości. Nauka jest zawsze mniej lub bardziej uwikłana społecznie. A w społeczeństwach autorytarnych, niedemokratycznych, z dyktatorskim modelem władzy, może doprowadzać do tragedii. Mimo, że eugenika narodziła się w USA to dopiero w faszystowskich Niemczech wspierała ludobójstwo. „Tandetna nauka wspiera totalitarne reżimy, a totalitarne reżimy produkują tandetną naukę.” Nie tylko z genetyką w tle. Morał ponadczasowy i jakże bardzo aktualny.

Dużo miejsca poświęconych jest ewolucji rozumienia genu, genotypu, fenotypu i wpływu środowiska. Współcześnie do tej dyskusji sporo nowego wnosi epigenetyka. To fascynująca historia. I dużo dobre wiedzy.

W opisywanej książce dużo jest celnych dygresji i wątków. Na przykład ten: „Uczeni, jak muzycy, matematycy czy sportowcy, osiągają szczyt młodo, po czym szybko przygasają.” Myśl ta nabiera dużej wymowy w kontekście zmian w szkolnictwie wyższym w Polsce i korporacyjnej parametryzacji i „punktozy”.

Nie będę streszczał całej wiedzy genetycznej, zawartej w książce Siddhartha Mukherjee. Warto samemu sięgnąć. Kończy się najbardziej aktualnymi informacjami i teoriami. A także wskazaniem różnorodnych, możliwych konsekwencji i wykorzystania współczesnej wiedzy genetycznej. „Genetycy i specjaliści id terapii genowej na całym świecie z nowym zapałem badają teraz możliwości zmiany ludzkiego genomu – po części dlatego, że za sprawą nowych technologii znaleźliśmy się w punkcie zwrotnym. Technologie hodowli komórek macierzystych, transferu jądra komórkowego, epigenetycznej manipulacji i edycji DNA sprawiły, że manipulacja genomami i tworzenie transgenicznych ludzi stało się realna perspektywą.” Przyszłość w największym stopniu zależy od jakości społeczeństw. Nie ma potrzeby bać się naukowców i genetyków, jest powód bać się dyktatorów i społeczeństw rządzonych autorytarnie. Ta groźba wraca. W hitlerowskich Niemczech do władzy doszli prymitywni nieucy i wypaczeni ludzie. A jak pisze Stanisław Lem w wielu swoich książkach i opowiadaniach – władza autorytarna jest bez hamulców sprzężenia zwrotnego – zawsze doprowadzi do katastrofy. Lem swoje rozważania opierał o doświadczenia Holokaustu i życia w krajach o ustroju komunistycznym. Jego futurystyczne wizje są bardzo aktualne. Warto i do Lema sięgać.

I na koniec jeszcze jedne cytat z omawianej książki: „Uczeni dzielą i rozdzielają. Ot, nieuchronne ryzyko zawodowe. Rozbijamy świat na części składowe – na geny, atomy, bity – po czym znów składamy go w całość. Nie znamy innych metod. Aby uzyskać sumę elementów, najpierw musimy wszystko rozłożyć.”

Dużo wiedzy przystępnie i intrygująco opowiedzianej. Polecam !

Siddhartha Mukherjee, "Gen - ukryta historia" (przełożył Jan Dzierzgowski), Wyd. Czarne, Wołowiec 2017 r. ISBN 978-83-8049-0

31.07.2018

Sromotny okratek australijski z ogródka

(Fot. Małgorzata Karmasz, lipiec 2018, Kąty Luteckie koło Rzeszowa)
Po raz pierwszy o okratku australijskim usłyszałem mniej więcej 4 lata temu. Gdzieś na forum dyskusyjnym lub na Facebooku. Sam go jeszcze nie spotkałem w dzikiej przyrodzie (o ile w antropocenie jest jeszcze dzika przyroda). Gatunek nowy w naszych ekosystemach. Pochodzi z Australii, w Europie po raz pierwszy stwierdzony we Francji w 1914 roku. Według jednych zarodniki tego grzyba przybyły na butach lub mundurach australijskich żołnierzy, według innych wraz z glebą ogrodniczą (sadzonkami) roślin. W ubarwieniu i kształcie, przypominającym małą ośmiornicę, jest tak charakterystyczny, że nie sposób przejść obok niego obojętnie. Moja koleżanka także zaskoczona była jego obecnością. Spotkała dwa owocniku „U siostry koło domu (…) w Kątach Luteckich koło Rzeszowa” (zdjęcie u góry). Dodajmy zatem i to stanowisko do stwierdzeń z Polski.

Po raz pierwszy zaobserwowano ten gatunek na południu Polski, ale pojawiają się i inne stanowiska, bardziej na północ położone. Wygląda ładnie ale pachnie nieprzyjemnie, przynajmniej dla człowieka. Zapach przypomina padlinę. Doskonale uzupełnia wygląd (krwisty kawałem mięsa, psujący się i rozkładający). Wyglądem i zapachem zwabia muchy, które normalnie odwiedzają padlinę by składać tam jaja (padlina jako siedlisko życia larw i jednocześnie zasoby pokarmowe). Owady dorosłe siadają na okratku i przy okazji zarodniki grzyba przyczepiają się do odnóży czy tułowia. Potem mucha leci dalej i w ten sposób bierze udział w dyspersji okratka. W naszych ekosystemach występują rodzime grzyby, spokrewnione z okrakiem i stosujące podobną strategię. Dość powszechnie znany jest sromotnik bezwstydny (ugruntowany w etnografii jako czarcie jajo).

Okratek – zwany także kwiatowcem australijskim (jednym przypomina ośmiornicę , innym kolorowy kwiat) – jest gatunkiem obcym i łatwym do zaobserwowania. Tych nowych elementów w naszych ekosystemach jest dużo i tylko niektóre wzbudzają większe zainteresowanie (np. rak amerykański, norka amerykańska, barszcz Sosnowskiego), większość jest niedostrzegana (np. wodożytka nowozelandzka). Gatunki obce wzbudzają mieszane uczucia: czy cieszyć się, że powiększają lokalną bioróżnorodność czy raczej martwić, bo zagrażają rodzimym gatunkom (konkurencyjne wypieranie)? Dlaczego się pojawiają w ostatnich latach w tak dużej liczbie gatunków? I jak odróżnić naturalną dyspersję gatunków (zmiany zasięgów występowania) od przyczyn antropogenicznych?

Badania hydrobiologów na rybach i skorupiakach obcych i inwazyjnych (głównie pochodzących ze zlewni Morza Czarnego) wskazują, że pojawiające się gatunki obce ułatwiają wnikanie kolejnych gatunków obcych. Przyspieszają więc przebudowę biocenoz i ekosystemów.

Można się także zastanawiać czy wnikają w „pustkę” po zanikających (wymierających) gatunkach rodzimych czy same konkurencyjnie wypierają nasze, lokalne gatunki. Ekolodzy analizują strategie życiowe, które sprzyjają ekspansji gatunków obcych (np. zdolność do partenogenezy, szeroka walencja ekologiczna itd.). Ja próbuję wpisać w model sukcesji ekologicznej i model wysp ekologicznych (jako przestrzenne odniesienie do sukcesji i heterogenności środowiska). Ekosystemy środowisk stabilnych w tym modelu są odporniejsze na wnikanie gatunków obcych, w przeciwieństwie do ekosystemów środowisk astatycznych i ekosystemów zaburzanych (w tym drugim przypadku dużą rolę spełnia człowiek ze swoją działalnością). Drugim elementem modelu są alternatywne strategie życiowe. Część rezultatów tych rozważań (łącznie z modelami symulacyjnymi) zostały już opublikowana. Ale chyba warto wrócić do tej tematyki i zweryfikować model w oparciu o współczesne dyspersje gatunków obcych. Ot, taki naturalny eksperyment. Z ciekawości świata i zjawisk, które być może udałoby się wykorzystać praktycznie. Z tym, że ciekawość jest głównym motorem poznawczym. Wykorzystanie w praktyce to osobny temat i osobny problem.
(Model wyspy ekologicznej, opracowany na podstawie badań bezkręgowców małych zbiorników astatycznych)

(Model sukcesji, zachodzący w wyspach ekologicznych, z uwzględnieniem naturalnych siedlisk astatycznych i antropogenicznych zaburzeń)

O okratku czytaj także tu:
Ośmiornica w lesie. Czy obcy przybłęda może być u nas gatunkiem chronionym?

30.07.2018

Cztery zdjęcia i nadmierna konsumpcja towarów jednorazowych


Cztery zdjęcia zestawione razem (to samo miasto, ten sam czas) nabierają symbolicznej wymowy. Wszystkie odnoszę do konsumpcji. Ulica przemawia sama sobą. Tym razem mało słów - niech obrazy nieprecyzyjnie aczkolwiek symbolicznie przemawiają, do wyobraźni.


Przepełniające się śmietniki. widok codzienny (dodać można do tego zaśmiecone plaże, lasy i jeziora). Raz z powodu naszej nadmiernej konsumpcji, zwłaszcza towarów jednorazowych. Dwa z naszej niedbałości, bo gdyby zgnieść butelki i puszki, toby się zmieściło. Nadmierna konsumpcja to niedbałość o środowisko i świat przyszłych pokoleń.


Bezmyślna produkcja śmieci. Śniadanie w hotelu, w nazwie ma "apartmnets". Styropianowa i jednorazowa tandeta, przynoszona do pokoju. Nadęcie wielkoświatowe.... Ani ładne ani przyjazne dla klienta. A przede wszystkim niepotrzebna produkcja odpadów. O wiele bardziej przyjazne dla klienta jak i środowiska byłoby podanie śniadania na tacy (jeśli nie ma osobnego pomieszczenia na śniadania dla gości), kawa w filiżance lub kubku, wiktuały na półmisku, cukier w cukiernicy, itd. Przenoszenie wzorców ulicznych do pomieszczeń, zupełnie bez sensu i gustu. Oddaje konsumpcyjny i jednorazowy charakter naszej współczesności.


A równocześnie są ludzie nie mający wiele, w tym dachu nad głową...  Tuż obok
Zaśmiecone ulice, zaśmiecone dusze. Umieć się podzielić, np. środowiskiem i to z ludźmi będącymi daleko. Lub tymi, którzy się w przyszłości dopiero urodzą...

Spróbuj to dostrzec wokół siebie, w każdym miejscu, w każdym czasie. Przecież można inaczej i jest to bardzo proste. No, może nie wszystko...

28.07.2018

Po co jest uniwersytet?


Nie tylko w kontekście najnowszej ustawy o szkolnictwie wyższym warto zadać sobie pytanie "Po co nam są potrzebne uniwersytety?" Odnoszę wrażenie, że duża część dyskusji o reformach w nauce i edukacji, także na poziomie wyższym, sprowadza się do namiętnego omawiania szczegółowych rozwiązań, ale bez pytania o cel i sens. Na tytułowe pytanie można udzielić z grubsza trzech różnych odpowiedzi.

1. Uniwersytety są dla prestiżu (narodowego, regionalnego, lokalnego). Niczym duma z klubu piłkarskiego lub drużyny na mistrzostwach w dowolnej dyscyplinie sportowej. Inwestujemy w zawodników by zdobywać puchary (a nie po to, by rozwijać zainteresowanie sportem jako zdrowym stylem życia). Przynajmniej część powodów konieczności reformowania uniwersytetów wynika z faktu, że brakuje polskich uczelni wśród najlepszych, np. wymienionych w rankingu "listy szanghajskiej". Co zrobić, by szybko jakieś polskie uniwersytety znalazły się przynajmniej w pierwszej setce? Był na przykład pomysł by wybrać z Polskiej Akademii Nauk najlepsze instytuty i zrobić jeden nowy uniwersytet (faktycznie rozproszony i działający "na papierze"). Z nadzieją, że znajdzie się wysoko w rankingu. Albo wybrać z polskich uniwersytetów (ze wszystkich miast) najlepszych naukowców i z nich otworzyć  flagowy uniwersytet (przesiedlić ludzi czy stworzyć tylko "księgowa fikcję"?). To tylko kilka pomysłów. Obecna reforma też chce w tym kierunku zmierzać - jako główny cel stawia sobie "podniesienie jakości nauki".... uwidocznionej w rankingach. Czy od takiego szybszego mieszania herbata stanie się rzeczywiście słodsza? Wątpliwe, to tylko "kreatywna księgowość" by to samo inaczej pozestawiać, by dostosować się do wymogów rankingu. Rankingi się jednak zmieniają (zatem za lat kilkanaście taka dostosowawcza struktura będzie nieadekwatna).... Jeśli jednak uznać, że uniwersytety są jak drużyna piłkarska - mają przynosić dumę i wysoką pozycję w rankingu - to działania te są sensowne i dostosowane do celu. Przecież wystarczą dwa-trzy....

2. Uniwersytety kształcą zawodowo. Czyli są kolejnymi szkołami zawodowymi, mającymi przygotować kadry dla gospodarki. I takie trendy też się w dyskusji o szkolnictwie wyższym dostrzega. Nie tylko w odniesieniu do politechnik, szkół medycznych ale i uniwersytetów. Wielokrotnie można usłyszeć argumenty, że uczelnie - zwłaszcza humanistyczne - kształcą bezrobotnych. Tyle tylko, że statystyki pokazują zupełnie inny obraz. Wśród absolwentów uczeni wyższych jest mniej bezrobotnych niż wśród absolwentów zawodówek. Zatem wbrew obiegowym opiniom uniwersytety nie są fabrykami bezrobotnych (nawet humanistów), to typowe szkoły zawodowe w większym stopniu kształcą bezrobotnych. Wynika to chyba ze specyfiki współczesnego rynku pracy - szybkiego postępu, konieczności częstego douczania się i dostosowywania, znaczenia kreatywności we współczesnej gospodarce. Najbardziej pożądaną kompetencją zawodową współczesności jest kreatywność, zdolność do myślenia refleksyjnego, zdolność do uczenia się i pracy w zróżnicowanym kulturowo i zawodowo zespole.  W kategoriach indywidualnych uniwersytety i szkoły wyższe są przedłużeniem młodości, przedłużeniem poszukiwania sensu i jakości życia, zdobywania kontaktów i rozwoju osobistego. System boloński i możliwość studiowania nawet po jednym semestrze na innych uczelniach (np. program MOST oraz ERASMUS) pozwala studentom poznawać świat i ludzi. Jeśli uznać ten cel za ważny to uniwersytety powinny być blisko społeczności lokalnych. Raz, że łatwiej i taniej studiować blisko domu i w miastach tańszych niż Warszawa, dwa, że istotny jest transfer wiedzy do społeczności lokalnych.

3. Uniwersytety podnoszą jakość życia. Zatem są dla rozwoju społeczeństwa w szerokim słowa tego znaczeniu. Służą rozwojowi kapitału ludzkiego, służą rozwojowi społeczności lokalnych, wspomagają transfer wiedzy i idei i oddziałują społecznie. Są jak źródło, które poi zwierzynę z doliny (a więc z bliskiej okolicy). Lub jak drzewa dające cień w upalny dzień. Co nam z wielkiego, prestiżowego drzewa gdy jest ono dalekie i niedostępne (umrzemy, zanim dojdziemy i schronimy się w jego cieniu)? Jeśli uznać ten cel za ważny, to inaczej trzeba mierzyć efektywność działania polskiego uniwersytetu. Tak jak z futbolem - albo nastawiamy się na pucharową reprezentację albo na powszechność sportu wśród społeczności lokalnych. To pierwsze mierzyć możemy wygranymi mistrozstwami, to drugie jakosć zdrowia i liczba osób uprawiających amatorsko sport. Oczywiście jedno z drugim jest powiązane. Ale różne są priorytety. Jeśli nastawimy się na uniwersytety podnoszące jakość życia, to nie będzie presji na szybkie rankingowe rezultaty i nie będzie pokusy na "kreatywną księgowość". Uznania i jakości międzynarodowej i tak się doczekamy, bo wynikać będzie z powolnego i autentycznego rozwoju, niejako przy okazji. To tak jak w szkole jest uczenie się dla ocen i dla siebie samego (są oceny, ale każda z postaw inaczej odnosi się do tych ocen). Z pozoru niewielkie różnice ale w perspektywie długofalowej jakość tych strategii jest widoczna. Bardzo widoczna.

Do tej trzeciej odpowiedzi odnosi się zamieszczone wyżej zdjęcie. Zwykłe życie bez wodotrysków, kamer i rankingowych gali.

Zapewne można postawić jeszcze i inne odpowiedzi na tytułowe pytanie. Ale nawet jeśli zatrzymamy się na tych trzech, wyżej wymienionych, to zapewne wszystkie są istotne. Różnica dotyczy jedynie proporcji i priorytetów.

Brakuje nam szerokiej dyskusji nie tylko w odniesieniu do uniwersytetów i nauki, ale i do edukacji w szerokim słowa tego znaczeniu i wszystkich jej poziomów. Szeroki dialog to możliwość wypracowania dobrych i trwałych wzorców. Obecnie raczej mamy autorytarnie narzucane i efemeryczne rozwiązania. Że niby oświecony absolutyzm jest sprawniejszy i lepszy (bo szybko są rozwiązania)? Moje zdanie jest odmienne. Dyskusja prawdziwa (a nie pozorowana) potrzebna jest nie tylko do wypracowania mądrości zbiorowej (uznaję konektywizm za podstawę tworzenia wiedzy) ale i do przekonania do wspólnej wizji jak najszerszych kręgów społecznych, nie tylko uniwersyteckich. Dialog jako sposób dochodzenia do prawdy (do tego sprowadza się wszak nauka) oraz dialog jako sposób przekonywania, a nie narzucania.

Dyskusja wymaga czasu i cierpliwości.