30.12.2019

Homo sapiens w Muzeum Narodowym czyli o komunikacji i nieporozumieniach w sposobie zapisu



Niedawno odwiedziłem Warszawę i wybrałem się z żoną do Muzeum Narodowego. Dużo do oglądania, jeden raz nie wystarczy. Tym bardziej, że akurat były bardzo ciekawe wystawy czasowe. Tradycyjnie dużo zdjęć narobiłem licząc, że się przydadzą na blogu lub do wykładów. W dziełach mistrzów wypatrzyłem kilka ważek i innych owadów. No cóż, takie zawodowe skrzywienie i ukierunkowana uwaga.

Była też łyżka dziegciu. Dwujęzyczne wprowadzenie do wystawy ze sztuką koreańską (na ilustracji wyżej). Błąd ortograficzny czyli źle zapisana nazwa naukowa rodzaju Homo. Z małej litery (czy małą literą?). Niestety jest to coraz częściej spotykany błąd nawet w książkach naukowych, tych humanistyczno-historycznych. Świadczy to o coraz większym oderwaniu od przyrody i nauk przyrodniczych, a przynajmniej w ich klasycznym wydaniu. Oburzać się czy machnąć ręką? Przecież zapis ma znaczenie przede wszystkim komunikacyjne. Żeby takie błędy pojawiały się w Muzeum Narodowym? Wiele osób to ogląda i utrwala sobie błędną pisownię. Przecież ma znaczenie czy zapiszemy jeży lub Jerzy, może lub morze (dawniej chróściki obecnie chruściki, czyli zmiany ortograficzne w czasie). Gdy zapiszemy homo faber to inaczej odczytamy tę nazwę. Nie jako kolejną nazwę gatunku człowieka lecz jako określenie społeczne czy kulturowe.

Jedna litera a tak wiele zmienia. W odczytaniu treści. Zupełnie jak ze zmianami nukleotydów w DNA - małe, pozornie bez znaczenia zmiany w kolejności a czasem skutkujące sporymi znaniami rozwojowymi lub ewolucyjnymi. A może na język też trzeba spojrzeć ewolucyjnie i zamiast kolejny raz się oburzać spróbować zrozumieć zjawisko?

Język dla ludzi stanowi nie tylko formę komunikacji ale także identyfikację swój-obcy. Nieustannie się zmienia w różnych grupach, plemionach, itd. Po słowach, akcencie czy gramatyce możemy odróżnić swoich od obcych. Taka ewolucyjna wieża Babel, która skutkuje pomieszaniem języków i utrudnia komunikację.

Także w biologii dużo się zmienia. Punkt zainteresowania przenosi się na biologię molekularną a klasyczne już nazwy gatunkowe i poprawność ich zapisu przesuwane są na margines. Drażnią mnie błędy w zapisie nazw gatunkowych ale sam jednocześnie wielu innych zasad w komunikacji nie rozumiem i słabo się w nich poruszam (czyli w konsekwencji popełniam błędy). Nie tylko mam na myśli języki obce ale i inne działy biologii. W rozrastającej się liczebnie ludzkości aktywnych mózgów jest coraz więcej. I aktywnie tworzących nowe treści naukowców także. Nie sposób nadążyć za ewolucją wiedzy i języka. Współpracujemy i funkcjonujemy w coraz większych społecznościach i przebywamy w coraz większych zasobach słów, pojęć, znaczeń. Sztuczna inteligencja i mobilny internet jest nam coraz bardziej potrzebny. Trzeba się tylko nauczyć z tej protezowej pomocy korzystać. Nie tylko w postaci translatorów, tłumaczących z i na inne języki, ale także z innych dziecin życia. Bo czy przez błędne zapisanie nazwy rodzajowej człowieka (Homo) utrudni się zrozumienie treści zwiedzającym wystawę ludziom? Z kontekstu wywnioskują, że chodzi o gatunek biologiczny, a bardziej dociekliwi może skojarzą, że 700 tys. lat p.n.e. to musiał być Homo erectus, Znacznie później pojawił się Homo sapiens a być może byli także i Denisowianie, których dziedzictwo zachowało się jedynie w genomach Azjatów. Tak, krótka i wstępna informacja, wprowadzająca w tematykę wystawy, jest tylko początkiem przygody poznawania. Oglądając eksponaty można ograniczyć się do odczytania etykiet (czasem wysłuchania krótkich opowieści audio). Ale można uruchomić swój telefon komórkowy i doczytać niejasne kwestie, zrobić zdjęcia by potem szukać w książkach i zasobach internetowych.

Wróćmy do nazw. Pierwsze nazwy gatunkowe zapisywano jako zwyczajowe. Przy nagromadzeniu się poznanych i komentowanych roślin i zwierząt z różnych regionów pojawiły się wątpliwości czy chodzi o te same gatunki. Gdy liczba obiektów, w wyniku rozwoju nauki, zwiększyła się znacząco, to pojawiła się potrzeba systematyzacji, nadania reguł. Takim działaniem był Linneuszowski system klasyfikacji gatunków: nazwa dwuczłonowa, łacińska (bo wtedy łacina była językiem uniwersalnym, naukowym), nazwa rodzajowa z dużej litery, kursywą (italiki czyli pismo pochyłe, miało to oczywiście swoje uzasadnienie historyczne, związane z rozwoje pisma i druku). Pojawił się kodeks czyli ściśle opisane zasady zapisywania i nadawania nazw gatunkowych. A jeśli jest kodeks-wzornik, to łatwo pilnować przestrzegania reguł i poprawiać błędy-odstępstwa. Łatwiej o jednoznaczny przekaz komunikacyjny.

W pełnej nazwie gatunkowej pojawia się także nazwisko lub skrót nazwiska i rok opisania. Na przykład polska, zwyczajowa nazwa to chruścik wielki a naukowa to Phryganea grandis Linnaeus, 1758, w skrócie Phryganea grandis L. Inny przykład: Plectrocnemia conspersa (Curtis, 1834) - co znaczy, że gatunek opisał Curtis w 1834 ale nawias wskazuje, że w wyniku rewizji zmieniono nazwę rodzajową (Curtis opisał tego chruścika pod nazwą  Philopotamus conspersa). Dzięki tym przejrzystym i powszechnie zaakceptowanym nazwom można bez problemu ustalić właściwą nazwę gatunkową (nawet jeśli pojawia się w starszych pracach i w postaci synonimów naukowych).

Nowe gatunki dalej się opisuje czyli wprowadza nowe nazwy do języka nauki. Ale w wyniku dynamicznego rozwoju biochemii i biologii molekularnej opisuje się coraz więcej genów, białek, enzymów, transktyptomów. I w tym właśnie świecie czuję się nieco bezradny. Pierwsze nazwy związku organicznych powstawały spontanicznie, były dłuższymi opisami, czasem skracanymi do powszechnie zrozumiałych skrótów czy akronimów (ATP, DNA).  Pojawiają się chyba już jakieś zasady, których jeszcze nie rozumiem. Wyłapuję z kontekstu.

Jeśli się nie mylę to geny (ich nazwy) zapisujemy małymi literami i kursywą (choć są i wyjątki, które biorą się z już istniejącego zapisu np. ATP (Adenozyno-5′-trifosforan) literami, czyli geny  ATP6, ATP8. Natomiast białka, kodowane przez te geny, zapisujemy dużymi literami i pismem zwykłym. Czyli takie samo słowo lub ciąg znaków zapisany bądź kursywą bądź dużymi literami będzie co innego znaczyło. Tak samo jak homo i Homo.  Aczkolwiek enzymy mają swoją klasyfikację - jeśli się nie mylę zapisywane są z dużej litery i kursywą, ale są i wyjątki. Ja się w tym jeszcze nie bardzo orientuję. Kilka innych, bardziej oczywistych przykładów: gen Igf2, gen tra ale biało TRA,  białko 273R,  gen  273R, gen sxl, kodujący (w uproszczeniu) białko SXL, dsx to gen, DSX to białko, slo i  Slo (powinno być SLO?). W podręcznikach które właśnie przeglądałem (by się nieco dokształcić) najczęściej występuje słowo posiłkowe, ujednoznaczniające: gen, biało, enzym; enzym Cas9 ale gen CXCR4, gen HTT, gen CCR5 i białko CCR5. I kilka enzymów dla przykładu (andonukleazy), fragment pisany kursywą, końcówka już nie: AluI, BamHI, EcoRI. Być może potrzeba nowego Linneusza by tę różnorodność ujednolicić i jakoś sklasyfikować. A może jest już to skodyfikowane tylko ja jestem z innego "plemienia" i potrzebuję dobrego "translatora-objaśniacza"?

Oburzam się na błędnie zapisane nazwy gatunkowe ale sam nie potrafię poprawie zapisywać pojęć i słów z innych obszarów wiedzy. Czy w coraz bardziej rozrastającym się świecie pojęć i znaczeń jesteśmy bezradni? Jakie kompetencje są potrzebne by sprawnie się w takim świecie poruszać? Czy więcej wkuwać na pamięć czy raczej uczyć się korzystania z dostępnych narzędzi i umiejętnie pytać innych ludzi? Nikt nie wie wszystkiego ale każdy wie coś.

Pora więc przestać pałać świętym oburzeniem (podkreślać, że zauważyłem jakiś błąd czyli zaznaczać, że coś więcej wiem niż inna osoba) a skupić się na poznawaniu i dociekaniu. Przecież fascynującą właściwością ludzkiego mózgu jest odczytywanie właściwego sensu mimo braków, niedokładności i błędów. Podobnie jest chyba na poziomie odczytywania informacji genetycznej.

(źródło: https://www.crazynauka.pl/tekst-z-poprzestawianymi-literami/)

29.12.2019

Mój portret - nie tylko dydaktyczny

(Z Autorką portretu Teresą Kosman. Wernisaż wystawy Grupy A*R*T. 
Fot. Halina Ławczyńska, zdjęcie z serwisu Olsztyn24)
Naukowiec ma różne obiekty badawcze. Moimi są przede wszystkim owady, w szczególności chruściki (Trichoptera). W przypadku poszukiwań dydaktycznych obiektem badawczym, swoistym "królikiem doświadczalnym", są także studenci. Czasem jednak zdarza się, że to ja jestem obiektem badawczym. O dwóch takich przypadkach chcę teraz opowiedzieć.

Pierwszy to mój portret, namalowany przez Teresę Kosman. W młodości, gdy zaczynałem malować farbami olejnymi, próbowałem malować także i portrety. Słabo mi to wychodziło. Potem wielokrotnie rysowałem owady i inne bezkręgowce - piórkiem lub rapidografem (ilustracje do publikacji lub opracowań dydaktycznych). Rysowanie czy malowanie wymaga głębszego poznania obiektu "portretowanego".  Znajomość anatomii i morfologii znacząco ułatwia graficzne odwzorowanie. Uchwycenia istoty, kwintesencji obiektu. Do portretu nigdy nie pozowałem. Tylko do zdjęć u fotografa, robionych do dyplomów czy paszportu. Pani Teresa malowała mój portret w ukryciu i tajemnicy (to miała być niespodzianka). Miała więc zadanie znacznie trudniejsze. Byłem dla niej kolejnym obiektem badawczym. Bo okazuje się, że malowanie portretu to swoiste wyzwanie - poznać obiekt, rozwiązać ileś tam problemów malarskich.

Pani Teresa Kosman jest emerytowanym nauczycielem akademickim z Wydziału Nauk Społecznych UWM, maluje od 2009 r. próbując różnych technik malarskich i podejmując się różnej tematyki. Od 2012 r. główną jej pasją stały się portrety. Maluje w oleju i akrylu portrety rodzinne, przyjaciół i znajomych, malowane z miłości, przyjaźni i szacunku. Doświadcza radości i satysfakcji, kiedy portret ukończy a osoba sportretowana jest zadowolona. Ja byłem i zaskoczony i zadowolony. A podobieństwo pierwsza przetestowała sztuczna inteligencja z Facebooka, gdy Pani Teresa chciała w tajemnicy pokazać zdjęcie znajomym - FB szybko sam oznaczył poprawnie zdjęcie. Oryginały wszystkich portretów namalowanych przez nią zostały zaprezentowane w 2019 r. na majowej wystawie pt. „Portrety”. Podczas uroczystego otwarcia tej wystawy w dniu 7 maja 2019 r. otrzymała od Prezydenta Olsztyna Piotra Grzymowicza list gratulacyjny z wyrazami uznania za rozwijanie pasji malarskiej i doskonalenie sztuki plastycznej. Dwa ostatnio namalowane portrety (w tym jeden mnie ilustrujący) przedstawiła na październikowej wystawie Grupy A*R*t w Bibliotece Uniwersyteckiej UWM w Olsztynie.

Drugim przykładem, o którym piszę, to praca badawcza i monografia dr Zofii Okraj pt. "Bez szablonu. Twórcza praca dydaktyczna w doświadczeniach nauczycieli akademickich", wydana w Warszawie w 2019 roku przez Difin SA. Znalazłem się w bardzo szacownym gronie "obiektów badawczych". Część, dotyczącą moich poszukiwań i eksperymentów dydaktycznych, znalazła się w rozdziale 4.5 Pasja poszukiwania i odkrywania oraz eksperymentowanie z różnymi metodami i myśleniem wizualnym w "nauczeństwie" dr hab. Stanisława Czachorowskiego (strony; 224-248). Wyjątkowa okazja spojrzeć na siebie z boku, oczami innych osób i to w kontekście badawczym.

Już w czasie wywiadu miałem okazję spojrzeć na siebie retrospektywnie. A w zasadzie na działania edukacyjne i zastanawianie się nad przyczynami i powiązaniami różnych elementów. Co z czego mogło wynikać. Teraz mogę w bardziej usystematyzowany sposób przyjrzeć się swoim poszukiwaniom dydaktycznym.

Moją uwagę zwróciła rycina 21. "Wyróżniki indywidualnego warsztatu pracy dydaktycznej" w usystematyzowany sposób przedstawiająca mój edukacyjny portret. Cóż badaczka dostrzegła?

  • Neologizmy
  • Refleksyjność
  • Ocena opisowa
  • Wykorzystanie różnych form myślenia i notowania wizualnego
  • Różnorodność stosowanych rozwiązań jako antidotum wobec nudy odczuwanej na zajęciach dydaktycznych
  • Wykorzystywanie nowinek technologicznych
  • Poszukiwanie różnych i skutecznych kanałów komunikacji ze studentami
  • Prowadzenie zajęć poza salą wykładową (parki, trawniki)
  • Kształcenie poprzez odkrywanie
  • Wspólnota nauczanych i uczących się
  • Upodobnienie procesu kształcenia do działań "koła naukowego dla wszystkich". 

Niezwykle frapująco jest spojrzeć na siebie z perspektywy obiektu badawczego, sportretowanego przez inną osobę, innego badacza.

28.12.2019

Butelkowe wołanie o pomoc

(Butelki z jesiennej wystawy Grupy A*R*T, Biblioteka Uniwersytecka, 2019)

Rozbitek, szukający ratunku, pisze na kartce wiadomość, zamyka ją w butelce i rzuca w morze. Liczy, że jego przekaz, jego wołanie trafi w końcu w czyjeś ręce a przekaz zostanie odkodowany i zrozumiany. I że przybędzie ktoś na ratunek. Ja butelki maluję i w taki sposób tworzę przekaz. Maluję świat przyrody, który znika. Potem butelki pokazuję na wystawach, rozdaję ludziom lub przeznaczam na aukcje charytatywne. I liczę, że zakodowany przekaz trafi na mądry, podatny grunt. Że ktoś to odczyta... Liczę na ratunek dla Homo sapiens i dla Ziemi.

Pracujemy coraz więcej i wydajniej by kupować i konsumować coraz więcej. W rezultacie jesteśmy przemęczeni i wypaleni zawodowo a Ziemia zasypana jest śmieciami. Arteterapia czyli terapia sztuką pomaga człowiekowi a jeśli połączona jest z recyklingiem i upcyklingiem to pomaga Ziemi. Czyli również nam samym, daje nam przyszłość bez katastrofy ekologicznej. Bo jeśli nie zadziałamy i przyjdzie prognozowana katastrofa, związana z przegrzaniem klimatu, to nie będziemy mieli przyszłości. Zwłaszcza młode pokolenie. My starzy, swoje przeżyliśmy. A ja miałem szczęść żyć w spokojnych i dostatnich czasach.

Aktywnie odpoczywam przy sztuce, w czasie tworzenia, w czasie malowania rzeczy pozornie niepotrzebnych, wyrzuconych. Często maluję z innymi w przestrzeni publicznej, w parku, na uczelni, na ulicy, w czasie pikniku edukacyjnego. Jest to ukryty, społeczny wymiar sztuki. Tworzyć i być artystą amatorem może być każdy – bo można tworzyć dla siebie a nie jako aktywność zawodowa i zarobkowa. Rękodzieło jest niepowtarzalne i unikalne, Wymaga tylko czasu i wysiłku. Tylko i aż tyle. Bo w epoce nieustannego pospiechu czas jest deficytowy. Nawet czas dla siebie, dla Ziemi.

Od wielu lat zbieram stare butelki i słoiki i poprzez malowanie zebranym "śmieciom" nadaję nową wartość. Jest to filozoficzny podtekst nadawania rzeczom zbędnym, także i ludziom wykluczonym, spisanym na straty, zapomnianym, nowej ważności i wartości. Recykling rzeczy i znaczeń to promocja postaw przyjaznych środowisku i ludziom.Taki styl życia nazwałbym ekologizmem, uznaniem wspólnotowości Homo sapiens i wspólnotowości (systemowej złożoności) życia na Ziemi.

Malowanie butelek jest jak nauka – ma służyć ulepszaniu świata. Jest jak chasydzka przypowieść, by za pomocą drobiazgu, jaką jest przywrócona do życia butelka, polny kamień czy stara dachówka, opowiedzieć o rzeczach ważnych i większych - za pomocą części pokazać całość. Wzajemne relacji i uwarunkowania odległych z pozoru rzeczy. Opowiedzieć o efekcie motyla i o współodpowiedzialności. Jest to nieustająca opowiedzieć o wspólnotowych potrzebach człowieka, opowiedzieć o różnorodności biologicznej nas otaczającej, i o tym że w wyniku naszej nadmiernej konsumpcji zagrożona jest wyginięciem. My sami i otaczający nas świat. A jeśli ktoś potrzebuje i takiego sformułowania wprost to proszę bardzo:- szanować i chronić dzieło Boże, świat nas otaczający.

Malowanie odstresowuje i jest formą auto-arteterapii. Wymaga wytrwałości i cierpliwości, wymaga zwolnienia i daje czas oraz warunku do refleksji. Być może buduje uważność (tego słowa nie ma jeszcze w moim słowniku Google, najwyższa pora by się pojawiło). Ja często maluję w przestrzeni publicznej i razem z innymi ludźmi. Wypalenie zawodowe, związane jest z przeciążeniem emocjonalnym i fizycznym, powodowane jest bezpośrednio przez stres, występujący w miejscu pracy i wynikający z szybkiego tempa życia, wyścigu szczurów i budowaniu pozycji społecznej przez coraz większą konsumpcję. Doświadcza tego coraz większa liczba osób. Doświadczam i ja.

Uprawianie sztuki bez oceniania i krytykowania przyczynia się do relaksacji i odprężenia. Z kolei wyciszenie sprzyja kreatywnemu myśleniu, rozwojowi osobowości, wzmaga pozytywne emocje, wiarę we własne siły. I jak już wspomniałem sprzyja refleksji. Podnosi samoocenę a tym samym przeciwdziała wypaleniu zawodowemu. W czasie malowania rzeczy zbędnych i wyrzuconych można zrozumieć potrzebę posiadania czasu dla siebie (głównie na realizację projektów nie związanych z pracą zawodową). W czasie tworzenia już po kilkudziesięciu minutach eliminowane są negatywne emocje (stres, irytacja), towarzyszące na co dzień, pobudzana jest kreatywności, rozwijana jest wyobraźnia i logiczne myślenia. Fizjolodzy wspominają o redukcji hormonów stresu. W pewnym sensie arteterapia jest to inwestycja zawodowa, ważna dla nauczyciela, naukowca. Chyba dla każdego.

Rozbitek na samotnej wyspie, jeśli chce przekazać informację, wkłada list do butelki i rzuca do wody. Może ta butelka z ważnym przekazem do kogoś dotrze? Jest wołaniem o ratunek. W tym przypadku jest to wołanie o ratunek dla Ziemi i dla nas: apel o ograniczenie zużywania surowców, ograniczenie liczby odpadów. Apel o ograniczenie emisji gazów cieplarnianych i spalania węgla pod najróżniejszą postacią.

Maluję po to, żeby te butelki nie trafiły na śmietnik. By były powtórnie wykorzystane, obdarowuję nimi przyjaciół, znajomych lub czyniących dobro ludzi. Na butelkach widnieją różne gatunki roślin, grzybów i zwierząt, występujących u nas. Jest to też prośba o ratunek dla różnorodności biologicznej, bo te gatunki również są zagrożone. Malowane butelki to opowieść o lokalnej przyrodzie utrwalona na szkle użytkowym.

W styczniu moje butelki pojawią się na wystawie w Bibliotece Wojewódzkiej na Starym Mieście. Jeszcze jedna okazja do opowieści i wołania na puszczy (by te puszcze ocalić). Biblioteki stają się coraz bardziej miejscem spotkać ludzi z ludźmi, nie tylko poprzez książkowy papier ale i poprzez relacje bezpośrednie. Miejsce integracji i spotkań społecznych. Czy trafiające tu butelki z ukrytym przekazem zostaną odszyfrowane i odczytane? Głęboko na to liczę.

Zakochany jestem w prowincji i lokalnej kulturze. Pociąga mnie szeroko folkloryzm. Malowanie i rysowanie zacząłem już w szkole średniej. Od ponad kilkunastu lat maluję butelki. Tematyką prac jest bioróżnorodność czyli przyroda Warmii i Mazur, w szczególności owady i zioła. Jest to próba uchwycenia dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego regionu. Wiedza jest bogactwem i dobrem ogólnym, które jest warunkiem rozwoju cywilizacji i do którego prawo ma każdy. Tak jak do wody i powietrza. Nie można więc zamykać i ograniczać dostępu do wiedzy. Podobnie jest ze sztuką. Nauka i sztuka zachwyca się światem, każda na swój sposób i w odmiennej formie. W otaczającej rzeczywistości przyrodniczej dostrzegam nie tylko zależności przyczynowo-skutkowe, prawidłowości i obiekty badawcze, ale także piękno. Nauka jest ważną częścią kultury. Wyjaśnianie złożonej rzeczywistości wymaga wytrwałości. Malowanie na szkle lub starych dachówkach także. Ludzie dzielą się wiedzą (ale i sztuką, miłością) nie tylko ze względu na korzyści finansowe, lecz coraz częściej po to, żeby uczynić świat miejscem lepszym do życia. Swoisty trend dzielenia się (ang. sharing economy/collaborative consumption – ekonomia dzielenia się) obserwowany jest zarówno w sieci (zwłaszcza w mediach społecznościowych czy dziennikarstwie obywatelskim), jak i w świecie realnym (np. bookcrossing, jadłodzielnie itd.). Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki: jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji, spostrzeżeń, wyników badań.

Rozdaję swoje butelki ludziom i instytucjom by przeciwdziałać wykluczeniu i rozmyślać nad nowym urządzeniem cywilizacji, nową odpowiedzią jak żyć. Na co dzień. Sztuka jest polem działania dla intuicji. Nauka jest polem działania racjonalności. Malujący naukowiec to negocjacje tych dwóch światów. W wymiarze osobistym malowanie jest dla mnie relaksem i terapią, jest wyjściem z wąskich ram życia zawodowego. Moje malowane butelki, słoiki, dachówki i kamienie ozdabiają wiele kawiarni i restauracji Olsztyna, regionu oraz powędrowały do wielu zakątków Polski, Europy i świata. Najdalej zawędrowały do Japonii i Nowej Zelandii.

Ty tez możesz malować, też możesz zmieniać świat na lepsze. To nie jest trudne. Maluj stare butelki i wytwarzaj mniej odpadów. A można to osiągnąć na bardzo różne sposoby. Na początek wystarczy pomyśleć i spojrzeć na świat jako zintegrowaną wspólnotową całość.

Więcej na e-portfolio: http://czachorowski1963.blogspot.com/ oraz na blogu https://gadajacedachowki.blogspot.com/

27.12.2019

Podstawy biologii komórki, cz. 1 i cz. 2.


Teoria komórkowa jest jednym z filarów biologii. Komórka - "mały, wypełniony cząsteczkami woreczek - zdolna do samopowielania stanowi powystawową jednostkę budulcową życia". Dla istot jednokomórkowych jest jednocześnie całym organizmem. "By zrozumieć siebie, [bo ludzie jako organizmy wielokomórkowe są zbudowani z komórek] a także świat, którego jesteśmy częścią, powinniśmy coś wiedzieć o życiu komórek. Wyposażeni w taką wiedzę będziemy - jako obywatele i osoby zarządzające globalnym społeczeństwem - lepiej przygotowani do podejmowania opartych na wiedzy decyzji dotyczących spraw coraz bardziej wyrafinowanych, od zmian klimatu i bezpieczeństwa żywnościowego, do technologii biomedycznych i pojawiających się zagrożeń epidemicznych." Tak w przedmowie do najnowszego wydania piszą autorzy. Komórki odkryto już dawno. Ciągle jeszcze jednak nauka znajduje nowe fakty, nowe informacje i nowe ujęcia teoretyczne. A poznając szczegóły możemy zrozumieć całość.

Dwutomowe wydanie Podstaw biologii komórki, w miękkiej oprawie, jest dobrze przygotowanym podręcznikiem zarówno dla studentów (biologii, biotechnologii, bioinformatyki, medycyny i różnych działów nauk o zdrowiu oraz nauk rolniczych) jak i dla nauczycieli oraz ambitnych licealistów. Polecam także pracownikom nauki, bo warto zajrzeć i zobaczyć co w innych działach biologii odkryto i uporządkowano w ostatnich latach. Dużo kolorowych schematów, wytłuszczenia ważniejszych terminów i pojęć, pytania kontrolne (umieszczone na marginesach oraz na końcu każdego rozdziału), streszczenia rozdziałów czynią tę pozycję wygodnym podrzędnikiem do nauki biologii, a w szczególności biologii komórki. Dla ułatwienia odpowiedzi na wszystkie pytania zamieszczone są na końcu podręcznika. Poza klasycznymi zagadnieniami w piątym wydaniu zawarte zostały nowe techniki, które pozwalają badać komórki i ich składniki z nieosiągalną jeszcze do niedawna precyzją (np. mikroskopia fluorescencyjna, mikroskopia krioeletronowa, najnowsze metody sekwencjonowania DNA i edycji genów). Autorzy omawiają nowe koncepcje dotyczące tego, jak komórki organizują i wspierają reakcje chemiczne, dzięki którym możliwe jest życie. Nie zabrakło także przeglądu najnowszych odkryć dotyczących genetyki człowieka. To co mnie szczególnie zachęca to rozważania w jaki sposób powstały komórki na Ziemi. A potem, w toku długotrwałej ewolucji, życie zawarte w komórkach zasiedliło każdą dostępną przestrzeń "od kominów hydrotermalnych na dnie oceanu po zmrożone szczyty gór - by w ten sposób przekształcić cale środowisko naszej planety." Jako miłośnika literatury faktu pociąga mnie odkrywanie "Jak to jest możliwe, że miliardy komórkę współdziałają ze sobą tak harmonijnie i tworzą duże organizmy wielokomórkowe, takie jak my sami?". Fakt, może jestem trochę niszowym czytelnikiem, który podręczniki do biologii czyta dla przyjemności. Polecam i innym. Warto nieprzymuszonym wracać do tematów znanych (?) ze szkoły czy studiów. W biologii na prawdę dużo się zmieniło. Odkryto ogromnie dużo i sformułowano wiele nowych teorii. Przydatne to będzie zwłaszcza filozofom.

Podstawy biologii komórki, część 1. i 2., Autorzy: Bruce Alberts, Karen Hopkin, Aleksander Johnson, David Morgan, Martins Raff, Keith Roberts, Peter Walter (przekład zbiorowy pod redakcją Hanny Kmity i Przemysława Wojtaszka), PWN 2019 (wydanie trzecie w Polsce, a piąte w ogóle).

Tych, których interesują ludzie i historie postępu naukowego, zainteresują fragmenty dotyczące odkryć naukowych, zawarte w każdym rozdziale w panelu pt. "Skąd to wiemy". Opisane są tam odkrycia, które po raz pierwszy pokazały, jak komórki przekształcają energię, zgromadzoną w pożywieniu oraz prezentują informacje "o doświadczeniach i ich planowaniu prac oraz pokazują, w jaki sposób biolodzy radzą sobie z ważnymi pytania, a także jak uzyskane wyniki doświadczeń kształtują przyszłe idee." Podręcznik uzupełnia ponad 160 filmów wideo, animacji, struktur cząsteczek i mikrofotografii, dostępnych on-line. Ten dodatkowy material przydatny będzie nie tylko w czasie samodzielnego studiowania złożonych i ważnych koncepcji, ale będzie także przydatny nauczycielom. Dla nich przygotowane zostały materiały dodatkowe, umieszczone na stronie wwnorton.com/instructors. W propozycji jest narzędzie oceniające on line (Smartwork5), interaktywny przewodnik dla nauczycieli, pakiet zajęciowy, bank testów, pliki z obrazami i animacje oraz filmy wideo. Materiały dla studentów  umieszczane zostały na stronie digital.wwnorton.com/ecb5, w tym przydatne do samodzielnej nauki testy wielokrotnego wyboru, wyzwania i pytania koncepcyjne itp.

Od poprzedniego wydania minęło 14 lat. W dynamicznie rozwijających się działach biologii oznacza to całą epokę. W podręczniku położono akcent na przejrzystość. Każdy rozdział zawiera: streszczenie, hasła kluczowe i pytania związane z tekstem i/lub rysunkami. W części 1. omówione zostały chemiczne składniki komórki oraz podstawy zasilania energetycznego procesów życiowych. W omawianiu makrocząsteczek skoncentrowano się na białkach i kwasach nukleinowych, co stanowi doskonałe wprowadzenie do przedstawienia podstawowych zagadnień biologii molekularnej, czyli procesów replikacji materiału genetycznego, jego naprawy i rekombinacji, a także ekspresji i ewolucji genów.

Rozdziały:
  • Komórki: podstawowe jednostki życia
  • Chemiczne składniki komórek
  • Energia, kataliza i biosynteza
  • Struktura i funkcje białek
  • DNA i chromosomy
  • Replikacja i naprawa DNA
  • Od DNA do białek: Jak komórki odczytują swój genom?
  • Kontrola ekspresji genów
  • Ewolucja genów i genomów
  • Analizowanie struktury i funkcji genów
W części 2. przedstawione zostały podstawowe mechanizmy i kluczowe dla życia procesy zachodzące w komórkach, związane m.in. z przemianami energetycznymi, transportem substancji i komunikowaniem się komórek, zagadnienia poświęcone podziałom komórkowym i mechanizmom ich regulacji, zaburzenia tych procesów prowadzące do mutacji, śmierci komórek i powstawania komórek nowotworowych.

Rozdziały:
  • Budowa błon
  • Transport rzez bony
  • W jaki sposób komórki uzyskują energię z pożywienia
  • Przekształcanie energii w mitochondriach i chloroplastach
  • Przedziały wewnątrzkomórkowe i transport białek
  • Sygnalizacja komórkowa
  • Cytoszkielet
  • Cykl komórkowy
  • Rozmnażanie płciowe i genetyka
  • Zespoły komórek: tkanki, komórki macierzyste i nowotwory.

Podręcznik Podstawy biologii komórki polecany jest przez blog Profesorskie Gadanie


21.12.2019

Życzenia świąteczno-noworoczne dla moich Czytelników


Na zbliżające się Święta Bożego Narodzenia oraz Nowy Rok  życzę moim Czytelnikom ciszy, nudy i spokoju. Byście mogli swoje myśli usłyszeć, błąkające się po zakątkach umysłu. Życzę zadumy i refleksji i niespiesznych rozmów przy pracy domowej. Jeśli nie przy łuskaniu fasoli to przynajmniej przy kręceniu maku, lepieniu pierogów, sprzątaniu mieszkania, modlitwie, malowaniu dachówek czy starych, pozornie już niepotrzebnych butelek i słoików. Nie trzeba wielu słów, nie trzeba spektakularnej aktywności. Ot tak, po prosu pomilczeć, byle w towarzystwie. A przy pracy wspólnej i dla dobra wspólnego (bo czymże innym jest wigilijna wieczerza, pasterka czy kolędowanie) mówić wiele nie trzeba. Wystarczy świadomość bycia razem obok siebie. Kontemplacja zwykłą pracą czy codzienną modlitwą.

Z okazji zbliżających się Świat Bożego Narodzenia życzę radości z odkrywania sensu. I powolnego życia w Nowym 20wo Roku. Bądźmy razem nawet w przestrzeni wirtualnej, tak sobie posiedzieć trochę, pomilczeć, pogapić się bez celu. Można i za okno.

Wszystkiego Dobrego Kochani!

20.12.2019

O dzieleniu się informacją, zdjęciami i wiedzą

Do napisania tego felietonu, tekstu, artykułu zabierałem się już kilkukrotnie (ciągle brakuje mi dobrego określenia na blogowe wpisy, tekst to jest niewątpliwie, ale wypadałoby jakoś ukonkretnić: artykuł, felieton czy jeszcze jakoś bo "wpis" - słabo brzmi). Inspiracją do napisania była duża liczba osób, które zobaczyły moje zdjęcia na mapach Google. Widoczny efekt dzielenia się zdjęciami.

Najpierw odłożyłem, może jak dojdzie do miliona, to wtedy napiszę. Potem miało być 1,5 miliona. A ciągle nie było czasu, miesiące mijały. W połowie grudnia Google przypomniał mi, że zamieściłem już  851 zdjęć, które wyświetlono 2 024 330 razy. W tym w mijającym roku wyświetlono je 1 236 876 razy. To efekt kumulatywności. Zdjęcia kiedyś dodane na mapach Google ciągle są wyświetlane. Gdy zaczynałem dodawać zdjęcia na wirtualnych mapach to nie przypuszczałem, że mogą mieć taki zasięg.

A może jestem frajerem, który za darmo oddaje własne, autorskie zdjęcia, dzieli się bezpłatnie opiniami o miejscach i lokalach i w ten sposób wzbogaca korporacyjny produkt, na którym ktoś zarabia reklamami. Bynajmniej nie jestem frajerem. To zwykłe, niekomercyjne dzielenie się wiedzą. I wzajemne wspieranie się. Sam przecież od lat korzystam bezpłatnie z map Google (tak jak i kilku innych zasobów takich jak poczta, blogger a więc serwis na którym działa mój blog). Skąd się to bierze to "bezpłatnie i za darmo"? W części z reklam, w części z wolontariatu takich osób jak ja.

Tak, Google jest przedsięwzięciem biznesowym. Ale jednocześnie ma bardzo dobrą, społeczną misję. I warto w tym brać udział. Całość zrobiona jest w formie gamifikacji, z punktami, poziomami i odznakami, z częstą informacją zwrotną. Mnie jednak bardziej pociąga użyteczność - dzięki zamieszczanym informacjom użytkownicy szybciej i lepiej docierają do ważnych dla nich danych i informacji.

Dzielmy się, nie tylko w czasie Świąt Bożego Narodzenia, którego popularnym symbolem jest Święty Mikołaj czy dodatkowe, puste nakrycie przy stole wigilijnym. Dzielenie się, w tym także danymi i wiedzą, bezsprzecznie ubogaca. I tego, który daje i tego, który otrzymuje.

Gdziekolwiek jestem i robię zdjęcia telefonem (a lubię robić zdjęcia z myślą o blogu, wykładach popularnych i kursowych na Uniwersytecie), to udostępniam je także na mapach Google. Jeden ze sposób upowszechniania wiedzy i dzielenia się zasobami.

Człowiek jest istotą społeczną i wspólnotowość ma głęboko zapisaną w "genach".

18.12.2019

Pod choinkę prezent dla Ziemi - studencki projekt z 2010 roku

Dokładnie dziewięć lat temu studenci biologii zorganizowali akcję "Prezent dla Ziemi pod choinkę". Projekt zrealizowany został w ramach przedmiotu ochrona środowiska. Uważałem i uważam, że sama teoria nie wystarczy. Zaangażowanie, działania i kreatywność sprzyja lepszemu zrozumieniu i szerszemu nabyciu wiedzy. Dlatego metodę projektu wykorzystuję od lat, praktycznie każdego roku. I to na różnych przedmiotach. Nauka przez działanie jest efektywniejsza. A i ja przy okazji zawsze się czegoś nauczę, coś poznam.

Patrząc na zdjęcia ze śniegiem (na dole niniejszego tekstu) i przywołane wspomnienia grudnia ze śniegiem, porównuję z aktualną sytuacją pogodową. To zaledwie 9 lat a jaka duża różnica. Zmianę klimatu widać jak na dłoni. Ile jeszcze trzeba złej woli i zacietrzewienia by negować antropogeniczne zmiany klimatu i uważać że ocieplenie to wymysł i "ściema" ekologów?

Wróćmy do tamtego projektu - łącznie zabraliśmy prawie 2 tony odpadów elektrycznych i AGD. Ale są efekty znacznie ważniejsze. Po pierwsze to doświadczenia i wiedza samych studentów. Bardziej zapamiętali to, co sami zrobili, wyszukali, opowiedzieli innym, niż gdyby wysłuchali tylko wykładów i wykonali kilka ćwiczeń. Jeszcze ważniejsze są kompetencje miękkie: umiejętność pracy w zespole, kreatywność, umiejętność wypowiedzi w grafice, mowie, piśmie, umiejętność wypowiedzi dla mediów itd. I po trzecie wpływ na otoczenie. Zapowiedzi i relacje ukazały się w co najmniej dwóch stacjach telewizyjnych, dwóch stacjach radiowych, na kilku portalach informacyjnych i blogach. Liczbę osób, do których dotarł główny przekaz akcji można najskromniej szacować w dziesiątkach tysięcy.

W 2009 roku po raz drugi studenci biologii zorganizowali przedświąteczną akcje ph. "Prezent dla Ziemi pod choinkę", która obejmowała zbiórkę zużytego sprzętu RTV i AGD (elektrośmieci). Duży odsetek takich elektrośmieci trafiał wtedy do lasu lub do pojemników komunalnych. Teraz być może jest lepiej pod tym względem. Edukacja i akcje przyniosły pozytywne efekty (ale i tak dużo zostało do zrobienia).

Zbiórka zaplanowana była w dniu 18 grudnia 2010 r., w pięciu miejscach Olsztyna (w tym w dwóch zorganizowanych przez studentów). W akcji wzięło udział 48 studentów z Wydziału Biologii (wtedy taką nosił nazwę). Swoje wsparcie zadeklarowali leśnicy (Nadleśnictwa: Jagiełek i Kudypy), poza dofinansowaniem druku plakatów i ulotek oraz ufundowali 40 choinek, dla mieszkańców Olsztyna, którzy pierwsi przynieśli swoje elektrośmieci do wyznaczonych punktów. Więcej informacji i relacji o projekcie znalazło się na dedykowanym blogu: http://prezentdlaziemi.blogspot.com.

Akcja była odpowiedzią na zalegające w nieodpowiednich miejscach odpady niebezpieczne (RTV i AGD) .Właściwe postępowanie z tego typu sprzętem polega na ręcznym demontażu składników stanowiących niebezpieczeństwo dla środowiska (ludzie są jego częścią) i ich utylizacji. Ważne jest, aby odseparować elementy zawierające niebezpieczne substancje od reszty urządzenia. Pozostałości, najczęściej obudowy, mogą być przetworzone i wykorzystane ponownie, co zmniejsza koszt środowiskowy produkcji sprzętu elektronicznego. Warunkiem przetworzenia sprzętu jest dostarczenie go w całości.

Wraz z postępem technologicznym coraz częściej decydujemy się na wymianę sprzętu RTV i AGD na nowocześniejszy i bardziej energooszczędny. Wtedy zastanawiamy się, co zrobić ze starymi urządzeniami. Najczęściej wynosimy je do piwnicy lub pozbywamy się go na osiedlowym śmietniku. Często można spotkać elektrośmieci wyrzucone do lasu czy pobliskiego rowu. Jest to zupełnie sprzeczne z ekologiczną troską o naturalne środowisko.

Większość obywateli nie zdaje sobie sprawy z tego jak dużo odpadów niebezpiecznych i potencjalnie niebezpiecznych znajduje się w zużytych sprzętach RTV i AGD. Odpady te nie powinny trafiać do ogólnych pojemników na śmieci. Opisywany projekt miał zwrócić uwagę konsumentów na skutki nieodpowiedniego składowania elektrośmieci oraz wskazać miejsca, gdzie BEZPŁATNIE można oddać zużyty sprzęt elektryczny. Jako biolodzy studenci chcieli uchronić las przed tak niebezpiecznym zanieczyszczaniem.

W związku ze zbliżającymi się świętami wiele osób planuje wymianę telewizorów czy komputerów, zatem nasza akcja jest jak najbardziej potrzebna. Robiąc sobie prezent pod choinkę zróbmy także prezent naszej Ziemi.

Elektrośmieci stanowią bardzo poważny problem dla wielu instytucji. Jako odpady niepotrzebne nagminnie pozostawiane są w lasach, rowach przydrożnych, kontenerach na śmieci, pod blokami oraz coraz częściej w śmietnikach na przystankach autobusowych. Tego typu zachowanie wynika z niewiedzy lub lenistwa mieszkańców miasta. Informacja zatem jest niezwykle istotna.
Ponad to trwają prace nad rozporządzeniem o minimalnych rocznych poziomach zbierania zużytego sprzętu elektrycznego. Pułap ma być podniesiony z 24 proc. do 39 proc. Chodzi o to, aby zbliżyć się do unijnych wymogów, które obligują do zbierania rocznie ponad 4 kg elektrośmieci na mieszkańca.

O projektach tegorocznych napiszę niebawem.

Zdjęcia z akcji (wybrane)