21.09.2026

Dozwolona uszczypliwość w przestrzeni publicznej



Człowiek, jak powszechnie wiadomo, jest istotą społeczną i hierarchiczną. Przypuszcza się także, że nasz duży mózg powstał za sprawą potrzebnej "obsługi" relacji międzyosobniczych, by wiedzieć kto, z kim i dlaczego. I to do kilku pokoleń wstecz. Nawet, jak nasi przodkowie żyli w małych społecznościach, to codziennie coś sie wydarzyło i trzeba było o tym opowiedzieć. Po prostu plotkowaliśmy. A wiadomo, że najłatwiej oplotkowuje się nieobecnych. Bo to bezpieczniej. Owszem, złudne jest to bezpieczeństwo bo plotki i to, co kto na kogo co powiedział, też się szybko rozchodzą. W spotkaniu bezpośrednim z chęcią chwalimy naszego rozmówcę. Jeśli jednak mówimy coś negatywnego, to rodzi się kłótnia i kontratak. Miło zazwyczaj  nie jest. To pojedynek słowny. 

A czy można coś złego komuś w oczy powiedzieć i nie ponieść konsekwencji?  Społeczności ludzkie wypracowały takie rozwiązania. Dozwolona uszczypliwość w przestrzeni publicznej ma swój rytuał. To na przykład Ludowe przyśpiewki w czasie wesel czy podobnych uroczystości czy limeryki układane w pubach. Albo fraszki przy biesiadnym stole. Można powiedzieć komuś coś złośliwego a ten się nie obrazi a inni nie będą zgorszeni. Nie będzie atmosfery walki i pojedynku w przepychaniu się w relacjach społecznych i hierarchii. 

Człowiek z natury jest istotą złośliwą, choć cywilizacja wpoiła nam przekonanie, że uśmiechanie się do nielubianego sąsiada to szczyt społecznej ewolucji. A na pewno wypracowany model kulturowy, który umożliwia nam koegzystowanie w większych grupach. Na przykład takie szympansy w większej grupie od razy poodgryzałyby sobie uszy. Na szczęście, aby ludzkość nie wybuchła od nadmiaru wzniosłości i tłumionej żółci, kultura wykształciła zjawisko dozwolonej uszczypliwości - swoiste wentyle bezpieczeństwa, gdzie wylewanie "pomyj" na bliźniego jest nie tylko bezkarne, ale wręcz nagradzane brawami. Tak jak oblewanie sie woda w lany poniedziałek. W tych magicznych sferach przestrzeni publicznej złośliwość traci swój wojowniczy charakter, przywdziewając szaty tradycji, sztuki lub wyrafinowanego dowcipu. A ofiara, zamiast rzucać się z pięściami, musi grzecznie udawać, że pęka ze śmiechu. Taka agresja zrytualizowana. Duzy, społeczny wynalazek Homo sapiens.

Dobrym przykładem dla tego zjawiska jest tradycyjne polskie wesele z ludowymi przyśpiewki. Sam tego doświadczyłem w młodości. Kiedy wódka odpowiednio zmrozi już neurony odpowiedzialne za takt, z tłumu wujków i ciotek wyłania się chór, który w radosnym rytmie na osiem czwartych informuje wszystkich zgromadzonych, że teściowa to żmija, pan młody ma pstro w głowie, a panna młoda raczej nie zgrzeszy wiernością ("leciał pies przez wieś, suka przez buraki, byłaby panienką, gdyby nie chłopaki"). I co? I nic! Obrażanie się na weselną przyśpiewkę (często wymyślaną na poczekaniu) to zbrodnia przeciwko tradycji i ostateczny dowód na brak dystansu do siebie. W tym specyficznym mikroklimacie można z rymowaną gracją zrównać z ziemią całą rodzinę, obnażyć ich wady przed sąsiadami, a na koniec jeszcze dostać za to kawałek tortu z bezą. I uznanie za dowcipne zabawianie gości. I oczywiście wspólną zabawę. Bo riposta mogła być tylko inna przyśpiewka, równie złośliwa czy uszczypliwa.

Gdy z wiejskiej karczmy lub remizy przeniesiemy się do zadymionych pubów, na inteligenckie spotkania towarzyskie czy nawet snobistyczne rauty, ludowa przaśność ustępuje miejsca wyrafinowanej formie limeryku. W tych oparach twórczego fermentu, gdzie elita intelektualna zrzuca krawaty, wymyślanie absurdalnych, często sprośnych i uszczypliwych wierszyków pod adresem znajomych staje się sportem towarzyskim. Nawet literacka noblistka, Wisława Szymborska, udowodniła, że wielki umysł potrzebuje ujścia w uroczej dowcipności. Jej słynne limeryki, pełne purnonsensu i subtelnych, acz ostrych jak brzytwa szpil wbijanych w ludzkie przywary i znajomych z literackiego światka, pokazały, że genialnej poetce wolno publicznie drwić z każdego. Złośliwość zyskuje w tym wypadku stempel wysokiej kultury, o ile tylko autor zachowa odpowiedni układ sylab, rymu i rytmu.

Zresztą, Szymborska nie odkryła tu Ameryki, a jedynie kontynuowała chlubną tradycję naszych ojców literatury, którzy już w renesansie zorientowali się, że rymowana kąśliwa uwaga to świetny bilet do nieśmiertelności. Mikołaj Rej ze swoimi dosadnymi, by nie rzec rubasznymi fraszkami, nie patyczkował się z panami i plebanami, rąbiąc prawdę prosto z mostu w sposób, za który dzisiaj dostałby pozew o zniesławienie. Z kolei Jan Kochanowski, mistrz renesansowej elegancji, potrafił w swoich fraszkach wbić szpilę z taką wirtuozerią, że ofiara niemal mu za to dziękowała. Wyśmiewanie pijaństwa doktora Hiszpana czy hipokryzji ówczesnych dewotek było w istocie publicznym, złośliwym roastem który dzięki mistrzowskiej formie i literackiemu kunsztowi przeszedł płynnie od towarzyskiego skandalu do kanonu lektur szkolnych. Roast to gatunek rozrywkowy polegający na wzajemnym, ostrym i złośliwym żartowaniu z konkretnej osoby (często celebryty lub innej znanej postaci). Obiekt żartów również odpowiada na zaczepki, a celem jest dobry, choć bezkompromisowy humor. Inne znaczenie tego słowa jest kulinarne - to rodzaj pieczenia. Jest i jeszcze jedno znaczenie: w slangu internetowym to wyśmiewanie czyli potoczne określenie na dosłowne „zaoranie” kogoś, czyli zgaszenie kogoś ciętą ripostą, ośmieszenie w dyskusji lub w komentarzach w sieci. To co w internecie może być źle odebrane jako atak, w pewnych sytuacjach jest akceptowalne i nie wywołuje gniewu czy chęci zemsty. Może i w mediach internetowych kiedyś wypracujemy zrytualizowane, akceptowalne i nieobraźliwe złośliwości?

Jednakże, aby uprawiać dozwoloną uszczypliwość, nie trzeba od razu pisać fraszek ani mieć literackiego Nobla. Wystarczy wsiąść do pociągu, najlepiej do ciasnego sześcioosobowego przedziału, gdzie na kilka godzin tworzy się efemeryczna, ale niezwykle zżyta wspólnota losu. Rozmowy współpasażerów to prawdziwy festiwal społecznie akceptowanej złośliwości – gremialne narzekanie na absurdalne spóźnienia, wyśmiewanie niekompetencji rządu czy wymowne prychanie na współczesną młodzież są tam absolutnie wymagane do nawiązania plemiennej więzi. Podobnie działa to w zgranych grupach towarzyskich, gdzie uszczypliwe, sarkastyczne docinki pod adresem przyjaciół stanowią wręcz walutę, za którą kupuje się pozycję w stadzie. Publiczne wytykanie sobie łysienia, skąpstwa czy zawodowych porażek, skwitowane gromkim śmiechem całej kanapy, to nic innego jak rytuał potwierdzający zażyłość. 

W przestrzeni publicznej wolno nam więc wciąż być cudownie uszczypliwymi, pod warunkiem, że nasze złośliwości ubierzemy w rym, rytm, wpleciemy w ludową melodię, albo wypowiemy z czarującym, ironicznym uśmiechem dzieląc los w pociągu relacji Olsztyn–Kraków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz