26.09.2026

O tym, jak odkryłem postsztukę, którą od lat uprawiałem

Kiedyś w Elblągu...
 

I znowu z zaskoczeniem dowiedziałem się, że mówię prozą. To nawiązanie do sztuki Moliera Mieszczanin szlachcicem i radości, którą daje wiedza i rozumienie. Tak i ja przypadkiem dowiedziałem się, że to co robię od kilkunastu lat to postsztuka. I że ten nurt nie jest wcale taki nowy. Mam na myśli plenery, które organizuję lub w których uczestniczę z malowaniem starych dachówek, kamieni, butelek.  Ostatnio był to plener w Kwiatkówku koło Łęczycy, Noc Sów w Wipsowie, Olsztyński StreetArt Garden. A wcześniej wspólne malowanie Nieba Kopernika. I wiele, wiele innych. W mojej intencji najważniejszymi elementami tych plenerów było spotkanie ludzi, wspólne rozmowy, tworzenie i bycie ze sobą. A więc ważniejszy proces niż efekt.

Intuicyjnie i nieświadomie odkrywałem postsztukę, ale nie wiedziałem, że "mówię prozą". Dopiero artykuł w Tygodniku Powszechnym pt. „Po co nam sztuka” autorstwa Moniki Ochędowskiej i Tadeusza Marka (sierpień 2026 ) uświadomił mi moje uczestnictwo w postsztuce. Postsztuka (praktyki postartystyczne) to pojęcie z dziedziny teorii sztuki,  spopularyzowane m.in. przez polskiego krytyka Jerzego Ludwińskiego. Oznacza stan, w którym sztuka wychodzi poza tradycyjne ramy muzeów i galerii, a jej celem nie jest tworzenie materialnego dzieła, lecz realne działanie i zmiana w życiu społecznym lub środowiskowym.

Głównymi cechami postsztuki są: 1. Brak materialnego dzieła (efektem pracy jest proces, sytuacja, spotkanie lub zmiana społeczna w małej skali, 2. Wyjście z instytucji i pomieszczeń (działania przenoszą się na ulicę, do społeczności lokalnych, ogrodów czy w ramach aktywizmu społecznego), 3. Zacieranie autorstwa (ważniejszy od indywidualnego popisu artysty staje się zbiorowy wysiłek i relacje oraz 4. Sztuka jako narzędzie (sztuka zapożycza metody z edukacji, ekologii, dziennikarstwa by rozwiązywać realne problemy).

Gdy w latach 60. i 70. XX wieku nowatorscy krytycy oraz teoretycy ogłaszali „koniec sztuki”, nie mieli na myśli, że ludzkość przestanie tworzyć. Wręcz przeciwnie – zapowiadali moment, w którym twórczość eksploduje poza dotychczasowe granice. Termin postsztuka (lub postart) narodził się z potrzeby opisania zjawiska, w którym sztuka przestała mieścić się w ramach obrazu, na postumencie rzeźby czy w chłodnym, wyciszonym wnętrzu galerii. Stała się procesem, relacją i zdarzeniem roztapiającym się w codzienności.

Istotą postsztuki jest przekroczenie czysto estetycznego wymiaru dzieła na rzecz dematerializacji. Miejsce trwałego obiektu, przeznaczonego do kontemplacji lub rynkowego obrotu, zajmuje idea, działanie oraz interakcja. Jak trafnie przewidywał wybitny polski teoretyk Jerzy Ludwiński, w epoce postsztuki tradycyjne podziały dyscyplinarne tracą sens, a artysta przestaje być odosobnionym geniuszem kreującym zamknięte artefakty. Staje się raczej inicjatorem sytuacji, moderatorem społecznej energii lub badaczem otaczającej go rzeczywistości.

Jak wyczytałem w różnych źródłach, jednym z fundamentów myślenia postsztukowego były koncepcje Allana Kaprowa, twórcy pierwszych happeningów. Kaprow postawił odważną tezę, że zacieranie granic między sztuką a życiem jest jedyną szansą na zachowanie autentyczności twórczej. W słynnym działaniu Fluids (1967 – miałem wtedy 4 lata) zaprosił uczestników do budowania w przestrzeni miejskiej wielkich struktur z bloków lodu. Gotowe obiekty nie miały jednak trwać, bo pozostawiono je w słońcu, by całkowicie stopniały. Celem nie była rzeźba sama w sobie, lecz wspólny wysiłek fizyczny, przejściowość doświadczenia oraz proces topnienia wpleciony w rytm miasta.

W polskiej przestrzeni artystycznej kamieniem milowym tego nurtu stała się akcja Jaskółka (1971) Ewy Partum. Artystka rozsypywała zrealizowane w druku litery w przestrzeni publicznej – na ulicach, w autobusach, na skwerach. Słowo, dotąd uwięzione w strukturze tekstu czy tomu poetyckiego, uległo rozproszeniu. Przypadkowi przechodnie stawali się nieświadomymi współuczestnikami poetyckiego zdarzenia, w którym poezja dosłownie mieszała się z pyłem ulicy i podmuchami wiatru.

Tego nie wiedziałem i nie byłem świadomy, gdy organizowałem pierwsze plenery z malowaniem na starych warmińskich i mazurskich dachówkach, czy malowanie na szkle w czasie wystaw dalii. Ani, gdy dołączyłem do działań streetartowych w Olsztynie oraz plenerów w skansenie w Kwiatkówku. Nie miałem świadomości, że uczestniczę w działaniach postsztuki. Tak jak mieszczanin w sztuce Moliera nie wiedział, że mówi prozą.

W przeczytanych materiałach dowiedziałem się, że szczególną rolę w formowaniu się i praktykowaniu postsztuki odegrała formuła pleneru artystycznego. Tradycyjnie kojarzony z malowaniem pejzaży z natury, w drugiej połowie XX wieku plener przeszedł gruntowną ewolucję. Przestał być jedynie miejscem pracy twórczej w izolacji, a stał się otwartym laboratorium, do którego włączano lokalne społeczności i przypadkową publiczność. I tak malowaliśmy kamienie i stare, poremontowe płytki, by następnie je prezentować w przestrzeni publicznej. Większość tych dzieł to prace ulotne. Były także ceramiczne doniczki, drewniane krążki oraz metalowe pokrywki od słoików. W swoich działaniach, np. z malowaniem Nieba Kopernika, inspirowałem się działalnością prof. Geno Małkowskiego i jego Barwami Olsztyna w czasie Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki. W 2010 roku obraz malowało 700 osób (zobacz relację). 

Niezwykłym przykładem wspomnianego podejścia był Plener Ziemia Zgorzelecka z 1971 roku. Kiedy grupa konceptualistów i performerów przybyła do Bogatyni i Zgorzelca, zrezygnowała z przyniesienia gotowych płócien czy dłut. Zamiast tego artyści weszli w bezpośredni dialog z lokalną przestrzenią przemysłowo-krajobrazową oraz z mieszkańcami regionu. Twórczość przybrała formę manifestacji, dyskusji i akcji w przestrzeni miejskiej oraz na terenie kopalni odkrywkowej. Sztuka zeszła z salonowych wyżyn, stając się elementem lokalnej tożsamości i platformą wymiany myśli między artystami a robotnikami. Tego nie wiedziałem, dopiero teraz, szukając materiałów o postsztuce odnalazłem i przeczytałem. 

Równie ważnym wydarzeniem była Akcja Miasteczko zrealizowana w Podkowie Leśnej (1975). Zaproszeni twórcy nie przywieźli ze sobą gotowych prac do zawieszenia w lokalnym domu kultury. Weszli na podwórka, ulice i do ogrodów mieszkańców, angażując ich w codzienne, z pozoru banalne interakcje – wspólne rozmowy, sadzenie roślin, przemieszczanie przedmiotów czy kreowanie mikro-zdarzeń wizualnych. Publiczność przestała być biernym widzem patrzącym na płótno z dystansu; stała się żywym tworzywem i pełnoprawnym współautorem zdarzenia. W podobny sposób powstaje wiele murali czy deskali w przestrzeni publicznej. A nawet u nas, na Warmii i na Mazurach, w taki sposób powstają przystanki, malowane przez Annę Wojszel.

Współcześnie myślenie postsztukowe zyskało nowy wymiar. Przejawia się ono silnie w działaniach z zakresu sztuki relacyjnej, aktywizmu społecznego oraz inicjatyw z pogranicza biologii i ekologii (tzw. bio-art). Współcześni twórcy organizują wspólne posiłki, tworzą miejskie ogrody społecznościowe, prowadzą edukacyjne spacery botaniczne i entomologiczne czy inicjują obywatelskie protesty w obronie zagrożonych ekosystemów. Dopiero po kilkunastu latach organizowania różnych plenerów w przestrzeni publicznej sięgam do opracowań teoretycznych. Najpierw sam odkrywałem i doświadczałem, a teraz czytam opracowania teoretyczne i odnoszące się do krytyki sztuki. Odbieram przez pryzmat własnych doznań i doświadczeń. Ze zdziwieniem odkrywając, że to postsztuka i że istnieje od dawna. A narodziła się postsztuka w tym samym czasie co i ja przyszedłem na świat. To był początek lat 60-tym XX wieku.

Według krytyków sztuki postsztuka dowodzi, że najważniejsze w twórczości nie zawsze musi być to, co zostaje zamknięte w ramie i podpisane nazwiskiem autora. Najcenniejszy bywa sam impuls – zdolność do wywoływania refleksji, budowania wspólnoty i dostrzegania głębszego sensu w tkance otaczającego nas świata.

Więcej przykładów z mojej postsztuki znajduje się na blogu: Gadające dachówki. Zapraszam do obejrzenia. I do udziału w przyszłych plenerach. Na pewno będą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz