8.05.2019

Nosema ceranae czyli jak o tym, jak choroba czasem może być dobrodziejstwem

Zjawiska w przyrodzie są najczęściej bardzo złożone: wiele czynników wpływa na jeden efekt i jeden czynnik wpływa na wiele efektów. Z problemem tym od dawna boryka się ekologia (stąd w języku tej dyscypliny swoisty relatywizm i odwoływanie się do kontekstu), a od niedawna także i biologia molekularna. Zauważono bowiem, że wiele elementów oddziałuje na siebie jednocześnie. W badaniach zazwyczaj upraszcza się zadanie i analizuje zazwyczaj jeden (kilka) czynników, zaznaczając, że zjawisko tłumaczone jest danym oddziaływaniem w iluś tam procentach. Ale już w komentarzach, zwłaszcza tym popularnych, upraszcza się przekaz i można odnieść wrażenie, że jeden czynnik decyduje o danym zjawisku. Tyle tytułem wstępu.

Pszczoły są ważne jako zapylacze. W ostatnich latach obserwuje się dużą śmiertelność pszczoły miodnej co budzi uzasadnione obawy (70 % roślin, które zjadamy jest owadopylna). Wiele różnych zespołów badawczych poszukuje przyczyn ginięcia pszczół (chodzi o pszczołę miodną). Ale w domyśle martwimy się i o inne zapylacze dziko żyjące. Zespoły badawcze podają różne przyczyny, ale to nie znaczy, że naukowcy się różnią. Nie ma sprzeczności między tymi badaniami, bo dotyczą różnych aspektów. I warroza, i neonikotyniany i być może jeszcze inne czynniki. Działają one synergistycznie (czasem antagonistycznie).

Jeśli dobrze pamiętam (ale mogę się mylić) to hiszpański lub brytyjski zespół badawczy odkrył czynnik odpowiedzialny za masowe ginięcie pszczoły miodnej (oczywiście nie znaczy że neonikotyniany nie są odpowiedzialne za śmiertelność pszczół). Jest nim pasożytniczy jednokomórkowiec Nosema ceranae. Żyje w przewodzie pokarmowym pszczół. Wywołuje chorobę zwaną jako nosemoza. Choroba ta jest zakaźna i dlatego szybko się rozprzestrzenia. Pasożyt został po raz pierwszy opisany w 1996 r., a w roku 2004 w Hiszpanii został uznany za chorobotwórczy. Powiązano go z czynnikiem wywołującym masowe ginięcie pszczół, ostatnio opisywane za oceanem. Pszczoły mogą umierać (bo dawnym zwyczajem o pszczołach mówi się, że umierają, w przeciwieństwie do innych zwierząt, które zdychają) już po ośmiu dniach po zarażeniu (kontakcie z tym jednokomórkowym pasożytem).

Nosemoza jako choroba pszczół znana jest od dawna, gdyż wywołuje je innym jednokomórkowiec Nosema apis. Ale Nosema ceranae powoduje szybszą śmierć i jest bardziej zjadliwym pasożytem. Krewniak, bo ten sam rodzaj, ale bardziej dla pszczoły niebezpieczny. Choroba jest najgroźniejsza dla robotnic i trutni. Po opuszczeniu kolonii chore pszczoły nie powracają do ula i umierają w znacznej odległości od niego. Pszczelarze więc obserwują znikanie całych rojów, jakby pszczoły poleciały na łąkę i nie potrafiły odnaleźć drogi powrotnej. Nosema ceranae występujący powszechnie w basenie Morza Śródziemnego ale zagraża już pszczołom w północnej Europy. Przyczyniają się do tego sprzyjające warunki klimatyczne (jeszcze jeden negatywny skutek zmian klimatu, a w zasadzie ocieplenia). Jego zjadliwość i pochodzenie wskazuje, że zupełnie niedawno zaatakował pszczołę miodną. Najpewniej pochodzi od innego gatunku owadów i na pszczołę przerzucił się w ostatnich latach.

Nosema apis należy do sporowców (mikrosporidia), pasożytujących w jelicie cienkim pszczół. Występuje przede wszystkim na obszarach intensywnej hodowli pszczół. Zarażenie tym pasożytem następuje po zjedzeniu spor przez pszczołę. W świetle jelita cienkiego następuje uwolnienie amebuli (formy inwazyjnej) z cysty, a następnie atak na komórki nabłonka jelita. Nowe cysty, po procesie rozmnażania (a w zasadzie pomnażania) wydostają się na zewnątrz wraz z kałem. Nosemoza uwidacznia się zwykle wiosną, sprzyja jej podniesienie temperatury w ulu oraz niedobór białka. Rozprzestrzenia się drogą pokarmową i ma najczęściej przebieg utajony. Może też przebiegać z objawami biegunki, zaparcia lub napuchnięcia odwłoka (a co, pszczoły też mają takie problemy), co może prowadzić do masowego umierania pszczół (wtedy zazwyczaj prowadzi to do śmierci całej rodziny).

Mikrosporidia jak się okazało dość często towarzyszą owadom. Występują także u inwazyjnej biedronki azjatyckiej. Naukowcy z Niemiec odkryli, że hemolimfa biedronki azjatyckiej jest toksyczna dla innych biedronek. A sprawcą jest swoista broń biologiczna, bowiem w hemolimfie stwierdzono pasożytnicze mikrosporydia (występują w jajach i larwach biedronek azjatyckich, ale dla swoich gospodarzy są niegroźne). Inne biedronki nie są jednak na te mikrosporidia uodpornione i zjadając jaja biedronek ninja po prostu giną. Kontakt z nowym patogenem jest śmiertelny, tak jak w przypadku pszczoły miodnej i Nosema ceranae. Tak oto sami korzystaliśmy z biedronek jako broni biologicznej przeciwko mszycom a okazuje się, że i biedronki stosują swoją własną broń biologiczną przeciw konkurentom pokarmowym. Ciekawe jest tylko czy biedronki azjatyckie swoją broń biologiczną przywiozły ze swojej azjatyckiej ojczyzny czy też zdobyły gdzież w trakcie przemieszczeń po całym świecie. To drugie tłumaczyłoby fakt przybycia ninja do Polski z zachodu a nie z Ukrainy czy Białorusi, gdzie miałyby krótszą drogę (ale może były bez broni biologicznej).

Tak więc te same organizmy są bardzo chorobotwórcze, mniej chorobotwórcze lub wręcz korzystne. Taka to dziwna jest przyroda. Mikrosporydia to grupa eukariotów o niejasnej pozycji filogenetycznej. Są wyspecjalizowanymi organizmami jednokomórkowymi. Nie mają mitochondriów i peroksysomów, ich rRNA ma pewne cechy prokariotyczne (dlatego stanowią trudność dla systematyków i taksonomów) a ich genomy są najmniejsze spośród wszystkich eukariontów i wielkością odpowiadają genomom bakterii (bakterie to prokarionty). Mniejsza o te zawiłości niezwykle ciekawe dla biologa, ważne że mikrosporidia są obligatoryjnymi wewnątrzkomórkowymi pasożytami innych eukariontów. Infekują żywiciela wbijając w niego specjalną rurkę, przez którą dostają się do wnętrza komórki. Są częstymi pasożytami owadów.

To, co obserwują ekolodzy w ekosystem to to, że długotrwałe oddziaływanie powoduje eliminowanie zjadliwości pasożyta. Właśnie dlatego nowe transfery i nowe kontakty pasożyt-żywiciel zaczynają się bardzo zjadliwie i dramatycznie. Im starsze ekosystemy, tym więcej związków typy mutualizm czy symbioza, mniej zjadliwych pasożytów. Z czasem (w ewolucyjnym kontekście) nawet pasożyty tracą swoją zjadliwość. To naturalne, bowiem te, które nie tracą zjadliwości po prostu giną… śmierć żywiciela jest śmiercią i dla nich. A zawsze się znajdzie jakiś żywiciel wolny od pasożyta, który odbuduje populację. Ale już bez tego pasożyta.

W przyrodzie nie opłaca się być zbyt pazernym i zbyt mocno eksploatować żywicielską populację.

Może z tego wysnuć analogię, że w miarę dogrywania się układu więcej jest miłości i współpracy niż zjadliwej wrogości. Nawet jeśli na początku było mocno krwawo.

7.05.2019

Oleica czyli coś z koszyka Baby Jagi

Oleica fioletowa to jeden z kilkunastu gatunków oleic, występujących w Polsce. Biologa tego chrząszcza zaciekawia przede wszystkim złożonym cyklem życiowym z hipermetamorfozą. Farmaceutów zaciekawia zupełnie czym innym. Dawniej chrząszcze z rodziny majkowatych wykorzystywane były w medycynie, tej z czasów antycznych i tej oświeceniowej. Wszystko za sprawą obecnej w ciele tego owada kantarydyny. W małych ilościach kantarydyna wykorzystywana była w afrodyzjakach (bardziej znanych pod nazwą hiszpańskiej muchy), w nieco większych jako trucizna. Współczesna medycyna wykorzystuje kantarydynę do usuwania tatuaży i brodawek.

Oleicę zapewne znaleźć można było w podręcznym zestawie leśnej czarownicy czy wiedźmy (w postaci suszonych owadów), przysłowiowej Baby Jagi. Bo przecież nie tylko zioła są źródłem dla tajemniczych mikstur "na męskość", "na miłość", "na kurzajki" i mniej lub bardziej skutecznych leków.

W dobiegającej końca ONZetowskiej Dekadzie Różnorodności Biologicznej (2011-2020) warto przypomnieć o bogactwie biochemicznym i farmakologicznym, występującym w przyrodzie. Po co wymyślać za duże pieniądze to, co już jest? W tym sensie ochrona przyrody jest mądrą ekonomicznie inwestycją gospodarczą. To tak na marginesie dyskusji o sensie utworzenia Mazurskiego Parku Narodowego czy ochronie Puszczy Białowieskiej.

Głośno się ostatnio zrobiło o hotelach dla pszczół. Może i dobrze, bo uwaga zostanie skierowana na ochronę siedlisk i miejsc gniazdowania wielu gatunków zapylaczy. Tak na prawdę nie wiele da tych kilka, medialnie nagłośnionych "budek" z miejscami do zakładania gniazd dla samotnych pszczół. Hotele dla owadów maja sens przede wszystkim w miastach i na terenach zurbanizowanych. Potrzebna jest jednak ochrona siedlisk w obszarach poza miejskich. Liczę jednak, że ta akcja zwróci uwagę na miedze, nieużytki, gliniane domy i inne "mało ważne" siedliska ważne dla owadów.

Dobrym bioindykatorem obecności dzikich pszczół są chrząszcze z rodziny majkowatych - oleice. Para tych chrząszczy widoczna na załączonym zdjęciu - fotografię wykonała Alicja Tomaszewska na łące nad Wadągiem. Na dole widać samca z charakterystycznymi, zagiętymi czułkami. Samce są mniejsze i... trudniej jest je spotkać.

Oleica to ciekawy chrząszcz z rodziny majkowatych – pasożytuje na dziko żyjących pszczołach, przechodzi skomplikowany rozwój z hipermetamorfozą. Jako pasożyt do swojego rozwoju potrzebuje samotnych pszczół - jest oleica, to muszą być i pszczoły. Dlatego można uznać ją za dobry indykator stanu środowiska i tak zwanego zdrowia ekosystemu. Dawniej interesowano się oleicami z zupełnie innego powodu. Ze względu na obecną w tych chrząszczach kantarydynę, wykorzystywano je w medycynie (próbowano nawet leczyć wściekliznę), stosowano w afrodyzjakach i truciznach.

Oleica to najbardziej charakterystyczny i stosunkowo powszechnie (do niedawna) występujący owad z rodziny majkowatych. Najczęściej spotykamy oleicę krówkę oraz nieco rzadziej oleicę fioletową. Dzięki charakterystycznemu kształtowi, nieco baryłkowatemu i skróconym pokrywom skrzydłowym, oraz lekko fioletowym, metalicznym ubarwieniu, jest chrząszczem łatwym do rozpoznania. Zaniepokojony owad wydala oleistą żółtą ciecz, zawierającą silnie trującą kantarydynę. Nazwa owada wzięła się właśnie od tej oleistej cieczy. Czasami nazywana jest „hiszpańską muchą” (jakkolwiek poprawnie nazwa ta odnosi się do majki lekarskiej – gatunku częściej i liczniej występującego). W Polsce występuje 12 gatunków oleic (w Europie 15 gatunków), z których najczęściej spotkać można oleicę krówkę i oleicę fioletową.

Oleica krówka (Meloe proscarabaeus L.)  jest  owadem o długości 11-35 mm. Postacie imaginalne spotykane są od kwietnia do czerwca. Owady dorosłe mają skrócone pokrywy skrzydłowe i duży, rozdęty odwłok. Poruszą się ociężale i powoli. Ubarwione są na niebiesko-czarno lub ciemnofioletowo, aż do czarnego. Na głowie, przedpleczu i pokrywach skrzydłowych widoczne są liczne małe dołki. U samca czułki są „złamane” – dzięki czemu łatwo odróżnić obie płcie. Samice są większe od samców.

Oleica krówka jest gatunkiem rzadkim, więc nie tak łatwo spotkać ją w przyrodzie. Występuje głównie na terenach piaszczystych i otwartych. Ukwiecone łąki i polany, miedze, ugory i suche zbocza są bowiem dobrym siedliskiem dla pszczół, w gniazdach których rozwijają się larwy oleicy. Larwy oleicy krówki pasożytują na pszczołach z rodzaju pszczolinka (Andrena) i porobnica (Anthophora). Samica oleicy składa kilka tysięcy jaj (nawet do 10 000). Tak duża płodność typowa jest dla pasożytów o złożonym cyklu rozwojowym – niełatwo jest bowiem znaleźć swojego żywiciela. Wylegające się larwy nazywane są trójpazurkowcami (triungulinus). Są barwy rudawej w odróżnieniu od trójpazurkowców oleicy fioletowej, które są czarne. Gromadzą się one na kwiatach i przyczepiają się do odwiedzających te kwiaty pszczół. Wiele larw pomyłkowo przyczepia się do odnóży innych owadów, przez co nie znajdują dogodnych warunków do rozwoju i giną. Larwy przyczepione do odnóży pszczół, dostają się do ich gniazd. Tam zjadają pszczele jaja, potem linieją i przekształcają się w pędrakowate larwy drugiego stadium. Z kolei te larwy odżywiają się pyłkiem i nektarem, który gromadzą w swoich gniazdach pszczołowate. Po powtórnym linieniu powstaje niby-poczwarka (pseudochrysalis), z której wykształca się dopiero poczwarka właściwa, a następnie chrząszcz dorosły (imago). Ten złożony cykl rozwojowy z dwoma, różnymi typami larw oraz dwoma „poczwarkami” nazywany jest hipermetamorfozą (nadprzeobrażenie).

Oleica fioletowa (Meloe violaceus Marsh.) jest nieco mniejsza od oleicy krówki – ciało długości 10-32 mm, wyraźniej fioletowo ubarwione. Jest to gatunek rzadszy od oleicy krówki, występuje w nasłonecznionych, suchych miejscach. Tak jak u innych majkowatych występuje nadprzeobrażenie (hipermetamorfoza). Larwy pierwszego stadium i drugiego stadium wyraźnie się od siebie różnią zarówno morfologią jak i biologią. Larwy pierwszego stadium są ruchliwe, morfologicznie typu kampodealnego, zjadają jaja pszczół. Larwy drugiego stadium są pędrakowate, z silnie skróconymi odnóżami, żywią się miodem. Rosną intensywnie i trzykrotnie linieją. Po ostatnim linieniu zakopują się w ziemi, gdzie przeobrażają się w poczwarki rzekome. Po przezimowaniu z poczwarek rzekomych wylęgają się larwy ostatniego stadium. Morfologicznie podobne są do drugiego typu larw – pędraków, ale nie pobierają pokarmu i przekształcają się w poczwarki właściwe.

Dorosłe owady najczęściej spotkać można na łąkach różnego typu, gdzie dorosłe odżywiają się liśćmi roślin zielnych i gdzie do gleby składają jaja (wylegające się z jaj larwy mają blisko do kwitnących roślin, gdzie w kwiatach czekają na przylatujące po nektar i pyłek owady).

Na koniec pikantna dygresja odnosząca się do chorób wenerycznych owadów. Występujące w Ameryce trójpazurkowce oleicy z gatunku Meloe franciscanus tworzą agregacje na źdźbłach trawy. Taka kulka nieco przypomina samice pszczoły Habropoda pallida i samce tego gatunku próbują z nią kopulować. W tym czasie trójpazurkowce w sporej liczbie przechodzą na ciało samca. Przy kolejnym kontakcie - już z prawdziwą samicą pszczelą, larwy oleicy dostają się na pszczołę i dostają się do jej gniazda. Bez wątpienia są pasożytami, więc śmiało można porównać do... choroby wenerycznej. Profesor Kozłowski  przypuszcza, że i spotykane agregacje naszej oleicy krówki mogą w podobny sposób dostawać się na samice samotnych pszczół (głównie lepiarek z rodzaju Colletes). Do potwierdzenia tego przypuszczenia potrzebne są obserwacje w terenie. Może Tobie uda się to unikalne zjawisko zaobserwować i udokumentować?

6.05.2019

Dlaczego mucha jest włochata? Na przykład taka ścierwica mięsówka.

Ścierwica mięsówka (Sarcophaga carnaria)
Do tytułowego pytania skłoniła mnie korekta rozdziału do podręcznika zoologii (a było to 8 lat temu). Chodziło o zdanie, odnoszące się do szczecinek - czy wszystkie są czuciowe, a więc czy ich funkcja jest zawsze zmysłowa. Krótko i jednoznacznie ująć tę rzecz jest trudno. Co innego, gdy można się rozpisywać. Wtedy można dokładnie rozważyć wszystkie niuanse i wątpliwości. Ale w podręczniku akademickim trzeba ważyć każde słowo, bo miejsca mało, treści dużo, a i później student nie może mieć mętliku w głowie. Co innego na blogu, tu już można sobie do woli popisać... nawet o włochatej muszce. Dlatego się rozpisuję.

Wszystkie włoski w mniejszym czy większym stopniu mogą informować o otoczeniu. Tak jak nasze włoski na skórze. Ale przecież ich główną funkcją jest izolacja i ochrona a nie narząd zmysłu. Oczywiście są i wyspecjalizowane włoski czuciowe (zmysłowe), u owadów zwane sensillami. No dobrze, ale dlaczego mucha jest tak owłosiona, tak jak ta na zdjęciu ścierwica mięsówka (Sarcophaga carnaria)? Liczne szczecinki na odwłoku mają być elementem wczesnego ostrzegania? A może to bardziej kolce jak u jeża? Pozornie zwiększają wielkość owada i utrudniają schwytanie przez drapieżnika. Oczywiście drapieżnika podobnych rozmiarów, bo dla dużego ptaka to żadna przeszkoda. To pozorne zwiększanie wielkości ciała przez różnego rodzaju kolce, wyrostki, szczeciny jest typowym zjawiskiem ekologicznym i ewolucyjnym, jako reakcja na drapieżnika podobnych rozmiarów (utrudnia schwytanie).

Jeśli na tę muchę o niezbyt sympatycznej nazwie, nawiązującej do padliny, ścierwa (najpewniej psiego), przyjrzeć się pod powiększeniem, z bliska czyli tak jak widzą inne muchy... to okaże się, że jest piękna. Piękna w swojej szaro-czarnej barwie, misternym rysunku i dostojnie sterczącym szczecinkom. Może taka włochatość podoba się innym muchom? Tak jak nam podobają się umalowane kobiety. No cóż, to jest piękne co się komu podoba. A ścierwica zapewne chce się podobać innej ścierwicy, zazwyczaj płci przeciwnej. A czyż z podobnego powodu ludzkie samice (przepraszam panie za to biologiczne określenie) nie poddają się różnorodnym, nawet bolesnym, zabiegom, zmieniającym ich wygląd, tylko po to, by się podobać i uwodzić?

Włochata mucha jest pełna tajemnic. Jeszcze do niedawna uważano, że w swej muszej młodości żywi się mięsem lub padliną. Jednak najnowsze publikacje dipterologiczne (od Diptera - muchówki) podają, że pasożytują na dżdżownicach. Samica składa jaja u wylotu wejścia chodnika dżdżownicy, a wylęgające się larwy ścierwicy same już odszukują swoją dżdżowniczą ofiarę. Mają blisko, dzięki zapobiegliwości swojej matki. Kiedy larwy już odszukają swoją dżdżownicę-żywicielkę, to wgłębiają się w jej ciało (a w zasadzie wgryzają). W rezultacie łakomstwa larwy, dżdżownica ginie a sama mucha już po kilku dniach kończy rozwój.

Dorosłe ścierwice spotkać można od kwietnia do października na kwiatach, licznie w sąsiedztwie ludzkich osiedli. Cóż, towarzyska jest ta włochata mucha i o wyrafinowanym, kwiatowym guście. Kto by podejrzewał, że w larwalnej młodości wiedzie zabójczo-pasożytniczy tryb życia. Żeby zepsuć sielankowo obraz kosmatej piękności warto wspomnieć, że dorosłe spotkać można nie tylko na kwiatach, ale i na odchodach. Może zalatują tam, aby zrobić sobie odmładzającą maseczkę? Żartowałem, muchy swoich SPA nie mają i kąpieli błotnych (czy innych kosmetycznych mazi) dla urody nie zażywają. Tak mi się przynajmniej zdaje...

Przyglądając się tym z pozoru brzydkim (bo czarnym i włochatym) muchom, odkryć możne wiele prawd o otaczającym nas świecie. Nie tylko to, co mucha robi w młodości (stadium larwalne), ale i to, co dotyczy całego świata przyrodniczego i nas samych.

O każdej porze roku coś małego do spokojnego oglądania-obserwowania się znajdzie. Więc do dzieła! Może coś ciekawego się odkryje?


(Tekst pierwotny ukazał się w listopadzie 2011 na moim dawnym blogu, ale ponieważ od kilku dni blox już nie istnieje, więc tekst jest niedostępny. Przeniesiony na nowy adres https://czachorowski.home.blog/ (ale bez zdjęć i komentarzy) jeszcze się nie "gugla". NIech wiec tu będzie dostępny).

4.05.2019

Ryże Zygmunty, środki odmładzające, synantropizacja i długi seks pod lipą


Z nazwami owadów to bardzo dziwnie bywa. Pewno jest jedno (choć i to nie całkiem) – urzędowa nazwa łacińska. Dlaczego nie całkiem pewne? Bo na skutek rewizji i nowych ustaleń bywają zmieniane (aktualizowane) nazwy gatunkowe a jednocześnie czasem funkcjonują starsze synonimy i ten sam gatunek odnajdziemy w różnych źródłach pod różnymi nazwami łacińskimi. Niemniej świat naukowy dba o jednolite i jednoznaczne nazewnictwo naukowe. Gorzej jest z nazwami polskimi. Tu nie ma ścisłego kodeksu nomenklatury, więc i rozbieżności w różnych źródła bywają znaczne.

Polskie nazwy to najczęściej albo nazwy zwyczajowe, tradycyjne, albo proste tłumaczenie z łaciny. Ale entomolodzy, z braku przyjętych nazw zwyczajowych, sami musieli wymyślać nazwy gatunkowe. Była więc i fantazja i wykorzystywanie dawnej mitologii słowiańskiej i odnoszenie się do biologii konkretnego gatunku. Fantazyjne bywają również nazwy regionalne.

Kowal bezskrzydły. Ani on bezskrzydły ani kowal. Na portalu społecznościom dowiedziałem się, że na Podlasiu mówią na te owady ryże zygmunty. Ryże – to pewnie od koloru, ale dlaczego Zygmunty? Może od imienia Zygmunt? Może od jakiegoś rudego Zygmunta nazwę wzięły? Ciekawa to byłaby historia.

Kowal bezskrzydły (Pyrrhociris apterus) jest jednym z bardziej zauważalnych owadów w naszym regionie. Zamieszczone na górnym zdjęciu osobniki spotkałem w Olsztynie na ul. Stara Warszawska, przy szpitalu. Owad ten licznie i często spotykany jest w pobliżu siedzib ludzkich (można uznać go za gatunek synantropijny lub semisynantropijny), więc nic dziwnego, że spotkałem niemalże w środku miasta. Kontrastowo ubarwiony w kolorach czarnym i czerwonym, często spotykany na przydrożnych drzewach i na dodatek licznie występujący. Czerwony kolor kojarzy się z ogniem, co znalazło odbicie w nazwie angielskiej – firebug (ognista pluskwa), niemieckiej, niderlandzkiej, arabskiej (ogniowy robal), perskiej (żuk ognistoskrzydły), podobnie w języku ukraińskim червоноклоп червоний (czerwonopluskwiak czerwony) i po rosyjsku - краснокло́п бескрылый. Erazm Majewski w książce z XIX wieku podaje nazwę rusińską:  czerwoniec, czerwoniuch (червонюхъ). Po chorwacku – ridja stĕnica, nie wiem co to ta stenica, ale ridja to najpewniej od rudego lub czerwonego koloru. Regionalne nazwy odnoszą się także do wojska – może ze względu na gromadne występowanie kowali, niczym pułki wojskowe. Po rosyjsku клоп-солдатик, po ukraińsku козачки, клоп-москаль, москалик. Włochom też się z żołnierzami kojarzy – insetto carabiniere. Francuzom z żandarmem (le gendarme), choć ludowa nazwa nawiązuje do ogrodowej pinezki czerwono-czarnej (Punaise De Jardin Rouge Et Noire). Inne francuskie nazwy zwyczajowe to: szewc, żołnierz, murzyńska maska, diabeł szukający lunchu. Z innych, oryginalnych nazw zwyczajowych można wspomnieć o:  szewc świętego Antoniego, robak drzewa fiołkoworóżowego (hiszpański), mahoń, korale, demon, czerwona gałązka (kataloński), sęp pospolity (czeski), łopata, karetka, tramwaj, muzykant (słowacki), poszukiwacz broni (hebrajski), rumuński krowi pan. Jestem przekonany, że tych regionalnych, zwyczajowych nazw jest dużo więcej w każdym języku.

Z komentarzy pod pierwszą wersją tego tekstu (rok 2013, Blox) dowiedziałem się, że na Mazowszu oraz na Lubelszczyźnie na kowale mówi się "trumniaki" (a gdzie indziej "cmentarna biedronka"). Dlaczego? Nie zjadają zmarłych po pogrzebaniu. Raczej dlatego, że często je można spotkać na cmentarzu, pod drzewami. Mniej prawdopodobne, że z powodu skojarzenia z kondukt pogrzebowym. Stawiałbym na obecność lip na cmentarzu lub w alei do cmentarza. Najłatwiej zauważyć kowale na pniach drzew, i to w dużej liczbie. Z kolei w zachodniej Małopolsce mówi się na nie "łącodupce", co dobrze opisuje zwyczaj długiej kopulacji (złączone d...pami). A dzieci czasem z tego samego powodu mówią na kowale - tramwaje - bo złączone niczym wagoniki tramwajowe. Ot, co się komu kojarzy... wynika z doświadczenia i myśli, kłębiących się po głowie.

W nazwie polskiej i łacińskiej jest „bezskrzydły”. Ale to tylko pół prawdy. W pełni bezskrzydłe są tylko larwy, podobne pokrojem do postaci dorosłych, jak to u pluskwiaków bywa. Skrzydła najczęściej są skrócone (zjawisko to określane jest terminem brachypteria, krótkoskrzydłość). Nazwa kowal bezskrzydły w jakimś stopniu nawiązuje do cechy krótkich skrzydeł. Ale dlaczego kowal? W sumie to można zapytać dlaczego „Zygmunt” lub Moskal.

U kowali bezskrzydłych występuje zjawisko polimorfizmu (wielopostaciowości) – część osobników ma normalnie rozwinięte skrzydła, część jest krótkoskrzydła (tylne skrzydła silnie uwstecznione, zredukowane). Ten polimorfizm w populacji jest ciekawym zjawiskiem. Krótkoskrzydłe osobniki nie muszą marnować energii na lot, stąd mogą wydać więcej potomstwa. Dobre jest to w okresie szybkiej kolonizacji zasobnego w pokarm siedliska. Długoskrzydłe osobniki co prawda marnują energię na lot, ale za to mogą się dalej rozprzestrzeniać (dyspersja) i kolonizować nowe siedliska. Ta strategia korzystniejsza jest w warunkach niestabilnych i zmieniającego się środowiska. A skoro w populacji dwie alternatywne strategie występują, to gatunek poradzi sobie w każdych warunkach – bo wszystkie opcje ma obstawione. Jedne osiadłe inne bardziej mobilne. Tak jak u nas, jedni siedzą na miejscu inni „latają” po świecie, a to za pracą, a to na wakacje.

Pluskwiaki te żywią się sokiem wysysanym z nasion lip i robinii oraz z owoców ślazów a także obumarłych stawonogów czy nawet rozjechanej (rozdeptanej) żaby. Długą kłujką, typową dla pluskwiaków, wysysają soki, niczym turyści pijący drinki przez słomkę w okolicznych pubach i restauracjach. Ulubionym pokarmem kowala są orzeszki lipy. Dla innych owadów orzeszki te są szkodliwe, bo zawierają związki toksyczne, podobne do owadziego hormonu juwenilnego (młodzieńczego). Dlaczego owadom szkodzić może taki środek odmładzający? Bo rosną a nie dojrzewają (kobiety złośliwie o mężczyznach mówią, że od pewnego wieku już tylko rosną a nie dojrzewają...). Owady takie nie tylko nie przystępują do rozrodu ale i pojawiają się zniekształcenia w kolejnych, przerośniętych larwach (zaburzony rozwój). Kojarzy mi się to z Blaszanym bębenkiem. Nie wiem czy przez analogię można formułować ostrzeżenie dla pań przed nadmiernym stosowaniem środków odmładzających (czy operacji upiększających). Ale może one jakoś tak uodpornione, jak te kowale?

Lipa w sprytny sposób broni się przed zjadaczami jej nasion. Truje, ale perfidnie, nie od razu. Z podobnymi problemami spotyka się i człowiek – w naszym środowisku, poza naturalnymi, pojawia się dużo związków biologicznie aktywnych, podobnych do hormonów czy antybiotyków. Niewielkie ilości w pożywieniu i środowisku, a poważne problemy rozwojowe, utrata płodności czy zaburzenia zdrowia w wyniku zaburzeń naszej mikroflory jelitowej.

Ale wróćmy jeszcze do rudych kowali bezskrzydłych. To co może jeszcze zwracać naszą ciekawość i zainteresowanie to… długi seks, trwający nawet do kilku dni (nawet przez tydzień). I łażą tak razem, większa samica ciąga jak wagonik samca. Dlaczego tak dziwne zwyczaje (w jakimś sensie zagrażające życiu)? Zaplemnienie (przekazanie plemników) następuje w ciągu 3-4 godzin od początku kopulacji. Po co więc kilka dni? Może i jakąś przyjemność samce z tego mają. Ale biologiczny sens jest w pilnowaniu samicy przed innymi samcami. Po prostu je „zatykają” i już. Bo u owadów bywa tak, że kolejny, kopulujący samiec usuwa spermę poprzednika. Jaja zapładnia ostatni. Warto więc z narażeniem życia być wiernym jednej partnerce, i trwać w miłosnym uścisku kilka dni. Z rozsądku lub czystej przyjemności. Endogenne endorfiny (hormony szczęścia) to rozsądek przyrody, abyśmy czynili to co ważne i niezbędne... 

Te niewielkie owady (7-12 mm) występują zazwyczaj gromadnie, także i wczesną wiosną – na dole pni lip, kasztanowców, robinii pseudoakacji. Kowala bezskrzydłego najłatwiej spotkać w alejach przydrożnych i w parkach, a także na murach (uwiecznione na zdjęciu siedziały na przyszpitalnym murku), starych cmentarzach, nad brzegami jezior. Czerwony, dobrze widoczny kolor informuje potencjalnych drapieżników, że jest się niesmacznym a może nawet trującym. A jak się jest w gromadzie, to się jest bardziej widocznym i sygnał ostrzegawczy jest silniejszy.

Na przyrodę zazwyczaj patrzymy przez pryzmat człowieka. Poznając świat staramy poznać siebie. Więc wakacyjne obserwacje owadów, ich dziwnych zwyczajów miłosnych, „kosmetyków” odmładzających”, długiego seksu, rozmyślajmy o Homo sapiens i naszych problemach. Czy ryży Zygmunt siedział pod lipą czy też raczej gwarantował długi seks?



2.05.2019

Dlaczego kocham naukę?


Kocham naukę miłością wieloletnią i nieustającą, od półwiecza, od lat pacholęcych. Zaczęło się od obserwacji tego, co żyje w małej, mazurskiej rzece, co piszczy w trawie i co bzyczy nad głową. Zaczęło się od przyrodniczych opowieści dziadka i wujka, wypraw do lasu i podglądania przyrody w wiejskim krajobrazie. Potem sięgnąłem po książki. I tak mi już zostało. 

Kocham naukę, bo pozwala mi zrozumieć złożony świat i pomaga odszukać sens. Ta miłość jest nieustającą przygodą detektywistyczną i nieustannym odrywaniem. Ciągle nowe pytania, nowe odpowiedzi i kolejne pytania. W największym stopniu zafascynowany jestem naukami biologicznymi i tajemnicą życia. Co było, co jest i co być może będzie w przyszłości. Jak przebiega sukcesja ekologiczna i ewolucja zarówno ekosystemów jak i gatunków. I jaki to ma sens.

Ludzie mają naturalną potrzebę porządkowania, nazywania i grupowania rzeczy. Umożliwia to likwidowanie chaosu, wprowadza porządek i sens. Myślenie naukowe jest konektywne, wymaga dialogu, rozmowy, dyskusji, przekonywania, dociekania, analizowania. Wykształciło się z pierwotnych i naturalnych umiejętności Homo sapiens, łowców zbieraczy. Metoda naukowa to bardziej staranny sposób myślenia i działania, by poznać fakty z naszego otoczenia w celu radzenia sobie z rzeczywistością, unikania błędów, niebezpieczeństw, odnajdywania pożywienia, piękna i przyjemności. Jednym słowem porządkowania złożonego i pozornie chaotycznego świata.

Miłość, która prowokuje do obserwowania, eksperymentowania, czytania i słuchania oraz opowiadania. Nie jestem zazdrosny - pokochaj naukę i Ty. To przyjemna przygoda. I ułatwia nam życie.

1.05.2019

Jestem Europejczykiem, tak jak moi przodkowie, i jestem z tego dumny !

(Pamiątkowe zdjęcie z Francji.
Wszędzie w Unii Europejskiej czuję się jak w domu, u siebie.
Europa demokratyczna, moja ojczyzna.)
15 lat Polski w Unii Europejskiej - jest co świętować. To już druga taka unia dla nas i wartościowa konfederacja. Pierwsza była Unia z Wielkim Księstwem Litewskim czyli pierwsza Rzeczpospolita. I kolejne święto pierwszej naszej konstytucji, tej z Trzeciego Maja. Przy okazji przypomnienie, że nic nam nie jest dane raz na zawsze, nawet te najlepsze rzeczy...

Pokojowa nagroda Nobla dla Unii Europejskiej, jaka nie tak dawno została przyznana (w roku 2016),  daje mi dużą satysfakcję. Czuję się Europejczykiem i podwójnie jestem dumny. Raz z faktu bycia Europejczykiem, dwa za docenienie niezwykle wartościowego pomysłu, jakim jest Unia Europejska. Europa bez wojen, integrująca się, poznająca się, współpracująca, wspierająca się. Warto ją rozszerzać o kolejne kraje. Nie zatrzymywać zazdrośnie tego, co wartościowe, tylko dla siebie. Osobom wierzącym przypomnę, że flaga Unii Europejskiej ma inspiracje Maryjne, a solidarność europejska i uniwersalizm dobrze wpisują się w chrześcijaństwo i katolickość.

Kiedyś Europa nieustannie szarpana była wojnami. To niestety może wrócić. Dalej się różnimy, rozwijamy swoją lokalność i odmienność, nie zatracamy ani kultury ani języka. Wręcz przeciwnie. Silny wspiera słabszego. Różnorodność ubogaca - egoistyczna ksenofobia upośledza.  Pomysł na "Unię" jest nawet naśladowany, mniej lub bardziej wiernie, w innych częściach świata. Mimo trudności i narzekania wiecznych malkontentów i przestraszonych, dumny jestem z Unii Europejskiej.

Czuję się Europejczykiem, ale wcale nie przestaję być Polakiem czy Warmiakiem. Te wartości się dopełniają a nie wykluczają. Na przykład w UE czuję kontynuację w znacznie poszerzonej wersji Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Łatwiej podróżować bez wiz i stania w długich kolejkach na granicy. I wszędzie czuję się jak u siebie, czy to w Wilnie, Rumunii, Francji, Niemczech, Wiedniu, Daugavpils. Najczęściej nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo, my Europejczycy, jesteśmy do siebie kulturowo podobni. Na dodatek Unia Europejska niesie w sobie wiele ideałów chrześcijańskiej Europy. Dla mnie ma to znaczenie.

Łączą nas wspólne wartości. Zbyt często mówimy o gospodarce i pieniądzach, za mało o wartościach. A przecież Unia Europejska to unia wartości, a nie tylko unia gospodarcza! Nie boję się świata i odmienności. Wiedza pozwala zrozumieć świat nas otaczający. Wiedza jest w tym sensie źródłem szczęścia. I tak też widzę uniwersytet. Nie jako wyższą szkółkę zawodową, ale jako miejsce, gdzie zdobywa się prawdziwą wiedzę i prawdziwe szczęście (wiedza jak żyć i być szczęśliwym, spełnionym).  Owszem, jest to projekt daleki od zakończenia. Tak jak i Unia Europejska. Banalnie napiszę: to nasz zbiorowy obowiązek. I czuję się dumnym obywatelem Europy, który może płacić składki i wspierać słabszych. Nie jestem parobkiem, patrzącym jedynie na UE jako międzynarodową pomoc społeczną. W miarę wzrostu dochodów chcę budować coraz dłuższy stół a nie coraz wyższy płot. Dzielenie się ubogaca.

Jestem dumnym Europejczykiem, ciągle zgłębiającym naszą wspólną, europejską historię (jak i regionalne, warmińskie dziedzictwo). A łączy nas dużo od wielu stuleci, nawet tysiącleci. W 2016 roku, jako Europejczyk, zostałem pokojowym współnoblistą. Na zdjęciu wyżej uwiecznione jest małe francuskie miasteczko Montierchaume, merostwo, miejsce wrześniowego spotkania ze Stowarzyszeniem Francja-Polska. W jednym, różnorodnym domu. Wspólny dom, wspólna duma.

Długa majówka jest okazją do radosnego świętowania. Preferuję patriotyzm dnia codziennego. Przedkładam budowanie więzi i pielęgnowanie otwartego dziedzictwa nad nadęte słowa i puste gesty. W czasie tej długiej majówki będę między innymi malował stare dachówki, wyrzucone słoiki i butelki, namawiał do filozofii zero waste, tworzenia giveboxów i wykorzystywania bumerangowych torebek. I kilku innych rzeczy. I to w miejscu mojego urodzenia, w Lidzbarku Warmińskim. Z urodzenia jestem Warmiakiem, Polakiem, Europejczykiem. Albo na odwrót: jestem Europejczykiem, Polakiem, Warmiakiem. Konektywna komplementarność. Wspólnotowość w egzystencji.

Jakiś czas temu, w ramach internetowego "patriotycznego" hejtu i ludowej lustracji, ukazał się taki komentarz do mnie adresowany: (2016-03-10 15:43): „(…) Bardzo mnie ciekawi skąd się wziął, skąd wziął nazwisko i inne podobne elementy. Mimo jego grzebania w genealogii, jakoś nie można rzeczywiście umiejscowić go w dziejach rodziny pozostałych Czachorowskich. Czyżby podrzutek jak "Komorowski"? Ciekawe...” A nieco wcześniej, „prawdziwy Polak” o imieniu Majsbek, syn byłego wojskowego z czasów PRL, który przeszedł na islam (stąd to imię syna), pouczał mnie o patriotyzmie, polskości i zarzucał mi "targowicę". Kiedy korzystając z okazji zapytałem o jego genealogię… nic mi nie napisał (mimo deklaracji i obietnic). Zarzucał, że brukam tak zasłużone nazwisko (czyli moje, bo ośmielam się krytykować obecną władzę). Ale o tym „zasłużeniu” nic nie potrafił napisać, mimo moich nalegań. Z jego korespondencji wyciekała nacjonalistyczna bufonada, nakręcona przez „narodową” propagandę, ostatnio coraz obficiej płynącą z "publicznych" mediów.

Skąd się wziął Czachorowski? Osobiście urodziłem się w sercu Warmii, w Lidzbarku Warmińskim. Natomiast pierwsze wzmianki o moich przodkach z Czachorowa pojawiają się już w XV wieku. Czachorowo to wieś na północnym Mazowszu, przy granicy z Ziemią Dobrzyńską. Począwszy od XVI w. zachowały się już liczne zapiski metrykalne, pozwalające odtworzyć moją genealogię. Pierwsi Czachorowscy na Prusy dotarli już chyba w XV czy XVI wieku. Bezpośredni wywód genealogiczny mam od XVII wieku (północne Mazowsze, Ziemia Dobrzyńska). Nawiązując do tradycji mogę napisać, że pieczętuję się herbem Rogala (drobna szlachta szaraczkowa bez chłopów pańszczyźnianych). Nie jestem "podrzutkiem" ani sroce spod ogona nie wypadłem. Luki w historii rodu staram się systematycznie uzupełniać (z myślą nie tylko o sobie). Zbieram historię szeroko rozumianego rodu i losy ludzi, rozsianych już po całym świecie. Dlatego śmiało mogę pisać, że jestem Europejczykiem, tak jak moi przodkowie w ciągu udokumentowanej historii połowy tysiąclecia. Do komunikacji z członkami rodu i rodziny muszę używać nie tylko języka polskiego, ale i rosyjskiego, białoruskiego, angielskiego, portugalskiego itd. różnice nie przeszkadzają w poczuciu więzi. Po kądzieli jestem Wilniukiem. Zatem w pełni mogę czuć się potomkiem Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, Unii Polski i Litwy. A teraz czuję się pełnoprawnych i odpowiedzialnym obywatelem Unii Europejskiej.

Jestem Europejczykiem polskiej narodowości, warmińskiego urodzenia. Świadomość wspólnej Europy, wspólnych wartości, w tym solidarności i współodpowiedzialności za nasze losy, jest dla mnie wartością nie tylko deklarowaną. Unia Europejska jest ukoronowaniem marzeń i zabiegów wielu pokoleń nie tylko Polaków. To mądre rozwinięcie i kontynuacja unii polsko-litewskiej i Rzeczypospolitej Obojga Narodów, to szersze spełnienie pomysłów na monarchię austro-węgiersko-polską (choć dużo bliższa mi republika i demokracja od monarchii). I wielu innych, wcześniejszych, podejmowanych prób federalizacji i budowania wspólnoty europejskiej. Należę do szczęśliwego pokolenia, które dożyło dobrych, unijnych czasów. I wiem, że nie jest to dane nam raz na zawsze, że trzeba każdego dnia zabiegać, starać się, pracować.

Państwa narodowe to późny wymysł i na razie bardzo krótkotrwały. Nacjonalizm jest efemerydą. Zdecydowanie wolę solidarność w pełnym słowa tego znaczeniu, ponad ksenofobię, prywatę, lokalne kompleksy. Unia Europejska jest dla mnie symbolem rozwoju cywilizacji. Europa to ciągła i nieustająca odpowiedzialność i wyzwanie. Bo nic nie jest dane raz na zawsze, co poskreślam już po raz trzeci. Unia Europejska jest znakomitym pomysłem na współistnienie bez wojen, bez zwalczających się nacjonalizmów i nieustannego przesuwania granic. Mogę jechać do Wilna (do rodziny) jak do swojego miasta, bez szabelki, konfliktów, przepychanek. I nie czuję się zagrożony, gdy na Warmii i Mazurach mieszkam z Ukraińcami, Portugalczykami, Niemcami, Francuzami, Rosjanami, Romami itd.

Dla mnie i mojego pokolenia wspólna Europa bez granic z zasiekami jest spełnieniem marzeń. Jednak do tej pory, na lotnisku przy kontroli paszportowej odczuwam jakiś lekki niepokój, gdzieś głęboko skrywany strach. Bo pamiętam dawne kontrole graniczne, ze szlabanami, drutami kolczastymi. Mój syn nie ma tych obaw. Wyrósł w Europie bez granic. Jeździ do Brukseli, Dijon, na Sycylię, do Irlandii tak jak do Warszawy, Gdańska czy Krakowa. To dla niego normalne (i to mnie cieszy). Po wielu latach nie czuję już wstydu, kompleksów czy zażenowania, gdy wyjeżdżam prywatnie czy służbowo do krajów „Europy Zachodniej”. Nie czuję się gorszy, nie czuje się jak ubogi krewny. Czuję się dumnym Europejczykiem, co w niczym nie umniejsza mojej polskości. Unia Europejska daje mojej polskości i warmińskości siłę i poczucie pełni.

Jestem Warmiakiem, Polakiem, Europejczykiem, katolikiem, jestem wolnym człowiekiem. Polska od zawsze była w Europie. Nigdy z niej nie wychodziliśmy. Choć bywały okresy przymusowego izolowania, ograniczającej żelaznej kurtyny. Teraz nie chcę być ponownie odgrodzony od Europy przez nacjonalistyczny i ksenofobiczny pseudopatriotyzm zakompleksionych ludzi. Moich rodaków...
Cywilizacyjnie i kulturowo byliśmy i jesteśmy w Europie. Mam na myśli wartości i kulturę a nie położenie geograficzne. Symbolicznie Chrzest Polski, którego jubileusz niedawno obchodziliśmy, był formalnym przypieczętowaniem oficjalnej obecności w Europie. Nawet nazwa herbata (herba tea) wskazuje na naszą kulturową przynależność do Europy Zachodniej a nie Wschodniej (gdzie używają nazwy czaj).

Obecnie symbolem naszej aktywnej i odpowiedzialnej przynależności do Europy jest nasze członkostwo w Unii Europejskiej. Nie tylko należymy ale i współtworzymy Europę. I nie chcę, abyśmy z tej roli w jakikolwiek sposób rezygnowali. Jestem Europejczykiem i nim pozostanę. Każdą smutę można przetrwać. A w rodzinie są różne historie oraz chwalebne i mniej chwalebne czyny, które udało się udokumentować w rodzinnej historii. Jak i w pełni europejskie koligacje.

Myślę, że wiedza zarówno co do własnych korzeni jak i wiedza co do historii Europy jest najlepszym remedium na ksenofobię, nacjonalistyczną agresję i zaściankowy egoizm. Czy już niebawem będę musiał wyrabiać paszport by jeździć do rodziny rozsianej po całej Europie? Jestem obywatelem, dlatego chodzę na wybory i aktywnie współuczestniczę w tworzeniu przyszłości. Na najbliższe wybory do parlamentu europejskiego także się wybieram.


PS. w nawiązaniu do słów Pawlaka z Samych swoich, ludzie nie dzielą się na Polaków, Niemców, Ruskich, ale tak po prostu, na mądrych i głupich.

28.04.2019

Torby bumerangi, mobilny givebox i majówkowy piknik edukacyjny w Lidzbarku Warmińskim

Długa majówka sprzyja wycieczkom pieszym, rowerowym, pociągiem czy autobusem. A ja zapraszam trzeciego maja do Lidzbarka Warmińskiego na warsztaty ekologiczne dla mieszkańców. Na deptaku przy Wysokiej Bramie na kilku stoiskach pod szyldem Fundacji Veolia Polska, podczas Tygodnia Sportu, w godzinach 10.00 - 15.00 odbędą się warsztaty ekologiczne, w których głównym tematem będzie gospodarka obiegu zamkniętego (w tym zero waste).

Aktywna forma warsztatów, angażująca zarówno dzieci, młodzież jak i rodziców (dla każdego coś miłego i interesującego), ma nieść przesłanie z wartością edukacyjną (połączenie street artu oraz arteterapii z kształceniem pozafromalnym). Będzie okazja by poprzez zabawę, refleksję i działania artystyczne dowiedzieć się jak żyć, aby produkować jak najmniejszą ilość odpadów (zero waste), jak rozwijać naszą wspólną odpowiedzialność za środowisko (w tym unikając produkcji zbędnych odpadów), jak możemy przyczynić się do poprawy stanu naszego środowiska, do lepszego wykorzystywania zasobów (w tym recykling i reusing). Mottem będzie hasło „naprawiaj nie wyrzucaj”. Zobaczysz przykłady rzeczy i działań prostych, praktycznych rozwiązań do zastosowania przez każdego w domu. Poczynając od Lidzbarka Warmińskiego. 

Organizatorzy gorąco proszą by zebrać ze sobą stare firanki, umyty i pozbawiony etykiet słoik lub butelkę, polny kamień lub starą dachówkę, kilka książek lub innych przydatnych rzeczy, którymi zechcesz podzielić się z innymi. 

W czasie edukacyjnego pilniku zbudujemy mobilny givebox. Co to takiego? Givebox (inna nazwa: freebox) to szafa z różnościami, rodzaj mebla miejskiego, najczęściej regału lub szafy ustawionej w licznie odwiedzanych miejscach, w której można anonimowo, bezpłatnie pozostawiać i zabierać używane i niepotrzebne oddającym przedmioty użytkowe, np. AGD, odzież, zabawki, naczynia, czy książki. Idea półek bookcrossingowych od lat znakomicie się rozwija (przykładem jest chociażby Warmiobook). W czasie warsztatów przygotujemy mobilny givebox w starej walizce. Ale może uda się coś trwałego i większego stworzyć dla Lidzbarka Warmińskiego. Ideą giveboxów jest hasło sharing is caring czyli dzielenie się jest dbałością o innych i środowisko: zabezpieczaniem potrzeb ludzi słabiej uposażonych, przedłużaniem żywotności urządzeń, a tym samym wpływaniem na polepszanie stanu środowiska naturalnego (idea zero waste). W zamierzeniu giveboxy mają też tworzyć wokół siebie lokalną społeczność, grupę spotykających się przy nich ludzi. Sztuka dodatkowo łączy ludzi. Givebox jest miejscem, w którym możesz coś anonimowo zostawić, ale też równie anonimowo zabrać. I nikt nie będzie od Ciebie żądał zapłaty czy jakiejkolwiek formy zadośćuczynienia. Po prostu uczestniczysz w wielkim projekcie zmieniania świata na miejsce przyjazne do życia. Włącz się aktywnie.

Dla niektórych wspólna szafa będzie miejscem, w którym będą głównie zostawiać dla innych, skarbnicą różności, z której będą czerpać i cieszyć się ze znalezionych przedmiotów. Jednocześnie tego typu upcycling to świadome korzystanie z wytworzonych dóbr, dbanie o pracę rąk ludzkich i nie zanieczyszczanie środowiska, generowaniem nowych odpadów. Podróżując po Europie już widziałem takie szafy z różnościami. Pora, by idea zagościła na Warmii i Mazurach. Zaczniemy od Lidzbarka Warmińskiego. 
A po co stare dachówki lub polne kamienie? Bo będzie malowanie starych dachówek lub kamieni (na nich zostaną nalepione QR Kody, linkujące do wybranych miejsc w internecie - artykułów przyrodniczych, ekologicznych i specjalnie przygotowanych na tę okazję i odnoszące się do przekazów edukacyjnego, dotyczącego gospodarki obiegu zamkniętego). Pomalowane kamienie i dachówki uczestnicy mogą zabrać ze sobą. Te które zostaną, rozmieścimy na ternie miasta i zachęcimy do poszukiwań, z telefonem komórkowym, by odnalazłszy taki tajny kamień, poprzez qr kod przeczytać coś o naszej, niezwykłej przyrodzie (więcej o malowaniu dachówek i kamieni). 

Malowanie słoików i butelek. Wyciągnięte ze śmietnika lub ocalone przed wyrzuceniem na śmieci. Nie wyrzucaj, wykorzystaj (reusing, upcycling). Z niepotrzebnych już szklanych opakowań można zrobi rzeczy użytkowe, pojemniczki kuchenne i dekoracyjne, wazoniki itd. Nie ma rzeczy niepotrzebnych, trzeba tylko odrobiny wyobraźni. A przy malowaniu można sobie porozmawiać, tak jak kiedyś przy łuskaniu fasoli, darciu pierza czy międleniu lnu. 

Zabawki z byle czego też da się zrobić. W czasie edukacyjnego pilniku w Lidzbarku Warmiński można będzie pod okiem fachowców wykonać maskotkę larwy chruścika. Prawda, że oryginalne? A zdziwisz się z czego zrobisz domek chruścikowy. 

Szycie woreczków z firanek - na zakupy, do produktów luzem, np. ziemniaki, pomidory, marchewka itd. – rezygnujemy z jednorazowych, foliowych opakowań, by śmieci było mniej. Będą też torby-bumerangi. Zwykłe, płócienne torby na zakupy, które można wziąć lub przynieść. Niech leżą w sklepach. Jak ktoś zapomni, to weźmie i nie będzie przysparzać plastikowych śmieci. 

Jak segregować – zabawa z recyklingiem. Będą pojemniki do recyklingu i quiz, co gdzie wrzucić. Przyda się trochę umytych rekwizytów-śmieci. Możesz przynieść ze sobą. To nie koniec atrakcji. Najmłodsi będą budowali Smoga – takiego recyklingowego smoka. (budowanie instalacji z odpadów, śmieci). Po zbudowaniu całość będzie rozebrana w ramach recyklingu. To nie będzie Smok Wawelski, to będzie Smog Warmiński. Straszny i groźny, ale wiemy jak go pokonać. Kolejną propozycją z nawiązaniem do kulturowego dziedzictwa regionu będą Kłobuczki z włóczki (budowanie zabawek z włóczki) oraz Maty ze szmaty. 

Edukacyjna zasada 3 razu U: Unikaj kupowania rzeczy zbędnych (szycie torebek by nie brać foliówek, torby bumerangi, givebox), Użyj tego jeszcze raz (reusing itd.: malowanie dachówek i kamieni, butelek i słoików, zabawki z niczego, maty ze szmaty) i Utylizuj (czyli recykling, smog, ”jak segregować”).  

A zatem do zobaczenia 3. maja w Lidzbarku Warmińskim, w godzinach 10.00-15.00, koło Wysokiej Bramy.
Zobacz także:  wydarzenie na Facebooku.