8.10.2024

Jak zachęcić do wolontariatu w dzieleniu się wiedzą?

Park(ing) Day w Olsztynie, efektem było na trwałe pozyskanie kilkunastu metrów kwadratowych dla ludzi. Działania wolontariatu w społecznych akcjach mają społeczny i konkretny wymiar.

Wiedza ma charakter ogólnoludzki, wypracowywana była przez miliony (raczej już miliardy) ludzi i tysiące lat. Ostatnie wieki to ogromny przyrost tej wiedzy, między innymi dzięki metodzie naukowej oraz utrwalaniu wiedzy w piśmie. Jak każda działalność narażona jest na zawłaszczanie. W komercjalizacji nie ma nic złego jeśli nie ogranicza się dostępu do tej wiedzy. Nieustannie ścierają się dwa przeciwstawne trendy: uwalniania wiedzy i jej zawłaszczania oraz monetyzacja. Czasami to zawłaszczanie przybiera zbyt dużą skalę, co zagraża rozwojowi całych społeczeństw i potęguje rozwarstwienie społeczne. 

Do wartościowych działań zaliczyłbym projekty oparte na wolontariacie. W zakresie nauki obywatelskiej wymienić można nie tylko Wikipedię lecz i portale takie jak iNaturalist. Czasem jest to także biznes oparty na wolontariacie. To nie musi się wykluczać. Jest to podejście hybrydowe, w części oparte na finansach, w części na wolontaryjnej pracy wielu ludzi. Nie tylko pieniądz napędza ludzką aktywność. Może to być także poczucie misji i grywalizacja. Załączam przykład z widocznością rezultatów i działań, zaczerpnięty z newslettera z Google maps, zachęcający do dalszych udostępnień. Nie tylko ocen ale i dodawania nowych miejsc. Ekonomia dzielenia się. Trend mocno się rozwijający we współczesnym świecie. 

Przykład z Google. Działamy razem. Przecież darmowo korzystamy z map Goole i zawartych tam informacji. Część powstaje za pieniądze uzyskiwane z reklam, część jako praca wolontariuszy. Każdy może dodać coś od siebie. Razem tworzymy dobre mapy z informacjami. podobnych przykładów jest wiele. Informacje zwrotne, pokazujące efekty pracy i ich wykorzystanie. Rodzi to poczucie sensu i zachęca do pracy woluntaryjnej. 


Cztery miliony to liczba robiąca wrażenie. A przecież wkład był niewielki. Powstała nowa restauracja w miejscu starej. Tylko zwykłe podzielenie się wiedzą. Czy są też fałszywe informacje? Zapewne. Nie wiem co motywuje do takich działań lecz można je weryfikować i usuwać jako fałszywe. 

Praca z wolontariuszami jest trudna i wymagająca. Nic nie można nakazać, tak jak zatrudnionemu pracownikowi. Można tylko prosić, zachęcać, motywować. To zupełnie inny rodzaj zarządzania. I wymaga zupełnie innych kompetencji. Umiejętności bycia liderem przydają się zarówno w tradycyjnym biznesie jak i w pracy z wolontariatem. 

Wspólne tworzenie i aktualizowanie danych o świecie, przydatnych zwykłym ludziom na co dzień. W dobie rosnącej automatyzacji, upowszechniania się generatywnej sztucznej inteligencji (duże modele językowe) i skracającego się tygodnia pracy, to właśnie praca w wolontariacie będzie czymś, co nada życiu sens. Bo pracy za pieniądze będzie mniej. A jednocześnie będzie można poczuć się potrzebnym. Automatyczny feedback motywujący wolontariuszy do aktywności. Bo człowiek lubi czuć swoją sprawczość. Nawet w małych sprawach. 




7.10.2024

Co robi profesor uniwersytetu na konferencji dla nauczycieli?


Na Inspir@cje, konferencję dla nauczycieli oraz edukatorów, przyjeżdża co roku wiele osób. Mówią o szkole i o edukacji. A co robię ja, jako profesor uczelni, na tej konferencji nauczycieli i dla nauczycieli? Słucham co w szkolnej "trawie piszczy", jakie trendy wnoszą ci najbardziej aktywni. Czyli co wartościowego dzieje się w edukacji. Poznaję narzędzia, projekty, pomysły, dobre praktyki. W konsekwencji patrzę na to, jacy uczniowie i z czym, przyjdą do nas na studia. Jeśli przyjdą... 

Dwa dni konferencji Inspir@cje 2024 i moja głowa pełna jest pomysłów, odnowionych starych kontaktów i zawartych zupełnie nowych. Są i wstępne pomysły na wspólne projekty. Na konferencje, te naukowe i te dydaktyczne, jeździ się po inspiracje. I wzmocnienie relacji dziejących się online. Coś z tego zawsze zaowocuje. Do swojego miejsca pracy na Wydział Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie wracam z czymś, czym podzielę się z innymi pracownikami. I studentami też. Bo edukacja jest jedna. Te same metody działają w szkole podstawowej, szkole średniej i na uczelni. Bo wszędzie są ludzkie mózgi i ludzkie społeczności. 

W roku 2024 daje się zauważyć, że w szkołach systemowo i powszechnie nauczyciele i uczniowie korzystają z Canvy. I ci uczniowie trafią niebawem na uczelnie, np. na UWM. Środowisko Akademickie nie uczestniczy w tym projekcie i jest w pełni niekompatybilne nie tylko w używaniu aplikacji do grafiki, prezentacji, ale i stylu pracy oraz nawet wdrażaniu narzędzi GenAI. Korzystamy ewentualnie jedynie prywatnie z wersji darmowej Canvy. Chyba, że ktoś kupi sobie prywatnie wersję premium. My nadal tkwimy jedynie w Microsofcie i Power Poincie. Tak tylko zwracam na coś uwagę, bo sobie właśnie coś uświadomiłem na konferencji z edukatorami Inspir@cje 2024. 

Do środowiska akademickiego powoli dociera fakt, iż coraz więcej studentów nie podejmuje drugiego stopnia studiów a bardzo duży odsetek studentów "wycieka" czyli rezygnuje ze studiowania na pierwszym stopniu już na pierwszym roku. Pora na refleksje systemowe i przemyślenie co dalej. A diabeł tkwi przecież w szczegółach. I właśnie te szczegóły mam szansę poznać na takich konferencjach. 

Żeby uniwersytet dobrze działał, to musi być mocno osadzony w społeczności lokalnej. I musi rozumieć obecne trendy społeczne i edukacyjne. W tym tworzenie różnego rodzaju krótkich kursów (mikro poświadczenia), kształcenia online, wykorzystywania narzędzi Generatywnej AI jako osobistych asystentów uczenia się, kształcenia przez całe życie i wiele innych. Refleksami z konferencji będę dzielił sie na blogu, zapewne przez dłuższy czas. I będę niektóre pomysły wdrażał od razu na zajęciach. Bo tu już nie ma na co czekać. Ponadto uniwersytet to dobre miejsce na eksperymentowanie. Także w zakresie edukacji. 

4.10.2024

Butelka wody z kranu

Kranówka w warszawskiej restauracji
(sierpień 2024, fot. Paweł Czachorowski).

Z tą butelką wody z kranu było tak. Wiele lat temu zdarzyło się w Australii tak, że w jednym miejscu było ujęcie wody. Pompowano ją do cystern i wożono do innego miasteczka, tam butelkowano ją i z powrotem przywożono także do tego miasteczka. Społeczeństwo australijskie zbuntowało się przeciwko takiemu niepotrzebnemu marnowaniu energii i bezsensownego wożenia wody tam i z powrotem. Przecież to zupełnie niepotrzebna emisja dwutlenku węgla do atmosfery. Wprowadzono zakaz sprzedaży wody w butelkach. Można przyjść z własną, nabrać ale nie kupować tej wożonej. Efekt jest taki, że zmniejszają emisje dwutlenku do węgla do atmosfery. Niby nic wielkiego a jednak. 

A teraz sytuacja  w Polsce, rok 2024. Na zdjęciu restauracja, a na stoliku woda w butelce z recyklingu. Butelka szklana jako opakowanie, najpewniej do wina. Opakowanie szklane jednorazowego użytku. Po wykorzystaniu trafiłaby na śmietnik lub w najlepszym razie do recyklingu szkła. Obrazek z Warszawy. Wczesnej taki widok znałem z Francji i Hiszpanii, na początek kelnerzy przynoszą wodę w butelce. Za darmo. Butelki przezroczyste, by było widać co jest w środku. Woda wodociągowa lekko schłodzona w lodówce. 

Po drugie woda wodociągowa nie jest wożona. Swoim stylem, życia swoją konsum, możemy wpływać na ilość emisji dwutlenku węgla dla atmosfery i w ten sposób możemy wpływać na zmniejszanie efektu cieplarnianego i rosnącej temperatury atmosfery na Ziemi. A tym samy mamy wpływ na ekstremalne powodzie i susze. 

Opowieść o butelce wody z kranu przygotowałem także dla Radia Olsztyn, w ramach felietonów Tłumaczymy świat. Była to opowieść o butelce z wodą z kranu. Jeden mały szczegół, za pomocą którego chcę pokazywać szersze i bardziej ogólne zasady funkcjonowania przyrody i naszą rolę w tych procesach.

A było to tak. W pewien wakacyjny upalny dzień poszliśmy do stosunkowo luksusowej restauracji w Opolu. Restauracja włoska, piękny i gustowny wystrój, miła i szybko działająca obsługa, znakomite dania. Przy sąsiednim stoliku siedziała grupa czterech osób, wśród których były osoby zagraniczne. Co najmniej jedna osoba mówiła po polsku.

W bogatej karcie dań, wśród napojów była i woda mineralna prosto z Italii. Klient przy wspomnianym już sąsiednim stoliku zażyczył sobie wody z kranu. Kelner wyjaśnił, że mają wodę specjalną w butelkach i nie podają wody z kranu. Jednak klient dopominał się wody z kranu. Kelner wyjaśniał, że czasami woda w Opolu bywa zanieczyszczona, pojawiają się bakterie Escherichia coli. I potem klienci mogą skarżyć restaurację o spowodowanie zatrucia. Restauracyjny gość jednak upierał się, że on chce wodę z kranu na swoją odpowiedzialność. Rozmowa trwała dość długo, kelner poprosił o pomoc jeszcze jedną osobę z obsługi, chyba kierownika sali. W końcu powiedział, że może podać taką wodę, ale tylko wtedy, gdy klient podpisze oświadczenie, że nie będzie miał żadnych roszczeń prawnych z tytułu spożycia wody z kranu w ich restauracji. Gość był konsekwentny i uparty, dopiął swego. Po kilkunastu minutach przyniesiono do stolika kartki z oświadczenie do podpisu dla każdego gościa przy tamtym stoliku.

Po długich targach. Konsument doprowadził do swojego. Dostał wodę z kranu. W duchu podziwiałem tego klienta, za konsekwencję i wytrwałość. Tak można zmieniać świat na lepsze.

Woda z kranu jest dobra, do rzadkich przypadków należą zanieczyszczenia. A jeśli coś się zdarzy od razu są przecież rozpowszechniane informacje. Od takich sporadycznych zanieczyszczeń nie jest wolna także woda butelkowana. Czy obsługa restauracji nie chciała podać wody z kranu w przesadnej trosce o zdrowie klienta czy raczej by skłonić do zakupu oferowanej w karcie wody w butelkach? W tej restauracji była woda w butelkach szklanych, przywożona prosto z Włoch, tak jak i wiele innych produktów. Transport wody na tak duże odległości to zużycie paliwa a wiec duży ślad węglowy. Być może trafiają się klienci, którzy szukają okazji do wyłudzenia odszkodowania. Gdzieś w gazecie wyczytają, że woda była skażona i od razu sądzą restauracje, w których być może tam coś mu się złego wydarzyło.

Siedząc przy stoliku obok troszeczkę się za wstydziliśmy. Dlaczego? Dlatego, że upór tego klienta doprowadził do czegoś ważnego. Dania smaczne, liczne produkty i wino przywożone z daleka, ale dla nich nie było miejscowego zamiennika. Ale woda? Spory ślad węglowy nawet. Nawet gałązki oliwne będące ozdobą stołu były przywiezione z daleka. Wody nie trzeba wozić. 

I sytuacja druga. Kilka tygodni później, Restauracja na warszawskiej Pradze. Z pozoru lokal gastronomiczny jakich wiele. To, co zwróciło naszą uwagę, to woda w butelkach z recyklingu (oczywiście umytych i bez etykiety), Kiedy żona spytała. Czy to jest woda z kranu, kelnerka była nieco zmieszana, czuła się zaatakowana. Zaczęła się tłumaczyć, że woda jest czysta, że oni sprawdzają, że filtrują etcetera. I że władze Warszawy starają się o to, by woda wodociągowa była podawana w lokalach gastronomicznych.

Najwyraźniej kelnerka spotykała się już wiele razy z klientami, który mieli pretensje do tego, że jest serwowana woda z kranu. Czyli nie są przyzwyczajeni do picia wody wodociągowej. Może nawet w domu piją wodę z butelek przynoszonych ze sklepu... Kiedy żona powiedziała, że bardzo się cieszy, że jest to woda z kranu i doceniamy takie zabiegi, to w tedy z kelnerki zeszło powietrze, przestała się czuć atakowana.

Dwie sytuacje, w jednej klient domaga się wody z kranu, przy dużym oporze restauracji, a w drugim restauracja w Warszawie wprowadza już wodę z kranu, co jest godne pochwały. I jak widać nie bez oporów społecznych. Jako społeczeństwo nie jesteśmy przyzwyczajeni do picia wody z kranu, mimo że robimy to w domu. To, co kupione, wydaje się ważniejsze i lepsze od tego co jest za darmo. Klient nasz pan, może zmienić nawyki restauracyjne.

Kiedy jako chłopiec wędrowałem przez wsie i opłotki, było rzeczą naturalną, że kiedy nam się chciało pić to wchodziliśmy do pierwszego lepszego gospodarstwa i piliśmy wodę ze studni z wiadra. Nikt nam dostępu do darmowej wody nie odmawiał. Czasami nawet przy studni był kubek.

Z późniejszych już wyjazdów Francji czy Hiszpanii, zapamiętałem właśnie wodę w butelce na stole. Na początek bezpłatna woda z kranu najczęściej z lodówki, lekko schłodzona. Podobnie jest w Grecji podobnie jest we Włoszech. Pamiętam jeszcze również swoją wyprawę do Rumunii. Studnia w szczerym polu, z wiaderkiem i kubeczek. Dla przechodnia i dla miejscowych.

Czy w czasach postępującego ocieplenia klimatu i coraz częstszych upałów jako społeczeństwo zachowany dostęp do bezpłatnej wody, czy też nawet woda będzie na sprzedaż? Drugim ważnym aspektem jest to, że przy preferowaniu wody w butelkach, wożonej dziesiątki lub setki kilometrów samochodami, po pierwsze zwiększamy niepotrzebnie emisje dwutlenku węgla do atmosfery. Po drugie produkujemy tony jednorazowych opakowań, które szybko lądują na śmietniku.

Masz wpływ na świat. Możesz w restauracji domagać się wody w kranu. A w podróż możesz także zabrać do butelki wodę ze swojego własnego kranu. Może to być specjalny bidon lub nawet butelka szklana z recyklingu. Zamiast wyrzucić butelkę po soku na śmietnik, wystarczy ją umyć i wielokrotnie wykorzystywać. A w domu może stać dzbanek z woda, to tego listek mięty i plasterek cytryny.

Smacznego.

Jeśli ja wchodzę do restauracji i widzę butelkę z wodą z kranu, to widzę troskę o środowisko. Czy ta restauracja mniej zarobi? Może nie sprzeda butelki piwa więcej, może nie sprzeda butelki wody mineralnej, przywiezionej gdzieś z daleka i o takich samych własnościach jak ta woda z kranu, ale zyska sympatię. I wtedy klient częściej tu wróci może więcej zamówi. Inny może zostawi tyle samo pieniędzy bo nie będzie oszczędzał zbytnio, gdy zobaczy troskę o środowisko. Restauracja to nie tylko dania, to nie tylko obsługa, ale to również wystrój wnętrza i to co restauracja mówi sama przez siebie: czy są tu dania lokalne i w jaki sposób kucharz i restauracja dba o środowisko dba o dobre samopoczucie klienta. Restauracja tymi małymi działaniami pokazuje wartości, którymi sie kieruje. A wartości maja znaczenie dla ludzi. 


Poszerzona wersja felietonu dla Radia Olsztyn. Podcast o butelce wody wyemitowany był 18 września 2024 r. Wszystkie moje felietony radiowe znajdziesz tu: https://radioolsztyn.pl/tlumaczymy-swiat-felietony-stanislawa-czachorowskiego/01778309

2.10.2024

Hederyka - słodkowodna meduza, którą możecie spotkać w Polsce

Hederyka Rydera (Craspedacusta sowerbii), obok nartnik,  źródło fot. 

Zaczęło się od zdziwienia i zaciekawienia. A było to tak. Na pewnym portalu znalazłem artykuł o słodkowodnych stułbiopławach i meduzach w jeziorze. Ale najdziwniejsze było to, że były to same samce i że klonują się nie samice tylko samce. Trochę sprzeczne z tym, co wiedziałem o biologii i klonowaniu. Zazwyczaj spotykałem się z dzieworodnymi samicami. Mocno kusiło, by dowiedzieć się i sprawdzić czy to czasem nie jakiś fejk. Biologią interesuje się od ponad 50 lat (biorąc pod uwagę czasy szkolne). I ciągle mnie coś zaskakuje, zachwyca, zaciekawia.

Drugim zdziwieniem były słodkowodne meduzy. Z wód śródlądowych znam stułbię, meduzy to tylko w morzach, u nas na przykład chełbia modra. No ale to jakiś daleki kraj, to może coś takiego tam żyje w jeziorze? A trzecim zdziwieniem, gdy już trochę o tym gatunku poczytałem, było to, że gatunek tej meduzy słodkowodnej jest obecny i w Polsce! Nie pierwsze to moje takie zdziwienie. Kilkanaście lat temu, w czasie badań na Żuławach w czerpaku znalazłem krewetkę. Jak to, krewetka w rzece? Ktoś z akwarium wypuścił lub jakiś gatunek inwazyjny? Okazało się, że słodkowodne krewetki żyją u nas np. w Martwej Wiśle i to od bardzo dawna.

Ciekawość jest pierwszym stopniem do wiedzy. Bo bardzo motywuje do uczenia się i poznawania. Tak i ja nie tylko przeczytałem wspomniany artykuł lecz zacząłem szukać w innych źródłach dodatkowych informacji o tej słodkowodnej meduzie zwanej hederyką Rydera (Craspedacusta sowerbii).

Dowiedziałem się, bo chciałem się dowiedzieć, więcej o gatunku. A zaczęło się od zadziwienia, że klonują się samce. Jak gatunek przetrwa skoro są same samce? I jak się rozmnaża?  Meduzy to element rozmnażania płciowego i występują u stułbiopławów. Są fazą cyklu życiowego, w której wytwarzane są gamety. Po zapłodnieniu powstają planktoniczne larwy – planule. Potrzebne są dwie płcie, samce i samice (chyba, że akurat dane zwierzę jest obojnakiem). Najwyraźniej ten gatunek stułbiopława rozmnaża się wegetatywnie w stadium polipa, tak jak nasza słodkowodna stułbia, powszechna w naszych wodach, jeziorach, stawach i rzekach.

Najwyraźniej w opisywanym przypadku słodkowodnej meduzy, zawleczony został pojedynczy osobnik i zaczął się rozmnażać bezpłciowo. Ale po co w takim razie ten zbędny wysiłek w bezowocną próbę rozmnazania płciowego i wytwarzanie samców, skoro nie daje to żadnych rezultatów prokreacyjnych? Jaki jest w tym sens ewolucyjny i ekologiczny?

Rozmnażanie płciowe zwiększa różnorodność genetyczną w populacji, dlatego tak powszechnie występuje w świecie żywym. Ale u gatunków kolonizujących nowe siedliska czasami skuteczniejsze są obojnaki – bo dowolnie spotkane dwa osobniki mogą się wymienić gametami. Jeszcze skuteczniejsze są dzieworodne samice, bo wystarczy jeden osobnik. Partenogeneza jest dość często spotykana. Oczywiście skuteczne jest także każde rozmnażanie bezpłciowe, bo może to uskuteczniać nawet jeden osobnik.

Najwyraźniej w przypadku hederyki Rydera do jezior zawleczony został przypadkiem akurat samiec (w stadium polipa lub planuli). Zaczął się rozmnażać wegetatywnie i wchodził w normalną fazę płciową z meduzami. Ale te samce nie miały szansy spotkać samic w nowym środowisku. Taki bywa los pojedynczych kolonizatorów.

Stadium wolnopływającej meduzy to dodatkowa okazja do wędrówki i rozprzestrzeniania się. Ważna zwłaszcza dla zwierząt osiadłych. Jakkolwiek nasza stułbia także może się przemieszczać „na piechotę”, to są to niewielkie odległości. W oceanach pływanie w toni wodnej umożliwia dalekie przemieszczanie się i kolonizowanie nowych miejsc. Dodatkowo planktoniczna planula (larwa, więcej szczegółów dalej) może wraz z prądami morskimi rozprzestrzeniać się na dalekie odległości. Środowisko ciągle się zmienia i tkwienie w jednym miejscu (nawet najlepszym) prędzej czy później kończy się klęską.

W wodach śródlądowych przestrzeni jest mniej. A zwłaszcza w płynących rzekach niebezpiecznie jest pływać jak plankton, bo nurt wody znosi do morza. Wiele różnych zwierząt, wraz z kolonizacją wód śródlądowych, pozbyło się stadiów planktonicznych. Na przykład nasze raki (skorupiaki, dziesięcionogi) mają rozwój prosty. Z jaja wylęga się od razu mały raczek. Ale ich morscy kuzyni mają wolnopływające stadia larwalne (żywik). I w tym stadium mogą odbywać dalekie wędrówki i osiedlać się w nowych obszarach. Podobne zmiany w cyklu życiowym obserwujemy u słodkowodnych skąposzczetów.

A czy kiedykolwiek droga Czytelniczko i szanowny Czytelniku zastanawialiście się dlaczego słodkowodna stułbia nie ma stadium meduzy? Tak jak na przykład morska chełbia modra? Hederyka Rydera najpewniej jest na początku swoich ewolucyjnych zmian. To efekt bardzo niedawnej kolonizacji wód słodkich. Tworzenie samców meduz to bezsensowny i niepotrzebny wysiłek reprodukcyjny. Możliwe, że selekcja naturalna prędzej czy później wyeliminuje tę fazę rozwoju. Zostaną same polipy, tak jak u naszej stułbi (chyba, że w końcu doczekają się zawleczenia do tych zbiorników także i osobników żeńskich). Mamy więc okazję przyłapać ewolucję na gorącym uczynku. I zastanowić się nad najlepszymi cechami dla gatunków -kolonistów. Dlaczego właśnie one odnoszą sukces w czasie kolonizacji i dyspersji?

Czego dowiedziałem się o opisywanej, słodkowodnej meduzie?  Hederyka Rydera (Craspedacusta sowerbii) to słodkowodny gatunek stułbiopława. Jak u większości stułbiopławów występuje w dwóch postaciach: polipa i meduzy (nie licząc planuli – jeszcze jednej fazy w cyklu życiowym). Polipy rozmnażają się wegetatywnie (bezpłciowo) przez pączkowanie. Meduzy są faza płciową i wytwarzane są przez polipy. Jak przystało na fazę płciową, meduzy wytwarzają gamety, żeńskie i męskie. A skoro są rozdzielnopłciowe, to męskie meduzy wytwarzają męskie gamety, a żeńskie meduzy wytwarzają żeńskie gamety. Po zapłodnieniu powstaje planula, faza w cyklu życiowym, prowadzącą planktoniczny tryb życia. Planule osiadają na podłożu i zmieniają się w polipy.

Planula jest orzęsioną, wolno pływającą, planktoniczną (bo małe rozmiary umożliwiają niewielki aktywny ruch – ważniejsze jest unoszenie przez prądy wody) larwą charakterystyczną dla  wszystkich parzydełkowców (Cnidaria), jednak głównie znana jest u stułbiopławów (Hydrozoa). Planula powstaje z gastruli. Jest niewielka i ma długość ok. 0,2–0,3 mm, więc nie zobaczymy jej gołym okiem. Planula ma kształt podłużny, owalny i lekko spłaszczony.  Ma ciało dwuwarstwowe, złożone z orzęsionej ektodermy i wewnętrznej entodermy. Jej gastrocel jest pusty lub wypełniony komórkami łączącymi się z gastrodermą. Czyli jest zwierzęciem wielokomórkowym, dwuwarstwowym z zalążkiem trzeciej warstwy w postaci bezkomórkowego hydrożelu. W pewnym sensie ta część środkowa i nie-komórkowa jest pierwszym ewolucyjnie szkieletem  zwierząt wielokomórkowych.

Orzęsiona planula (taki niby wielokomórkowy pantofelek) porusza się obracając się spiralnie wokół własnej osi za pomocą zsynchronizowanych ruchów rzęsek. Skoro się aktywnie porusza to ma przednią i tylna część ciała. Bardziej zaawansowane ewolucyjnie wielokomórkowce mają już głowę. U planuli wyróżnia się  biegun aboralny, skierowanym do przodu (odpowiednik części głowowej, a że nie jest to głowa to trzeba było jakoś tę część nazwać, stąd biegun aboralny).

Planula żywi się zapasami żółtka (prezent od rodziców), albo jak u większości koralowców i krążkopławów odżywia się planktonem. Można przypuszczać, że tak mniej więcej wyglądały pierwsze zwierzęta wielokomórkowe. Planula żyje krótko, zaledwie kilku godzin lub kilka dni. Osiada na podłożu i przekształca się w polipa. W jakimś sensie można uznać to za rekapitulację filogenezy. Przodkowie pewnie w fazie „planuli” żyli znacznie dłużej. Przejście w fazę osiadłego polipa było dla tych zwierząt ważnym krokiem ewolucyjnym. Zapewne hederyka dostała się do nowych zbiorników właśnie w fazie planuli. Zawleczona przypadkowo. Obecnie u stułbiopławów  planule pełnią rolę fazy dyspersyjnej.

I jeszcze jedna mała ewolucyjna dygresja. Ewolucyjny wynalazek trzeciej warstwy komórek jest późniejszy i dał dużo większe możliwości organizmom wielokomórkowym. Bezkomórkowa substancja usztywniająca u stułbiopławów nie daje możliwości budowania zróżnicowanych tkanek, a wiec ogranicza złożoność budowy. Jest postnym rozwiązaniem, co widać u poruszających się meduz, ale ogranicza dalszy ewolucyjny rozwój.

Hederyka jest meduzą pochodząca z Azji. W artykule z 2021 roku Luskow i Pakhomow, napisali, że znalazła się w Europie w połowie XIX w., najpewniej zawleczona razem z roślinami wodnymi, sprowadzanymi do ogrodów botanicznych we Francji i Wielkiej Brytanii. Na roślinie mogły znajdować się polipy. Hederykę stwierdzono także w Australii i Afryce. W ostatnich latach jej obecność stwierdzana jest częściej. Albo jesteśmy bardziej uważni, albo gatunek ten po zadomowieniu się zwiększa swoją liczebność.

Występuje także w Polsce. Pan Artur Białosiewicz napisał, że w czasie gdy współpracował z czasopismem Nasze Akwarium, nawiązał kontakt z ludźmi, którzy amatorsko nurkowali i spotykali te meduzy w Polsce. Podjechał tam pod koniec lat 90 lub w samym początku XXI wiek, i zrobił kilka  zdjęć. Z tego co pamięta, to meduzy miały wielkość tak między moneta 2 zł a 5 zł. a nurkowie mówili, że wczesnym latem było ich tyle, że aż wpływały na widoczność w wodzie w czasie nurkowania. I parzyły trochę mniej niż pokrzywa. Wspominali także, że nie występują masowo co roku - obserwowali je może z 5 lat i taki wysyp był chyba drugi raz.

Hederyka w Polsce, rok 2002, for. Artur Białosiewicz


Źródła:

1.10.2024

Meandry edukacji - od nauczyciela do edukatora i projekczyciela

Zdjęcie z muzeum, dawny sekretarzyk do pracy biurowej, kałamarz z atramentem, obsadka, liczydło i inne dawne przybory pisarsko-edukacyjne. Sporo wody upłynęło a czy w edukacji coś się zmieniło? Co i dlaczego się zmieniło?

Październik to czas uroczystych inauguracji roku akademickiego. Poza tymi uroczystymi, w murach mojej uczelni, rok akademicki rozpoczynam między innymi na konferencji edukacyjnej. To w pewnym sensie symbol tego, co dzieje się w dydaktyce i na uniwersytetach. Jedna wielka i głęboka rewolucja. Choć przebiega z pozoru powoli i niezauważenie, to się dzieje powszechnie. Niczym rzeka drążąca meandry w dolinie. Ta cicha woda rzeczywiście brzegi rwie. I nie tylko w czasie powodzi lecz na co dzień. 

Ja tymczasem jadę do Warszawy na konferencję Inspir@cje 2024, spotkać się przede wszystkim z nauczycielami i edukatorami. Samemu podzielić się refleksjami i posłuchać przemyśleń i relacji z doświadczeń innych. Będą także nieliczni przedstawiciele środowiska akademickiego. Szczegółowy program konferencji znajduje się tu: link do strony konferencji. Niżej przedstawiam streszczenie mojego krótkiego referatu.

Ukończyłem Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Olsztynie. Na studiach się nie obijałem i w konsekwencji byłem dobrze przygotowany do zawodu nauczycielskiego. To było prawie 40 lat temu. Potem, przez wszystkie lata na uczelni, cały czas się dokształcałem w zakresie dydaktyki. Uczestniczyłem w różnych szkoleniach, czytałem książki i artykuły, bywałem na konferencjach, eksperymentowałem i dzieliłem się refleksjami.  Czyli cały czas aktywnie uzupełniałem swoją pedagogiczną wiedzę, wyniesioną ze studiów nauczycielskich. A mimo to czuję się bezradny wobec współczesnych wyzwań edukacyjnych. Niczym człowiek po udarze uczę się ponownie stawiać kroki i na nowo chodzić. Dlaczego? Bo zasadniczo zmienił się krajobraz edukacyjny i społeczny a dawne odpowiedzi na ważne pytania są dzisiaj nieaktualne. Moja bezradność jest nie wynikiem osobistych i zawodowych zaniedbań lecz jest efektem zmian cywilizacyjnych.

Jest wielu nauczycieli i wiele uczącej się młodzieży, jednakże w pojedynczych placówkach jest niewielu nauczycieli i uczniów. Edukacja (szkoła) jest rozproszona. W tym krajobrazie edukacyjnym są szkoły - wyspy dobrych zmian. Niczym krowie placki na łące. Może i dla niektórych brzydko pachną lecz tam buzuje intensywne życie i zachodzą ważne przemiany. Ale to właśnie na takim obiekcie powstała ważna ekologiczna koncepcja metapolulacji, lepiej opisująca procesy ewolucyjne i populacyjne. Skoro mogli ekolodzy to może analogicznie coś nowego i teoretycznie ważnego wykoncypują nauki pedagogiczne i społeczne z tego heterogennego krajobrazu rozproszonych wysp aktywności? Przyjrzyjmy się zatem bardziej ekosystemowi edukacji, który jest niczym łąka z wyspowo rozmieszczonymi siedliskami, w których coś ważnego się dzieje. Zmiany dokonują się w miejscach rozproszonych i w dużym stopniu izolowanych od siebie. Ale, tak jak w przypadku metapopulacji, połączone są ze sobą migrującymi ideami i pomysłami. Tak jak na spotkaniach w ramach Inspiracji.

Edukacja wyszła i coraz bardziej wychodzi poza mury szkoły. Dzieje się na piknikach naukowych, w centrach nauki, muzeach, na czasowych wystawach w domach kultury, w projektach z udziałem podmiotów nieszkolnych, w wydawnictwach, różnych przedsięwzięciach internetowych. Jeśli nauczyciel uczy w szkole, to w obecnej sytuacji lepiej mówić o edukatorze czy projekczycielu czyli projektancie środowiska edukacyjnego.

Wielu z nas uczy… w fundacjach, projektach, wydawnictwach, na onlinach,  itp. Nawet ostatnie odejścia nauczycieli ze szkoły nie oznaczają ich odejścia z edukacji. Zamiast nauczać coraz bardziej projektujemy środowisko do uczenia się, i to online, w centrach nauki, korepetycjach itp. Zmienia się także podejście teoretyczne. Do tradycyjnego nauczyciela bardziej pasuje behawioryzm. Do edukatora i projekczyciela – konstruktywizm i konektywizm.

W swoich pedagogicznych metamorfozach zaakceptowałem swoje błędy i to, że muszę się uczyć dydaktyki od nowa. Uczę się poruszać w rzeczywistości internetowej i rzeczywistości z telefonami komórkowymi z dostępem do sztucznej inteligencji. Czasami prowadzę zajęcia dla uczniów z różnych szkół (podstawowych, średnich), także z dorosłymi (uniwersytety trzeciego wieku, plenerowe spotkania rodzinne). Współpracuję z nauczycielami i edukatorami w pisaniu podręczników, poradników metodycznych dla nauczycieli, pokazach organizowanych dla szkół w ramach festiwali nauki i dedykowanych projektów, przybliżających do siebie uniwersytet i szkołę, opracowywaniu wystaw w centrach nauki itp. Niby jest to edukacja pozaformalna. Pora jednak zmienić i tę terminologię. Niczym w dawnych czasach za wychowanie jednego dziecka odpowiedzialna jest cała wioska. Współcześnie tą wioską jest całe społeczeństwo z różnymi instytucjami. Dydaktyki akademickiej uczę się w dużym stopniu od… nauczycieli ze szkół podstawowych i średnich. Niby paradoks. Ale to tu szybciej pojawili się ludzie eksperymentujący i odważnie zmieniający szkołę i edukację. Teraz powstają podobne grupy w środowisku akademickim. Ale nigdy nie powinniśmy się izolować, bo edukacja jest wspólna i bazuje na tych samych procesach, zachodzących w mózgu jak i w społeczeństwie.

Nauczyciel, a w zasadzie edukator (projekczyciel), to wolny zawód a nie pracownik w szkole (niczym w fabryce).  Edukacja jest w kryzysie bo dawne odpowiedzi (wzorce) nijak nie pasują do obecnej rzeczywistości. Trzeba coś zmienić. I ta zmiana zachodzi. Swoista metamorfoza (to znowu moje biologiczne porównanie do metamorfozy u owadów). W stadium poczwarki ciało larwy się rozpada, można by sądzić, że następuje totalna katastrofa. Zachowują się tylko niewielkie zgrupowania komórek, które na nowo organizują cały organizm. Powstaje imago, owad doskonały - organizm  inaczej wyglądający i mogący żyć w zupełnie innym środowisku. Liczę, że na Inspiracjach poznam kolejne wyspy aktywności i kolejnych nauczycieli oraz edukatorów, zmieniających system edukacji tu i teraz. Jako liderów i swoiste "komórki macierzyste" całego krajobrazu edukacyjnego. 

W krajobrazie edukacyjnym zachodzi taka właśnie głęboka zmiana. Niczym na łące w izolowanych siedliskach, w jednych szybciej, w innych wolniej. Być może powstaje lepsza teoria opisująca tę edukacyjną rzeczywistość (tak jak niegdyś teoria metapopulacji w ekologii). Taka piękna katastrofa nie może zostać zmarnowana. 

24.09.2024

Krokiewka lękliwica, zielenica starannica, agatówka starannica - a cóż to za ćma?

Krokiewka lękwica, wrzesień 2024,
Dublin, Irlandia,
fot. Violetta Laskowska
Jedna ćma a można na jej przykładzie opowiedzieć o kilku prawach ogólnych. Biologiczny rekwizyt do dłuższych opowieści. Zawsze jakiś znajdziesz pod ręką, zwłaszcza na zajęciach terenowych.

Wspomniana ćma wygląda dziwnie, kanciasto. Jakoś tak trochę nietypowo, zwłaszcza dla osób nie zwracających uwagi za bardzo na owady. Sfotografowana w siedlisku dla niej nietypowym, w pełni antropogenicznym. Rysunek ma znaczenie maskujące, rozmywa kształt ciała, plamy utrudniają wyłonienie w mózgu zarysu typowego dla motyla.  Kształt i ubarwienie skrzydeł, z planami przypominającymi dwa trójkąty, to przystosowanie do maskowania się, gdy siedzi  na korze drzew, na gałęziach, na kawałki drewna, np. na krokwi. W dzień jest niewidoczna, spokojnie może spać. Bo aktywna jest w nocy. A dlaczego w nocy? Bo to drugie ewolucyjne przystosowanie do unikania drapieżników. Na samym początku swojej aktywności owady nie miały innych wrogów niż inne owady, np. duże i aktywne praważki. Ale potem pojawiły się ptaki. Fruwanie za dnia stało się niebezpieczne. Owady takie jak chruściki i ich bliscy krewniacy – motyle nocne, zagospodarowały noc na swoją aktywność z lotem. Owszem, jest trudniej bo niewiele widać. Ale nie widzą też drapieżniki. I tak tym owadom dzień zamienił się w noc.  

Ćma została sfotografowana w Irlandii, we wrześniu, w Dublinie. A czy u nas występuje? Wykorzystałem narzędzie google obiektyw by szybko rozpoznać gatunek. Zamiast cierpliwie przeglądać ilustracje w książkach entomologicznych, wykorzystałem technologię. Nie jestem specjalistą od tej grupy owadów. Dość szybko w telefonie pojawiły się obrazy podobne i mogłem najpierw zidentyfikować gatunek, a potem coś więcej o nim przeczytać.

Czy widziałam wcześniej krokiewkę lękwicę?  Prawdopodobnie. Ale nie zapamiętałem. Dlaczego? Bo nie zidentyfikowałem i nie powiązałem obrazu ćmy z szerszym przyrodniczym lub kulturowym kontekstem. Widziałem, lecz nie zauważyłem, nie dostrzegłem, nie zapamiętałem. Jakbym jej nigdy nie widział. Nazywanie rzeczy i ludzi, których widzimy pomaga w zapamiętywaniu. A jeszcze bardziej to, ze łączymy z istniejącymi już informacjami w naszej głowie. Po prostu pojedynczej informacji/obserwacji nadajemy sens.

Najpierw znalazłem angielską nazwę tej ćmy - angle shades, co mój translator przetłumaczył jako „rolety kątowe”. Może komuś wygląd tego owada skojarzył się z roletami? Potem dotarłem do polskiej nazwy:  krokiewka lękliwica, krokiewka lękwica (nazwa naukowa - Phlogophora meticulosa). Krokiewka kojarzy się z krokwią. Może siada na drewnianych konstrukcjach? Lub może kształt skrzydeł komuś skojarzył się z krokwią? Lękliwica – to od lękania się? A czegóż się lęka ta ćma? Nietoperzy czy człowieka? A może to ona wywołuje lęk? W dawnych, słowiańskich wierzeniach ćmy traktowany były jako dusze ludzkie. Coś ze świata demonicznego. W tradycyjnej, papierowej książce znalazłem jeszcze inną polska nazwę tego gatunku - zielenica starannica lub agatówka starannica.  Zielenica (nie mylić z nazwą glonów, protistów) o tej nazwie. Agaty bywają także w barwie zielonej. Ale ich cechą jest budowa wstęgowa lub koncentryczna. Zielona - gąsienice (a więc w stadium larwalnym) mogą być zielone lub brązowawe. Zapewne też barwa maskująca, gdy lawy żerują na roślinach żywicielskich. Tu autor tej polskiej nazwy miał najwyraźniej kontakt także z postacią larwalną. Ale dlaczego starannica? W jakim aspekcie się stara? Może to ewolucja starannie uformowała piękny rysunek tej ćmy? Może to jakieś nawiązanie do ładnego rysunku samej ćmy? Jakby się postarała ładnie wyglądać. Dlaczego te dziwne nazwy? Bo jest tak dużo gatunków, że język nie potrafi tego starannie wyrazić. A jakoś trzeba nadać każdemu gatunkowi oryginalna i niepowtarzalną nazwę. 

Fakt, że polska nazwa nie jest ustabilizowana wskazuje, że gatunek nie jest powszechnie znany i specjaliści raczej używają nazw naukowych (łacińskich). A sam owad nie wywarł żadnego piękna w naszej kulturze. Przynajmniej do teraz.

Jest to gatunek powszechnie spotykany, a w wielu miejscach także liczny gatunek europejskiego, nocnego motyla. Często migruje na znaczne odległości. Migruje wiele gatunków owadów. W czasach zmian klimatu te wędrówki są znaczące. Mogą zakończyć się kolonizacją nowych terenów. Niemniej warto zaznaczyć, że dyspersja czyli rozprzestrzenianie się, w tym wędrówki, to immamentna cech życia. Żeby przetrwać w dłuższym okresie czasu ciągle trzeba poszukiwać m=nowych miejsc i je kolonizować. Bo wraz ze zmianami środowiska stare miejsca zmienią się tak bardzo, że nie da się tam przeżyć. 

Krokiewke lękwicę nożna ją spotkać na skraju lasów, przy drogach (ekolodzy te siedliska nazywania przydrożami).To jej siedlisko życia. Ciągle uciekające i zmieniające się. 

Krokiewka lękliwica Phlogophora meticulosa to gatunek nocnego motyla (ćmy) z rodziny sówkowatych (Noctuidae), podrodziny piętnówek (Hadeninae). Jest motylem nocnym średniej wielkości. Długość skrzydła wynosi 2 cm, rozpiętość skrzydeł od 4,5do 5 cm. W stanie spoczynku składa skrzydła wzdłuż ciała, dzięki czemu charakterystyczny wzór na skrzydłach tworzy kształt litery V lub kształt trójkąta.  Po rozłożeniu skrzydeł do lotu zmienia się i rysunek. Kolor skrzydeł, tak jak widać na zdjęciu, jest  pastelowy, szaro-brązowy z zielonkawym i różowawym odcieniem. Skrzydła spodnie są białawe z ciemniejszymi żyłkami. Tu na zdjęciu są niewidoczne. Entomolodzy przedstawiają na swoich grafikach sylwetkę owada rozpiętego z rozłożonymi skrzydłami. Jest to widok pokazujący wszystkie cechy lecz w naturze motyle inaczej układają skrzydła. Inaczej więc rozpoznaje się owady ze zdjęć, a inaczej z kolekcji entomologicznych czy grafik.

Jak już pisałem gąsienice mogą być koloru zielonego lub różowego. Są polifagiczne a więc odżywiają się różnymi gatunkami roślin. Być może kolor ich ciała uzależniony jest od rośliny, na której aktualnie żerują. Trzeba by było to sprawdzić w terenie. Poczwarka jak to jest u sówkowatych, jest typu zamkniętego i w kolorze ciemnobrązowo-bordowym.

Owady dorosłe pojawiają się w zależności od regionu, od kwietnia  do października. Niektóre źródła podają występowanie całoroczne. W ciągu roku ma dwa pokolenia, stąd być może taka rozpiętość pojawianiu się imagines. Zimę spędza w stadium poczwarki, w glebie.

Krokiewki, jak już wcześniej zaznaczałem zasiedlają brzegi lasów, łąki, pastwiska i ogrody. Gąsienice żerują na bardzo różnych roślinach znajdowana m.in. na pokrzywie, malinie, wierzbie czy paproci. O ich obecności nie decydują więc nieliczne gatunki roślin żywicielskich. Inne czynniki wpływają na ich obecność i liczebność.

W naszym kraju zazwyczaj liczebność tego gatunku zależna od wielkości fali migracyjnej. Czyli ile przyleci z innych części Europy. Tak przynajmniej było do tej pory. Liczne są jednak obserwacje wskazujące, że obecnie gatunek ten może i u nas zimować. Jeszcze jeden efekt ocieplenia klimatu. Zazwyczaj gatunek jest dość liczny. Mimo że może być liczny, to spotykamy pojedyncze ćmy. Żyje więc w rozproszeniu i nie lubi się agregować. Osobiście nie pamiętam czy kiedykolwiek widziałem. Na pewno do tej pory nie zwróciłem na krokiewkę uwagi.

Jak już pisałem krokiewka jest gatunkiem migrującym i corocznie przylatuje do nas z południa Europy. Liczne są jednak doniesienia o udanym zimowaniu i wczesnym pojawie gąsienic nawet w marcu. Czyli część populacji musi już u nas zimować z sukcesem. Niemniej gatunek uważany za wędrowny. Migranci nieustannie mieszają się z „tubylcami”. W populacji zawsze jest część osobników bardziej osiadła i część skłonna podejmować wędrówki. Niezależnie od czynników środowiska raz jedna a raz druga frakcja wydaje więcej potomstwa. A samo zróżnicowanie (różnorodność) populacji jest najlepsza gwarancją na trwanie gatunku.

Czy na przykładzie tego jednego gatunku - krokiewki lękliwicy można poszukiwać jakichś analogii z gatunkiem Homo sapiens? Można. Bo pewne uniwersalne prawa przyrody, prawa populacyjne sprawdzają się w każdym przypadku. 

 

Źródła:

22.09.2024

Czy powinniśmy bać się gatunków obcych i inwazyjnych?

Motywy roślinne na porcelanie użytkowej.


Obcy wzbudza strach i niepewność. Skoro obcy, to nie wiadomo czego oczekiwać i jakie zmiany spowoduje w naszych ekosystemach. Lepszy stary wróg, bo wiadomo czego po nim można się spodziewać. A ten nowy, to jedna wielka niewiadoma. Mamy liczne przykłady dużych perturbacji w ekosystemach i gospodarce, jakie wywołały obce i inwazyjne gatunki, np. króliki w Australii czy u nas stonka ziemniaczana lub norka amerykańska. Mamy jednak równie liczne jak nie liczniejsze przykłady gatunków obcych, które przyniosły nam duże korzyści gospodarcze, w rolnictwie, leśnictwie czy medycynie. Na dodatek nie każdy gatunek obcy jest inwazyjny oraz gatunkami inwazyjnymi mogą być także te rodzime. Choć może w odniesieniu do gatunków rodzimy zamiast o inwazji lepiej mówić o szybkiej ekspansji. Niemniej znaczy to, że swój może być równie groźny.

A co to znaczy, że gatunek jest obcy? To taki, który nie występował pierwotnie (a w zasadzie wcześniej) w danym ekosystemie, na danym terenie. Przybywa z innego regionu, często w wyniku działalności człowieka. Może to być roślina, grzyb, zwierzę, protist, bakteria, archeon. Warto przypomnieć, że nie każdy gatunek obcy jest inwazyjny. I także to, że wszyscy jesteśmy gatunkami obcymi, nawet Homo sapiens w Europie, bo na Ziemi wszystko się zmienia. Najbardziej obawiamy się gatunków, które przybyły niedawno, takich jak nawłoć kanadyjska, barszcz Sosnowskiego, rdestowce, szczeżuja chińska i wiele innych. Będzie ich przybywać bo sprzyja im antropogeniczne przekształcenie środowiska.

A czy modliszka jest obca czy rodzima?  Wcześniej w Polsce występowała w Kotlinie Sandomierskiej, teraz jest obecna w całym kraju. Czy na Mazurach lub Pomorzu jest gatunkiem obcym i inwazyjnym, czy rodzimym w ekspansji? Może występowała tu we wcześniejszych interglacjałach? A może w optimum klimatycznym w czasach średniowiecza? To tylko przykład jak względne jest ludzkie wartościowania na obcych i swoich oraz na inwazyjne gatunki oraz te w ekspansji. Niektóre pojęcia nie są ostre, inwazja to tez ekspansja, wszystko zależy co zawrzemy pod konkretnymi słowami i czy jest potrzeba na rozróżnianie róznych procesów, czy tez jest to tylko skala ludzkiego wartościowania.

Migracje są czymś naturalnym w przyrodzie. Dlatego w pewnym sensie wszystkie gatunki są obce. To tylko kwesta czasu. Dawniej przybyłe gatunki roślin nazywamy archeofitami. Bo potrafimy ustalić ich czas przybycia, razem z gospodarka rolną człowieka. Po ustąpieniu lodowca niemalże wszystkie gatunki napłynęły do nas jako "obce". Możemy je uznać jako obce lub jako rodzime powracające (w ekspansji?). Dlatego, że było wiele zlodowaceń i wiele interglacjałów. I za każdym razem, po wymarciu w czasie zlodowacenia, powracały w cieplejszych okresach międzylodowcowych. Niektóre były tak ciepłe, że w Europie żyły hipopotamy. Teraz, wraz z ociepleniem klimatu, pojawiać się będą coraz to nowe gatunki z południa i krajów tropikalnych lub subtropikalnych. Jednocześnie wiele innych będzie wymierać. Ot taka wymiana w ekosystemach. Jednakże z przybycia niektórych wcale nie jesteśmy zadowoleni, tak jak np. z komara tygrysiego. Martwic może jedynie niezwykle szybki proces, skala i ogromne tempo tych zmian.

Gatunki wędrują w sposób naturalny ale dzieje się to stosunkowo wolno. Człowiek poprzez transport, podróże i handel w nieświadomy sposób ułatwia dyspersję i docieranie gatunków do nowych obszarów. Pomaga im pokonywać różne naturalne bariery. Czasem świadomie i celowo przenosimy gatunki, tak jak barszcz Sosnowskiego. Ale nawet jak robimy coś celowo, to czasami przynosi to opłakane skutki. Bo nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich skutków ekosystemowych. Powoli poszerzamy swoja wiedze ale dużo zostało jeszcze do odkrycia. Także w zakresie gospodarowania i manipulowania (zarządzania) ekosystemami. I to przy globalnie kurczącej się bioróżnorodności.

A co to znaczy, że gatunek jest inwazyjny? To taki, który nie tylko aktywnie się rozmnaża i rozprzestrzenia w danym regionie. Zwiększa swoją liczebność i przez to wypiera inne gatunki (tak jak na przykład rak amerykański czy nawłoć kanadyjska). Jego obecność może powodować szkody dla rodzimych gatunków i siedlisk. W dalszej perspektywie inwazje mogą prowadzić do zmian w strukturze ekosystemu, konkurencji o zasoby, a nawet wyginięcia lokalnych gatunków. Dlaczego obce tak łatwo odnoszą sukces? Bo przybywają bez całego bagażu naturalnych ograniczeń w postaci drapieżników, pasożytów, chorób, patogenów. A zanim w nowych ekosystemach wykształcą się miejscowi konkurenci, zjadacze (drapieżniki i pasożyty) to minie sporo czasu. Dodajmy, że większość gatunków obcych szybko ginie, bo nie znajdują dogodnych warunków do życia. Ale tego nie zauważamy i nie zaprzątamy sobie tym głowy. widoczne są tylko te inwazyjne, bo widzimy skutek.

Inwazyjność może wynikać ze zmian, jakie człowiek wprowadza w środowisku. Wtedy nawet niektóre rodzinne gatunki nagle uzyskują szanse na sukces. I stają się inwazyjnymi lub inaczej nazywając - znajdują się w ekspansji. Przekształcanie siedlisk sprzyja tym rpocesom.

Jakie skutki w ekosystemach wywołują gatunki obce i inwazyjne? Skutki są różnorodne. Po pierwsze gatunki inwazyjne konkurują z rodzimymi o pokarm, przestrzeń i światło (w przypadku roślin) lub siedlisko. To może prowadzić do wypierania rodzimych gatunków. Znikają lokalnie a przez to, że nie występują nigdzie indziej, to znikają i globalnie, nasza bioróżnorodność Ziemi się kurczy. Po drugie gatunki inwazyjne mogą być drapieżnikami i mogą polować na rodzime gatunki, zaburzając naturalne relacje w ekosystemie. Po trzecie gatunki inwazyjne mogą wywoływać zmiany w siedliskach. Rośliny inwazyjne mogą zmieniać strukturę siedlisk, wypierając inne gatunki, m.in. przez wydzielanie związków allopatycznych. Tak jak jest z nawłocią kanadyjską czy rdestowcami oraz z barszczem Sosnowskiego. Po czwarte mogą wywoływać zmiany w cyklu obiegu składników odżywczych, przez modyfikowanie istniejących łańcuchów i sieci troficznych. Po piąte gatunki inwazyjne jako wektory mogą  wpływać na rozprzestrzenianie się chorób i patogenów. Gatunki obce mogą przenosić różne choroby i pasożyty na rodzime gatunki. Tak było z rakiem amerykańskim, który rozprzestrzenił dżumę raczą i spowodował prawie całkowite wyginięcie u nas raka szlachetnego. Tak może być z komarem tygrysim i egzotycznymi dla nas chorobami takimi jak denga,

Gatunki obce i inwazyjne mają realny wpływ na nasze środowisko i na bioróżnorodność. Do tej pory ich się obawialiśmy, bo zawsze wnosiły jakiś element niepewności i zmiany. Teraz, wraz ze zmianami klimatu, obserwować będziemy naturalne procesy zmiany zasięgów wielu gatunków. Jedne będą z naszego terenu wymierały, inne będą się pojawiały. A ponieważ obecne ocieplenie klimat zachodzi niesłychanie szybko w skali geologicznej, to najpewniej będziemy świadomie i celowo pomagali w np. przebudowie składu gatunkowego lasów, pomagając w szybszym rozprzestrzenianiu się niektórych, pożądanych gatunków.

Problem jest tylko w tym, że potrzebna jest ogromna wiedza a same ekosystemy są bardzo złożone. Skutki są więc trudne do przewidzenia. Jedyne co pewne to nieustanna zmiana i konieczność ciągłego weryfikowania naszej wiedzy. Lekko nie będzie.


Tekstowa, nieco zmieniona i poszerzona wersja radiowego felietonu w Radiu Olsztyn. Tłumaczymy świat. Wszystkie nagrania archiwalne dostępne są na stronie Radia Olsztyn: https://radioolsztyn.pl/tlumaczymy-swiat-felietony-w-radiu-olsztyn-2/01769627