![]() |
| Zdjęcie starej klasy szkolnej w skansenie. |
Kiedy wchodzę do sali wykładowej i patrzę na moich studentów, widzę przed sobą ludzi wyposażonych w moc, o jakiej nie śniło się dawnym mędrcom. A nawet astronautom, którzy pierwszy raz polecieli na księżyc. Każdy z nich (studentów) trzyma w kieszeni smartfon czyli klucz do globalnej biblioteki ludzkości. Biblioteki, która gromadzi wszystko: ważne, mniej ważne i nieważne "rękopisy". Co więcej, od niedawna u ich boku stoi sztuczna inteligencja, gotowa w kilka minut wygenerować poprawny esej, prezentację na zajęcia, rozwiązać zadanie czy streścić opasły tom. O ile oczywiście potrafią się posłużyć tym narzędziem. Jako nauczyciel akademicki musiałem rzucić sobie wyzwanie: jaki jest sens mojego zawodu w świecie, w którym tradycyjnie rozumiana wiedza stała się towarem łatwo dostępnym i prawie darmowym? Przecież algorytmy ostatecznie obnażyły bezużyteczność dawnych form sprawdzania wiedzy w nowym środowisku edukacyjnym. Klasyczny sprawdzian z zapamiętywania faktów przestał być testem z wiedzy. Stał się co najwyżej testem z tego, jak sprawnie potrafimy rywalizować z maszyną, którą sami stworzyliśmy.
Kiedyś pamięć zapisana w ludzkich neuronach miała ogromne znaczenie. Dlatego wiele rzeczy uczyliśmy się na pamięć, celowo i z wysiłkiem zapisując potrzebne nam rzeczy w neuronach. Teraz też korzystamy z własnej pamięci. Równie dużo pamiętamy, co nasi przodkowie. Ale pamiętamy co innego, bo mózg ma ograniczoną pojemność. Kiedyś w szkołach uczono różnych mnemotechnik (czyli sposobów jak szybko i skutecznie zapamiętać). Potem uczyliśmy się efektywnie notować (zapisywać) a notatniki i zeszyty były naszą celulozową pamięcią zewnętrzna. Taki rozszerzony mózg. Nie tylko pamięć kolektywna i kolektywna ale i zmagazynowana w prywatnych, poszerzonych mózgach zewnętrznych. Od czasów wynalezienia komputerów ta pamięć zewnętrzna znacznie się rozrosła a komputery... zmalały do wielkości telefonu w kieszeni. Dzięki internetowi możliwości korzystania z konektywnej wiedzy ludzkości ogromnie wzrosły.
Dlatego w moich poszukiwaniach nowej drogi dydaktycznej całkowicie zmieniłem optykę. Porzuciłem schemat kontrolera i wszedłem w rolę przewodnika. Zamiast pytać studenta: „Co wiesz?” (czyli co zapamiętałaś/eś), pytam go dziś: „Jak potrafisz zarządzać wiedzą, którą masz pod ręką?”. Z wiedza zapamiętaną we własnej głowie i wiedzą, do której podłączony jesteś konektywnie. To fundamentalne przesunięcie akcentów z posiadania na działanie.
Współczesna nauka pięknie opisuje to zjawisko za pomocą konektywizmu, teorii uczenia się na miarę ery cyfrowej. Według niej wiedza nie jest monolitem zamkniętym w biologicznej pamięci, ale siecią połączeń rozsianych po świecie. Moim zadaniem, jako pedagoga, nie jest już pompowanie w studenckie głowy gotowych definicji, faktów, informacji. Prawdziwym pytaniem, które im zadaję, brzmi: czy potrafisz skutecznie i krytycznie dotrzeć do tych cyfrowych węzłów informacji? A kiedy już tam dotrzesz, czy potrafisz zrobić z nich sensowny użytek? A jeśli tak, to jaki? Oczywiście dopiero uczę się tego sposobu pytania i wspierania w rozwoju. W nowym roku akademickim będę doskonalił te narzędzia dydaktyczne. W mijającym roku akademickim stawiałem zaledwie kolejne, nieśmiałe kroki.
Zadawanie eseju było nie tylko sprawdzeniem wiedzy i umiejętności budowania pojedynczych zdań i całego wywodu. To także tworzenie okazji do uczenia się. Bo samo pisanie na nowy dla siebie temat zmusza do przemyślenia, szukania dodatkowych informacji i kompozycji tekstu wraz z logiką argumentacji. Czyli jest to w moim odczuciu ocenianie kształtujące. A co, jeśli student skorzysta z gotowca, ktoś mu napisze na zlecenie (dawniej tak bywało) a teraz po prostu skorzysta z narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji? Jego aktywność jest niewielka, w zasadzie jedynie w zakresie komunikacji i wydawania poleceń. W nowych warunkach stare wzorce dydaktyczne znacząco tracą efektywność, a czasem stają się jedynie atrapą. Dopiero zaczynamy dostrzegać, że dzięki AI uczymy się mądrzej i częściej zadawać pytania. A przecież od stuleci wiemy, że w uczeniu się często ważniejsze jest zadanie dobrego pytania niż udzielenie odpowiedzi.
Przeniesienie tej filozofii na grunt uniwersyteckiej codzienności wymagało zrezygnowania z tradycyjnych esejów, które algorytm pisze bez mrugnięcia okiem (wszak nawet oka nie ma, chyba, że kamerę). Moje egzaminy przybrały formę procesu. Sprawdzam umiejętności konektywnego korzystania z wiedzy poprzez systematycznie prowadzony dziennik refleksji. W takim dzienniku student nie przepisuje Wikipedii ani odpowiedzi z ChatGPT (to znaczy czasem tak robi, gdy jest na etapie odwyku poznawczego), ale zapisuje tam swoje własne potyczki z materiałem, chwile zwątpienia, momenty olśnienia i błędy, które popełnił. Tego sztuczna inteligencja za niego nie zrobi, bo nie ma własnego doświadczenia ani wewnętrznego życia. A student ma. Tylko musi to dostrzec. Czasem ten proces trwa długo. Patrzy, patrzy i dopiero za jakiś czas dostrzega. Jedni szybciej, inni wolniej przechodzą przez tę drogę.
Testuję też zupełnie nowe formaty: studenci tworzą wspólne e-booki lub realizują interdyscyplinarne projekty, które wymagają wyjścia poza schemat i "połączenia kropek" z różnych dziedzin. Co niezwykle fascynujące, coraz częściej otwieram się na formy postpiśmienne – na tak zwaną nową mówioność. Wracamy do korzeni ludzkiej kultury, czyli do żywego słowa i snucia opowieści, ale w nowoczesnym wydaniu. Bo takie jest teraz nasze środowisko cywilizacyjne i środowisko edukacyjne. Student może obronić swoją wiedzę tworząc autorski podcast, nagrywając wideo-esej czy prowadząc dynamiczną dyskusję, w której na bieżąco musi reagować na argumenty, korzystając z asysty technologii, ale filtrując ją przez własną osobowość. Asystent AI nie zastępuje myślowej aktywności, wspomaga jedynie np. wyszukiwanie informacji, sprawdzanie poprawności argumentacji itp.
W erze sztucznej inteligencji uniwersytet nie może być już miejscem, gdzie handluje się informacją. Musi stać się przestrzenią, gdzie informację przekuwa się w mądrość, krytyczne myślenie i odpowiedzialność. Odciążeni przez maszyny z mozołu mechanicznego zapamiętywania, zyskujemy niesamowitą szansę: możemy wreszcie skupić się na tym, co rdzennie ludzkie – na twórczości, relacji i głębokim zrozumieniu świata. Możemy łatwiej i częściej zadawać pytania. Możemy ćwiczyć się w zadawaniu właściwych pytań, ćwiczyć się w porównywaniu. Możemy ćwiczyć myślenie a nie jedynie zapamiętywanie. To wszystko wymaga tworzenia nowych metod dydaktycznych. A w zasadzie rozwijania niektórych starych, od wieków wykorzystywanych.
Dlatego w moich poszukiwaniach nowej drogi dydaktycznej całkowicie zmieniłem optykę. Porzuciłem schemat kontrolera i wszedłem w rolę przewodnika. Zamiast pytać studenta: „Co wiesz?” (czyli co zapamiętałaś/eś), pytam go dziś: „Jak potrafisz zarządzać wiedzą, którą masz pod ręką?”. Z wiedza zapamiętaną we własnej głowie i wiedzą, do której podłączony jesteś konektywnie. To fundamentalne przesunięcie akcentów z posiadania na działanie.
Współczesna nauka pięknie opisuje to zjawisko za pomocą konektywizmu, teorii uczenia się na miarę ery cyfrowej. Według niej wiedza nie jest monolitem zamkniętym w biologicznej pamięci, ale siecią połączeń rozsianych po świecie. Moim zadaniem, jako pedagoga, nie jest już pompowanie w studenckie głowy gotowych definicji, faktów, informacji. Prawdziwym pytaniem, które im zadaję, brzmi: czy potrafisz skutecznie i krytycznie dotrzeć do tych cyfrowych węzłów informacji? A kiedy już tam dotrzesz, czy potrafisz zrobić z nich sensowny użytek? A jeśli tak, to jaki? Oczywiście dopiero uczę się tego sposobu pytania i wspierania w rozwoju. W nowym roku akademickim będę doskonalił te narzędzia dydaktyczne. W mijającym roku akademickim stawiałem zaledwie kolejne, nieśmiałe kroki.
Zadawanie eseju było nie tylko sprawdzeniem wiedzy i umiejętności budowania pojedynczych zdań i całego wywodu. To także tworzenie okazji do uczenia się. Bo samo pisanie na nowy dla siebie temat zmusza do przemyślenia, szukania dodatkowych informacji i kompozycji tekstu wraz z logiką argumentacji. Czyli jest to w moim odczuciu ocenianie kształtujące. A co, jeśli student skorzysta z gotowca, ktoś mu napisze na zlecenie (dawniej tak bywało) a teraz po prostu skorzysta z narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji? Jego aktywność jest niewielka, w zasadzie jedynie w zakresie komunikacji i wydawania poleceń. W nowych warunkach stare wzorce dydaktyczne znacząco tracą efektywność, a czasem stają się jedynie atrapą. Dopiero zaczynamy dostrzegać, że dzięki AI uczymy się mądrzej i częściej zadawać pytania. A przecież od stuleci wiemy, że w uczeniu się często ważniejsze jest zadanie dobrego pytania niż udzielenie odpowiedzi.
Przeniesienie tej filozofii na grunt uniwersyteckiej codzienności wymagało zrezygnowania z tradycyjnych esejów, które algorytm pisze bez mrugnięcia okiem (wszak nawet oka nie ma, chyba, że kamerę). Moje egzaminy przybrały formę procesu. Sprawdzam umiejętności konektywnego korzystania z wiedzy poprzez systematycznie prowadzony dziennik refleksji. W takim dzienniku student nie przepisuje Wikipedii ani odpowiedzi z ChatGPT (to znaczy czasem tak robi, gdy jest na etapie odwyku poznawczego), ale zapisuje tam swoje własne potyczki z materiałem, chwile zwątpienia, momenty olśnienia i błędy, które popełnił. Tego sztuczna inteligencja za niego nie zrobi, bo nie ma własnego doświadczenia ani wewnętrznego życia. A student ma. Tylko musi to dostrzec. Czasem ten proces trwa długo. Patrzy, patrzy i dopiero za jakiś czas dostrzega. Jedni szybciej, inni wolniej przechodzą przez tę drogę.
Testuję też zupełnie nowe formaty: studenci tworzą wspólne e-booki lub realizują interdyscyplinarne projekty, które wymagają wyjścia poza schemat i "połączenia kropek" z różnych dziedzin. Co niezwykle fascynujące, coraz częściej otwieram się na formy postpiśmienne – na tak zwaną nową mówioność. Wracamy do korzeni ludzkiej kultury, czyli do żywego słowa i snucia opowieści, ale w nowoczesnym wydaniu. Bo takie jest teraz nasze środowisko cywilizacyjne i środowisko edukacyjne. Student może obronić swoją wiedzę tworząc autorski podcast, nagrywając wideo-esej czy prowadząc dynamiczną dyskusję, w której na bieżąco musi reagować na argumenty, korzystając z asysty technologii, ale filtrując ją przez własną osobowość. Asystent AI nie zastępuje myślowej aktywności, wspomaga jedynie np. wyszukiwanie informacji, sprawdzanie poprawności argumentacji itp.
W erze sztucznej inteligencji uniwersytet nie może być już miejscem, gdzie handluje się informacją. Musi stać się przestrzenią, gdzie informację przekuwa się w mądrość, krytyczne myślenie i odpowiedzialność. Odciążeni przez maszyny z mozołu mechanicznego zapamiętywania, zyskujemy niesamowitą szansę: możemy wreszcie skupić się na tym, co rdzennie ludzkie – na twórczości, relacji i głębokim zrozumieniu świata. Możemy łatwiej i częściej zadawać pytania. Możemy ćwiczyć się w zadawaniu właściwych pytań, ćwiczyć się w porównywaniu. Możemy ćwiczyć myślenie a nie jedynie zapamiętywanie. To wszystko wymaga tworzenia nowych metod dydaktycznych. A w zasadzie rozwijania niektórych starych, od wieków wykorzystywanych.
W jakimś sensie wracamy do korzeni tylko z większymi możliwościami. Bo rozwój jest jak wspinanie się po schodach na wysoką wieżę, niby kręcimy się w koło ale jednak znajdujemy się coraz wyżej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz