Rolnik widzi plony po kilku miesiącach. Budowniczy ogląda gotowy dom po kilku miesiącach. Programista uruchamia aplikację i może sprawdzić, czy działa. Nauczyciel znajduje się w znacznie trudniejszej sytuacji. Sieje pomysły, wartości, sposoby myślenia, ciekawość świata i umiejętność zadawania pytań, ale efekty swojej pracy zobaczy dopiero po wielu latach. O ile w ogóle je zobaczy. Uczeń siedzący dziś w ostatniej ławce za dwadzieścia lat może projektować mosty, leczyć ludzi, prowadzić firmę, pisać książki albo wychowywać kolejne pokolenie dzieci. Student, który dzisiaj z trudem zdaje egzamin, za kilkanaście lat może podejmować decyzje wpływające na życie tysięcy ludzi. I choć wtedy nikt nie będzie wspominał nazwiska nauczyciela biologii, polonisty czy profesora ekologii, ich ślad pozostanie obecny. Obecny choć rozproszony, bo tych nauczycieli w życiu każdego z nas było wielu.
W lesie łatwo zauważyć wielkie drzewa. Trudniej dostrzec grzybnię ukrytą pod ziemią, która łączy korzenie i umożliwia wymianę substancji między roślinami. A jednak bez niej cały ekosystem funkcjonowałby znacznie gorzej. Nauczyciele są właśnie taką społeczną grzybnią. Niewidoczną siecią połączeń, przez którą przepływają wiedza, wartości, doświadczenia i kultura. Nieprzypadkowo wiele osób po latach pamięta pojedyncze zdania wypowiedziane przez nauczyciela. Czasem są to słowa zachęty. Czasem jedno pytanie zadane we właściwym momencie. Czasem zwykła uwaga: „Spróbuj, bo możesz to zrobić”. Z perspektywy nauczyciela jest to kilka sekund rozmowy. Z perspektywy ucznia może to być punkt zwrotny całego życia.
Nauki o rozwoju człowieka od dawna pokazują, że na nasze decyzje wpływają nie tylko geny i środowisko rodzinne. Ogromne znaczenie mają także osoby znaczące, spotykane na różnych etapach życia. Nauczyciel należy do tej szczególnej kategorii ludzi, którzy mogą uruchamiać procesy trwające przez dekady. Ale może i blokować. Nie tyle przekazuje wiedzę, ile zmienia trajektorie życiowe.
Problem polega na tym, że nauczyciel niemal nigdy nie otrzymuje pełnego raportu końcowego. Dlatego jest to zawód tak bardzo wypalający. Nie istnieje aplikacja, która po trzydziestu latach wysłałaby powiadomienie: „Pamiętasz ucznia z trzeciej ławki pod oknem? Właśnie skonstruował urządzenie ratujące życie pacjentów”. Albo: „Ta studentka, która zawsze siadała z tyłu sali, właśnie stworzyła organizację pomagającą ludziom”. Nauczyciel funkcjonuje więc w warunkach niezwykłej niepewności. Musi wierzyć, że jego działania mają sens, mimo że skutki pozostają często niewidoczne.
Jest w tym coś głęboko filozoficznego. Żyjemy w kulturze natychmiastowych rezultatów. Kliknięcie daje reakcję. Publikacja daje polubienie. Film daje liczbę wyświetleń. Edukacja działa inaczej. Jest sztuką cierpliwości. To inwestycja o najdłuższym możliwym terminie zwrotu. Czasem trzeba czekać dwadzieścia lub trzydzieści lat, aby dostrzec efekty jednego dobrze przeprowadzonego spotkania z uczniami.
Można więc powiedzieć, że nauczyciel jest producentem przyszłości. Nie produkuje jednak gotowych towarów. Produkuje możliwości. Wyposaża młodych ludzi w narzędzia do samodzielnego kształtowania świata. A potem oddaje ich społeczeństwu niczym pracownik placówki rehabilitacji zwierząt lub ekolog namnażający w hodowli zagrożone wyginięciem gatunki i wypuszczający młode zwierzęta na wolność. Od tej chwili zaczynają żyć własnym życiem, podejmować własne decyzje i wpływać na innych ludzi. Ostatnio spotkaliśmy się na uroczystości 120-lecia naszego liceum. Z klasy było nas kilkanaście osób, po ponad 40 latach od matury. Zaczęliśmy wspominać nauczycieli. Każdy z nas zapamiętał co innego, każdemu z nas pomógł w czymś innym inny nauczyciel. W ten sposób nauczyciel staje się obecny wszędzie tam, gdzie znajdują się jego dawni uczniowie. Nawet po wielu latach.
Nauczyciel jest trochę w lekarzu, który rozmawia z pacjentem z empatią. Trochę w inżynierze budującym bezpieczny most. Trochę w nauczycielce uczącej kolejne pokolenie uczniów lub studentów. Trochę w urzędniku podejmującym rozsądne decyzje. Trochę nawet w rodzicu tłumaczącym dziecku, dlaczego warto być uczciwym. To właśnie dlatego wpływ nauczyciela jest tak ogromny. Nie działa bezpośrednio. Działa przez ludzi. A jego praca jest trudna do natychmiastowej ewaluacji. Dlatego ten zawód tam mocno wypala...
A jednak istnieje jeszcze jedna forma oddziaływania na świat. Jest nią popularyzacja nauki. Przez wiele lat uważałem, że nauczyciel wpływa na świat przede wszystkim za pośrednictwem swoich studentów i uczniów. Nadal tak uważam. Ale wraz z rozwojem internetu pojawiła się dodatkowa ścieżka. Blogi, podcasty, kanały popularnonaukowe i media społecznościowe stworzyły nową przestrzeń edukacji. W pewnym sensie blog jest także salą wykładową czy szkolną klasą. Tyle że bez ścian, bez dzwonków i bez listy obecności. Czytelnik staje się uczniem, choć często nawet o tym nie myśli. Przychodzi po informację, ciekawostkę lub inspirację, a wychodzi z nowym pomysłem, nowym pytaniem albo nowym sposobem patrzenia na rzeczywistość. Albo tylko mile spędzona chwilą.
Co więcej, efekt pojawia się znacznie szybciej. W tradycyjnej edukacji uczeń spędza osiem lat w szkole podstawowej, kilka kolejnych w szkole średniej, a potem być może pięć lat na studiach. Proces jest długi i rozłożony w czasie. Tymczasem czytelnik bloga może przeczytać tekst podczas porannej kawy i już po godzinie zmienić swoje działanie. Może zacząć obserwować przyrodę, inaczej segregować odpady, zainteresować się nauką, zweryfikować własne przekonania albo po prostu spojrzeć na świat z większą ciekawością. To niezwykła sytuacja.
Nauczyciel akademicki przyzwyczajony do wieloletniego oczekiwania na efekty nagle otrzymuje możliwość oddziaływania niemal natychmiastowego. Oczywiście jest to wpływ innego rodzaju. Płytszy, mniej systematyczny, bardziej rozproszony. Ale jednocześnie może obejmować tysiące ludzi. Każdy wpis na blogu jest jak wysłanie w świat niewielkiej paczki z ideami. Nie wiadomo, gdzie dokładnie dotrze. Nie wiadomo, kto ją otworzy. Nie wiadomo, która myśl okaże się dla kogoś ważna. Ale wiadomo, że część z tych idei zacznie żyć własnym życiem. A właśnie na tym polega edukacja. Nie na przekazywaniu gotowych odpowiedzi, lecz na uruchamianiu procesów myślowych. Nie na wypełnianiu głów informacjami, lecz na rozbudzaniu ciekawości. Nie na tworzeniu kopii samego siebie, lecz na wyposażaniu innych ludzi w zdolność samodzielnego myślenia. Dlatego nauczyciel zmienia świat. Czasem robi to powoli, przez całe pokolenia swoich uczniów. Czasem szybciej, przez czytelników bloga. W obu przypadkach działa jednak ten sam mechanizm. Zmienia ludzi, a ludzie zmieniają świat.
I być może właśnie dlatego zawód nauczyciela należy do najbardziej niezwykłych profesji. To jedyna praca, w której codziennie spotyka się przyszłość, siada z nią przy stoliku lub w sali wykładowej, a następnie próbuje ją przygotować do życia. Nawet jeśli pełne skutki tej pracy zobaczą dopiero następne pokolenia.
Im dłużej pracuję jako nauczyciel akademicki, tym częściej dochodzę do wniosku, że edukacja nie kończy się wraz z rozdaniem dyplomów. Właściwie to ona wtedy dopiero się zaczyna. Studia nie są przecież magazynem wiedzy na całe życie, podobnie jak szkoła nie jest zbiornikiem, który napełnia się raz i wystarcza na zawsze. Wiedza starzeje się szybciej niż niejedna technologia, a świat zmienia się szybciej niż programy nauczania. Dlatego współczesny człowiek musi uczyć się przez całe życie. Być może właśnie dlatego tak bardzo polubiłem popularyzację nauki.
Coraz częściej postrzegam popularyzację nauki jako szczególną odmianę nauczania. To także jest szkoła, choć bardzo nietypowa. Nie ma klas, dzienników, planu lekcji ani obowiązkowej obecności. Nie ma egzaminów końcowych i ocen wpisywanych do systemu. Są za to ludzie ciekawi świata, którzy zaglądają na blog, czytają tekst, oglądają zdjęcie, słuchają opowieści o przyrodzie lub nauce i zabierają ze sobą mały fragment wiedzy.
Tak właśnie wyobrażam sobie edukację XXI wieku. Nie jako jednorazowy etap życia, lecz jako proces ciągły. Uczenie się małymi porcjami, ale regularnie. Trochę jak z jedzeniem. Nikt rozsądny nie próbuje zjeść zapasu żywności na całe życie podczas jednego obiadu. Podobnie nie da się zdobyć całej potrzebnej wiedzy podczas kilku lat szkoły czy studiów. Trzeba ją uzupełniać przez całe życie. Patrząc z tej perspektywy, czytelnicy mojego bloga są także moimi studentami. Nietypowymi, bo rozproszonymi po całym kraju, a czasem i świecie. Nietypowymi, bo nie spotykamy się w sali wykładowej. Nietypowymi, bo sami wybierają temat kolejnych zajęć, klikając w tekst, który ich zainteresuje. Ale jednak studentami. Łączy nas przecież to samo: ciekawość świata i chęć zrozumienia otaczającej rzeczywistości.
Kiedyś wiedza akademicka krążyła głównie pomiędzy uczelniami. Naukowcy publikowali artykuły, które czytali przede wszystkim inni naukowcy. Dzisiaj ten obieg wiedzy jest znacznie bardziej złożony. Oczywiście nadal publikujemy wyniki badań. Nadal piszemy artykuły naukowe, raporty, monografie i ekspertyzy. Ale coraz częściej nasze ustalenia trafiają również do społeczeństwa innymi drogami. Sam wielokrotnie obserwowałem, jak wyniki badań nad przyrodą zaczynają żyć własnym życiem poza murami uczelni. Raz stają się częścią planu ochrony cennego obszaru. Innym razem trafiają do raportu przygotowywanego dla parku krajobrazowego lub parku narodowego. Kiedy indziej są wykorzystywane w ekspertyzie dotyczącej ochrony gatunków albo siedlisk przyrodniczych. Czasem pomagają samorządom podejmować decyzje dotyczące zagospodarowania przestrzeni. Niekiedy stają się argumentem w dyskusji o ochronie środowiska. W takich chwilach szczególnie wyraźnie widać, że nauka nie kończy się na publikacji.
Artykuł naukowy jest dopiero początkiem podróży. Potem wiedza zaczyna krążyć pomiędzy ludźmi. Trafia do urzędników, nauczycieli, przyrodników, społeczników, dziennikarzy i zwykłych mieszkańców. Każdy z nich wykorzystuje ją na swój sposób. Tak powstaje sieć powiązań, której często nawet nie dostrzegamy. Pod tym względem naukowiec przypomina nauczyciela. W obu przypadkach najważniejsze nie jest to, co sam zrobił, lecz to, co zrobią inni ludzie dzięki zdobytej wiedzy.
Dlatego coraz mniej wierzę w obraz naukowca zamkniętego w laboratorium czy gabinecie. Współczesny naukowiec powinien być także tłumaczem. Powinien przekładać język specjalistycznych publikacji na język zrozumiały dla społeczeństwa. Powinien budować mosty pomiędzy światem badań a światem codziennych doświadczeń. Blog internetowy jest dla mnie właśnie takim mostem. To miejsce, gdzie wyniki badań spotykają się z codzienną ciekawością ludzi. Gdzie naukowe fakty mogą zamienić się w inspirację do działania. Gdzie wiedza przestaje być zamknięta w czasopiśmie naukowym i zaczyna funkcjonować w życiu codziennym. Być może dlatego tak bardzo cenię każdy komentarz od czytelnika, który napisał, że po przeczytaniu tekstu zaczął obserwować owady, zainteresował się ochroną przyrody, poszedł na spacer do lasu albo spojrzał inaczej na otaczający go świat. To są właśnie te małe efekty edukacji rozproszonej. Niewielkie zmiany, które pojawiają się natychmiast, bez wieloletniego procesu kształcenia.
Ostatecznie zarówno nauczyciel szkolny, nauczyciel akademicki, jak i popularyzator nauki wykonują podobną pracę. Wszyscy próbują poszerzać horyzonty innych ludzi. Wszyscy zasiewają pytania, które będą kiełkować przez lata. Wszyscy dokładają swoją cegiełkę do budowania społeczeństwa bardziej świadomego, bardziej ciekawskiego i bardziej rozumiejącego świat. A świat zmienia się właśnie w taki sposób. Nie tylko przez wielkie wynalazki, przełomowe odkrycia czy spektakularne decyzje polityczne. Zmienia się także przez miliony drobnych aktów uczenia się. Przez pojedyncze rozmowy, przeczytane książki, wysłuchane wykłady i przeczytane wpisy na blogu.
Jeśli więc ktoś pyta mnie, po co piszę o przyrodzie, nauce i edukacji, odpowiadam najczęściej, że robię to z tego samego powodu, dla którego prowadzę zajęcia ze studentami. W obu przypadkach chodzi o to samo. O przekazywanie pałeczki dalej. O dzielenie się wiedzą. O uczestniczenie w wielkim międzypokoleniowym łańcuchu uczenia się, który trwa od tysięcy lat i który, mam nadzieję, będzie trwał jeszcze bardzo długo.
Nauczyciel akademicki przyzwyczajony do wieloletniego oczekiwania na efekty nagle otrzymuje możliwość oddziaływania niemal natychmiastowego. Oczywiście jest to wpływ innego rodzaju. Płytszy, mniej systematyczny, bardziej rozproszony. Ale jednocześnie może obejmować tysiące ludzi. Każdy wpis na blogu jest jak wysłanie w świat niewielkiej paczki z ideami. Nie wiadomo, gdzie dokładnie dotrze. Nie wiadomo, kto ją otworzy. Nie wiadomo, która myśl okaże się dla kogoś ważna. Ale wiadomo, że część z tych idei zacznie żyć własnym życiem. A właśnie na tym polega edukacja. Nie na przekazywaniu gotowych odpowiedzi, lecz na uruchamianiu procesów myślowych. Nie na wypełnianiu głów informacjami, lecz na rozbudzaniu ciekawości. Nie na tworzeniu kopii samego siebie, lecz na wyposażaniu innych ludzi w zdolność samodzielnego myślenia. Dlatego nauczyciel zmienia świat. Czasem robi to powoli, przez całe pokolenia swoich uczniów. Czasem szybciej, przez czytelników bloga. W obu przypadkach działa jednak ten sam mechanizm. Zmienia ludzi, a ludzie zmieniają świat.
I być może właśnie dlatego zawód nauczyciela należy do najbardziej niezwykłych profesji. To jedyna praca, w której codziennie spotyka się przyszłość, siada z nią przy stoliku lub w sali wykładowej, a następnie próbuje ją przygotować do życia. Nawet jeśli pełne skutki tej pracy zobaczą dopiero następne pokolenia.
Im dłużej pracuję jako nauczyciel akademicki, tym częściej dochodzę do wniosku, że edukacja nie kończy się wraz z rozdaniem dyplomów. Właściwie to ona wtedy dopiero się zaczyna. Studia nie są przecież magazynem wiedzy na całe życie, podobnie jak szkoła nie jest zbiornikiem, który napełnia się raz i wystarcza na zawsze. Wiedza starzeje się szybciej niż niejedna technologia, a świat zmienia się szybciej niż programy nauczania. Dlatego współczesny człowiek musi uczyć się przez całe życie. Być może właśnie dlatego tak bardzo polubiłem popularyzację nauki.
Coraz częściej postrzegam popularyzację nauki jako szczególną odmianę nauczania. To także jest szkoła, choć bardzo nietypowa. Nie ma klas, dzienników, planu lekcji ani obowiązkowej obecności. Nie ma egzaminów końcowych i ocen wpisywanych do systemu. Są za to ludzie ciekawi świata, którzy zaglądają na blog, czytają tekst, oglądają zdjęcie, słuchają opowieści o przyrodzie lub nauce i zabierają ze sobą mały fragment wiedzy.
Tak właśnie wyobrażam sobie edukację XXI wieku. Nie jako jednorazowy etap życia, lecz jako proces ciągły. Uczenie się małymi porcjami, ale regularnie. Trochę jak z jedzeniem. Nikt rozsądny nie próbuje zjeść zapasu żywności na całe życie podczas jednego obiadu. Podobnie nie da się zdobyć całej potrzebnej wiedzy podczas kilku lat szkoły czy studiów. Trzeba ją uzupełniać przez całe życie. Patrząc z tej perspektywy, czytelnicy mojego bloga są także moimi studentami. Nietypowymi, bo rozproszonymi po całym kraju, a czasem i świecie. Nietypowymi, bo nie spotykamy się w sali wykładowej. Nietypowymi, bo sami wybierają temat kolejnych zajęć, klikając w tekst, który ich zainteresuje. Ale jednak studentami. Łączy nas przecież to samo: ciekawość świata i chęć zrozumienia otaczającej rzeczywistości.
Kiedyś wiedza akademicka krążyła głównie pomiędzy uczelniami. Naukowcy publikowali artykuły, które czytali przede wszystkim inni naukowcy. Dzisiaj ten obieg wiedzy jest znacznie bardziej złożony. Oczywiście nadal publikujemy wyniki badań. Nadal piszemy artykuły naukowe, raporty, monografie i ekspertyzy. Ale coraz częściej nasze ustalenia trafiają również do społeczeństwa innymi drogami. Sam wielokrotnie obserwowałem, jak wyniki badań nad przyrodą zaczynają żyć własnym życiem poza murami uczelni. Raz stają się częścią planu ochrony cennego obszaru. Innym razem trafiają do raportu przygotowywanego dla parku krajobrazowego lub parku narodowego. Kiedy indziej są wykorzystywane w ekspertyzie dotyczącej ochrony gatunków albo siedlisk przyrodniczych. Czasem pomagają samorządom podejmować decyzje dotyczące zagospodarowania przestrzeni. Niekiedy stają się argumentem w dyskusji o ochronie środowiska. W takich chwilach szczególnie wyraźnie widać, że nauka nie kończy się na publikacji.
Artykuł naukowy jest dopiero początkiem podróży. Potem wiedza zaczyna krążyć pomiędzy ludźmi. Trafia do urzędników, nauczycieli, przyrodników, społeczników, dziennikarzy i zwykłych mieszkańców. Każdy z nich wykorzystuje ją na swój sposób. Tak powstaje sieć powiązań, której często nawet nie dostrzegamy. Pod tym względem naukowiec przypomina nauczyciela. W obu przypadkach najważniejsze nie jest to, co sam zrobił, lecz to, co zrobią inni ludzie dzięki zdobytej wiedzy.
Dlatego coraz mniej wierzę w obraz naukowca zamkniętego w laboratorium czy gabinecie. Współczesny naukowiec powinien być także tłumaczem. Powinien przekładać język specjalistycznych publikacji na język zrozumiały dla społeczeństwa. Powinien budować mosty pomiędzy światem badań a światem codziennych doświadczeń. Blog internetowy jest dla mnie właśnie takim mostem. To miejsce, gdzie wyniki badań spotykają się z codzienną ciekawością ludzi. Gdzie naukowe fakty mogą zamienić się w inspirację do działania. Gdzie wiedza przestaje być zamknięta w czasopiśmie naukowym i zaczyna funkcjonować w życiu codziennym. Być może dlatego tak bardzo cenię każdy komentarz od czytelnika, który napisał, że po przeczytaniu tekstu zaczął obserwować owady, zainteresował się ochroną przyrody, poszedł na spacer do lasu albo spojrzał inaczej na otaczający go świat. To są właśnie te małe efekty edukacji rozproszonej. Niewielkie zmiany, które pojawiają się natychmiast, bez wieloletniego procesu kształcenia.
Ostatecznie zarówno nauczyciel szkolny, nauczyciel akademicki, jak i popularyzator nauki wykonują podobną pracę. Wszyscy próbują poszerzać horyzonty innych ludzi. Wszyscy zasiewają pytania, które będą kiełkować przez lata. Wszyscy dokładają swoją cegiełkę do budowania społeczeństwa bardziej świadomego, bardziej ciekawskiego i bardziej rozumiejącego świat. A świat zmienia się właśnie w taki sposób. Nie tylko przez wielkie wynalazki, przełomowe odkrycia czy spektakularne decyzje polityczne. Zmienia się także przez miliony drobnych aktów uczenia się. Przez pojedyncze rozmowy, przeczytane książki, wysłuchane wykłady i przeczytane wpisy na blogu.
Jeśli więc ktoś pyta mnie, po co piszę o przyrodzie, nauce i edukacji, odpowiadam najczęściej, że robię to z tego samego powodu, dla którego prowadzę zajęcia ze studentami. W obu przypadkach chodzi o to samo. O przekazywanie pałeczki dalej. O dzielenie się wiedzą. O uczestniczenie w wielkim międzypokoleniowym łańcuchu uczenia się, który trwa od tysięcy lat i który, mam nadzieję, będzie trwał jeszcze bardzo długo.
Czas wakacji. Ani nauczyciel, ani popularyzator nie ma pełnego odcięcia od szkoły czy pisania. Z jednej strony wypoczywa, a z drugiej szuka pomysłów i kolejnych inspiracji. Każda praca twórcza wymaga wypoczynku i inspiracji. I oczywiście wakacyjne nudy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz