![]() |
| Sierpień 2018 r., Pojezierze Gostynińsko-Włocławskie, dno wyschniętego jeziora. |
Coraz częściej dostaję zapytania o przyczyny i sposoby zaradzenia wysychaniu jezior. Nie tylko z Pojezierza Mazurskiego. Skutki suszy i globalnego ocieplenia klimatu Ziemi są coraz bardziej dotkliwe i dotyczą coraz większej liczby osób. I żadne populistyczne zaklęcia typu "oze-sroze" nie zagłuszą coraz mocniej wybrzmiewających pytań. Bo kolejne społeczności lokalne dostrzegają nie tylko negatywne skutki przyrodnicze lecz i problemy gospodarcze oraz społeczne. To nie tylko straty dla rekreacji i wypoczynku ale i spadek dochodów z turystyki. Ostatnio dostałem prośbę o opinię i wsparcie w ratowaniu Jeziora Zdworskiego. To moje rodzinne strony, okolice Łącka. W czasach licealnych nad jednym z tych jezior często przebywaliśmy. A problemy tego regionu w całej rozciągłości zobaczyłem w 2018 roku, czego ilustracją jest powyższe zdjęcie z prawie całkowicie wyschniętego jeziora. Widok dla mnie, hydrobiologa, bardzo przygnębiający. Jakkolwiek pewnych procesów nie da się szybko i łatwo zatrzymać, to warto podejmować działania. Optymistyczne jest to, że społeczności lokalne alarmują i starają się czynnie włączyć w ochronę środowiska przyrodniczego i dochodów z turystyki oraz rekreacji. Tak, potrzebne są wspólne i skoordynowane działania w skali lokalne i globalnej. To się nie rozejdzie "po kościach".
Krajobraz Polski ulega dramatycznym przeobrażeniom pod wpływem globalnego ocieplenia, a jednym z najbardziej namacalnych i niepokojących objawów tego procesu jest wysychanie małych i dużych akwenów. Na niniejszym blogu pisałem już o tym kilkukrotnie. Według danych Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej nasz kraj ociepla się w gwałtownym tempie, tak jak i cała Europa. Od 1951 roku średnia roczna temperatura wzrosła o ponad 2°C, co przynosi ze sobą dotkliwe fale upałów, susze oraz gwałtowne zmiany w strukturze opadów. Zamiast miarowych, zasilających glebę deszczów, coraz częściej mamy do czynienia z długimi okresami bezopadowymi, przerywanymi przez nawalne ulewy, z których woda szybko spływa po przesuszonej ziemi i wyczyszczone rowy melioracyjne, nie odbudowując skutecznie głębszych zasobów gruntowych. W tym klimatycznym klinczu znalazło się Jezioro Zdworskie – największy naturalny zbiornik województwa mazowieckiego, zlokalizowany na malowniczym Pojezierzu Gostynińsko-Włocławskim. To właśnie tutaj, jak w soczewce, skupiają się globalne trendy klimatyczne, lokalna specyfika hydrogeologiczna oraz rosnąca antropopresja, stawiając ten unikalny ekosystem na skraju ekologicznej katastrofy.
Historia współczesnego kryzysu Jeziora Zdworskiego sięga początku XXI wieku, kiedy to gwałtowna susza z 2003 roku doprowadziła do obniżenia lustra wody aż o 41 centymetrów. W przypadku tego rozległego ale płytkiego jeziora oznaczało to ubytek blisko 18% całkowitej objętości akwenu! Prawie jedna piąta! Skutki były opłakane: od odsłoniętych brzegów i zamykania lokalnych kąpielisk, przez drastyczną eutrofizację i masowe zakwity sinic, aż po śnięcie ryb. Jak wykazały analizy naukowe, jezioro to ze względu na swoją niewielką średnią głębokość wynoszącą zaledwie 2,13 metra jest niezwykle podatne na nagrzewanie, mieszanie wód i przyspieszoną degradację. Jednak globalne ocieplenie, choć działa jako potężny wzmacniacz parowania, przewyższającego w sezonie letnim opady, nie jest jedynym winowajcą. Kluczowym elementem tej układanki jest lokalna hydrogeologia doliny Wielkiej Strugi – głównego dopływu jeziora. Przez obecność wysoce przepuszczalnych piasków i brak ciągłych warstw izolacyjnych, wody rzeki zamiast zasilać zbiornik, dosłownie „uciekały” do głębszego poziomu wodonośnego. Oczywiście odnawianie wód głębinowych to też ważny i potrzebny proces. Co gorsza, badania bilansu wodnego z lat 2008–2012 ujawniły przerażającą skalę infiltracji: samo jezioro corocznie traciło od 761 tysięcy do ponad 2 milionów metrów sześciennych wody, która przesiąka przez dno i brzegi w głąb podłoża. Zazwyczaj tego co pod ziemią niw widzimy, ale jest to też niezwykle ważne. Próby ratowania sytuacji poprzez sztuczne pompowanie wody z Kanału Dobrzykowskiego (a w konsekwencji z rzeki Wisły) okazały się z czasem niewystarczające. W latach 2023–2025 ilości te spadły do zaledwie 120–210 tysięcy metrów sześciennych rocznie, a do maja 2026 roku wtłoczono jedynie 36 tysięcy metrów sześciennych, co dobitnie udowadnia, że mechaniczne zasilanie z Wisły nie uratuje akwenu w dobie nasilających się niżówek hydrologicznych. Warto przy okazji wspomnieć, że stany wód niskich w rzece są coraz częstsze i dłuższe. A chętnych po wodę wiślana, łącznie z wodą pitna dla miasta Płocka, będzie coraz więcej. Tę wodę wykorzystujemy także do kurtyn wodnych w opalne dni letnie.
Do trudnej sytuacji przyrodniczej dochodzi destrukcyjna działalność człowieka w bezpośrednim otoczeniu zbiornika. Gęsta zabudowa rekreacyjna, chociażby w rejonie wsi Zofiówka, pociąga za sobą osuszanie gruntów wokół budynków, instalację drenaży oraz masowe kopanie indywidualnych studni. Intensywny pobór wód podziemnych tworzy lokalne leje depresji, które dosłownie „wysysają” wodę z i tak już płytkiego jeziora. Równocześnie wraz ze spływem powierzchniowym z pól i nieszczelnych szamb do akwenu trafiają duże ładunki biogenów – azotu i fosforu – wielokrotnie przekraczające normy bezpieczeństwa ekologicznego i napędzające eutrofizację wód i zakwity glonów. W obliczu tak postępującej degradacji, która dotyka również sąsiednie jeziora Górskie i Ciechomickie, w czerwcu 2026 roku społeczność lokalna zaczęła głośno alarmować o problemie. Lokalna społeczność, głęboko zaniepokojona stratami przyrodniczymi oraz gospodarczymi, zrozumiała, że tradycyjne akcje sprzątania plaży czy koszenia roślinności są jedynie maskowaniem objawów, a nie leczeniem przyczyn. Świadomość ta zaowocowała powołaniem społecznego zespołu ds. ochrony jezior oraz podjęciem ścisłej współpracy z ekspertami w celu wypracowania zintegrowanej strategii ratunkowej.
Działania społeczności lokalnej powinny opierać się na założeniu, że walka o jezioro zaczyna się na każdej prywatnej posesji, a kluczem do sukcesu jest zatrzymanie jak największej ilości wody w krajobrazie. Mieszkańcy i właściciele domków letniskowych wdrażają programy małej retencji, rezygnując z betonowania podjazdów na rzecz nawierzchni przepuszczalnych, instalując systemy zbierania deszczówki przy rynnach oraz budując ogrody deszczowe i niecki chłonne, które pozwalają wodzie opadowej infiltrować na miejscu. Równolegle przydatny były również obywatelski monitoring poziomu wody, oparty na systematycznych pomiarach łat wodowskazowych i dokumentacji fotograficznej zmian linii brzegowej, co stanowi bezcenne uzupełnienie oficjalnych danych instytucjonalnych. Ważnym krokiem jest także lokalna inwentaryzacja sieci rowów melioracyjnych, przepustów i drenów w celu zmapowania miejsc, gdzie woda ucieka ze zlewni najszybciej, co w przyszłości pozwoli na montaż zastawek i kontrolowane piętrzenie wody. Społeczność powinna położyć duży nacisk na rygorystyczną kontrolę szczelności szamb, ograniczenie stosowania nawozów na przydomowych trawnikach oraz bezwzględną ochronę naturalnych stref buforowych, takich jak trzcinowiska i nizinne mokradła, które działają niczym naturalna gąbka stabilizująca lokalny bilans hydrologiczny. To oczywiście dotyczy przede wszystkim ograniczania przyczyn eutrofizacji wód jeziornych.
Inicjatywa mieszkańców chroniąca jezioro przed skutkami zmian klimatycznych wykracza jednak poza granice ich własnych działek. Zorganizowana społeczność powinna wywierać stałą presję na władze samorządowe, Ministerstwo Klimatu i Środowiska oraz Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie, domagając się stworzenia i sfinansowania kompleksowego programu odbudowy retencji dla całej zlewni. Tylko wtedy można liczyć na widoczne i trwalsze efekty. Obejmuje to postulaty audytu poborów wód podziemnych, kontroli drożności i szczelności dawnych uszczelnień koryta Wielkiej Strugi matami bentonitowymi oraz eliminacji nielegalnych poborów wody. Choć lokalni mieszkańcy nie mają bezpośredniego wpływu na globalne emisje gazów cieplarnianych, ich zdeterminowana postawa i zmiana paradygmatu gospodarowania wodą udowadniają, że mądra, skoordynowana aktywność oddolna może realnie opóźnić procesy degradacji unikalnych ekosystemów polodowcowych, dając Jezioru Zdworskiemu szansę na przetrwanie w zmieniającym się świecie.
Jezioro Zdworskie, największe naturalne jezioro Mazowsza, jest dziś dobrym przykładem tego, jak delikatna może być równowaga między wodą, krajobrazem i działalnością człowieka. Na pierwszy rzut oka problem wydaje się prosty: w jeziorze jest coraz mniej wody. To może dolać wody z Wisły? Jednak za tym zjawiskiem kryje się cała sieć powiązań: klimat, geologia, melioracje, zabudowa rekreacyjna, jakość dopływów, rolnictwo i sposób gospodarowania wodą w całej zlewni.
Jezioro Zdworskie jest zbiornikiem płytkim, a więc szczególnie podatnym na wahania poziomu wody. Gdy przychodzi suchy rok, efekt widać szybko: odsłania się dno, pogarszają się warunki tlenowe, rośnie temperatura wody, rozwijają się sinice, a roślinność wodna coraz śmielej zajmuje dawną taflę jeziora. Najbardziej niepokojące jest to, że Jezioro Zdworskie nie tylko traci wodę przez parowanie. Badania wskazywały, że w określonych warunkach woda może odpływać z jeziora do gruntu. Występują tu przepuszczalne piaski oraz nieciągłe warstwy słabiej przepuszczalnych glin i namułów. Jeśli poziom wód gruntowych wokół jeziora obniża się poniżej poziomu lustra jeziora, powstaje swoiste „ssanie”: jezioro zaczyna zasilać podziemie zamiast być przez nie zasilane. To dlatego można powiedzieć, że część wody z jeziora dosłownie ucieka w piasek.
Na ten naturalno-geologiczny problem nakładają się procesy wywołane przez człowieka. Rowy melioracyjne i odwodnienia przyspieszają odpływ wody z krajobrazu. Studnie i pobory wód podziemnych mogą lokalnie obniżać zwierciadło wód gruntowych. Zabudowa rekreacyjna, utwardzone drogi, parkingi i dachy sprawiają, że deszczówka szybciej spływa, zamiast powoli wsiąkać. Osuszanie działek wokół budynków, likwidowanie podmokłych zagłębień i traktowanie każdego rowu jako kanału do odprowadzenia wody pogłębiają deficyt. Każda taka decyzja wydaje się drobna, ale suma setek drobnych interwencji może zmienić funkcjonowanie całej zlewni.
Do tego dochodzi globalne ocieplenie. W cieplejszym klimacie rośnie parowanie, zimą rzadziej zalega śnieg, a wiosenne roztopy nie odbudowują już zasobów wodnych tak skutecznie jak dawniej. Deszcze coraz częściej przychodzą w formie krótkich, gwałtownych ulew. Taka woda nie zasila dobrze gruntu; spływa szybko po powierzchni, powodując czasem podtopienia, ale nie kończąc suszy. Dla płytkiego jeziora oznacza to coraz trudniejszy bilans: więcej wody ubywa, mniej zostaje w krajobrazie.
Nie można jednak ratować Jeziora Zdworskiego wyłącznie przez dolewanie wody. Sztuczne zasilanie z Kanału Dobrzykowskiego może być potrzebne jako działanie awaryjne, ale nie zastąpi odbudowy retencji w całej zlewni. Jeśli krajobraz nadal będzie działał jak system odwadniający, każda dopompowana woda będzie tylko czasowym zastrzykiem. Potrzebne jest myślenie odwrotne: nie jak wodę jak najszybciej odprowadzić, lecz jak ją zatrzymać.
Jezioro Zdworskie nie wysycha z jednej przyczyny i nie da się go uratować jednym zabiegiem. To żywy organizm wpisany w krajobraz. Jeśli lokalna społeczność zrozumie, że każda działka, każdy rów, każda studnia i każdy metr brzegu są częścią większego systemu, wtedy ratowanie jeziora przestanie być abstrakcyjnym zadaniem instytucji, a stanie się wspólną odpowiedzialnością. Najważniejsze hasło powinno brzmieć prosto: zatrzymać wodę tam, gdzie spada, i pozwolić krajobrazowi znowu magazynować życie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz