23.05.2018

Malality 2 czyli sztuka i wspólnota w ogrodzie ponownie


Całość to więcej niż suma części, to także relacje między tymi częściami. Ważny jest więc nie tylko skład (prosta suma) ale i organizacja czyli jak te elementy składowe są „poukładane” i jakie między nimi zachodzą relacje. Na gruncie biologii wydaje się to bardzo oczywiste. Ale w ramach ogólnej teorii systemów można poszukiwać takich prawidłowości i w innych obszarach życia. Na przykład na gruncie społecznym. Ważne jest nie tylko z jakich ludzi składa się dana społeczność ale ważne są także relacje między nimi. Nawet – a może przede wszystkim – wobec tych najsłabszych, niepełnosprawnych, innych. Całość składa się z bardzo różnorodnych elementów, które wyjęte z tej całości mogą się wydawać znakomite lub wręcz przeciwnie. Może dla przykładu takie podam porównanie: kiedy kupujemy mięso kurczaka na obiad to pewne części są bardziej atrakcyjne dla konsumenta (pierś, udka), inne mniej. Jeszcze inne od razu odrzucamy (pióra, wnętrzności). Ale czy kurczak mógłby żyć i być „całością” bez tych mniej pożądanych konsumencko elementów?

Zmierzam do tego, aby uwypuklić prosty fakt: to, co czasem wydaje się mniej atrakcyjne lub ważne, jest niezbędne dla całości. Wspólnota to także relacje a więc i umiejętność nawiązywania współpracy z innymi. Uważam, że to kluczowa kompetencja społeczna w wieku XXI. Ten długi wstęp potrzebny mi był, aby wprowadzić w przygotowywaną, drugą edycję Malality. Cóż to takiego?

Pierwsze spotkanie plenerowe Malality odbyło się 5 lat temu. Teraz będzie druga edycja. Już 16 czerwca 2018 roku w godzinach od 10:00 do 16:00, w ogrodach Pałacu Młodzieży w Olsztynie artyści plastycy, studenci, młodzież, inspirowani muzyką graną na żywo przez olsztyńskich muzyków, tworzyć będą dzieła sztuki. Malarski plener w ogrodzie i do tego przy muzyce. Po co to wszytko?

Namalowane obrazy zostaną zlicytowane jesienią 2018 r. podczas obchodów Światowego Dnia Hospicjów i Opieki Paliatywnej. Dochód z licytacji zostanie przeznaczony na budowę nowej siedziby Hospicjum im. Jana Pawła II w Olsztynie. Zatem to nie tylko spotkanie towarzyskie w artystycznym gronie. To coś więcej. Jeszcze jedna próba budowania szeroko rozumianej wspólnoty i budowania współodpowiedzialności. Za całość w szerokim i społecznym rozumieniu.

W czasie malalitowego pleneru 16 czerwca przez cały czas dyskretnie i w tle popularyzowana będzie idea wolontariatu. Będzie można spotkać się i porozmawiać z wolontariuszami oraz pracownikami Hospicjum. Nie trzeba być artystą malarzem by przyjść, popatrzeć, zapytać, uczestniczyć. Chodzi o coś więcej niż pomalowanie iluś tam arkuszy kartonu. Więcej niż prosta suma części. Ważne są także relacje, te mniej widoczne, mniej dostrzegane i uświadamiane. Ale jakże istotne. Gdy idziesz przez kolorową łąkę to widzisz kwitnące kwiaty, liście, łodygi. Niewidoczne są korzenie... A przecież bez nich nie byłoby tej barwnej kwiatami łąki. I bez owadów zapylających.

Malality 2, poza swym charytatywnym charakterem, mającym na celu szerzenie idei opieki paliatywnej, służy integracji olsztyńskiego środowiska artystycznego oraz popularyzacji sztuk plastycznych i muzycznych. Czuję się ogromnie zaszczycony zaproszeniem do udziału. Będę malował bioróżnorodność kwietnej łąki. Na starej dachówce i na poremontowych płytkach ceramicznych (glazura łazienkowa). Dlaczego taki surowiec? By podkreślić, że nie ma rzeczy i nie ma ludzi niepotrzebnych (wyrzucanych na śmietnik lub spychanych na margines, "byle z oczu"...). Dlaczego bioróżnorodność łąki kwietnej w mieście? Bo chcę popularyzować przy okazji rolę terenów zielonych w mieście i ich znaczenie dla całości, ich rolę dla człowieka i poczucia szczęścia. Przyroda i sztuka i jeszcze wspólnota ludzka. Dobra kompozycja.

Tegoroczny plenerowy happening artystyczny Malality 2 organizowany przez Olsztyńskie Stowarzyszenie Hospicyjne „Palium” oraz olsztyński Pałac Młodzieży, a realizowany przy współudziale finansowym Gminy Olsztyn, jest wspaniałym przykładem tego, że pomagać można na różne sposoby. I można być ze sobą w przestrzeni publicznej, zielonej, ogrodowej.

Plenerowy happening malarski jest znakomitą okazją do spotykania się w przestrzeni publicznej, okazją do tworzenia nie tylko sztuki ale i przyjaznej mieszkańcom przestrzeni społecznej. Ogrody są to tego znakomitym miejscem. I łąki kwietne w mieście także. Przyjazne dla ludzi, przyjazne dla niechcianych polnych „chwastów” i przyjazne dla owadów zapylających.

5 lat temu także byłem i malowałem (stare butelki) w przestrzeń z ogrodami i sztuką (zobacz zdjęcia z pleneru i przeczytaj moją relację). Potem zorganizowana została „Licytacja - Malality pod młotek” , 14 lutego 2014 r. w Pałacu Młodzieży. Cały dochód z licytacji został przekazany na potrzeby olsztyńskiego Hospicjum (zobacz zdjęcia z aukcji).

(Anais Fleur z bajką o poziomkach,
w tle praca Zbigniewa Urbalewicza)
Udział w Malality w 2013 r. był dla mnie dużą inspiracją (teraz też na to liczę). W czasie licytacji po raz pierwszy zobaczyłem kamishibai (zobacz wideo). Jeszcze nie wiedziałem jak to się nazywa i skąd pochodzi. Ale chciałem spróbować jako formę edukacyjną, w tym dla studentów. Kiedy za jakiś czas dotarła do mnie propozycja opracowania trzech bajek w tej technice, to z przyjemnością i entuzjazmem skorzystałem. I tak zaczęła się moja edukacyjna przygoda z teatrem ilustracji. A wszystko dzięki Malality i spotkaniu niezwykle wartościowych ludzi. Ot, po prostu relacje międzyludzkie, inspiracja i współpraca.

W czasie licytacji zobaczyłem także pracę Zbigniewa Urbalewicza. Przedstawiała "żywe" kamienie z rzeki Krutyni. To zainspirowało mnie do napisania o słodkowodnym krasnoroście Hildebrandtia rivularis, porastającym rzeczne i jeziorna kamienie. Są nie tylko w Krutyni ale i w rzece Łynie, nawet w samym Olsztynie. Ten niewielki i słodkowodny krasnorost zasiedla wody bieżące i porasta kamienie, nadając im charakterystyczny czerwono-fioletowawe (czerwonobrunatne) zabarwienie. Hildebrandtia należy do glonów epifitycznych. Swoją charakterystyczną barwę zawdzięcza barwnikom: fikoerytrynie i fykocyjaninie. Ten ostatni barwnik ma właściwości fluorescencyjne.

Hildebrandtia to glon występujący w czystych wodach i mało przekształconych przez człowieka małych i średniej wielkości rzekach. Możemy więc uznać go za wskaźnik dobrej jakości ekosystemów wodnych. Dawniej spotkać można go było także w zacienionym litoralu czystych jezior. Najwyraźniej jeziora zbyt mocno zniszczyliśmy i teraz trudno tam znaleźć tego słodkowodnego krasnorosta o niezwykle ciekawej biologii rozmnażania.

Krasnorost Hildebrandtia rivularis stanowi główną atrakcję rzeki Krutyni w Mazurskim Parku Krajobrazowym. Dawniej wielu turystów zabierało niezwykłe kamienia na pamiątkę, przy okazji niszcząc ten gatunek. Zakazy kierowane do krutyńskich flisaków nie skutkowały. Licząc na przypodobanie się niemieckim klientom z chęcią rozdawali turystom, nadmiernie eksploatując zasoby przyrodnicze. Niezbyt chlubny proceder udało się powstrzymać przez wydrukowanie ulotek w języku niemieckim i adresując je do zdyscyplinowanych i praworządnych Niemców. Nie wolno to nie wolno. Pomogło. Znacznie liczniej tego krasnorosta spotykałem w środkowej Łynie, na obszarze rezerwatu Las Warmiński. Ale tam turystów jest niewielu. Sporadycznie glon ten spotykałem w Łynie na wysokości Rusi, Bartąga a nawet w samym Olsztynie. Spotykałem także w rzece Kirsnie (dopływ Łyny) w obszarze Natura 2000 Swajnie oraz w rzece Ełk. Można więc sądzić, że ten niezwykły krasnorost występuje w wielu innych rzeczkach Warmii i Mazurach. A może nawet jeszcze w jakimś jeziorze. I wypadałoby może wymyślić dla tych słodkowodnych krasnorostów polską nazwę. Może hildebrancja rzeczna?

W każdym razie w czasie letnich podróży zwróćcie uwagę na czerwo-fioletowe kamienie.

Więcej o hildebrancji: 1, 2,


(moje prace, powstałe w czasie Malality w 2013 r.)


22.05.2018

Co sądzę o tym, co żyje w polskich kranach, czyli o wodzie wodociągowej

Różne do mnie kierowane są pytania i prośby o wyjaśnienie tego czy owego, przyrodniczego. Czasem uda mi się szybko odpowiedzieć, czasem potrzebuję czasu by poszukać, słowa jakoś w głowie ułożyć a potem skrzętnie spisać. Niniejszym nadrabiam zaległości w tej internetowej korespondencji.

Razu pewnego (z początkiem maja) na facebookowej tablicy zastałem taki wpis: „No, teraz to zwątpiłam... Prof. Stanisław Czachorowski, cóż Pan na to powie?” A do tego link do notatki na facebookowym fanpejdżu, pt. CO ŻYJE W POLSKICH KRANACH.   Zatem zajrzałem i przeczytałem. Na zdjęciu profilowym uśmiecha się młoda pani w białym fartuchu, ze stetoskopem na szyi. Do tego podpis „Lek. med.”. Wskazuje to na eksperta z wykształceniem medycznym i na aktywnego lekarza. Wygląda wiarygodnie. I sentencja: „Mity medyczne, które mogą zabić kontra fakty mogące uratować życie...”. Trochę niezrozumiałe. Czy to walka z mitami czy z medycyną, której przeciwstawiane są "fakty" (bo przecież medycyna współczesna opiera się na faktach z definicji)? W przyrodzie znana jest mimikra. Aby zmylić ofiarę lub drapieżnika. Trudno mi się oprzeć przyrodniczym dygresjom…

Tekst przeczytałem. Niby dobry i profesjonalny, ale są istotne wątpliwości i spory znak zapytania. Mimo naukowej stylistyki i naukowej formuły (licznie cytowane publikacje naukowe) coś tam jednak zgrzyta i wzbudza niepokój. Po pierwsze użyty został zbyt duży kwantyfikator (odbiorca myśli, że wywód dotyczy wszystkich kranów i wody wodociągowej, co jest znacznym nadużyciem). Moim zdaniem wygląda to na artykuł sponsorowany: przestraszyć tym, co w wodzie się znajduje (cytując publikacje), by zachęcić do kupna filtra. Ale może się mylę? Gdyby to było wyliczanie tego, co w wodzie można znaleźć, wyglądałoby na rzetelny przegląd. Ale między wierszami znajduje się wartościowanie i nieuzasadnione wnioskowanie. Co więcej, gdzieniegdzie manipulacja jest bardzo widoczna (ale tylko wtedy, gdy starannie sprawdzić źródła).

Jaki ten tekst wywołuje efekt? Dociera do bardzo wielu osób, a to wybrane komentarze (czyli tak jest to odczytywane): "Tytus Presiński Dlatego nie pijam kranówy, jeno jeżdże po żywą wode ze źrodła (...)  Adalbert King Gotowanie kranówki, przelanie do karawki, dorzucenie limonki, albo cytryny i najtańszy napój bogów gotowy" (pisownia oryginalna).

Zaczyna się tak, ten tekst z odpowiedzią, co żyje w „polskich kranach” „Armia ciekawych żyjątek. Mało sympatycznych, niestety. Istnieje wielki rozdźwięk pomiędzy tym co mówią naukowcy zajmujący się rzeczywistym badaniem wody wodociągowej i „eksperci” zapewniający w gazetach, telewizji o tym, jakim dobrodziejstwem jest to, co płynie w naszych kranach. Z pewnością, słyszeliście jak zdrową mamy w Polsce „kranówkę”… Wskazany kontrast między ekspertami a jakimiś pismakami w mediach. Przecież uwierzymy naukowcom! To są eksperci. A pisząca jest lekarzem, więc przedstawia punkt widzenia naukowy, ekspercki. I na samym początku „armia żyjątek”. Strach pić?

„Ciągle zachęcam: nie wierzcie we wszystko co Wam mówią. Lepiej to weryfikować.” I ja zweryfikowałem. Nie tylko dlatego, że autorka zachęca. Krytyczne myślenie jest kompetencją XXI wieku.

„Często pojawiają się komunikaty, że woda wodociągowa zawiera bakterie coli. Czy zastanawialiście się co to znaczy? Escherichii coli szukamy w wodzie wodociągowej oceniając czy nadaje się do spożycia, bo obecność tych bakterii wskazuje na ŚWIEŻE zanieczyszczenie wody tym, co jeszcze niedawno przebywało w jelitach innych ludzi i/lub zwierząt. Czyli- mówiąc brutalnie- kałem. Jak badana jest polska kranówka? Podczas analizy wody niemożliwe jest śledzenie wszystkich organizmów chorobotwórczych, które mogły w niej zamieszkać. Analizuje się tylko „bakterie wskaźnikowe” (należą do nich: 1-bakterie grupy coli, 2-bakterie E.coli, 3-paciorkowce kałowe, 4-Clostridium). Co, jeśli nasza woda ich nie ma?”

I tu jest pierwsza manipulacja lub niezrozumienie metodologii badań wody. Po takich fragmentach nabrałem wątpliwości czy blog prowadzi lekarz medycyny. Zacząłem szukać w Internecie i nie znalazłem takiej lekarki (jedynie jako prelegenta na dość dziwnej konferencji). Może niewystarczająco starannie szukałem (brak potwierdzenie nie oznacza jednak negacji), a może to tylko „ksywka” jakiegoś blogera, który dla dodania sobie wiarygodności pisze jako lekarz… Taka zmyłka, czyli biologicznie rzecz ujmując – mimikra. Przy okazji mała dygresja, nazw naukowych (łacińskich) się nie odmienia. Zatem „Escherichii coli” to niepoprawna odmiana. Bakteria ta ma swoją polską nazwę: pałeczka okrężnicy. Chyba, żeby uznać, że to takie spolszczenie, ale i wtedy nazw gatunkowych nie piszemy w języku polskim dużą literą. Jeśli już to escherichia coli (ale chyba lepiej byłoby spolszczyć na eszerichia koli – ale najlepiej zostawić oryginalną nazwę naukową lub używać ustalonej, polskiej nazwy i nie odmieniać niepoprawnie). Fakt że Escherichia wygląda dużo "profesjonalniej" i "naukowo" niż pałeczka okrężnicy...

Czytam dalej: „Dlaczego bada się tylko obecność Escherichii coli? To jest mniejsze PRAWDOPODOBIEŃSTWO (ale to wcale nie wyklucza) obecności innych chorobotwórczych „stworków”. Mamy przecież jeszcze grzyby, wirusy i pierwotniaki, no i całe mnóstwo zupełnie innych bakterii.”

I tu jest głównie nieporozumienie lub świadome przekłamanie. Badania monitoringowe (sprawdzające) muszą być łatwe, szybkie i w miarę tanie, ale mają dawać wiarygodny wynik. Wszystkiego nie da się sprawdzić (zbadać, bo trwałoby to zbyt długo i byłoby bardzo kosztowne). Dlaczego Escherichia coli została wybrana (dodam, że nie jest jedynym wskaźnikiem mikrobiologicznym, na co zresztą wskazuje blogerka)? Bo jest mieszkańcem naszego jelita, i to dość licznym, powszechnym. Sama w sobie nie jest szkodliwa. Wręcz przeciwnie jest bakterią symbiotyczną - uczestniczy w rozkładzie pokarmu, a także przyczynia się do produkcji witamin z grupy B i K. Jednakże nawet symbiotyczna pałeczka okrężnicy w określonych warunkach wykazuje chorobotwórczość dla człowieka, wywołując schorzenia układu pokarmowego i moczowego. Parafrazując: nawet na równej drodze można się potknąć i złamać rękę. Dlaczego więc szuka się w wodzie w celach diagnostycznych w sumie nieszkodliwej bakterii? Bo wskazuje, że do wody mógł dostać się kał. A jeśli tak, to możliwe są drobnoustroje chorobotwórcze (i inne pasożyty, bo kał mógł pochodzić od osoby zarażonej). To nie test "na pewno" ale tylko duże prawdopodobieństwo. Dlatego jeśli jest (powyżej normy), to uznaje się że woda nie nadaje się do celów spożywczych. To nie jest wskaźnik chorobotwórczych organizmów ale wskaźnik, że do wody mogły dostać się mikroorganizmy z kału. Zatem zwrot „to wcale nie wyklucza) obecności innych chorobotwórczych stworków” jest znaczącym przekłamaniem. Sugeruje, że nawet jeśli w wodzie nie wykryto pałeczki okrężnicy (i innych wskaźników) to w wodzie i tak mogą być „stworki”, oczywiście chorobotwórcze. Celem jest chyba przestraszenie czytelnika. A jak się mocno przestraszy, to sam poszuka reklamowanych filtrów do wody. Typowy zabieg marketingowy, który często spotykamy.

Wróćmy jeszcze do tekstu „Styczeń 2017r (1) Najwyższa Izba Kontroli ocenia, że jakość wód, które są uzdatniane jest bardzo kiepska. W 40% kontrolowanych przypadków nikt nie przejmował się tym, że w pobliżu ujęcia wody, bezkarnie można odprowadzać ścieki, składować odpady promieniotwórcze, rolnicy mogą do woli sypać nawozy sztuczne i środki ochrony roślin, hodowcy budować fermy i wielkie obory, w których zwierzęta produkują mnóstwo … no wiadomo czego, dopuszczalne jest grzebanie zwłok zwierzęcych, mogą powstawać cmentarze (1). Wnioski po kontroli: „Przedsiębiorstwa wodociągowe i gminy nie gwarantują należytej jakości wody pitnej (wodociągowej). Ponad 40 proc. właścicieli ujęć wód nie wystąpiło o ustanowienie strefy ochronnej wokół ujęcia wody pitnej. Ponad 40 proc. wójtów, czy burmistrzów nie raczyło informować o jakości wody, w sposób wymagany przepisami prawa (2).” [wytłuszczenia S.Cz.]

Tu akurat są mało znaczące błędy w cytowaniu. Te cyferki w nawiasach odnoszą się do publikacji naukowych. Sprawdziłem. Jako (1) przytoczone opracowanie: Prawo wodne, Dz.U.2017.0.1121 t.j. - Ustawa z dnia 18 lipca 2001 r. Zatem cytowanie całkowicie nieuzasadnione w tym miejscu i nie odnoszące się do treści. Dopiero druga cytowana pozycja jest adekwatna: (2) NIK o ochronie jakości wód przeznaczonych do spożycia, 11 stycznia 2017. Zajrzałem i dowiedziałem się, że badania NIKu dotyczyły tego, że  „Skontrolowano 30 jednostek, w tym 12 przedsiębiorstw wodociągowych, 12 urzędów gmin i sześć powiatowych stacji sanitarno-epidemiologicznych.”

W odniesieniu do strefy ochronnej ujęć wody „ponad 40 proc. kontrolowanych właścicieli ujęć wód nie wystąpiło o ustanowienie strefy ochronnej obejmującej teren ochrony pośredniej, pomimo przesłanek wskazujących na potrzebę ustanowienia takiego obszaru. W ten sposób nie eliminowano wysokiego ryzyka niekorzystnego wpływu zanieczyszczeń na warstwy wodonośne i pogorszenia się jakości ujmowanych wód. Także ponad 50 proc. właścicieli ujęć wód nie wystąpiło o ustanowienie strefy ochronnej obejmującej wyłącznie teren ochrony bezpośredniej. Tłumaczyli się oni brakiem obowiązku prawnego w tym zakresie.” (...) „Istotnym źródłem możliwego zanieczyszczenia poziomów wodonośnych, wykorzystywanych do pobierania wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi, jest zanieczyszczenie gruntu i wód w wyniku nieprawidłowego zbierania i usuwania nieczystości ciekłych przez właścicieli nieruchomości, którzy nie posiadając kanalizacji korzystają ze zbiorników bezodpływowych, tzw. szamb. W kontrolowanych gminach stopień ich skanalizowania wynosił od ponad 26 proc. do blisko 93 proc. Pozostali mieszkańcy gmin korzystali głównie z szamb.” (...) „W ocenie NIK, taka sytuacja zwiększa ryzyko zanieczyszczenia środowiska, a na obszarach o niekorzystnych warunkach geologicznych, także zanieczyszczenia wód podziemnych oraz wód powierzchniowych, stanowiących źródła zaopatrzenia ludności w wodę przeznaczoną do spożycia.” [wyróżnienie kolorem S.Cz.]. Dotyczy więc dbałości o zabezpieczenie a nie jakość wody jako takiej, tej która płynie w kranach. Moim zdaniem w wywodach blogerki jest nieporozumienie lub nadużycie. Oczywiście na zimne trzeba dmuchać i po to wymyślane są normy aby przeciwdziałać zanieczyszczeniom.

Jest jeszcze jeden ważny fragment z raportu NIK „W kontrolowanym okresie w pięciu przedsiębiorstwach występowały przekroczenia dopuszczalnych parametrów jakości wody w miejscach wprowadzania jej do sieci wodociągowej. Badania jakości wody objętej nadzorem inspektorów sanitarnych wykazały corocznie, w latach 2013 - 2015, od 113 do 175 przypadków przekroczenia dopuszczalnych parametrów jakości wody. Liczba miejsc, w których stwierdzono te przekroczenia wynosiła od 38 do 56, co stanowiło od ponad 17 proc. do blisko 26 proc. liczby tego rodzaju punktów objętych nadzorem. W I kwartale 2016 r. stwierdzono 32 takie przypadki w 20 miejscach wprowadzania wody do sieci wodociągowej. Najczęściej przekraczane były parametry fizykochemiczne - mętność, żelazo i mangan, a w następnej kolejności parametry mikrobiologiczne - bakterie grupy coli.”  [wyróżnienie kolorem S.Cz.].

Przytoczony fragment dotyczy już wody wodociągowej, ale uwzględnia także parametry fizyczno-chemiczne wody. Nie można więc wprost i w całości odnosić do „stworków” w wodzie. „W celu poprawy efektywności i skuteczności realizacji zadań w zakresie ochrony jakości wód ujmowanych do zaopatrzenia ludności w wodę przeznaczoną do spożycia, NIK zaproponowała podjęcie działań m.in. przez:” I po to jest sprawdzane, także przez NIK, aby zagwarantować dobrą jakość wody.

Wróćmy jednak do tekstu z bloga. Fragment z raportu NIK tak autorka przedstawiła: „Właściciele wielu domostw w naszym kraju korzystają z przydomowych szamb. Czy myślicie, że ich treść pozostaje tylko w nich? Otóż, nie. Oficjalnie w raporcie sprzed roku (2) stwierdzono: „Istotnym źródłem możliwego zanieczyszczenia poziomów wodonośnych, zawierających wodę przeznaczoną do spożycia przez ludzi, jest zanieczyszczenie zawartością powszechnych w Polsce szamb”. ([wyróżnienie S.Cz.]. A w cytowanym dokumencie NIK jest tak: „Istotnym źródłem możliwego zanieczyszczenia poziomów wodonośnych, wykorzystywanych do pobierania wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi, jest zanieczyszczenie gruntu i wód w wyniku nieprawidłowego zbierania i usuwania nieczystości ciekłych przez właścicieli nieruchomości, którzy nie posiadając kanalizacji korzystają ze zbiorników bezodpływowych, tzw. szamb”.  Ewidentna, drobna zmiana sensu cytowanego fragmentu. Albo jest nieuzasadnionym uproszczeniem albo jest świadomą manipulacją.  Drobna zmiana stylistyczna a przy pobieżnym czytaniu może być inaczej zrozumiana. Czym innym jest woda pobrana do uzdatnienia (np. z poziomów wodonośnych) a czym innym woda już uzdatniona (woda w kranach, przeznaczona do spożycia przez ludzi). Oczywiście NIK ma rację, że zwraca uwagę na potencjalne zagrożenia. Im lepsza (czystsza) woda, tym mniejsze koszty uzdatnienia. Dbałość o zasoby wody jest nam niezwykle potrzebna. I każdy alarm jest wskazany. Tym  bardziej, że jak wskazuje raport NIK wielu z nas, podchodzi do ochrony wód bardzo lekkomyślnie (szamba nieuszczelnione, wylewanie nieczystości "do lasu:) itd.

A tu interpretacja autorska blogerki: „Cóż, woda krąży w przyrodzie. To, co jest w szambie jest skutecznie przenoszone w strumieniu wód gruntowych na odległość kilkudziesięciu metrów. Mamy pecha, jeśli woda, którą mamy w kranie jest pobierana z okolicy, gdzie takich szamb jest sporo.... a prawdopodobieństwo tego, jak stwierdził NIK jest spore. Smacznego.” Najpierw więc mimowolna lub celowa zmiana sensu cytowanego fragmentu, potem w miarę wiarygodnie wyglądająca opowieść. Tak by było, gdyby woda nie była uzdatniana. Po to się bada, np. obecność E. coli by sprawdzić czy potencjalnie mogły się znajdować jakieś przecieki z szamb. I wtedy ujęcia są zamykane. Czasem w prasie o tym czytamy. Dotyczy to zwłaszcza gminnych ujęć. Popieram większą troskę o ochronę ujęć wody i kontrolę usuwania nieczystości. Ale to nie znaczy, że woda wodociągowa jest zanieczyszczona. Zanim dotrze do kranu jest systematycznie badana (a przynajmniej tak powinno być). Oczywiście statystyka i prawo wielkich liczb robią swoje: mimo kontroli zawsze kiedyś coś się zdarzyć może. I się zdarza. Im więcej dbałości o spełniania norm ochrony zasobów wody pitnej, tym mniejsze ryzyko.

Dalej jest tylko coraz straszniej. Tak jak z podręcznika parazytologii, wszystkie możliwe przypadki (do pierwotniaków o wrotków włącznie). Woda jest w ujęciu badana i uzdatniana. Potem wędruje rurami. I tu także może coś się przytrafić. Autorka bloga cytuje kilka prac, w których badano osady w rurach. Wykryto tam różne mikroorganizmy. Nie pisze tylko kiedy, gdzie i przy jakiej okazji badano. Rolą naukowców jest poznawać rzeczywistość. Jeśli gdzieś wykryje się inne zagrożenie to należy modyfikować system monitoringu. Informacje na temat uzdatniania wody, np., przez chlorowanie, są mocno nieaktualne. Każdy sam może sprawdzić, jak w jego miejscowości (ujęciu wody) woda jest uzdatniana. I kiedy się chloruje, jeśli w ogóle.

Jak sobie z tym wszystkim poradzić? Autorka pisze „Ja, osobiście, używam porządnego (tak uważam, bo dokładnie sprawdziłam publikacje i badania jego dotyczące) filtra domowego użytku. I, oczywiście, nie powiem jakiej firmy, bowiem tutaj nie reklamujemy żadnych produktów” [wyróżnienie S.Cz.]. Kiedyś też miałem filtr w domu, w latach 90. XX wieku. Potem doczytałem, że na filtrach, zwłaszcza rzadko wymienianych, może dochodzić do namnażania drobnoustrojów. Wspomniana autorka całkowicie ten fakt przemilcza. Jak i badania dotyczące mikroorganizmów, stwierdzanych w domowych filtrach.

Wnioski moje. Artykuł jest trochę nierzetelny i nieobiektywny. Uważam, że jest to materiał marketingowy, sprytnie spreparowany, bardzo upodabnia się do tekstu eksperckiego, naukowego. Mimikra prawie doskonała. Oczywiście, mogę się mylić. Dla pewności należałoby dokładniej sprawdzić wszystkie cytowane publikacje i kilka innych tekstów wspomnianej autorki. Może jest rzetelna, a tylko ten jeden tekst wypadł słabiej?

A teraz nawiążę do zamieszczonego zdjęcia. Piję wodę z kranu. Bo jest dobra i nie obciąża środowiska nadmiernymi odpadami. W Olsztynie mamy ujęcie głębinowe. Co prawda za dużo jest żelaza i manganu i musi być pod tym względem uzdatniona. Jest smaczna. W innych miejscowościach także zazwyczaj piję wodę z kranu. Bo jest badana i monitorowana. Zatem jest bezpieczna. O ile życie jako takie jest bezpieczne. W razie wątpliwości wodę można przegotować (jeśli jesteśmy w nowym miejscu).

PS. Dostęp do czystej wody pitnej jest coraz większym problemem światowym. Nie wszędzie ludzie mają możliwość korzystania z czystej i należycie uzdatnionej wody pitnej. W Polsce na szczęście jeszcze (chyba) nie mamy z tym problemu. Ale może się to zmienić. Nie wszystkie miasta korzystają z wody głębinowej (ta też jest wyczerpywana!), niektóre korzystają z wody rzecznej, np z Wisły. Koszty uzdatnienia są więc dużo wyższe. Dlatego nie podlewajmy trawników ani nie myjmy samochodów wodą wodociągową. To duże marnotrawstwo. Czystej wody może nam zabraknąć, na początek lokalnie, potem w szerszej skali.

20.05.2018

Skąd się wzięły seminaria na trawie?

(9 maja 2011, zajęcia w ramach przedmiotu autoprezentacja, studenci biologii)
A było to tak. Studentka z Olsztyna pojechała do Hiszpanii studiować, w ramach programu Erasmus-Socrates, na jeden semestr. Rozkochała w sobie Hiszpana (całkiem niezamierzenie, tak jakoś wyszło) ... i wróciła. Bo to był wyjazd tylko na jeden semestr. A Hiszpan tęsknił. Polska-Hiszpania - daleka droga. I ów Hiszpan młody złożył dokumenty i przyjechał do mnie na staż w ramach programu Leonardo da Vinci. Pół roku stażu naukowego. Był biologiem z wykształcenia, pochodził z Toledo. Rozmawialiśmy o wielu przyrodniczych i kulturowych rzeczach. Zjawił się późną jesienią, zimno było. Ale przyszła wiosna. W Olsztynie zobaczył zwierzęta (nie tylko chruściki), które mu rodzice w książkach pokazywali: żaby, jeże, żurawie i wiele innych.

A kiedy się zazieleniły trawniki w Kortowie, ów Hiszpan powiedział "Stanisław, taka piękna zieleń trawników, dlaczego nikt na nich nie siedzi, nie wychodzi z budynku na łono tak pięknej przyrody?" Fakt, dlaczego studenci nie wychodzą posiedzieć na trawie, gdy ona taka piękna? Byłem w Hiszpanii w ramach wyjazdu studyjnego, widziałem słońcem spalone krajobrazy i brak zieleni. Hiszpańska wiosna jest krótka. A my mamy takie urokliwe bogactwo całkiem niewykorzystane. A przecież ludzie w miastach odpoczywają na trawnikach i łąkach kwietnych. Często przecież w mediach i filmach pojawiają się obrazy z Parku Centralnego w Nowym Yorku. A czy w Polsce nie mogłoby tak być? Na przykład w Olsztynie. Samego mnie kusiło, ale w pojedynkę to jakoś tak nieswojo, mocno krępujące.

I stało się. Jakieś 10 lat temu, namówiłem studentów na pierwsze wyjście na trawnik. Wszystko w ramach przedmiotu autoprezentacja. Normalne zajęcia seminaryjne poza murami sali. Bo dyskutować można i na trawniku, w nieco innych warunkach. Niech znają studenci wiele możliwości i sami doświadczają. bo czym innym jest wiedzieć a czym innym samemu uczestniczyć i doświadczyć. Potem były kolejne seminaria na trawie z biologami, biotechnologiami oraz studentami dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Były i śniadania na trawie w mieście oraz różne pikniki. Myślę, że coraz śmielej wykorzystujemy zieloną przestrzeń publiczną by się ze sobą spotykać, rozmawiać i cieszyć się pięknem przyrody w zasięgu ręki.

A Hiszpan? Wrócił do siebie... i ożenił się ze wspomnianą polską studentką. Mieszkają w Hiszpanii, czasem wracają na święta i wakacje do Polski. Podróże kształcą, wymiana studentów także przynosi różne dobre owoce. Nam w Kortowie zostały seminaria na trawie. W tym roku byłby już trzy.

Młodość i miłość może dużo dobrego na tym świecie zrobić.

(9 maja 2011, zajęcia w ramach przedmiotu autoprezentacja, studenci biologii)

(Maj 2018, dyskusja o łąkach miejskich)


18.05.2018

Dlaczego mucha plujka nazwana została plujką?

(Muchy - być może plujki - na owocniku sromotnika bezwstydnego.
Grzyb pachnie jak padlina i w ten sposób zwabia owady)
Niektóre myśli są jak muchy – przyczepią się do człowieka i spokoju nie dają. Niepokoją, odgonić się nie dają, bo zaraz znowu się pojawiają. Tak się do mnie przyczepiła mucha plujka. W zasadzie to nie sama mucha co kwestia jej nazwy.

A było to tak. Kilka dni temu przeczytałem informację, że w lubelskim hipermarkecie znaleziono w pudełku z kurzymi jajkami larwy muchy plujki. Ale nie samo znalezisko mnie zaintrygowało co wyjaśnienie pochodzenia nazwy „Specjaliści podkreślają, że mucha plujka jest bardzo popularnym gatunkiem w Polsce. Nazwa ta wiąże się z nietypowym sposobem składania przez nią jaj. Odbywa się to w locie i przypomina plucie."  [źródło]

Składanie jaj w locie przypominające plucie? Znam oczywiście owady, które składają jaja w locie, zrzucając niczym bombowiec je do wody. Ale, żeby w formie plucia? Czy jakiegoś „strzelania”?

Zacząłem szukać w książkach z domowej biblioteczki, szukać w internecie. I niewiele się udało. Tylko na jednej stronie znalazłem potwierdzenie „Nazwa ta wiąże się z nietypowym sposobem składania przez nią jaj. Odbywa się to w locie i przypomina plucie. Mucha umieszcza w ten sposób jaja na mięsie - świeżym lub padlinie, gdyż larwy tylko w tym środowisku znajdują odpowiednie warunki do rozwoju.” [źródło]  Szukałem w różnych książkach do zoologii, także tych starych. I nic. Taki ciekawy, niezwykły sposób składania jaj i brak o tym wzmianki? W kilku były informacje o składaniu jaj w pakietach. Trudno „wypluć” jaja, by ułożyły się w pakiet. Zapytałem nawet znajomego i oczytanego entomologa. Potwierdził, że gdzieś czytał dawno temu i utkwiło mu w pamięci to składanie plujące jaj u plujki i stąd jej nazwa.

Ale w innym miejscu znalazłem zupełnie inne wyjaśnienie nazwy: „Plujka nosi swoją nazwę oczywiście dla tego, że przed skonsumowaniem pokarmu, "wypluwa" na niego enzymy trawienne i dopiero gdy ten zmienia się w formę płynną, może ją wyssać, za pomocą swojego aparatu gębowego." [źródło]  Taki sposób odżywiania typowy jest dla wielu much (także i naszej domowej). A jeden tylko rodzaj (i rodzina) przyjął nazwę od tego sposobu odżywiania się owadów dorosłych. Muchy plujki bo plują na jedzenie. Coraz bardziej intrygujące.

W starszych książkach, jeszcze z XIX wieku lub początków XX, spotkać można inne nazwy dla sławnej muchy plujki: gromadnica, burczało, guczak, mucha plująca, plujka, wielka mucha niebieska. Burczało to zapewne od burczenia w czasie lotu. Gromadnica? Może od larw, które licznie mogą się znaleźć na padlinie. Niebieska? To pewnie od jej wyglądu. No i plujka. Jednoznacznie kojarzy się z pluciem. Tylko którą stroną ciała? Z przodu w celu jedzenia, czy z tyłu w celu składania jaj?

Gromadnica, czyli mucha plująca - „Mucha ta leci z wielkim brzękiem i często wpada w okna, gdzie po szybach się tłucze. Samica składa małe gromadki jajek na mięso, padlinę, a często i w zajątrzone rany u człowieka.” Mamy więc wyjaśnienie „burczało’ i „gromadnica” (cytat z wcześniej wspomnianej przeze mnie książki "Dra. A. Pokornego Historyja Naturalna Trzech Królestw dla użytku polskiej młodzieży niższych klas gimnazjalnych i realnych, ułożona przez Dra. Ludwika Rzepeckiego. Część 1. Zoologija z 503 drzeworytami. Wydanie drugie". z 1872 r.)

Ten krótki przegląd nazw wskazuje, że dawniej były one różne i dopiero teraz ustaliła się polska nazwa – mucha plujka. A że z rodzaju Calliphora w Polsce występuje 6 gatunków, to plujek mamy więcej. Dwa są pospolite: Calliphora vomitoria - mucha plujka, plujka burczało oraz Calliphora vicina – plujka pospolita, mucha niebieska. Cztery znacznie rzadsze nie mają chyba jeszcze polskich nazw (Calliphora loevi, C. stelviana, C. subalpina, C. uralensis).

Czasem nazwa "plujki" odnosi się do całej rodziny Calliphoridae. Na świecie jest ich około 1100 gatunków z 150 rodzajami. W Europie występuje 112 gatunków plujek a w Polsce – 66 (Fauna Polski. Charakterystyka i wykaz gatunków., tom II, Muzeum i Instytut Zoologii PAN 2007). Wśród plujek są gatunki koprofagiczne, nekrofagiczne jak i pasożytnicze. Wspomina się o nich przy omawianiu leczenia ran, kryminalistyce, roznoszeniu chorób. Sporo ciekawostek. Ale nie znalazłem w książkach zoologicznych informacji o jakimś „plującym” sposobie składania jaj.

Muszę szukać dalej w źródłach entomologicznych i pytać specjalistów dipterologów. Bo myśl o pochodzeniu nazwy „plujka” przyczepiła się do mnie … jak mucha. I spokoju nie daje. Ktokolwiek coś wie, proszony jest o informację. Dla mego spokoju od natrętnej myśli etymologicznej i entomologicznej.


P.S. Może ma coś na rzeczy nazwa łacińska - C. vomitoria czyli wymiotująca. Pluć, wymiotować odnosiłoby się do sposobu pobierania pokarmu.
(Owad doskonały, mucha, prawdopodobnie z rodzaju Lucilia z rodziny plujkowatych, pożywia się nektarem)

17.05.2018

Wyjaśniam, dlaczego ograniczam liczbę znajomych na FB i nie wszystkich przyjmuję


Pisałem to już kilkakrotnie na Facebooku. Ale pomyślałem, że może lepiej napisać na blogu raz a dobrze, a potem w razie potrzeby linkować. Jak pomyślałem tak robię. I to drugi raz, bo w nowym miejscu.

Kochani znajomi i nieznajomi z Facebooka. Wyjaśniam, dlaczego ograniczam liczbę znajomych na FB i nie wszystkich przyjmuję. Facebook to dla mnie sposób komunikacji. Liczbę znajomych na FB staram się ograniczać, bo inaczej bym się pogubił i nie opanował tegoż bałaganu. Za sprawą ewolucji i tego, że Homo sapiens kształtował się w niewielkich grupach (bez książek, gazet, telewizji i Internetu), to ma ograniczoną możliwość dobrego ogarnięcia dużej liczby znajomych. Też jestem Homo sapiens (i się tego nie wstydzę). Jeszcze kilka wieków temu przeciętny człowiek spotykał w swoim życiu 150-200 osób. Mógł je zapamiętać i nawiązać jakieś relacje. A potem zapamiętać te relacje. Teraz to praktycznie niemożliwe, bo w globalnej wiosce spotykamy setki a raczej tysiące i dziesiątki tysięcy ludzi. Ja już niestety czasem nie poznaję swoich dawnych studentów. I trochę mi niezręcznie, gdy czasem nieznajome mi osoby płci piękniejszej mówią mi pierwsze "dzień dobry".

"Znajomych" na Facebooku traktuję jako tymczasową, roboczą książkę kontaktów. To nie jest dla mnie katalog przyjaciół i znajomych, nie jest to ranking lubię/nie lubię. Profil mam otwarty, każdy może obserwować (bez wysyłania zaproszenia do znajomych). Czasem przyjmuję nowych bo jest potrzeba dołączenia do grupy, administrowania itd. Potem, przy okazji porządków usuwam z mojej Facebookowej książki adresowej (staram się nie przekraczać 400 znajomych – obserwujących liczba jest nieograniczona – tu nie ingeruję). Co nie znaczy, że na kogoś się obrażam, gniewam itd. Po prostu, moja głowa nie ogarnia zbyt dużej liczby aktywnych kontaktów. Czasem więc usunę kogoś, o kim zapomnę (nie rozszyfruję ikonki, pomylę nazwiska itp.), lub kogoś od dawna korespondencyjnie nieaktywnego. Potem znowu dołączę itd. Do końca nad tym nie panuję.

Zatem proszę o wybaczenie jeśli kogoś nie dołączę do "znajomych" lub niechcący usunę. Dla mnie Facebook to tylko robocza książka adresowa do korespondencji a nie plebiscyt popularności czy wyrażania uznania lub nie. Jeszcze raz więc proszę o wybaczenie, jeśli w swej nieporadności poruszam się jak słoń w składzie porcelany. Guziczki na Facebooku czasem zmieniają miejsce. Ot na przykład kilka dni temu zagubiła mi się funkcja auto poprawiania w języku polskim. Najwidoczniej w swojej nieporadności nacisnąłem jakiś klawisz skrótu i wskoczył jakiś egzotyczny język. Trochę to trwało zanim odkryłem przyczynę i potrafiłem naprawić.

Miejcie wyrozumiałość dla cyfrowego imigranta.

A wszyscy razem uczymy się komunikacji w nowym, cyfrowym świecie. Na pewno pomaga w przegęszczonym świecie dla naszego ewolucyjnie archaicznego mózgu. Ewolucja trwa lecz technologia jest szybsza. Ewolucja kulturowa znakomicie może wspierać i uzupełniać ewolucję biologiczną.

16.05.2018

Kiedy przewrócisz się, ja będę....



Kiedy przewrócisz się, ja będę na ciebie czekała. 

 - Łąka.

Znalezione na Facebooku. Piękne nawiązanie do łąk kwietnych. Nie będę rozwijał...


15.05.2018

Macadełka, puzderko i chróściki

Mój przyjaciel, biegły mocno w piórze i języku polskim, ostatnio utyskiwał, że ludzie piszą "na prawdę" zamiast "naprawdę". Zawiły jest nasz język a zasady pisania łącznie i rozłącznie wymykają się często zasadom i konsekwencji, tworząc zawikłaną tradycję. Dyskutanci szybko zauważyli, że język polski i jego poprawna pisownia ulega nieustannym zmianom. Nie nadążają nie tylko komputerowe "podpowiadacze" ale i my sami. Sięgając do starszych książek owe zmiany wyraźniej widać. I mam nieodparte wrażenie, że Polak z Polakiem (z przeszłości) miałby trudności w dogadaniu się. Tym bardziej, im większa różnica czasowa (choć i współcześni ze sobą nie mogą się dogadać, ale to inna opowieść). Język podobny jest w tym do organizmów żywych - nieustannie ewoluuje. A o poprawności (lub błędzie) decyduje kontekst miejsca i czasu, co mnie jako ekologa mocno raduje, bo brzmi bardzo znajomo.

Ja się rozpisałem a tu macadełko czeka... Szukałem ci ja muchy plujki. Bo gdzieś w gazecie napisali, że mucha plujka składa jaja niczym plując (wypluwając). Ciekawostka intrygująca i postanowiłem ją zweryfikować. Owszem, dość szybko znalazłem na jakimś blogu taką informację (tę być może powtórzył ów dziennikarz prasowy), ale czy to jest fakt czy jakaś podwórkowa opowieść? Bo że owady niektóre mogą składać jaja w locie (zrzucając je niczym bomby do wody), to wiedziałem. Ale wypluwanie-plucie? I kolejne pytanie dlaczego plujka nazywa się plujka? Skąd pochodzi nazwa?

Zajrzałem do kilku książek entomologicznych i nie znalazłem., Było sporo o składaniu jaj na mięsie, na padlinie ale bez podania tego intrygującego, plującego zwyczaju. Trzeba zapytać specjalistów dipterologów. Przy okazji poszukiwań plującej muchy dotarłem do starych książek. I urzekł mnie dawny język i dawny sposób opisywania przyrody. Nie tylko inne określenia na gatunki roślin i zwierząt ale zupełnie inny, archaicznie piękny sposób opisywania przyrody. I tam znalazłem macadełka. Urzekło mnie słowa swa poetyckością.

Dawniej nawet tytuły były kwieciście długie. Zamieszczony fragment  pochodzi z książki pt. "Dra. A. Pokornego Historyja Naturalna Trzech Królestw dla użytku polskiej młodzieży niższych klas gimnazjalnych i realnych, ułożona przez Dra. Ludwika Rzepeckiego. Część 1. Zoologija z 503 drzeworytami. Wydanie drugie".  Historia naturalna trzech królestw... jakże to uroczo brzmi. Została wydana "w Pradze czeskiej 1872. Nakładem Fryderyka Tempskiego w Poznaniu u M. Leitgebra, we Lwowie i Stanisławowie u J. Milikowskiego."


Zaczyna się tak: "Mniemam, że wydaniem niniejszej książeczki czyni się zadość długo już uczuwanej potrzebie.". Jakby bajkę się czytało, a przecież to język naukowy. Tyle, że z XIX wieku.

Przeglądając tę starą książkę zachwycałem się dawnymi nazwami zwierząt i ówczesną systematyką. Na przykład autor wyróżnił motyle dzienne, wieczorne i nocne. Zmienił się nie tylko język ale i sposób patrzenia na świat, w tym uporządkowanie w systemie klasyfikacji.

Wracając do języka. Wtedy poprawnym zapisem chruścików były chróściki (przez ó). Zmiana zapisu dokonała się gdzieś po II wojnie światowej wraz z reformą ortograficzną. Chróścik... został tylko w nazwie porostu. Organizm mniej znany, więc jak gdzieś na zapomnianej wyspie zachował reliktową formę zapisu, żywa skamieniałość językowa. I obecnie chróścik i chruścik znaczą coś innego, pierwszy to porost Stereocaulon, drugi owad z rzędu włoskoskrzydłych (Trichoptera).

Opis chruścika jest tak uroczy, z tymi macadełkami i puzderkiem, że przytoczę nieco szerszy fragment "Chróścik żółtorogi (...) podobna jest na pierwszy rzut oka do nocnego motyla." Dlaczego rodzaj żeński? Czyżby chróścik była wtedy rodzaju żeńskiego? A może to tylko taka konwencja opisu. Może odnosiło się to do podanej w nawiasie nazwy łacińskiej - Phryganea? W owym czasie chruściki zaliczane były do owadów siatkoskrzydłych, razem z ważkami, co znajduje odzwierciedlenie w opisie skrzydeł: "ma 4 brunatne, siatkowato żyłkowane skrzydła, a długie bardzo i cienkie macadełka." Z opisu i znajomości tych owadów, mimo odmiennego słowa, nie trudno było zgadnąć, że chodzi o czułki. Ale sięgnąłem do internetowego Słownika Języka Polskiego. I tam oto takie wyjaśnienie znalazłem.

"macadełko 1. żartobliwie: touchpad; głaskadełko; 2. rzadko: ruchomy wyrostek ciała bezkręgowców, służący jako narząd chwytny lub dotykowy; macek, macka, czułek".

Na pierwszym miejscu współczesne, bardziej popularne, użycie słowa, dotyczące urządzenia w laptopie - touchpad. Stare słowo nieoczekiwanie znalazło zupełnie nowe zastosowanie (może dlatego, że było mało używane, taki reusing językowy?). A dawny wyrostek bezkręgowców, określający narząd chwytny, mackę lub czułek, jest już coraz rzadziej jest używany. Bo w zoologii innej ożywamy terminologii. Jeszcze trochę a to dawne, zoologiczne znaczenie całkiem zniknie ze słowników.... Może to jest tak, że chróściki mają macadełka, a chruściki czułki? Tę regułę można byłoby nazwać prawem naturalnym Trzech Królestw...

Wrócimy do opisu z dawnej książki. "W spoczynku skrzydła jego są strzechowato na odwłoku złożone." Sam w różnych opisach Trichoptera używam określenia "skrzydła dachowato ułożone". Strzecha to też dach, znaczy to samo. I wygląda tak samo. Ale kto teraz by wiedział co to jest strzecha i jak wygląda? Niczym ten świerzop i dzięcielina... "Owad wykształcony [jakże urocze określenie na postać dorosłą, imago, owada doskonałego - wykształcony! - S.Cz.] składa jajka na kamyczki podwodne, otoczywszy je poprzednio rodzajem przezroczystej galarety. Gąsienice z nich wylęgłe mają silne szczęki [chodzi o żuwaczki - S.Cz.], u piersi trzy pary długich nóg." Teraz mówimy o tułowiu a nie o piersiach owada. Ale opis jest komunikatywny i poprawny. Tylko słowa są inne. "i tkwią całe aż po pierś w pewnym gatunku puzderka, które sobie same ulepiły ze ziarenek piasku, małych kawałeczków drzewa, drobnych ślimaczych skorupek i t. p., a do którego w chwili niebezpieczeństwa się chowają. Puzderko to noszą one ustawicznie ze sobą, jak ślimak swój domek." Puzderko do domek, ale jakże pięknie brzmi.  Słowo "gatunek" w znaczeniu rodzaju, typu.

Język naprawdę się zmienia! A słowa zapisane w księgach są jak DNA, pozwalają śledzić zmiany i ewolucję kultury w szerokim słowa tego znaczeniu. Może ktoś w odniesieniu do języka również wymyśli coś na kształt zegara molekularnego?

PS. mój podpowiadacz z edytora tekstu wiele słów podkreślił na czerwono w powyższym tekście. Jak widać komputerowa sztuczna inteligencja jeszcze bardziej nie radzi sobie z ewolucją języka. I to jest pocieszające. Dla człowieka.