29.08.2018

Modliszka a sprawa ocieplenia klimatu

Źródło: Zieliński, D., Schwarz, C. J., Ehrmann, R., 2018. 
Evaluation of the expansion of Mantis religiosa (L.) 
in Poland based on a questionnaire survey. 
Animal Biodiversity and Conservation, 41.2: 275–280.
Skoro organizmy są przystosowane do środowiska (a w zasadzie nieustannie się przystosowują), to czy i jak przyroda reaguje na zmiany klimatu? Podwyższenie średniej globalnej temperatury o 0,75 stopnia Celsjusza wydaje się niewielką różnicą. Czy uwidacznia się to w przyrodzie? I jak odróżnić inne przyczyny, np. antropogenicznego przekształcenia środowiska, od zmian klimatycznych? Klimatolodzy jednoznacznie wskazują, że aktualne ocieplenie klimatu ma antropogeniczny charakter. Zatem wszystkie te zmiany wywołuje działalność człowieka (wszystkie są antropogeniczne w szerokim sensie). Ale jedne zmiany mają charakter lokalny (np. melioracja, wycinka lasów, zmiana sposobu uprawy roli, wypalanie traw), inne sumują się w skalę globalną. I taki właśnie globalny efekt mają zmiany klimatyczne. Trudniejsze są do uchwycenia bo zazwyczaj skupiamy się na pogodzie, czyli codzienne dostrzeganych zjawiskach lokalnych. Zmiany klimatu są trudniejsze do "zobaczenia", gdyż trzeba statystyki, wieloletniego porównywania i analizy wielu danych. Jedną z dodatkowych możliwości jest analizowanie tego, co dzieje się w przyrodzie. Jeśli gatunki uznać za bioindykatory to za ich pomocą można zobaczyć zjawiska globalne. Oczywiście nie wystarczy jeden gatunek. Przytoczę przykład z modliszką ale wyciąganie szerszych wniosków na podstawie jednostkowego przypadku byłoby niewłaściwe (łatwo o pomyłkę).

Współczesna nauka staje przed dużym wyzwaniem. Mam na myśli badania ekologiczne i faunistyczne z udziałem osób niezatrudnionych na uczelniach czy instytucjach naukowych, czyli tak zwanych wolontariuszach-przyrodnikach. W ostatnich kilku dziesięcioleciach znacząco przybyło osób wykształconych, w tym przyrodniczo. To bardzo wartościowy kapitał ludzki. Mają swoje źródło utrzymają a przyrodę obserwują w wolnym czasie i z zamiłowania. Fotografują, piszą, czytają. Pojawiło się sporo dobrych wydawnictw i już nie tylko ornitolodzy obserwują hobbystycznie naszą przyrodę.

Pisząc o badaniach ekologicznych (przyrodniczych) z udziałem wolontariuszy nie mam na myśli  popularyzacji wiedzy ale szeroko zakrojone badania, dotyczące regionalnych i globalnych zmian w biosferze, w szczególności poznawania przyrodniczych skutków zmian klimatu. Albo monitorowanie liczebności populacji (tak jak to dzieje się wśród ornitologów, teriologów czy herpetologów). Wielu obserwatorów w bardzo wielu punktach to duży zasób danych. Nawet jeśli nie zawsze są w pełni wiarygodne czy wystandaryzowane to przy odpowiedniej analizie statystycznej dają bardzo wartościową wiedzę. Trudno byłoby zdobyć ją inaczej. Badania ekologiczne wymagają czasu. Badanie sukcesji ekologicznej zajmuje co najmniej kilka, kilkanaście lat. Zazwyczaj jeszcze więcej, niektóre stałe powierzchnie badawcze obserwowane są od kilkudziesięcioleci a w zamiarach są jeszcze dłuższe badania. I jak prowadzić takie długoterminowe badania, gdy co roku trzeba wykazać się publikacją i to jakąś wysokopunktową? Trudno co roku publikować bardzo podobne, fragmentaryczne dane bez wyciągania wniosków (na wnioski trzeba poczekać). A przecież dane te muszą być zbierane przez wiele lat. Także i z tego względu badaniami makoekosystemowe nie cieszą się zbytnim zainteresowaniem. Coraz trudniej o nie na uniwersytetach. Chyba że we współpracy z lokalnymi towarzystwami przyrodniczymi i przyrodnikami-wolontariuszami.

Koniec sierpnia 2018, niektóre gatunki ponownie zakwitają.
Anomalia przyrodnicza czy jakaś kierunkowa zmiana?
Wnioski można będzie wyciągną po co najmniej kilku latach obserwacji
i to nie w jednym miejscu.
Gwałtownie zachodzące zmiany w ekosystemach, także w związku z globalnym ociepleniem, oraz nasilający się problem gatunków, obcych, stwarzają dogodną sytuacje do badań ekosystemowych. Duży i obfity potencjalny materiał badawczy, który umożliwia weryfikowanie hipotez i teorii. Dobry czas dla ekologów, ewolucjonistów, zoogeografów itd.   Ale oprócz czystej wiedzy jest także pilna potrzeba utylitarna – gospodarka potrzebuje szybkich informacji na temat skutków zmian zasięgu wielu gatunków oraz metod jeśli nie przeciwdziałania to przynajmniej łagodzenia negatywnych skutków. Działania w terenie potrzebne są od zaraz, podobnie z wydawaniem zezwoleń na równe inwestycje (wcześniejsze ekspertyzy przyrodnicze są niezbędne).

Dokładnie cztery lata temu, w 2014 roku, zamieściłem na blogu informację o obecności modliszki w Olsztynie. W komentarzach pojawiły się informacje o innych stwierdzeniach w różnych częściach Polski. W tym roku ukazała się praca naukowa, podsumowująca zmiany rozmieszczenia tego gatunku w Polsce. Dwa oderwane z pozoru fakty – jakaś prosta informacja, umieszczona na blogu (portal społecznościowy) i publikacja naukowa. Mają jednak wiele wspólnego. Są przykładem współpracy wolontariuszy i naukowców.

Modliszka zwyczajna (Mantis religiosa) to owad o bardzo charakterystycznym wyglądzie. Nazwę swą wzięła od specyficznego ułożenia odnóży pierwszej pary – siedząca modliszka na roślinach wygląda jakby się modliła. Zwłaszcza, że jako owad drapieżny często zastyga w bezruchu, czekając na swą ofiarę. Niczym zagłębiona w głębokiej modlitwie i kontemplacji. W dawnych książkach spotkać można także nazwy: liściec modliszka, markaczka, modliszka bigotnik. Nie wiem co znaczy markaczka i skąd się to słowo wzięło. Charakterystyczny wygląd i niezwykłe zwyczaje drapieżcy, znane niemalże każdemu, powodują że jest łatwym obiektem do badań z udziałem wolontariuszy-przyrodników. Na każdym zrobi wrażenie spotkanie z modliszką, dlatego łatwo o zdjęcia i informacje o występowaniu tego gatunku, zwłaszcza w miejscach gdzie do tej pory nie był spotykany.

W Polsce modliszka uważana jest za gatunek rzadki i spotykana jest na stanowiskach o szczególnie sprzyjającym mikroklimacie, w Kotlinie Sandomierskiej. W regionie śródziemnomorskim występuje licznie na wielu stanowiskach. W Polsce modliszka umieszczona jest w Czerwonej Księdze z kategorią EN (czyli gatunek bardzo wysokiego ryzyka) i jest objęty ścisłą ochroną gatunkową. Szybkie zmiany w środowisku powodują dezaktualizację wiedzy podręcznikowej. Być może trzeba ponownie zrewidować status zagrożenia. To tylko przykład jak bardzo szybko zmienia się przyroda i jak często trzeba aktualizować wiedzę podręcznikową.

Zmieniają się nie tylko zasięgi występowania różnych gatunków (jedne lokalnie wymierają, inne jako gatunki obce się pojawiają), obserwujemy także zmiany w cyklach życiowych (długości rozwoju, liczby generacji w roku). Zamieszczone niżej zdjęcie kowala bezskrzydłego przedstawia agregację, typowa dla okresu wiosennego. Zdjęcie zostało zrobione w końcu sierpnia, u progu jesieni.

Modliszka zwyczajna jest gatunkiem wybitnie ciepłolubnym - preferuje suche i ciepłe stanowiska. W Polsce osiągała północną granicę swojego występowania (do niedawna stwierdzana jedynie w Kotlinie Sandomierskiej). Piszę w czasie przeszłym, bo skoro obserwowano ją koło Białegostoku, Ełku i Olsztyna, to być może jest i w krajach ościennych, na północ od nas. W Europie Środkowej modliszka występuje na silnie nasłonecznionych polanach i obrzeżach lasów z wrzosowiskami i murawami napiaskowymi.

Obserwacje z ostatnich lat wskazują, że modliszka zwiększa obszar swojego występowania. Grzegorz Łazarski, w notatce opublikowanej w 2016 roku na łamach czasopisma „Chrońmy Przyrodę Ojczystą”, wspomina o nowych stanowiskach tego gatunku na Wyżynie Małopolskiej. Ale podaje także informacje o obecności modliszki na Wyżynie Lubelskiej, w Karpatach, Wzniesieniach Południowomazowieckich, Niziny Śląskiej, Górach Świętokrzyskich, i dalej na północ: z okolic Warszawy, Puszczy Białowieskiej, Olsztyna, Białegostoku. Modliszka jest jednym z wielu gatunków owadów, które rozszerzają zasięgi swojego występowania na północ. Jednym z powodów jest ocieplenie klimatu (ciepłe zimy sprzyjają przetrwaniu jaj modliszki). Specjaliści wskazują także na zwiększoną dostępność dogodnych siedlisk: zbiorowisk ekotonowych i otwartych, jak i wzrost powierzchni odłogów. Ocieplenie klimatu jest zagrożeniem dla jednych gatunków (wycofują się na północ) ale dla innym sprzyja. Badania Zielińskiego i zespołu, opublikowane w 2018 r. na łamach Animal Biodiversity and Conservation, oparte były na badaniach ankietowych. Ogółem zebrano informacje od 283 respondentów ze 159 stanowisk (lata 2013-2016). Pozwoliło to na oszacowanie obecnego rozmieszczenia tego gatunku i wykazanie ewidentnego poszerzania zasięgu na północ i na zachód. Autorzy wskazali, że rozprzestrzenianie się Mantis religiosa w Europie jest naturalną konsekwencją globalnego ocieplenia. Dane uzyskane z ankiet wymagają potwierdzenie standardowymi metodami entomologicznymi a uwzględnienie badań genetycznych pozwoli dokładnie prześledzić źródła migrantów i kierunki dyspersji.

Zmiany zachodzące w ekosystemach i różnorodności biologicznej, dotyczące migracji, dyspersji, zmiany zasięgów występowania, inwazyjności gatunków obcych itd., należy prowadzić na wielu różnych grupach roślin, grzybów i zwierząt. Tylko niektóre – ze względu na stosunkowo łatwą identyfikacją – mogą być monitorowane z udziałem wolontariuszy-przyrodników. Ale i tak jest to znacząca możliwość poszerzenia skali badań z dużą ilością danych. Wymaga tylko wypracowania efektywnego sposobu współpracy środowisk akademickich z wolontariuszami jak i wykorzystania nowych technologii z internetowymi metodami komunikacji włącznie. Oprócz publikacji muszą powstawać dedykowane, otwarte bazy danych. Na końcu tego procesu zawsze musi być rzetelna analiza naukowa (ośrodek naukowy). Zatem wracamy do współpracy, wiedzy eksperckiej i nowych technologii

(zmieniona wersja artykułu, wysłanego do Biuletynu PANorama). 

Czytaj także (o modliszce):
Olsztyn, koniec sierpnia, kowal bezskrzydły.

28.08.2018

Atlas płazów i gadów Polski. Status – rozmieszczenie – ochrona. Z kluczami do oznaczania.

Na skutek zmian klimatu jak i antropogenicznego przekształcenia środowiska przyroda nieustannie zmienia się, niemalże na naszych oczach. Jedne gatunki stają się coraz rzadsze i grozi im wymarcie, inne się pojawiają (gatunki obce), jeszcze inne zmieniają zasięgi występowania. Jest co obserwować. Płazy i gady są na tyle duże, że każdy miłośnik przyrody może je obserwować i uzupełniać informacje o rozmieszczeniu tych kręgowców w Polsce. Do przeżywania tych przyrodniczych przygód bardzo będzie przydatny "Atlas płazów i gadów Polski. Status – rozmieszczenie – ochrona z kluczami do oznaczania" z aktualnym stanem wiedzy. Na skutek zmian środowiska i zasięgów występowania stare podręczniki mogą okazać się nieaktualne. Warto być na bieżąco.

Zbigniew Głowaciński, Piotr Sura (red. naukowy), 2018. Atlas płazów i gadów Polski. Status – rozmieszczenie – ochrona, z kluczami do oznaczania. PWN, 350 stron,  ISBN 978-83-01-19963-0.

Atlas płazów i gadów Polski opracowany został przez 12 autorów, herpetologów i zoologów z dużym doświadczeniem badawczym, reprezentujących PAN i wyższe uczelnie. Całość zredagował prof. Zbigniew Głowaciński (IOP PAN) i prof. Piotr Sura, UJCM).  Zespól autorski gwarantuje to wysoką jakość merytoryczną. Główną zawartością jest barwny atlas wraz z kluczem do oznaczania, statusem gatunków i ich rozmieszczeniem. Na podkreślenie zasługuje zawarte w opracowaniu tło paleozoologiczne, krytyczny przegląd systematyki oraz uwzględnienie najnowszymi osiągnięć w zakresie herpetologii europejskiej. W polskiej literaturze naukowej Atlas nie ma odpowiednika.

Dla każdego gatunku zamieszczone są dwie mapy rozmieszczenia: w Europie i w Polsce. W mapce krajowej uwzględnione są stanowiska dla danych zebranych do 1970 roku, w latach 1971-2000 oraz w latach 2001-2017. Zaznaczone są także stanowiska ewidentnej, udokumentowanej introdukcji gatunków. Wykaz gatunków obejmuje 19 gatunków płazów, 10 gadów oraz trzech gatunków nowych i nieprodukowanych: żółwia ozdobnego, murówki pospolitej i zaskrońca rybołowa.

Klucze do oznaczania płazów i gadów Polski obejmują stadium jaja, larw (u płazów) oraz osobników dorosłych. W przypadku płazów dołączone są praktyczne uwagi, m.in. okresy migracji oraz preferencje siedliskowe.

Ale Atlas płazów i gadów Polski nie jest typowym podręcznikiem akademickim, ani typową książką popularnonaukową. Sięgnąć mogą po niego zarówno studenci, pracownicy naukowi jak i przyrodnicy amatorzy. Będzie pomocny w zajęciach terenowych (dla studentów kierunków biologicznych, środowiskowych i leśnych), jak i w obserwowaniu przyrody przez przyrodników amatorów. Oprócz walorów poznawczych książka ta zawiera wnioski praktyczne, cenne dla ochrony przyrody, płazów i gadów. Będzie więc pomocą dla praktyków, działających w zakresie ochrony batrachofauny i herpetofauny.

W skali globalnej obserwowane jest katastrofalne wymieranie płazów, a także zmiany klimatyczne, wpływające zarówno na płazy jak i gady. Proces ten uwidacznia się także w Polsce. Ostatnie 15 lat przyniosło w naszym kraju znaczące rozszerzenie wiedzy na temat rozmieszczenia gatunków płazów i gadów. Dlatego warto sięgnąć do Atlasu.

A że książka dedykowana jest profesorowi Leszkowi Bergerowi (1925-2012) i sporo jest niespodzianek w świecie płazów, zaświadcza o tym nietypowa żółta żaba, która możemy spotkać w naturze:


27.08.2018

W warmińskiej głuszy powstają książki fantazy


Warmia i Mazury to region obfitujący w pisarzy płci obojga. Kilkoro znam osobiście, innych tylko z ich książek. Zastanawiam się, czy pisarek i pisarzy na kilometr kwadratowy nie jest aby więcej niż średnia krajowa? Różnorodność tworzonej literatury ogromna! Bogactwo wielkie. Zderzenie kultur i przyroda być może przywabiają piszących lub też nastrajają do pisania. W każdym razie sporo opowieści powstaje nad Łyną, Pasłęką i Wielkimi Jeziorami Mazurskimi. Najczęściej nie zdajemy sobie sprawy z miejsca powstania czytanych książek.

Kaszuny. Zagubiona wieś w warmińskim lesie. Zabudowa kolonijna (wybudowania), drogi tylko gruntowe. Cisza, odludzie. I tam powstają książki z gatunku fantazy. Dawno do takiej literatury nie zaglądałem. Miałem okazję poznać autorów i przeczytać ich - jak się domyślam - debiutanckie książki:

Forest Blackwood, Wojna Światła i Ciemności, Wydawnictwo AlterNatywne, Poznań 2017

Robert P., Zakon Achawy. Tom I, Wydawnictwo Psychoskok, Konin, 2018.

Piszą dalej, kontrakty podpisane mają z wydawnictwem za oceanem. Zatem czytać będą miłośnicy fantazy na całym świecie. A zapowiada się dłuższą na kontynuację.

Jak już wspomniałem, dawno nie czytałem tego typu literatury. W młodości przepadałem za science-fiction a obecnie gustuję w literaturze faktu. Dlatego sięgnąłem z zaciekawieniem. Książki podobne w tematyce ale styl pisanie inny u obu braci. Bogactwo fantastycznych postaci, wartka akcja. Trochę przypomina mi to gry komputerowe i wykonywane misje. Ale widać to znak czasu i styl myślenia nowego pokolenia. Nie wszystko także dobrze odczytuję z bogactwa fantastycznych postaci. Domyślam się, że mocno są one osadzone w stylu i schematach współczesnej literatury fantastyczno-magicznej, z odniesieniem do wampirów, magii, czarodziejów itd. Jako że nie jestem zanurzony w tej aktualnej kulturze to i rozumienie, czy odczytywanie schematów, trudniej mi przychodzi. W Zakonie Achawy uderzyło mnie bogactwo porównania do świata motyli, nie tylko postaci ale i nazwy są zakorzenione w nazwach gatunkowych motyli krajowych i zagranicznych. Trzeba jednak albo trochę wiedzy entomologicznej albo detektyfistycznych poszukiwań by ten sekretny kod w pełni odkryć. W obu książkach sporo jest odniesień do przyrody, ptaków i zwierząt. Można więc powiedzieć, że przynajmniej w części inspiracją jest warmińska przyroda. Uważne oko wychwyci te elementy.


Fantazy wydaje się baśnią czystej wody. Ogromna kreatywność w powoływaniu dożycia światów alternatywnych. Ale przecież jest tam sporo z etnografii i dawnych wierzeń jak najbardziej realnych. Zapewne autorzy korzystają nie wprost z opracowań etnograficznych (choć i to możliwe), raczej to kultura popularna (w tym fantazy) korzysta z dawnych wzorców odpowiednio je przetwarzając i rozwijając. Tak powstaje wspólny kod kulturowy pokolenia. W jakimś sensie Nowe Średniowiecze rodzi się już od połowy XX wieku, z mimowolnym odniesieniem do feudalizmu. Być może wielkim zdziwieniem będzie sięgniecie do prac archeologicznych, historycznych i etnograficznych i odnalezienie tam pierwowzorów zarówno duchowych jak i materialnych.

Obie książki są fantastycznymi opowieściami ale jeśli się trochę zastanowić to można dostrzec podobieństwa do życia współczesnego i naszych problemów dnia codziennego.

Świat baśniowych postaci można w jakiś sensie odnaleźć w dawnej historii. Oto przykład z Żagania - świat realny, kilka wieków wcześniej. Jakby z książek fantazy. "Był seryjnym mordercą, który wierzył w magiczną moc serc nienarodzonych dzieci. Sam pożarł ich sześcioro. Zanim go ujęto, zdołał zabić co najmniej 30 osób." (czytaj cały tekst Rozpruwał brzuchy ciężarnych, pożerał serca dzieci. Bo chciał być nieuchwytny ). Szaleniec, który mordował i pożerał serca niemowląt? "To raczej sprawka wierzeń z XVI i XVII wieku. Wierzeń, które brzmią dziś makabrycznie i niedorzecznie. (...)  Dużym zainteresowaniem cieszyły się też szczątki skazańców. (...)Uważano np. że ręka skazańca położona przy beczce z piwem sprawi, że będzie ono lepsze w smaku. Wierzono też, że sznur albo łańcuch straceńca przyniesie szczęście (...) Palce skazańców pozyskane w nocy o pełnej godzinie miały otwierać wszystkie zamki i skrzynie. A ręce złodzieja miały chronić przed kradzieżą. (...)  Na szubienicę przywożono też zwłoki samobójców. Często odcinano im głowy i składano je przy nogach. - Tak na wszelki wypadek, żeby zmarły nie mógł już wrócić do żywych (...). Szczególnie traktowano też dzieciobójczynie. Takim kobietom przebijano serca kołkiem. W końcu tylko "opętana przez diabła" mogłaby zabić swoje dziecko i to zaraz po narodzinach."

Ponownie przeczytałem książkę o szamanizmie (czyta literatura faktu) - Jerzy Sławomir Wasilewski, "Podróże do piekieł. Rzecz o szamańskich misteriach", Warszawa 1985. Pierwszy raz czytałem ją wiele lat temu. Ale po kilkuletnich zainteresowaniach etnografią, kulturą Słowian, w tym Hucułów i ich wierzeń magicznych a teraz po przeczytaniu w/w książek fantazy, inaczej i pełniej odebrałem treść "Podróży do piekieł". Tak jak biolodzy odtwarzają ewolucję biosfery i gatunków, tak w kulturze można chyba odtwarzać dziedziczenie i przetwarzanie mitów i opowieści. Ciągłość i rozwój.

Być może literatura fantazy może być jakimś świadectwem głębokich przekształceń we współczesnym społeczeństwie. Dlaczego sięgamy do magicznych mitów i odwołujemy się do autorytarnego feudalizmu? Być może wprawni socjolodzy i literaturoznawcy mogą o nas współczesnych sporo powiedzieć, śledząc bogactwo literatury fantazy.

Zbliżająca się jesień to dobry czas na lekturę, także wspomnianych książek z literatury fantazy. Fascynujące będzie poszukiwanie świata realnego (przyroda i etnografia) w nierealnych światach wyjętych jak z baśni. Baśni fantastycznej, powstającej w warmińskiej wiosce, ukrytej wśród lasów, z daleka od dróg bitych. Nie łatwo tam trafić. Łatwiej książkę zdobyć.

26.08.2018

Gdzie mieszkają zwierzęta? I jak powstają otwarte scenariusze lekcji?


Z Uniwersytetem Dzieci współpracuję już od wielu lat. Rozwijanie różnorodnych form edukacji pozaformalnej uważam za ważny element misji uniwersytetu. A jednocześnie za aktywną formę poszukiwań i dyskusji nad współczesną edukacją. Wyjście poza mury akademickie i kierowanie przekazu nie tylko do studentów to duże wyzwanie. Wymaga nauczenia się nowych umiejętności. Jedno jest wspólne - trzeba mówić do słuchacza i na niego być otwartym. Przeczytanie mądrych książek nie wystarczy, trzeba samemu wielokrotnie spróbować.

Trening czyni mistrza. Więc trzeba nieustannie próbować i uczyć się na błędach, zdobywać doświadczenie. Do kamery mówi się trudno, bo nie widać słuchacza. Nie widać kim jet, jak reaguje, czy słucha, czy zadaje pytania. Trzeba go sobie wyobrażać. Bez osobistego doświadczenia to bardzo trudne. Trzeba więc i jedno i drugie (oprócz lektury bezpośrednie spotkania są niezbędne). Powyższy filmik jest tylko małym elementem scenariusza zajęć. W ramach projektu Scenariusze Lekcji, Uniwersytet Dzieci przygotowuje różnorodne scenariusze zajęć lekcyjnych i udostępnia je na wolnej licencji. Jeszcze jedna forma wsparcia szkoły i nauczyciela. By nie pozostawali sami, bez wsparcia.

Współpraca z uniwersytetem dzieci jest jedną z form moich poszukiwań w zakresie edukacji pozaformalnej oraz wspierania edukacji formalnej na różnych poziomach (oczywiście w zakresie przyrody i biologii). Dużo pomysłów i zajęć realizuję w ramach działalności Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, także w ramach różnorodnych grantów.

Z kimś łatwiej uczyć się niż samemu. Od jakiegoś czasu nagrywam i montuję krótkie filmiki, , jako element dydaktyczny i forma przekazu. Moje umiejętności są jednak minimalne. Z kimś, zwłaszcza doświadczonym w nagrywaniu i montowaniu, wychodzi znacznie lepiej. Współpraca przynosi dobre efekty.

W tle widać hotel dla pszczół. Dwa takie Greenpeace kilka lat temu ustawił na terenie Kortowa a ja podjąłem się opieki (powstała nawet jedna praca licencjacka). Kolejny wymiar współpracy z organizacja pozarządowa i podmiotem pozauniwersyteckim. Tym razem "hotel" posłużył także jako scenografia i konkretny przykład.

I jeszcze słowo o koszulce, w której wystąpiłem. Powstała w czasie Warsztatów Bentologicznych. Poza referatami, wspólnymi pracami terenowymi było i spotkanie integracyjne z samodzielnym malowaniem koszulek (łączenie nauki ze sztuką). Wzory przygotowała dr Małgorzata Gorzel, a uczestnicy sami komponowali wzory. Tak i ja zrobiłem, wybierając sylwetki chruścików. 



Film opowiada o tym, jak wyglądają schronienia niektórych zwierząt i jest częścią scenariusza lekcji dla klas I-III pt. "Gdzie mieszkają jeże?". Projekt Scenariusze Lekcji realizowany jest przez Fundację Uniwersytet Dzieci, organizację non-profit.

25.08.2018

Chruściki (Trichoptera) Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego

(Warsztaty Entomologiczne, nocne odłowy do światła, Soczewka, fot. Joanna Wiśniewska)
W sierpniu 2018 r. miałem przyjemność uczestniczyć w międzyuczelnianych, studenckich warsztatach entomologicznych (na zaproszenie Koła Naukowego Entomologów Pasikonik). I to w pobliżu miejsca, gdzie się dawno temu wychowywałem, niedaleko Płocka. Mimo że Soczewka znana mi była jako miejscowość letniskowo-wypoczynkowa, to nigdy tam nie byłem. Jako licealiści wybieraliśmy się zazwyczaj nad jezioro do Grabiny. A wcześniej odwiedzałem Łąck. Przyrodniczo teren dla mnie bardzo słabo znany, mimo że przez lata był w zasięgu ręki.

Gostynińsko-Włocławski Park Krajobrazowy do tej pory nie doczekał się jakiegokolwiek opracowania pod kątem fauny chruścików (i entomofauny jako takiej). Obszar duży, z ponad czterdziestoma jeziorami, kilkoma małymi rzekami i strumieniami ale poza zainteresowaniem naukowców. Daleko do ośrodków akademickich a jednocześnie w środku Polski i jest to niezbyt atrakcyjny do badań przyrodniczych teren (tak się przynajmniej wydaje). Jedynie ośrodek toruński bywał w pobliżu, koncertując się jednak na Zbiorniku Włocławskim. Swojego entomologicznego opracowania doczekał się Brudzeński Park Krajobrazowy, położony po drugiej stronie Wisły, w dolinie rzeki Skrwy (Prawej). Czyli po sąsiedzku. Ale siedliskowo są to nieco odmienne obszary chronione.

Przyroda Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego poznana jest głównie pod względem flory i kręgowców, w szczególności ptaków. Liczę, że wraz ze wzrostem liczby przyrodników-amatorów i osób wykształconych, poznany zostanie i świat owadów tego Parku. W tym chociażby chruściki. Z mojego punktu widzenia atrakcyjne byłoby poznanie chruścików tutejszych jezior. Byłoby to dobre uzupełnienie do wiedzy o chruścikach jezior Polski. Bo są na położone południe od Pojezierza Mazurskiego i w strefie silnie przekształconego krajobrazu wiejskiego.

W czasie warsztatów były wystąpienia z referatami, wycieczki terenowe, liczne fotografowanie i odłowy owadów. Drugiego dnia, a raczej wony, odbyło się łowienie owadów, zwabionych światłem. Skorzystałem z okazji i także wypatrywałem chruścików. A niżej rezultaty.

Chruściki (imagines) złowione do światła, w Soczewce, 17 sierpnia 2018, w otulinie Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego. Uwzględnione zostały także chruściki odłowione przez Magdę Gorczycę oraz Annę Sobieraj-Betlińską.
  • Hydropsyche contubernalis (samce) - 4
  • Hydropsyche angustipennis (samce) - 5
  • Hydropsycje spp. (samice) - 22
  • Limnephilus flavicornis - 4
  • Limnephilus lunatus - 3
  • Glyphotaelius pellucidus - 1
  • Triaenodes bicolor - 1
  • Mystacides longicornis - 1
  • Oecetis ochracea - 8
Osiem gatunków, to niezbyt dużo. Hydropsyche contubernalis to chruścik typowy dla dużych i średnich rzek. Najpewniej imagines przyleciały znad pobliskiej Wisły, ok. 1 km w linii prostej. Z kolei Hydropsyche angustipennis to filtrator (w stadium larwalnym), licznie występujący w małych strumieniach i rzeczkach, zwłaszcza poniżej wypływu z jezior. Takie siedliska są w Skrwie Lewej poniżej Jeziora Soczewka i okolicznych strumieniach. Pobieraliśmy próby bentosowe w wypływie z Jeziora Soczewka na terenie ośrodka wypoczynkowego, ale tu nic nie było. Dominowały Chironomidae. Na tym odcinku woda była chyba zbyt zanieczyszczona i odtleniona, by mogły utrzymać się chruściki. Zapewne szukać trzema dalej lub w innych wypływach. Limnephilus flavicornis - jest chruścikiem wiosennym - larwy zasiedlają małe zbiorniki i zabagnienia, wody stojące, zarośnięte. Takich w najbliższym sąsiedztwie jest sporo. Larw należałoby szukać w kwietniu i maju. Limnephilus lunatus zasiedla wolno płynące małe strumienie i rzeczki z dużą ilością roślin wodnych, także rowy. Natomiast Glyphotaelius pellucidus preferuje śródleśne zbiorniki okresowe i litoral śródleśnych strumieni. Larwy także obecne wiosną. Kolejne gatunki można uznać za jeziorne. Z pewnością występują w Jeziorze Soczewka i odnodze Wisły (duży stagnujący fragment), w pobliżu miejscowości Soczewka. A także we wszystkich jeziorach Parku Krajobrazowego: Triaenodes bicolor, Mystacides longicornis, Oecetis ochracea. Jednym słowem nic nadzwyczajnego, same pospolite i oczywiste gatunki. Ale to tylko początek badań.

(Skrwa Lewa, powyżej Jeziora Soczewka, fot. S. Czachorowski)
Chruściki (larwy) złowione w rzece Skrwie Lewej, powyżej Jeziora Soczewka:
  • Oxyethira flavicornis (larwy, domki i poczwarki) - 11
  • Polycentropus flavomaculatus - 2
  • Lype reducta - 2
  • Anabolia sp. (laevis/furcata) - 1
  • Potamophylax rotundipennis - 6
  • Molanna angustata - 1
Wszystkie można uznać, za typowe dla małej rzeki - a Molanna angustata także dla jezior. Miałem nadzieję, że Skrwa Lewa ma bardziej bystry nurt. Ale odwiedziłem tylko mały fragment tego cieku. Wypadałoby się wybrać wzdłuż całej rzeki i sprawdzić wszystkie siedliska. Rzeka wydaje się czystą, są nawet gąbki, dużo wazek, pluskwiaków wodnych i chrząszczy wodnych.

W pobliskim Brudzeńskim Parku Krajobrazowym wykazano występowanie 50 gatunków chruścików. Ale dwa gatunki: Oxyethira flavicornis i Molanna angustata są nowymi dla tego regionu. Niech więc to będzie dodatkową zachętą do entomologicznych i ekologicznych badań tego mało atrakcyjnego (jak się wydaje) terenu Polski. Nie wiem czy uda mi się tu jeszcze wrócić z bardziej intensywnymi badaniami terenowymi, dlatego zamieszczam i upubliczniam te wyrywkowe dane w takiej postaci. Niech nie zginą w szufladzie i niech zachęcą innych do poszukiwań.

(Skrwa Lewa, powyżej Jeziora Soczewka, fot. S. Czachorowski) 
Warsztaty Entomologiczne:” Niesamowity świat owadów” Soczewka, 16-19 sierpnia 2018 r., zorganizowane zostały przez trzy koła naukowe z Lublina, Olsztyna i Wrocławia. Uczestniczyło w nich ponad 20 osób, nie tylko z wymienionych wyżej ośrodków akademickich.
(Warsztaty Entomologiczne, część dotycząca owadów wodnych, fot. Joanna Wiśniewska)

24.08.2018

Zaskakujące miejsca, gdzie promują faszyzm i nacjonalizm ?

Przybywa miejsc, które warto odwiedzić w czasie wakacyjnych czy weekendowych wycieczek. Odnowione stare dworki, zabytkowe budynki z różnych epok, a w nich udostępnione zwiedzającym historyczne zbiory i inne pamiątki przeszłości. Regionalne odkrywanie przeszłości i poszukiwanie tożsamości, lokalnej i wyjątkowej. Także dzięki aktywności różnych grup poszukiwaczy przybywa śladów z Wielkiej Wojny, która przecież toczyła się także na naszych ziemiach i pozostawiła wiele mogił. Mogił, które powinny przestrzegać...

W czasie wakacyjnych podróży trafiłem do małej miejscowości z lokalnym muzeum. Budynek odnowiony najwyraźniej ze środków unijnych. A w nim bogate zbiory, chyba prywatnego kolekcjonera i lokalnych miłośników historii. W pobliżu znajdowały się pola bitewne Pierwszej Wojny Światowej. Główną częścią ekspozycji były militarne pamiątki z tego właśnie okresu. Militaria armii pruskiej i rosyjskiej. Do tego trochę pamiątek z dawnej wsi i innych okresów militarnych.

Wizyta byłaby miła, gdyby nie drobny zgrzyt pod koniec zwiedzania. Opiekun-przewodnik zaproponował przedmiot, by z nim sobie zrobić zdjęcie. Może dostrzegł to, że robiliśmy sobie zdjęcia np. z pielęgniarką (manekin ucharakteryzowany zgodnie z epoką) czy z przygotowanym stanowiskiem w okopie i karabinem maszynowym? Z ochotą się zgodziłem. Pomyślałem, że to może będzie jakiś hełm z czasów Wielkiej Wojny, lub inny gadżet podobnego charakteru. Przewodnik tymczasem wyjął z niewidocznego dla zwiedzających miejsca replikę hitlerowskiego krzyża żelaznego (ze swastyką). To nie był zabytek z kolekcji, pokazywanej na wystawie. Zdziwił  i zniesmaczył mnie ten gest. Nie miałem ochoty robić sobie zdjęcia z faszystowskimi symbolami (i w ten sposób trywializować i upowszechniać zbrodniczy totalitaryzm). Zapewne nie byłem pierwszym zwiedzającym, dla którego udostępniono (z głupoty czy z premedytacji?) symbol hitlerowskiego faszyzmu. Jak to interpretować?

Czy zgromadzone kolekcje militarne przyciągają miłośników wojny i kultu siły? Jak to na wojence fajnie jest (było)? Z perspektywy lat zapewne nie widać tamtego cierpienia, brutalności i śmierci. Nie można jednak spłycać pamięci o wojnie. Nawet, jeśli ktoś interesuje się militariami czy wojennymi rekonstrukcjami. Słusznie, że rekonstrukcja (czyli współczesny wytwór) hitlerowskiego odznaczenia nie jest pokazywana na wystawie. Ale dlaczego i kto te repliki współcześnie wykonuje i rozprowadza? Dlaczego są ludzie, którzy chcą sobie z takimi znakami robić pamiątkowe zdjęcia? Dodam, że we wspomnianym małym muzeum była także wystawa fotograficzna poświęcona NSZ. Samo w sobie niby nic, ale w połączeniu z tymi znakami faszystowskimi, oferowanymi do okolicznościowych zdjęć, budzić musi niepokój. Na okolicznych przystankach wulgarne, nacjonalistyczne napisy, gdzieniegdzie symbole polskich faszystów i nacjonalistów. Wszystko razem budzi strach. Bo zanika pamięć o grozie wojen i złych skutkach wszelkich nacjonalizmów. Na żadnej wojnie nie jest "fajnie" i przygodowo. Są cierpienia, kalectwa, śmierć, przemoc i nieszczęścia. Jest wypaczanie charakterów, trauma i zgliszcza. Wojna to nieszczęście a nie przygoda. Pamiątkowe zdjęcia z gestami i artefaktami faszystowskimi? Sygnał czegoś niedobrego. Tym bardziej, że nie jest to jednostkowy przypadek, ten mój wakacyjny i muzealny.

Polska parafialno-powiatowa bywa czasem przerażająca. Oby te demony nie wyszły z zakurzonej szafy... Brzydsza strona prowincji.

Czytaj także:

22.08.2018

Niecierpek himalajski nad naszymi wodami - a może go po prostu zjeść?

(Trzmiel leśny na niecierpku himalajskim, Soczewka, dolina Wisły, sierpień 2018)
W ostatnich latach, prowadząc badania terenowe głównie nad wodami, jak i w czasie turystycznych wycieczek, widzę ten gatunek coraz częściej i liczniej. Mowa o zamieszczonym wyżej niecierpku gruczołowatym, zwanym także niecierpkiem himalajskim. W jakiekolwiek miejsce Polski bym nie pojechał, tam go widzę. Kiedyś go nie było (przynajmniej w północnej i środkowej Polsce). Nie pierwszy i nie ostatni to gatunek obcy. Czy to dobrze czy źle, że się rozprzestrzeniają gatunki obce (czasem stając się inwazyjnymi)? Za chwilę do tego pytania wrócę.

Nasi dziadkowie i rodzice widzieli inną przyrodę niż my, choć mieszkali w tych samych miejscach.
Przyroda się zmienia i pojawiają się coraz to nowe gatunki, inne zanikają (są rzadsze lub całkiem lokalnie wymierają). Dlaczego? Po pierwsze za sprawą przekształceń krajobrazu (środowiska) na skutek działalności człowieka. Zmiany w krajobrazie wiejskim, zmiany w sposobie użytkowania i znaczące przekształcenia środowiska (w tym zanieczyszczenia) nawet i w lasach. Człowiek jest gatunkiem zwornikowym, w największym stopniu wpływającym na ekosystemy. Każdy gatunek biologiczny wpływa na swoje otoczenie, ale Homo sapiens czyni to w skali do tej pory nienotowanej. Od początku epoki przemysłowej tempo zmian znacznie się zwiększyło. Dlatego zmiany w faunie i florze widoczne są już wciągu jednego pokolenia. Czasem niektóre gatunki - na skutek świadomych działań ochronnych - zwiększają swoją liczebność. Tak jak przywrócone rodzimej przyrodzie bobry, łosie, żubry, żurawie itd. Znacznie więcej jednak zmniejsza swoją liczebność, czasem wymierając. W ich miejsce od dawna wnikały gatunki obce, w tym synantropijne. Bo człowiek stworzył im dogodne środowisko.

Drugą znaczącą przyczyną, która ujawniła się niedawno, jest antropogeniczne ocieplenie się klimatu. Wyraźne zmiany w naszej przyrodzie, spowodowane ociepleniem się klimatu, uwidoczniają się od początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku. W wielu grupach roślin i zwierząt widać przesuwanie się zasięgów występowania. Napływają i zadamawiają się gatunki południowe, czasem z dalekich regionów, wycofują się na północ gatunki preferujące chłodniejszy klimat. Dyspersja i kolonizacja jest co prawda procesem naturalnym. Po ostatnim zlodowaceniu przez tysiące lat gatunki "powracają" na dawne tereny, jedne szybciej inne wolniej. Także i w przeszłości były zmiany klimatu, które wywoływały zmiany zasięgu wielu gatunków, wymieranie i ekspansję. Dlaczego teraz mielibyśmy się martwić? Bo tempo zmian jest niezwykle szybkie a skala ogromna. Nie chcielibyśmy utracić bioróżnorodności ze względów gospodarczych. Przyroda zawsze sobie jakoś poradzi ale gospodarka poniesie ogromne straty. Już ponosi.

Dla naukowca zmiany klimatu, także te wywołane emisją gazów cieplarnianych (znamy przyczyny i sposoby przeciwdziałania ale brakuje woli politycznej do skutecznych działań), są znakomitym eksperymentem naukowym do obserwowania. Także napływ gatunków obcych. Bo można badać przebudowę i powstawanie nowych ekosystemów, powstawanie i "dostrajanie się" relacji między gatunkami, które po raz pierwszy mają okazję współistnieć obok siebie. Można obserwować procesy konkurencji, drapieżnictwa, pasożytnictwa, symbiozy, sukcesji, cenofilogenezy itd. Raj dla ekologia, biologa i ewolucjonisty.

Niecierpek gruczołowaty produkuje dużo nektaru. To nowa i dobra baza pokarmowa dla owadów zapylających. Na zamieszczonym wyżej zdjęciu widać trzmiela leśnego (Bombus pratorum) na kwiatach niecierpka hmalajskiego. To może dobrze dla owadów zapylających, że pojawił się nowy, obficie nektaryzujący gatunek rośliny, zasiedlającej tereny wilgotne? Ale z drugiej strony zacienia i utrudnia rozwój innych roślin, w tym naszych rodzimych. Czy gatunki obce wnikają w wolne, opustoszałe siedliska (powstałe na skutek działalności człowieka), czy też aktywnie wypierają inne gatunki? Niecierpek himalajski nie jest jedynym gatunkiem obcym. Jest ich więcej. Niepokoi tempo zmian jak i skala. Za dużo i za szybko. Dla ekosystemów i gospodarki zmiany te są zbyt rozległe by spokojnie patrzeć na zachodzące procesy. Tym bardziej, że możemy przeciwdziałać w skali lokalnej jak i globalnej.Tylko nie chcemy, zasłaniając się różnorakimi "teoriami spiskowymi".

Niecierpek himalajski, niecierpek gruczołowaty (Impatiens glandulifera) w naszym kraju uznawany jest za gatunek inwazyjny, groźny dla rodzimej przyrody. Jego świadome wprowadzanie do środowiska jest zabronione przez Ustawę o ochronie przyrody. Od 2012 roku także jego import, posiadanie, prowadzenie hodowli, rozmnażanie i sprzedaż wymagają specjalnego pozwolenia Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska. Ale te prawne i urzędowe działania okazały się nieskuteczne. Nawet mimo kosztownych programów aktywnego usuwania tego gatunku. Jeszcze raz można przypomnieć stare przysłowie, że taniej jest zapobiegać chorobom niż je leczyć (kto nie wyda na kucharza, wyda na lekarza). Politycy (zwłaszcza ci nastawieni populistycznie) nie chcą podejmować kosztownych programów ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. W rezultacie znacznie więcej tracimy i wydajemy w wyniku rosnącego efektu cieplarnianego i zmian klimatu. A to jest dopiero początek złego scenariusza, przed którym ostrzegali i ostrzegają naukowcy.

Niecierpek himalajski występuje naturalnie w zachodniej części Himalajów (stąd jego nazwa). Introdukowany został do innych krajów Azji, do Europy i Ameryki Północnej, gdzie stał się uciążliwym gatunkiem inwazyjnym, także w Polsce. Rosnąc masowo, zwłaszcza na terenach aluwialnych, w dolinach rzek, przyczynia się do ograniczenia rodzimej różnorodności biologicznej. Wprowadzony został jako roślina ozdobna i miododajna. Była więc na początku to introdukcja świadoma. Ale gdy "uciekł" do środowiska "naturalnego" sam już się rozprzestrzenia, poza kontrolą człowieka. Podobno jest najwyższą w Europie rośliną jednoroczną. Nie sposób go więc nie zauważyć. Wyższe są oczywiście byliny (ale te nie są roślinami jednorocznymi).

Do Europy niecierpek gruczołowaty został sprowadzony po raz pierwszy w 1839 do Anglii jako roślina ozdobna. Jako roślina zdziczała po raz pierwszy został zaobserwowany w Anglii już w latach 50. XIX wieku. A więc niedługo po sprowadzeniu. Przedostanie się na kontynent również nie zajęło mu wiele czasu, bo zaobserwowano go już ok. 1900 roku. W XX wieku powoli i sukcesywnie rozprzestrzenił się, stając się w wielu krajach europejskich gatunkiem szeroko rozpowszechnionym. Na terenie współczesnej Polski rejestrowany był od 1890 roku, najpierw na obszarze Sudetów, później rozprzestrzeniał się wzdłuż dolin rzecznych na cały kraj. Kwitnie od czerwca do sierpnia, zatem łatwo go zauważyć w czasie wakacyjnych wędrówek. Zapylany jest przez bzygowate (muchówki), trzmiele i pszczoły. A że nektaru sporo to i odwiedzających owadów jest dużo.

Niecierpek himalajski, tak jak nasz rodzimy niecierpek pospolity (Impatiens noli-tangere), ma ciekawy mechanizm rozsiewania się zwany autochorią – dojrzałe owoce, w postaci podłużnych torebek, pękają przy dotknięciu lub potrąceniu, wyrzucając nasiona nawet na odległość 7 m. Nazwa łacińska i polska podkreśla, że "nie cierpi" jak się go dotyka. Niecierpek himalajski jest wyższy od naszego niecierpka pospolitego, zatem dalej wystrzeliwuje swoje nasiona. A jest ich dużo – jedna roślina produkuje ich do 4 tys., i na dodatek zachowują długo zdolność kiełkowania. Są to cechy typowego gatunku inwazyjnego. Tu mała dygresja naukowa - ekolodzy mają doskonałą możliwość zweryfikowania swoich teorii, dotyczących sukcesji ekologicznej, alternatywnych strategii życia czy cech gatunków dyspersyjnych i inwazyjnych.

W Europie niecierpek himalajski (gruczołowaty) występuje w wielu miejscach masowo, zwłaszcza nad rzekami, jeziorami, kanałami i rowami, na terenach zalewowych, na skrajach lasów łęgowych, w zbiorowiskach nadrzecznych, na wilgotnych łąkach. Można go spotkać w miejscach silnie przekształconych przez człowieka (wilgotne siedliska ruderalnych, przy drogach i przy torach, na wysypiskach). Negatywne oddziaływanie (z punktu widzenia gospodarki człowieka) niecierpka himalajskiego dotyczy w szczególności roślin wieloletnich i kwitnących latem, które w wyniku konkurencji z niecierpkiem gruczołowatym powoli ustępują. W dalszej kolejności może to powodować silniejszą erozję brzegów rzek (mniej roślin stabilizujących grunt), co w czasie silniejszych i gwałtowniejszych opadów (jeden ze skutków ocieplenia klimatu), przyczyniać się może do poważnych szkód związanych z powodziami i podmywaniem brzegów (niszczenie budynków i dróg). Wszystkie te zjawiska należałoby wszechstronnie sprawdzić w terenie i należycie zbadać. jednak ze względu na skalę i tempo zmian, nie ma na to szans (także i dlatego, że naukowcy zajęci są pisaniem publikacji punktowanych a nie obserwowaniem wieloletnich zmian). Stąd duża niepewność co do skutków napływu różnych gatunków obcych, w tym niecierpka himalajskiego. Zbadać należałoby także oddziaływania allelopatyczne. W ekosystemie jest wiele gatunków i wiele potencjalnych oddziaływań. Nie da się tego poznać w ciągu jednego roku.

Wnikające gatunki obce ułatwiają osiedlanie się kolejnym, innym gatunkom obcym i inwazyjnym. Pisałem już wcześniej o kiełżach i rybach ze zlewni Morza Czarnego. To samo odnosi się do roślin. Niecierpka himalajskiego spotkać można w zbiorowiska z takimi roślinami jak: kolczurka klapowana (Echinocystis lobata), słonecznik bulwiasty (topinambur, Helianthus tuberosus), nawłoć późna (Solidago gigantea), barszcz Sosnowskiego (Heracleum sosnowskyi), rdestowce (Reynoutria sachalinensis, Reynoutria japonica). Nasze doliny rzeczne i brzegi jezior znacząco się zmieniają. Wraz z innymi roślinami spodziewać się można innych zwierząt (dla jednych bezkręgowców obecność tych roślin jest korzystna, dla innych bardzo niekorzystna). Nadwodny krajobraz mojego dzieciństwa jest już innych niż obserwowany obecnie. Dlatego pisałem, że przyroda widziana przez naszych rodziców i dziadków była inna.

Jak wspomniałem, niecierpek himalajski wytwarza dożo nektaru, dlatego skutecznie wabi zapylacze. Konkuruje więc z innymi roślinami kwiatowymi, które mogą być rzadziej odwiedzane a w rezultacie pogarszają się ich warunki dla tworzenia nasion i ich możliwości rozmnażania i rozprzestrzeniania się. Kaskadowo może to wiązać się z pogarszaniem się warunków pokarmowych rodzimym owadów monofagicznych. Ekosystem jest jak konstrukcja z kart czy klocków domina - przewrócisz jeden element a w efekcie domina przewracają się kolejne. Z braku dostatecznej wiedzy podstawowej bardzo utrudnione jest przewidywanie skutków i przeciwdziałanie im. Z niektórych badań wynika, że w miejscach opanowanych przez niecierpka nastąpiło zubożenie zgrupowań epigeicznych chrząszczy i pluskwiaków różnoskrzydłych, choć nie zarejestrowano zubożenia entomofauny glebowej.

Skoro nie da się zwalczyć to może trzeba zaakceptować i wykorzystać? Kwiaty niecierpka są jadalne, mają słodki smak i w małej ilości można ich używać do jadalnej dekoracji potraw. Kwiaty, liście i miękkie wierzchołki pędów można gotować jak inne warzywa… ale jak piszą w książkach gastronomicznych, za bardzo smaczne nie są. Najwyższa pora na eksperymenty kulinarne, bo jeśli coś nie smakuje to tylko wina kucharza (tworzenie dziedzictwa kulinarnego trwa długo i wymaga wielu różnorodnych eksperymentów). Ważne, żeby rośliny nie były spożywane na surowo, gdyż mają właściwości przeczyszczające i moczopędne. Nasiona są także jadalne (mają przyjemny, orzechowy aromat, można je zjadać nawet na surowo). Na przykład w Nepalu zbierane są w celu tłoczenia oleju, używanego w celach kulinarnych. Co prawda niecierpek himalajski zjadany jest przez bydło, ale nie jest znana ich wartość pastewna. Tu też potrzebne są szczegółowe badania.

Powróćmy na zakończenie do ogólnego zagadnienia. Na czym polega problem z tymi gatunkami inwazyjnymi? Przecież od zawsze wszystkie gatunki rozprzestrzeniały się po Ziemi. Gdyby nie dyspersja, żaden by nie przetrwał bo środowisko nieustannie się zmienia. A po ustąpieniu lądolodu w całości nasza fauna i flora jest „obca”, bo powróciła z refugiów. Lub przybyła w postaci naturalnej dyspersji. Jak odróżnić procesy naturalne od tych generowanych przez człowieka? Czy wszystko, co związane z wpływem człowieka to złe? Na pewno nie. Ale trzeba mieć to pod jako-taką kontrolą. Ocenia się, że oddziaływanie inwazyjnych gatunków obcych jest obecnie jednym z największych – obok utraty siedlisk – zagrożeń dla różnorodności biologicznej na całym świecie (wypieranie gatunków rodzimych oraz przeobrażanie siedlisk a więc utrata bioróżnorodności sumaryczne w skali globalnej).

Botanicy wśród roślin obcego pochodzenia, zawleczonych za sprawą człowieka, wyróżniają archeofity (zawleczone do roku 1500 – taka umowna granica) oraz kenofity zawleczone po 1500 roku. Wiele archeofitów próbujemy przywrócić środowisku. A to dowód, że nie wszystko co obce i za sprawą człowiek to jest złe. W każdym razie na niecierpka himalajskiego patrzymy krzywym okiem. A skoro wroga i intruza trudno się pozbyć, to może go po prostu zjeść?

Czytaj także: