9.03.2023

Mikselot z jeziora czyli zabawy z czatbotem

Wypławek namalowany na butelce, wystawa w już nieistniejącej restauracji w Olsztynie.

Zaczęło się od testowania ChatGPT i wymyślania pseudonimu. To była zabawa. Wymyślaliśmy pseudonimy z pomocą ChatGPT, bo schodzimy do internetowego podziemia (w przenośni). Taka partyzantka. Umieściłem na tablicy w mediach społecznościowych, żeby nie zapomnieć. Tak jak z hasłem do konta internetowego. Też warto jest je mieć zapisane w dobrym miejscu. Okazuje się, że z poczuciem humoru u sztucznej inteligencji jest raczej słabo. Professor Mix-a-Lot zabrzmiało mało oryginalnie i zbyt sztampowo. Bez polotu. Dlatego postanowiłem poprawić na Mikselot, trochę jak Lancelot z Jeziora a trochę jak Axolotl - też z wody. Jako hydrobiolog chciałem zaznaczyć akcent środowiska wodnego. Doktora i habilitacja poświęcone były chruścikom jezior. Lancelot z jeziora do tego znakomicie pasuje. Axolotl to neoteniczny płaz, coś z radosnego dzieciństwa i dziecięcych dowcipów. Dwa wątki połączone w jedno. Znaczy AI trzeba poprawiać i dostosowywać do swoich potrzeb. To tylko narzędzie. Jeszcze? 

Tak, nieco dowcipnie przygotowywaliśmy, się do kolejnego Teamsatorium Potrzebna kontynuacja ale masy krytycznej jeszcze za mało. Pozostanie pseudonim jako pamiątka po próbach tworzenia rozdyskutowanego środowiska akademickiego online.

Jest więcej głosów o słabym poczuciu humory sztucznej inteligencji. To nie tylko moje wrażenia. Może specjalnie za jakiś czas wyszkolą generatywne algorytmy, by były bardziej dowcipne. Ale do tego potrzebny kontekstowość. Tak czy siak, sztuczna inteligencja do rozmów (ChatGPT) jest sztywna. I na razie w poczuciu humoru nas nie zastąpi.

Jedno jest pewne, od kilku miesięcy inaczej zadajemy pytania wyszukiwarkom internetowym, bardziej po ludzku, pełnymi zdaniami. A nie jak wcześniej słowami kluczowymi z dodatkowymi plusami, cudzysłowami i innymi, tajemniczymi znakami specjalnymi. Teraz jest bardziej po ludzku. Czyli paradoksalnie sztuczna inteligencja pozwala nam wracać do ludzkiego sposobu komunikacji.

I jeszcze jedna mała dygresja dotycząca języka ciała... Internetu. Tak, systematycznie odkrywam ten rodzaj niewerbalnej komunikacji, która do tej pory znaliśmy jedynie z kontaktów bezpośrednich, w zasięgu wzroku. Moja żona czasami mówi do mnie ":patrz na mnie jak do Ciebie mówię" - bo chodzi o kontakt wzrokowy w czasie rozmowy. Nie tylko nadstawiamy ucha ale swoim ciepłem wysyłamy informacje zwrotne. Wydawałoby się, że kontakty online całkowicie pozbawione są tej warstwy społecznej komunikacji.  Człowiek ewolucyjnie ukształtowany w kontaktach społecznych wytworzył znakomite możliwości intersubiektywności i teorii umysłu. I teraz miałoby to leżeć odłogiem?

Czyli jak pokazywać uwagę online? Świadomie lub nieświadomie. Na przykład włączając kamerkę w czasie wideokonferencji i webinarium - dla pokazania "słucham Cię". W kontaktach asynchronicznych używamy emotikonek lub jeszcze lepiej, słownych informacji, zwrotnych (komentarze, czy tylko gify). Tym internetowym językiem ciała wysyłamy sygnał "słucham cię, czytam co piszesz". A społecznie uczymy się dobrych manier, by świadomie wysyłać potrzebne sygnały ciała. Istotami społecznymi jesteśmy także online. Przecież już w piśmie na papierze wypracowaliśmy różnego rodzaju zwroty grzecznościowe. A teraz uczymy się jeszcze czegoś nowego. 

8.03.2023

Dlaczego rzeki w Polsce wysychają?

Rzeka Liwa, rok 2015. Fot. Ewa Romanow-Pękal.
 

Chłodny marzec z niewielkimi opadami daje nadzieję, że może tej wiosny nie będzie suszy i burz pyłowych. Ocieplenie klimatu skutkuje coraz mniejszą zimową retencją wody i wynikającą z tego suszą wiosennej. A na to nakładają się także inne antropogeniczne efekty. Problemy wody co raz bardziej zajmują naszą uwagę. Nie tylko katastrofa ekologiczna w rzece Odrze, wynikająca z zanieczyszczenia zrzutami ścieków z kopalni, lecz i zmniejszające się przepływ w okresie letnim. Za sprawą antropopresji w skali krajobrazu i globalnego ocieplenia (wszak też wynikającego z aktywności człowieka) w Polsce pojawiają się widoki, jakie znaliśmy z krajów dalekich i egzotycznych. Na przykład rzeki okresowo płynące. O takich czytałem, że są w Afryce czy Australii. A teraz ten widok i taka sytuacja pojawia się u nas. Zjawisko nowe dla naszej przyrody. Jak się ona przystosuje i jak zareaguje? Bo, że będziemy mieli problemy w gospodarce, to już innym problem. Na brak wody cierpi co raz bardziej rolnictwo jak i ujęcia komunalne. Dla przemysłu to także rosnący kłopot. 

Innym zaskakującym widokiem są unoszące się pyły, niczym w czasie burzy piaskowej. Erozja gleby postępuje. W pewnym sensie to bardzo interesująca sytuacja dla ekologa, bo ma naturalny eksperyment i laboratorium za oknem. Można badać jak zmieniają się biocenozy i bioróżnorodność. Niemniej jest i smutek, bo nie są to korzystne zmiany ani dla przyrody jako takiej, ani tym bardziej dla ludzi.

W sprawie wysychających rzek po raz pierwszy otworzyłem szeroko oczy ze zdumienia w 2015 roku, gdy odwiedziłem rzekę Liwę w okolicach Prabut i Kwidzyna (na zdjęciach wyżej i niżej). Mała rzeczka w północnej Polsce a okresowo wyschnięta. O rzekach okresowych i periodycznych - jak już wspomniałem - słyszałem lecz znajdowały się one w Afryce i Australii. Rzekli okresowe to takie, które pojawiają się regularnie podczas pory deszczowej, po opadach. Potem wysychają. Natomiast rzeki periodyczne (epizodyczne) wypełniają się wodą jeszcze rzadziej. Są typowe dla strefy klimatu zwrotnikowego. Organizmy tam żyjące są przystosowane do takich cyklicznych pojawów wody a potem jej zanikania. Musiały dostosować swoje cykle życiowe do takich właśnie warunków i takiego rytmu przyrody. Miały na to miliony lub dziesiątki tysięcy lat. A w naszych wodach? W naszych rzekach cykle życiowe gatunków dostosowane są np. do jesiennego opadu liści i wiosennych roztopów z pojawiającymi się wtedy rozlewiskami, także w dolinach rzecznych. Jesienią pojawia się pokarm w rzece w postaci opadających liści i rozwija się wiele bezkręgowców. Kończą swój rozwój późną wiosną lub wczesnym latem. Woda jest cały czas tylko pokarm dla tej grupy bezkręgowców pojawia się okresowo. Stąd ich cykle życiowe. Poza detrytusożernymi rozdrabniaczami są i drapieżcy. Ich pokarm nie pojawia się tak sezonowo. W wodach wiosennych, w zbiornikach okresowych, znajdujących się w dolinach rzecznych pojawia się woda i jednocześnie pokarm. Cykl życiowy dostosowany jest do takiego rytmu przyrody. Są tu liczne gatunki wód okresowych, w tym wiele reliktów polodowcowych. Teraz dla nich brakuje siedliska lub znacząco skraca się okres rozwoju.

Po zobaczeniu wyschniętej rzeki, z odsłoniętym dnem, zacząłem sobie zadawać pytania: skąd to się bierze i jakie będą konsekwencje, zarówno dla gospodarki jak i dla przyrody. Po kilku latach uświadomiłem sobie, że wysychająca rzeka Liwa to wierzchołek góry lodowej globalnych i lokalnych problemów z zasobami wodnymi. Później usłyszałem o wysychającej na Wielkopolsce Noteci. Takie same, przygnębiające widoki. 

Wcześniej duże koryta rzeczne z niewielkimi strumykami widziałem w Hiszpanii. Gdy na początku XXI wieku byłem tam z wizytą studyjną, mieliśmy przeczucie, że podobne widoki pojawią się i u nas. I niestety tak się dzieje. Na przykład rzeka Noteć ma teoretycznie 391 km długości, jest więc rzeką dużą i największym dopływem Warty. Dlaczego piszę o teoretycznej długości? Bo w górnym odcinku jest wyschnięta i trudno ustalić gdzie się obecnie zaczyna, gdzie są jej dzisiejsze źródła. W rzece Liwie jest nieco inna sytuacja, bo to rzeka płynąca przez krainę pojezierną, przepływa przez kilka jezior. Też teoretycznie ma ponad 100 km długości lecz w swoim środkowym odcinku traci swoją ciągłość na skutek wysychania. Staje się rzeką w odcinkach, pofragmentowaną.

Wróćmy do większej Noteci. W jej górnym biegu brakuje wody dlatego, że zasysana jest przez dwa leje depresji z pobliskich odkrywek węgla brunatnego. Kopalnie odkrywkowe obniżają poziom wód gruntowych i podziemnych. Efekt antropopresji. Wobec rosnących deficytów wody dla rolnictwa, potrzeb komunalnych i przyrody, pozyskiwany węgiel brunatny ma mniejszą wartość niż utracona woda. I problem będzie się nasilał za sprawą globalnego ocieplenia (też napędzanego spalaniem kopalin, w tym węgla brunatnego). Wraz z ociepleniem klimatu zmniejsza się ilość opadów deszczu na obszarze Wielkopolski. W skali roku nie jest to zmiana znacząca ale przez wydłużony sezon wegetacyjny więcej wody paruje (ewaporacja), co pogłębia deficyty wody w krajobrazie. Teoretycznie wydłużył się sezon wegetacyjny a więc dla rolnictwa oznaczałoby to zyski. Tyle tylko, że do transpiracji i wzrostu roślin potrzebna jest nie tylko odpowiednia temperatura lecz i woda. To ona jest w niedostatku, zatem rolnictwo nie skonsumuje wyższych temperatur. Plony będą niższe mimo teoretycznie dogodniejszych warunków pogodowych.

Globalne ocieplenie przynosi także inne zmiany: jest więcej intensywnych zjawisk pogodowych. I to nie tylko tajfuny gdzieś daleko w świecie, lecz burze i ulewy u nas. Nawet jeśli w ciągu roku spada tyle samo wody, to więcej jest gwałtownych burz i ulew. W czasie intensywnych opadów mało wody wsiąka bo większość szybko odpływa. Słabiej odnawiają się zasoby wody podziemnej co skutkuje m.in. obniżaniem się poziomu wód w rzekach a nawet ich okresowym wysychaniem.

Ciepłe zimy powodują, że jest mniej dni z zalegającym śniegiem. To, co spadnie w okresie zimy, zdąży stopnieć i odpłynąć do morza zanim nadejdzie wiosna. W rezultacie tracimy zimową retencję wody w postaci śniegu. Brakuje już wiosennych wezbrań i podtopień, zanikają zbiorniki okresowe (jedno z miejsc rozrodu płazów), obniża się poziom wód w jeziorach i rzekach. A my w kwietniu doświadczamy suszy i burz pyłowych nie tylko na Wielkopolsce. Straty widoczne są w rolnictwie oraz w przyrodzie. Zaczyna brakować wody także dla ujęć komunalnych.

W przypadku Noteci na skutki globalnego ocieplenia nakłada się działalność człowieka w postaci odwadniających krajobraz kopalni węgla brunatnego. A jak jest w przypadku rzeki Liwy, największej rzeki powiatu kwidzyńskiego, która na kilkukilometrowym odcinku w pobliżu Prabut zanika? Przecież w naszym regionie nie ma kopalni węgla brunatnego. Zapewne w największym stopniu przyczyniają się zmiany klimatu, o których wyżej pisałem: cieplejsze zimy, brak śnieżnej retencji wody oraz więcej intensywnych opadów, z których woda zbyt szybko odpływa. Gdy wody jest mniej, to zaczyna się o nią „wojna”. W naszym regionie nie ma co prawda kopalni odkrywkowych lecz są za to liczne spiętrzenia i regulacja poziomu wody. Na przykład spiętrzenie wody na jeziorze Gaudy.

Konflikty o wodę są coraz powszechniejsze w różnych częściach świata. Jak się okazuje dotyczy także nas. Nie tylko musimy podzielić się wodą dla celów gospodarczych ale podzielić się z przyrodą. Okresowo wysychające rzeki to ogromny problem dla gatunków wodnych. Dla przykładu, spośród kilkudziesięciu gatunków chruścików (Trichoptera), żyjących w rzekach północnej Polski, tylko jeden – Ironoquia dubia – przystosowany jest swoim cyklem życiowym do letniego wysychania cieku. Chruścik ten zasiedla strumienie, rowy melioracyjne i małe rzeczki. A co z resztą? Czy zdążą się przystosować do tak błyskawicznych zmian? Czy zdążą napłynąć inne gatunki z innych regionów świata? Czyli czy gatunki obce zdążą zrekompensować ubytki bioróżnorodności w naszych ekosystemach rzecznych? Bardzo wątpliwe.

Globalne zmiany klimatu widoczne są już niemalże wszędzie. Są widoczne tu i teraz a nie gdzieś „za siedmioma górami, za siedmioma morzami”. Konieczne są nie tylko działania przeciwdziałające emisji węgla do atmosfery z paliw kopalnych lecz dostosowywanie się do negatywnych zmian środowiska. Jednym z ważniejszych problemów są deficyty wody. Co zrobić? Skoro tracimy zimową retencję wody w postaci śniegu, to pilne są działania, zwiększające małą retencję w każdym miejscu. W miastach, w krajobrazie rolniczym, a nawet w parkach krajobrazowych. Na przykład tak zwane łąki kwietne czy ogrody wodne w miastach. Musimy zatrzymać jak najwięcej wody z intensywnych lecz krótkotrwałych opadów oraz mądrze ją gospodarować w skali powiatu, regionu i całego kraju.

Dużo pracy przed nami by minimalizować straty, bo całkowicie negatywnym skutkom zmian klimatu już nie jestesmy w stanie zapobiec. Przynajmniej w krótkim czasie. 

I jeszcze zdjęcia z 2015 roku, rzeka Liwa:



7.03.2023

I ja też Jestem Przyjacielem Ziemi


Edukacja jest ważna tak samo jak inwestycje. Jest myśleniem o przyszłości. I chodzi nie tylko o fakty lecz o także postawy. Jestem przyjacielem Ziemi czyli także człowieka. Bo bez otaczającej nas przyrody nie jesteśmy w stanie przetrwać. Nie da się bezboleśnie wyizolować pojedynczego organizmu a tym bardziej całej populacji czy gatunku ze środowiska. Edukację warto rozpoczynać od najmłodszych oraz realizować międzypokoleniowo. Działania edukacyjne, przybliżające różne zagadnienia współczesnego świata i dbania o otaczające nas ekosystemy, adresujemy do przedszkolaków i najmłodszych klas szkoły podstawowej. Ale przecież są to także działania międzypokoleniowe. Jak również jest to sposób na edukacyjne wspieranie placówek edukacyjnych.

Edukacja przyszłych pokoleń to nasza wspólna sprawa. Chcemy dzieciakom opowiadać o łąkach kwietnych, o zapylaczach o małej retencji wody w mieście. O konkretnych gatunkach roślin, grzybów i zwierząt, które spotykamy w najbliższym otoczeniu. Czyli w mieście, bo większość z nas żyje w takim środowisku. 

21 marca br. o 9.30 w parku na Jakubowie (Olsztyn) rozpocznie się całoroczna akcja edukacyjna pod hasłem "Jestem Przyjacielem Ziemi". Adresowana jest do najmłodszych, A realizowane będzie przez kilka współpracujących ze sobą podmiotów:
  • Wydział Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie
  • Warmińsko-Mazurski Okręg Ligi Ochrony Przyrody
  • Uniwersytet Nowoczesnego Obywatela
  • I Przyjaciele
  • Narodowy Bank Polski w Olsztynie
  • Komenda Miejska Policji w Olsztynie
  • Olsztyńska Szkoła Wyższa
  • Nadleśnictwo Olsztyn
  • Fundacja Nebo
  • Fundacja Inspiracji i Rozwoju Osobistego Teraz Ty
  • Komenda Miejska Państwowej Straży Pożarnej w Olsztynie
Program jest realizowany w ramach obchodów Roku Kopernika na Warmii i Mazurach.

Może uda się zaangażować studentów do odwiedzin e olsztyńskich przedszkolach by opowiedzieli o przyrodzie, o Ziemi i o badaniu przyrody. 

5.03.2023

Po co w szkole stary i zepsuty smartfon? Się zdziwisz.

Wystawa Teatru Lalek, rekwizyty do baśni i bajek dla dzieci. Jest w tym aluzyjna przenośnia do tekstu.


Być może ruszy rynek starych telefonów. Nie muszą działać. Wystarczy atrapa. Bo jak wejdzie ministerialny zakaz używania telefonów w szkole, to uczniowie będą zostawiali jeden w szatni, na wejściu (może nie działać) a drugi wezmą ze sobą. Chyba, że będzie kontrola osobista z rewizją plecaków. I prześwietlania jak na lotnisku. Zdjęcie dla ozdoby. I chyba bez związku. Z naciskiem na chyba .A co ze smartwatchami? Też mają zostawiać w szatni? W sumie takiego zasięgu nie mają, ale kto wie, kto wie. 

Minister Edukacji i Nauki publicznie mówi o wprowadzeniu zakazu używania telefonów komórkowych w szkołach, w odpowiedzi na prośby, które do niego z różnych środowisk napływają. Czyli nie jest to pomysł, który urodził się w jednej głowie. Zwolenników zakazu jest więcej. Powody wydają się rzeczywiste, lecz czy proponowane lekarstwo ma sens i czy będzie skuteczne? Moim zdaniem ani nie będzie skuteczny ten zakazani nie rozwiąże problemu. Taka atrapa działań. Lubimy atrapy, więc i atrapy smartfonów może się przyjmą.

Pomysł wprowadzenie zakazu używania telefonów w szkołach rekomenduje Rada Dzieci i Młodzieży przy MEiN i został przedstawiony podczas konferencji prasowej na początku lutego 2023. Zakaz miałby dotyczyć używania smartfonów zarówno w czasie lekcji, jak i podczas przerw. Z kolei działacze Centrum Życia i Rodziny przygotowali apel do ministra edukacji i zebrali pod nim ponad 10 tysięcy podpisów. Czemu miałby służyć taki zakaz? Ma chronić przed przed uzależnieniem od smartfonów i internetu. 

Dane, wskazujące na nadużywanie monitorów i źródeł internetowych, w tym także przez korzystanie ze smartfonów, informują o negatywnym wpływie urządzeń elektronicznych i mediów społecznościowych na dzieci i młodzież. Nadmiar bodźców (ten nadmiar to także reklamy uliczne i życie miejskie, szybkie życie) może wpływać negatywnie na koncentrację uwagi, na nadpobudliwość ruchową (ale tu wpływ mają także słodkie i szybkie przekąski, dostępne w wielu szkolnych sklepikach i pakowane przez rodziców do uczniowskich tornistrów jako drugie śniadanie). Przebodźcowanie może wpływać na stany lękowe i depresyjne u dzieci i młodzieży. Media elektroniczne mogą także uzależniać od gier komputerowych i mediów społecznościowych. Wpływ różnych dodatków do fast foodowej żywności i nadmiar cukru na zmniejszoną koncentrację znany jest już od dawna. A brakuje tu ministerialnych uregulowań w odniesieniu do produktów oferowanych w szkolnych sklepikach czy zapewnienia zdrowych posiłków w szkołach. Ponadto kontakt z tabletami i smartfonami swoim dzieciom fundują sami rodzice. I to od kołyski. Tak więc te ministerialne proponowane zakazy są moim zdaniem przykładem działań pozornych i zastępczych. Z przyczyn cywilizacyjnych i społecznych nie ograniczą kontaktu z nowymi mediami a jednocześnie uniemożliwią w szkołach uczenia sensownego i racjonalnego korzystania z tego, co i tak uczniowie mają. I z czym się spotykają i na co dzień używają. Dlatego będą same szkody. Przy okazji kolejny raz będziemy skłaniali młodych ludzi do kombinowania i oszukiwania. Bo ten nieskuteczny system zakazów bardzo łatwo obejść. To nieefektywna walka z wiatrakami.

Co jest przyczyną sięgania tak powszechnego do mediów społecznościowych? A może jedną z przyczyn jest brak kontaktów bezpośrednich i nadopiekuńczość rodziców? Czy teraz dzieci bawią się na podwórkach? Raz, że za długo siedzą w szkole, dwa nie ma tam innych dzieci. Co wynika ze zmian społecznych i demograficznych. Czy antysmartfonowi społecznicy i ministerstwo inwestuje w ulicznych i podwórkowych street workerów? Albo w osiedlowe domy kultury, tak by tworzyć środowisko atrakcyjnych i potrzebnych kontaktów bezpośrednich? 

Smartfon może być dobrym urządzeniem edukacyjnym. O ile się nauczymy z niego racjonalnie korzystać. A gdzie i jak mają dzieciaki się tego nauczyć? Od rodziców, którzy najczęściej sami też nie potrafią? I teraz zabiera się szkole jedno z wartościowych narzędzi do edukacji. Przez ludzi, którzy nie rozumieją świata i żyją w dziwacznych mitach. Dla których liczą się pozory a nie efektywne działania. Smartfony występują w roli współczesnych czarownic do palenia na stosie. 

Tak, w niektórych krajach już wprowadzono zakazy używania smartfonów w szkołach. Czy znamy rezultaty tych działań? Ktoś sprawdził? Czy nie lepiej zaufać szkołom by same wypracowały lokalne standardy korzystania z tych urządzeń? Wolimy centralne sterowanie? Odgórne i dla wszystkich.

Minister P. Czarnek, pytany w wywiadzie Radia Zet o jego osobistą opinię na temat używania urządzenia elektronicznych w szkołach odpowiedział: "jestem absolutnie przeciwnikiem używania telefonów komórkowych na lekcjach i w czasie przerw zwłaszcza w szkołach podstawowych".

Jak dowiadujemy się z tego wywiadu: "Prawo oświatowe w obecnym kształcie nie dopuszcza wprowadzania całkowitego zakazu przynoszenia urządzeń elektronicznych do szkoły. Minister Czarnek pytany o te kwestie sugeruje, że dzieci mogłyby zostawiać urządzenia w szafkach na terenie szkoły, a nowy zakaz miałby dotyczyć samego używania smartfonów w trakcie lekcji i na przerwach, a nie całkowicie zabraniać ich przynoszenia do szkoły."

I właśnie do tych pomysłów odnosi się mój ironiczny początek niniejszego tekstu o popycie na stare telefony. Wystarczy taki mieć i zostawić w szkolnej szafce. I wilk będzie syty (zaspokojony literalnie urzędowy zakaz) i owca cała (dzieciaki dalej będę używały po kryjomu). A czy smartwatche też będą z rąk uczniów zdejmowane? Może pojawi się potrzeba na wzmacniacze  sygnału, które pozwolą na bezproblemowe korzystanie z leżącego w szafce telefonu z wykorzystaniem urządzenia zegarkopodobnego na ręce ucznia. Wyścig zacofania z technologią będzie trwał a tymczasem rzeczywiste problemy z nadpobudliwością, brakiem uwagi i problemami psychicznymi dalej będą nas dotykały. 

Skoro smartfon i media społecznościowe są naszą codziennością, to może lepiej by było by szkoła uczyła zdrowego, bezpiecznego i pożytecznego korzystania z przenośnych urządzeń elektronicznych i obecności w mediach społecznościowych. A może i w tym obszarze zmuszeni będziemy na pozaszkolne korepetycje?


3.03.2023

Archaiczny kwiatek na 8 marca?

Zbiory Muzeum w Płocku, secesja.


Jak co roku, o kobietach zwykliśmy przypominać sobie 8 marca w Dniu Kobiet. Jednak ich rola w społeczeństwie była i jest znacznie szersza niż tylko wychowanie dzieci, jak to zwykliśmy stereotypowo myśleć. Przez wiele wieków kobiece obowiązki były skoncentrowane na domowych pracach i opiece nad dziećmi, co z kolei prowadziło do wykluczenia ich z wielu dziedzin życia społecznego, takich jak na przykład nauka, polityka czy biznes. Nie zawsze tak było. W społecznościach łowców-zbieraczy, a więc przez dziesiątki tysięcy lat role nie były tak spolaryzowane a kobiety nie były tak społecznie podporządkowane. Teraz odkrywamy rolę kobiet w przeszłości. Przykładem są dwie książki: Matki i inni. Emocjonalna ewolucja człowieka, Lady Sapiens. Prawdziwa prehistoria kobiet

Kobiety odegrały ważną rolę w rozwoju ludzkiej umysłowości. To właśnie dzięki zaangażowaniu kobiet w opiekę nad dziećmi, w procesie wychowania, Homo sapiens rozwinął się intelektualnie i kulturowo. Porównania z innymi naczelnymi wykazały jak ważne były czynniki związane z wydłużonym dzieciństwem i ludzkich dzieci i strategia rozrodcza. Naukowcy uważają, że ewolucja opieki współdzielonej oraz włączenie się allomatek (babcie, ciotki, kuzynki) było ważnym elementem rozwoju ludzkiej umysłowości i inteligencji. Przede wszystkim stymulowało rozwój intersubiektywności (rozwój teorii umysłu). Intersubiektywność i społeczna współpraca.

Współpraca przy wychowaniu dzieci napędzała rozwój mózgu, czego efektem jest nadzwyczaj rozwinięta umiejętność odgadywania tego, co myślą inni (intersubiektywność). Kluczowa była relacja matek i dzieci oraz odczytywanie relacji społecznych w grupie: komu można zaufać i powierzyć małe dziecko, a komu nie. Dzięki temu nasz umysł rozwijał się szybciej. Tym, co napędzało wzrost ludzkiego mózgu, były złożone relacje społeczne i inteligencja emocjonalna. Niejako przypadkiem i przy okazji ten duży mózg został wykorzystany do innych, intelektualnych celów, umożliwiając rozwój techniki, kultury i badań naukowych. Wcześniej myśleliśmy, że głównym czynnikiem była selekcja, preferująca coraz większą inteligencję.

Dominacja mężczyzn zaczęła się w dopiero w społecznościach rolniczych i pasterskich wraz ze zwiększeniem liczebności grup ludzki i rosnących zagrożeń międzygrupowych. Przybyło wojen między grupami. Oraz pojawił się osiadły tryb życia. Matrylokalność i matrylinearność zastąpiła matrylinearność. Wiodącą rolę przejął mężczyzna ze swoją siłą i współpracą drużynową. Kwintesencją był patriarchat oraz „zamknięcie kobiet w kuchni i przy dzieciach”. I tak było zaledwie przez kilka tysięcy lat. Ale znowu zmieniły się warunki społeczne i środowiskowe. Zniknęły społeczne i gospodarcze podstawy patriarchatu. Obserwujemy wyraźne i głębokie zmiany społeczne i ponowne zdefiniowanie ról społecznych. Symboliczny kwiatek na ósmego marca staje się anachronizmem. sympatyczny lecz jednak anachronizmem. Nie opędzimy się kwiatkiem na Dzień Kobiet. Nie jest możliwy także powrót do neolitycznej przeszłości.

Kolejna wielka społeczna zmiana nie wynika z wojowniczości feministek, rozpadu rodziny czy jakiejś dekadencji. Biolog czy antropolog widzi zmianę systemową i widzi dostosowanie się do obecnych warunków. Z akceptacją takiej zmiany i roli kobiet na razie mamy społeczne kłopoty. Zmiany kulturowe nie odbywają się tak szybko i bezboleśnie. Także i mężczyźni muszą odnaleźć swoją nową, społeczną rolę.

A wręczanie kwiatów z okazji i bez okazji to dobry zwyczaj budowania dobrych relacji międzyludzkich. Tak, jak obdzielanie uśmiechami czy dobrym słowem, niezależnie od płci i okoliczności. Współpraca i dzielenie się legły u podstaw ludzkich społeczeństw i ludzkiego sukcesu ewolucyjnego. 

 

Nieco rozszerzona wersja felietonu dla Wiadomości Uniwersyteckich 

2.03.2023

Źródła w Parku Krajobrazowym "Orlich Gniazd" województwa śląskiego

Takie książki też mnie czytelniczo kręcą. Mimo, że nie ma tam fabuły, przygód i zwrotów akcji. Literatura faktu też jest piękna. A przynajmniej bywa. Fabułą jest historia świata przyrodniczego i odkryć naukowych. Przygodą są pytania. Na przykład takie co żyje w źródłach. I czy się zmieniają biocenozy źródeł a jeśli tak to z jakiego powodu.

Moja przygoda z badaniami hydrobiologicznymi i chruścikowymi zaczęła się w źródłach rzeki Łyny. A potem były źródła Wyżyny Miechowskiej. Badania były zainspirowane i umożliwione publikacją I. Dynowskiej  pt. Źródła Wyżyny Krakowsko-Wieluńskiej i Miechowskiej z 1983 roku. Były mapki, lokalizacje i charakterystyka. Mogliśmy je odszukać i pobrać próby bentosowe. Było się do czego odnieść. Bo nauka jest kumulatywna, czerpiemy z dorobku poprzedników i dodajemy swoja mała cegiełkę. 

Podobnie patrzę na "Źródła w Parku Krajobrazowym "Orlich Gniazd" województwa Śląskiego" autorstwa Marii Baścik i Doroty Okoń, wydaną w Będzinie w 2022 roku. Są tam także źródła, które i ja badałem i mam dane chruścikowe.

Opisywana publikacja zaopatrzona jest w dokładne mapy z lokalizacją, zdjęcia oraz charakterystyką hydrologiczną. Są informacje o roślinności, glonach i ogólnie o bezkręgowcach. Z chęcią uzupełnię o dane chruścikowe. Książka dokumentuje stan obecny i zachęca do odwiedzin, czy to tylko krajoznawczych czy także czysto badawczych. 

Czytam i wspominam. Odczytuję treść, której się domyślam, bo jest ona w mojej pamięci. I rozmyślam o zmianach, jakie zachodzą w przyrodzie i o tym, jak te zmiany dokumentować, analizować i uogólniać. To jest właśnie ta domyślna fabuła w książkach literatury faktu. Tylko dla koneserów. Można się rozsmakować. 

Inspiracja, by jeśli nie w publikacji, to przynajmniej na blogu napisać jakie chruściki kiedyś tam żyły i być może jeszcze są. 

1.03.2023

Biologia Campbella - znakomity podręcznik do biologii na całe życie

Jeszcze w folii, tuż przed rozpakowaniem.
Prosto od kuriera.
Cała wiedza biologiczna w jednym, opasłym tomie? Może nie cała ale ta dla ucznia, studenta i dla nauczyciela na pewno. Ponad 1200 stron, nie licząc dodatków i indeksów, kilka kilogramów, duży format. Na podręcznik szkolny codziennego użytku się nie nadaje, bo za ciężka do noszenia w tornistrze a nauczyciel miałbym trudności z selekcją informacji dla każdego poziomu nauczania. Natomiast nadaje się jako podręcznik dla dorosłego i na "całe życie", jako podręcznik uzupełniający dla licealistów, studentów a na pewno dla nauczycieli biologii oraz wykładowców wielu kierunków uniwersyteckich. Książka, która stoi na półce i do której często można zaglądać. I czytać. Bo ja na przykład bardzo lubię literaturę faktu.

Ukazało się właśnie najnowsze wydanie Biologii Campbella, właśnie dostałem, kurier przyniósł. Mam dwa poprzednie wydania i z ciekawością zaglądam do najnowszego. Starszych książek nie wyrzucam, bo lubię porównywać niektóre zagadnienia. Dla badania historii nauki to bardzo przydatne. 

Biologia Campbella na podstawie najnowszego dwunastego wydania oryginału, Poznań 2023, Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o. Trochę nowości i nieco przeredagowane. Znamienny jest graficzny widok telefonu komórkowego. Ja też od jakiegoś czasu czytam książki z telefonem, bo jak pojawi się jakieś słowo, którego nie znam lub chcę sprawdzić dokładniej jakiś fakt, to szukam w internecie. Nowe pokolenie myśli "telefonami komórkowymi". Widok ekranu smartfonowego jest codziennością, jest czymś znanym i oswojonym.

Widok zawartości podręcznika.
Lubię literaturę faktu. Jednak tej książki nie są się czytać w łóżku, bo za ciężka. Najwygodniej przy biurku. Dla mnie okazja do powtórek, utrwalania i zapoznawania się z nowinkami naukowymi, które zakorzeniają się w podręcznikach. Jeszcze jedna, długa opowieść o różnorodności życia, o poznawaniu, o wielkim systemie przyrodniczym. A że biologia należy do najszybciej rozwijających się dyscyplin naukowych, to warto do niej sięgnąć po edukacji szkolnej czy nawet uniwersyteckiej. Będzie sporo nowego. Wiedza biologiczna wymaga częstego aktualizowania, zarówno w odniesieniu do pojedynczych faktów jak i większych teorii czy interpretacji.

Biologia Campbella jest przykładem znakomicie zrobionego podręcznika. Są pytania kontrolne, integracja treści z różnych działów itp. Tak, nauczanie zdalne pojawiło się wraz z książkami czyli kilka wieków temu. I przez ten czas udoskonalono podręczniki. Dojrzewała metoda zdalnego przekazywania treści. I zdalnego tworzenia warunków do uczenia się. Można studiować samodzielnie. Tę książkę polecam i pełnym przekonaniem. Nie musisz chodzić do szkoły czy na studia biologiczne by poznawać biologię. Internet będzie tylko uzupełnieniem. Książka pisana przez dziesięciolecia przez duży zespół autorów, we współpracy z wieloma nauczycielami i przejrzana przez wielu recenzentów. 

Poprzednie wydanie ukazało się chyba w 2021, teraz pojawia się nowe, z małymi zmianami koncepcyjnymi i niowymi rozwiązaniami graficznymi. Można powiedzieć, że to podręcznik ogólnoświatowy. Bo i nauka jest międzynarodowa, ogólnoludzka, powstająca zbiorowym wysiłkiem. Bariera językowa jest co raz mniej istotna. Edukacja staje się także co raz bardziej międzynarodowa. Lektura dla pokolenia, wspólny kanon kulturowy i rozumienie świata. Może to właśnie nauki przyrodnicze powinny być klamrą spajająca różne społeczeństwa? Różne języki i narody? Coś, co nas łączy, mimo dyskusji nad faktami i interpretacjami. Może i w naszych szkołach znajdzie się więcej czasu i miejsca na te treści ogólnoludzkie i do tego przydatne. 

Dla mnie wartościowy jest element aktywizowania w procesie uczenia się. To m.in. ryciny w cyklu "Stwórz powiązania", które łączą treści z różnych rozdziałów i dziedzin nauk biologicznych. Pomagają zrozumieć i ustrukturalizować swoją wiedzę. Pokazywanie całości. Ponadto sa pytania kontrolne z serii "Stwórz powiązania", "czy rozumiesz", "a co jeśli". Nawet papierowa wersja podręcznika daje możliwości aktywizowania i samodzielnego uczenia się. 

I to, co cenne, to przydatność dla każdego, ciekawego wiedzy. Nacisk na stosowanie metod naukowych w rozwiązywaniu problemów. uczy czegoś więcej niż samej tylko biologii. To znaczy nie uczy, jest elementem środowiska edukacyjnego, które możemy stworzyć sobie sami lub tworzy nauczyciel. I w tym środowisku, z wykorzystaniem podręcznika sami się uczymy. Bo to nie podręcznik uczy, on dostarcza treści, które sami musimy przeczytać, przemyśleć, zrozumieć, zastosować. A człowiek najlepiej uczy się w relacjach z innymi, w dyskusji, w dialogu, przez doświadczanie i eksperymentowanie. Tak uczymy się w klasie i na studiach, w grupie studenckiej, także w relacjach z nauczycielem. Być może co raz bardziej do tego aktywizującego i konektywnego środowiska wnikać będą algorytmy sztucznej inteligencji. A wtedy, nawet bez formalnej szkoły każdy z nas odnajdzie swoją grupę, z którą będzie się uczył np. biologii przez całe życie.

Fragment z Biologii Campbella.

To, co mi w Biologii Campbella się podoba, to nowoczesne podejście merytoryczne. Zaczynają od ewolucji i badań naukowych jako metody. Koncepcją centralną jest ewolucja, wyjaśniająca jedność i różnorodność życia. Badając przyrodę, naukowcy formułują i testują hipotezy.  Współpraca i różnorodność punktów widzenia są korzystne dla nauki. Może nawet nie tylko dla nauki? Ten podręcznik to coś więcej niż poznawanie tajników biologii, to także poznawanie uniwersalnej metody naukowej. Może podobne, uniwersalne podręczniki powstają dla fizyki, chemii astronomii czy geografii? 

Trzecie polskie, najnowsze wydanie. A tak w ogóle to już 12-te. I było więcej podobnych podręczników. Moje pokolenie wykorzystywało Biologię Villego. Nad takimi podręcznikami pracują przez lata duże zespoły autorów. W tytule zostaje pierwotny autor a pracę przejmują następcy. Wydawca reklamuje, że Biologia Campbella jest "najlepszym podręcznikiem do biologii na świecie". Możliwe. Podjęcie się od zera stworzenia tak obszernego działa to ogromny wysiłek. Wymaga sił, czasu i środków. W zasadzie możliwe jest teraz w ujęciu globalnym, na światowy rynek. Chyba, żeby dotowały instytucje państwowe. 

Podobno jest to najlepiej sprzedający się podręcznik biologii na świecie. Wskazywało by to na globalizację rynku wydawniczego. Łatwiej przetłumaczyć niż tworzyć od podstaw. "Trzecia polska edycja fenomenalnego podręcznika biologii opracowanego przez zespół słynnych biologów amerykańskich. Logiczny, świetnie przemyślany układ materiału, kilkadziesiąt nowych, doskonałych ilustracji, rzetelne opracowanie i przystępny język, to niezaprzeczalne atuty tej niezwykłej książki, której poprzednie wydania cieszą się doskonałą opinią wśród nauczycieli, studentów i uczniów. To wydanie – zmienione, unowocześnione i znacznie poszerzone – zawiera najnowsze odkrycia i wyniki badań, szczególnie w takich dynamicznie rozwijających się dziedzinach jak genetyka, ewolucja i ekologia."

Tak jak już wspominałem, to dobra książka dla licealistów, dla czynnych nauczycieli biologii jak i dla studentów kierunków medycznych i biologiczno-chemicznych. Ale jest także warta polecenia każdemu, szukającemu wiedzy o świecie. Uczymy się całe życie. Choćby po to, by rozumieć rzeczywistość. Nie tylko krótkie informacje w tekstach internetowych czy w czasopismach, ale solidna i spójna wiedza ułożona w dłuuuga opowieść. Baza dla krytycznego myślenia i weryfikowania treści, pojawiających się w internecie. Może to już jedno z ostatnich wydań papierowych, bo kolejne to będą podręczniki online? Łatwiejsze do aktualizowania i redagowania i przeglądane z pomocą sztucznej inteligenjci, np. podobnej do ChatGPT. Na razie Biologia Campblela na skromną stronę internetowa: biologiacampbella.pl lecz może będzie się rozrastać do jakiejś formy interaktywnej i poszerzającej zawarte w książce informacje? A może  w formie poszerzonego uczenia się zdalnego?  Czas pokaże. A ja mam zapewniona lekturę na wiele dni.