11.04.2024

Czy transhumanizm to coś złego?

 

Jakiś czas temu zwrócił się do mnie jakiś portal informacyjny (o wyraźnie sprecyzowanej linii światopoglądowej) z prośbą o wywiad przed kamerą (obiecali przyjechać z daleka na wyznaczony termin) na temat transhumanizmu. Najpierw zdziwiło mnie, dlaczego do mnie z takim tematem. Nie jestem historykiem filozofii a więc nie jestem ekspertem. Potem przypomniałem sobie niektóre moje publikacje (nawiązujące m.in. do ewolucji kulturowej  i noosfery) oraz wypowiedzi w mediach społecznościowych o sztucznej inteligencji. Może dlatego chcieli akurat ze mną?

Odmówiłem, bo nie czułem się kompetentny w tym temacie. A i sam portal wzbudzał światopoglądowe wątpliwości. Nie chciałem być narzędziem w nieakceptowanych przeze mnie wywodach. Odniosłem wrażenie, że mogę być tylko paprotką w z góry ustalonej narracji. Ale sięgnąłem do literatury by poczytać czym jest ten transhumanizm. Nietypowa inspiracja by zapoznać sie z tematem.

Co zauważyłem w tej swojej lekturowej podróży po transhumaniźmie? Dużo strachu i walka z czarownicami. Takie zło, które niby zagraża człowiekowi i humanizmowi - lubimy się bać wymyślonych demonów? Odniosłem wrażenie, że dla niektórych kręgów światopoglądowych transhumanizm to rytualny chłopiec do bicia i oburzania się na nowoczesność.

Nie będę robił przeglądu myśli na temat transhumanizmu - od tego są bardziej kompetentni historycy filozofii i socjolodzy. Przedstawię tylko kilka luźnych refleksji z mojego, osobistego i biologicznego punktu widzenia.  Moim zdanie transhumanistyczni jesteśmy od samego początku istnienia Homo sapiens. A skoro transhumanizm (co niżej będę starał sie wykazać) jest kwintesencją humanizmu to jak teraz zdefiniować sam humanizm w kontrze do transhumanizmu, albo odwrotnie?

Poszukiwanie analogii między ewolucją biologiczną i kulturową pociąga mniej już od czasów licealnych.  Patrzę jako biolog i filozof przyrody na proces i trendy ewolucyjne. Zupełnie inna, szersza perspektywa. I wtedy żaden zły transhumanizm nie nie przeraża ani nie niepokoi. To, co jest dzisiaj wynika  z tego, co było wczoraj: wszystko ze wszystkiego, wszystko ze wszystkim. Dostrzegam proces i ewolucyjny ciąg a nie jakiś jednostkowy fenomen. Zupełnie tak jak proces przeobrażenie owada w jego cyklu życiowym, z poczwarki w imago, nie jest dla mnie katastrofą tylko etapem rozwoju. Jednostkowo i wycinkowo patrząc to w poczwarce następuje rozpad całego ciała. Wypisz wymaluj istna destrukcyjna katastrofa. W stadium poczwarki rozpada się organizm gąsienicy i pozornie powstaje coś innego. To nie katastrofa, to rozwój w cyklu życiowym. To zwykłe (?) przeobrażenie czyli metamorfoza. Z pewnością teraz ludzkość i nasza kultura znajduje się w takiej fazie głębokiego i szybkiego przeobrażanie. Nie powinny więc dziwić obawy i niepokoje.

Transhumanistyczni byli już wtedy, gdy wytwarzaliśmy i używaliśmy kamienne narzędzia. narzędzia. Tworzyliśmy narzędzia a one wpływały na nas i nasza ewolucję. Wspomagały nasze samoudomowienie z widocznymi efektami w budowie kości, mięśni i całego ciała. Nie zapominając o wpływie na całe społeczności ludzkie. Kolejnym etapem dużych zmian był język mówiony a potem rozwijąca się kultura i pismo. Linearne pismo niejako "przeformatowało" nam mózgi. Nie zapominając o skutkach społecznych. Systematycznie coraz więcej w naszym życiu biologicznym i społecznym odgrywały elementy niebiologicznie, nieludzkie. A teraz żyjemy z proteazami, sztucznymi zastawkami serce i tysiącem innych elementów technicznych w naszym organizmie. Jeszcze więcej takich nie-ludzkich, pozaorganizmalnych elementów funkcjonuje w kulturze i społeczeństwie. Bez nich nie byłoby nawet klasycznego humanizmu. 

W alarmistycznych wypowiedziach o transhumanizmie uwidacznia się swoisty konserwatyzm i strach przed nowym, niezrozumiałym. Może zamiast marnować energię na strachy i walkę z demonami lepiej spróbować zrozumieć procesy? Poznać i zrozumieć?

Strach przed transhumanizmem bierze się z niewiedzy o człowieku i jego ewolucji. Ewolucja kulturowa w moim odczuciu jest  przedłużenie ewolucji biologicznej, a kwintesencją jest powstawianie noosfery i holotechnobiontu. Noosfera - sfera umysłu jest nakładką na biosferze a człowiek jest kluczowym elementem tego procesu). Holotechnobiont to nowa jakość, która wcale nie zabija człowieczeństwa ani humanizmu tylko rozwija to, co w istocie człowieka trwa od samego naszego początku. Inaczej spójrzmy na sztuczną inteligencję, na książki i ekosystem, którego jesteśmy częścią. 

Jak tę nową jakość? Ekosystem czy konektywizm to tylko prowizoryczne słowa. Holotechnobiont? Poznajemy nowe procesy, nowe zjawiska i próbujemy nadawać im nowe terminy, słowa, określenia. Bo język jest elementem myślenia. Musimy nazwać to, co dostrzegamy i wyróżniamy ze środowiska. 

Humanizm kolonizuje nowe obiekty, słowo w książkach, słowo w materiałach wideo, internecie. Sztuczna inteligencja jest tylko uzupełnieniem tego od dawna trwającego procesu. Spójrzmy na całość a nie część i na proces kierunkowy, który od dawna już jest.

Transhumanizm pojawił się wtedy, gdy Homo sapiens zaczął mówić i używać narzędzi. Pojawiła się kultura, która coraz bardziej osadzała się na nieludzkim, niebiologicznym nośniku. Tak jak życie biologiczne powstało w ewolucji chemicznej i układach przedbiologicznych, dopiero potem pojawiła się komórka i organizmy. Biosfera była na samym początku i przez miliony lat coraz bardziej się konsolidowała, dojrzewała, rozwijała. Dla noosfery jesteśmy kluczowym i zwornikowym elementem. Tylko częścią. Ważną lecz jednak tylko częścią. Spróbujmy spojrzeć na całość. Nie utracimy swojej ważności, tak jak jej nie utraciliśmy w heliocentrycznym modelu Kosmosu.

Dla mnie transhumanizm to myślenie kolektywne, systemowe a nie jednostkowe, wyrywające człowieka z jego środowiska biologicznego jak i środowiska kulturowego. Nie podzielam myślenia typu człowiek obok przyrody a więc kultura kontra natura. Nie jesteśmy w opozycji lecz jesteśmy częścia natury a natura jest częścią nas w jednostkowym jak i zbiorowym kontekście.

8.04.2024

Felietonowy dialog z przyrodą i z czytelnikami

Grafika wygenerowana przez Copilot


Nieudany eksperyment nie jest porażką. Nieudany, bo nie potwierdza wcześniejszych założeń? Jako biolog już dawno wdrożyłem się do dialogu z przyrodą, gdzie eksperymenty są zadawaniem pytań. Czy rozumiemy odpowiedzi? Może trzeba zadawać inne, kolejne pytania? Czy przyroda jako nieludzki element tego dialogu jest częścią naszego środowiska kulturowego? Holotechnobiontem? Wiem, trudne słowo – ale przecież łatwo można sprawdzić jaką niesie treść i jakie pokrywa pole semantyczne. Wystarczy telefon, jako trzeci uczestnik tej dyskusji…

Moją skazą, jako biologa, jest traktowanie społeczeństwa i czytelników jako elementów przyrodniczej rzeczywistości. Moja aktywność akademicka „od zawsze” była skoncentrowana na analizie zmian w otaczającym człowieka świecie. Jednym z elementów tego środowiska jest sposób komunikacji i to, jak dzielimy treściami. To wszystko w kontekście ogromnej rewolucji technologicznej, jakiej obecnie doświadczamy. Wielki, naturalny eksperyment, którego żaden filozof czy przyrodnik nie powinien przegapić.

Kiedy 20 lat temu zaczynałem pisać blog popularnonaukowy, taka forma komunikacji była nowością i innowacją. Wzbudzała dodatkowe zainteresowanie i pojawiły się nawet naukowe opracowania tego zjawiska. Sam byłem obiektem obserwacji i analiz.

Wcześniej pisałem już o próbach zhybrydyzowania papierowego felietonu z internetowym blogiem. Nie udało się wzbudzić komentarzy. Może dlatego, że obserwujemy przesunięcie aktywności czytelników z blogów na media społecznościowe. Dlaczego tak się dzieje? Czy to przez krótsze formy (mniej treści) czy może przez możliwość szybkiej interakcji? Prawdopodobnie obie te kwestie mają znaczenie. Dlatego kolejnym moim eksperymentem jest zmiana qr kodu – teraz linkuje do strony (fan page) na Facebooku. Niby to samo lecz inaczej. Z emocjami oczekuję rezultatu.

Obecne zmiany zachodzą bardzo szybko, a to co jeszcze niedawno było nowinką, teraz staje się przeżytkiem. Możemy obserwować wyraźne przesunięcie aktywności czytelników z blogów na media społecznościowe. Ta zmiana stanowi jedynie fragment większej ewolucji w sposobie, w jaki ludzie komunikują się i dzielą treściami w erze cyfrowej. Dlatego ważne jest, abyśmy nadal otwierali się na nowe możliwości, ucząc się i rozwijając wraz z szybko zmieniającym się światem komunikacji online.

Czy czytelnicy będą prowadzili dyskusje z autorami felietonów czy w jeszcze większym stopniu przeniosą się do dialogu i interakcji z modelami językowymi sztucznej inteligencji? Czy w tym powstającym holotechnobioncie będziemy (my ludzie i my autorzy) jeszcze zajmowali jakieś ważne miejsce? I jakie?

Jedno jest jednak pewne: świat komunikacji zmienia się błyskawicznie. To, co jeszcze niedawno było nowinką, dziś staje się przeżytkiem. Dlatego tak ważne jest, abyśmy nieustannie eksperymentowali (taka powinność uniwersytetu), uczyli się i dostosowywali do nowych realiów środowiska kulturowego. Dotyczy to również form pisarskich. To co, dołączysz Czytelniku do eksperymentu, włączysz się do dyskusji i skomentujesz?

Felieton, napisany dla Wiadomości Uniwersyteckich. Link do Fan Page (zamiast qr kody( https://www.facebook.com/profile.php?id=100034999813857

Na czym polega eksperyment? Tekst ukaże się na blogu, Facebooku i w papierowym (i pdf-owym) wydaniu Wiadomości Uniwersyteckich. Czy i i gdzie wywoła reakcje? I jakie? Przy pisaniu wykorzystałem także dialog z AI, szerzej o tym napiszę niebawem. To także element mojego eksperymentowania i uczenia się cyfrowych kompetencji. O tym także jeszcze nie raz napiszę.

6.04.2024

Coraz bardziej podoba mi się ten zakaz prac domowych



Dyskusja o zadawaniu prac domowych, wymuszona najpierw planami a teraz wydanymi decyzjami ministerialnymi, trwa w najlepsze. I to jest dobre. Pokazuje jak bardzo potrzebna jest głęboka zmiana w naszej edukacji. W jakimś sensie są to zmiany trzeciorzędne lecz na poważniejsze i dogłębniejsze zmiany środowisko nauczycielskie (i rodzice) nie jest jeszcze gotowe. Zbyt "przeczołgani" zostali przez poprzednią władzę (likwidacja gimnazjów, brak nauczycieli, aranżowany hejt). Jest jak ze złamaną ręką, która została źle zestawiona i teraz trzeba łamać kości ponownie by poprawnie je nastawić. Jest to niezbędne lecz pacjent jest mocno wymęczony. Ale to zupełnie inny temat. Wróćmy do prac domowych.

Potrzebna jest ogromna zmiana w sposobie myślenia o edukacji. Mówi się o tym od dawna. Kluczowym elementem do wszelkich zmian w edukacji są nauczyciele. Gdyby byli dobrze przygotowani do współczesnych wyzwań, to żadnych nakazów i braku zakazów z pracami domowymi nie byłoby potrzeba wprowadzać. Ostatnie podwyżki płac były niezbędne, ale nie uczynią jeszcze zmiany jakościowej. Są jak plaster na ranę. Łagodzą ból i ułatwiają gojenie się lecz trzeba czasu i dodatkowo zupełnie innych lekarstw. Nauczycieli mamy jakich mamy i szybko nie będzie lepszych w swojej uśrednionej masie. Bo zawsze są nauczyciele znakomici, przeciętni i beznadziejni. Ważne są tylko proporcje między tymi grupami. Na razie nie poprawiliśmy systemu kształcenia nauczycieli ani systemu dokształcania i wsparcia. Nawet jak się już pojawią to na widoczne zmiany trzeba będzie poczekać co najmniej kilkanaście lat. Ale do brzegu, bo znowu dygresje wyprowadziły mnie na pełne morze...

Praca domowa. Uczymy się cały czas, i w szkole, i w domu i w drodze do domu czy szkoły. Nawet w wakacje. Lecz potrzebujemy wytchnienia i odpoczynku. Do czego potrzebna jest praca domowa? Do powtarzania, przetwarzania i utrwalania wiedzy. Uczy w jakimś stopniu obowiązkowości i systematyczności. Ale czy tych cech nie można osiągnąć inaczej? Tym bardziej, że system prac domowych był w polskich szkołach stanowczo nadużywany. Co widać w przemęczeniu i stanie psychicznym wielu uczniów. Zbyt wielu nauczycielom nie włączyła się w porę czerwona lampka ostrzegawcza. Zadawali nawet na weekendy i na święta. Brak prac domowych najbardziej dezorientuje nauczycieli przyzwyczajonych do systemu podawczego. Brak prac domowych utrudnia im pracę i wytraca z przyzwyczajeń dydaktycznych.

Nauczyciele podawczego bardzo łatwo zastąpić algorytmem komputerowym, platformą edukacyjną online i przygotowanymi pomocami (podręczniki, zasoby online itp.). Tak więc nauczanie podające i tak jest już mocno zagrożone. Brak prac domowych niewiele tu zmieni w sensie wymuszania zmian w swojej pracy. 

Pierwszą dwójkę (wtedy to była najniższa ocena) dostałem chyba w pierwszej klasie. I to na początku roku szkolonego. Za brak odrobionej pracy domowej. Do dzisiaj pamiętam to mojej zdziwienie. Ocena niedostateczna zadziałała mobilizująco. Przestraszyła w jakimś stopniu. To było ponad pół wieku temu. Elementem behawioryzmu jest system kar, które mają modyfikować nasze zachowania i przyzwyczajenia. Naturalną reakcją jest unikanie kary. Ludzki mózg ewoluował do strategii na przetrwanie. I wie jak unikać kar by przetrwać, by przeżyć. 

Brak pracy domowej? To może odpisać na przerwie przed lekcjami? W szatni lub na szkolnym parapecie w czasie przerwy. Karami w koncepcji behawiorystycznej uczymy w jakimś stopniu pilności i systematyczności (strachem). Ale taka strategia wychowawcza uczy także ściągania. Immamentny skutek uboczny. Jeśli praca domowa jest zbyt trudna, to szukamy kogoś, kto ją za nas wykona. Bo chcemy uniknąć kary. Pracę domową za nas wykonać mogą na przykład rodzice, starsze rodzeństwo, koledzy. A teraz algorytmy sztucznej inteligencji. Już co najmniej od dwóch lat nie ma sensu zadawania prac domowych w formie wypracowania, eseju, zrobienia prezentacji. Bo w celu uniknięcia kary (mózg nastawiony jest na przetrwanie!) prace domowe wykona sztuczna inteligencja, dostępna w telefonie. Możliwe, że część nauczycieli jest tego świadoma a mimo to uczestniczy w tym systemie udawania: wy udajecie, że zrobiliście sami, ja udaję, że nie wiem, że ściągaliście. W ten sposób nauczyciele dbają o swoje przetrwanie: zwierzchnik i inne gremia oceniające (w tym rodzice) mają wrażenie, że w klasie jest wysoki poziom bo nauczyciel dużo wymaga. I daje dużo pracy dzieciakom na każdy dzień. Są rodzice, którzy niepokoją się jak nie ma dużo zadanych prac do domu. Przecież musi widzieć, po pocie, kapiącym z czoła, że jego dziecko ciężko się uczy. Spory odsetek ludzi szanuje tylko tego, kogo się boi. I z wdzięcznością przyjmuje każdą ulgę: nauczyciel dużo wymaga, że nie jestem w stanie tego opanować. Ale potem na klasówce daje ściągać. Ludzki pan.

Gdy u ucznia brak pracy domowej, np. przez zapomnienie, to szybko ten fakt trzeba ukryć i ściągnąć by uniknąć kary. Lub wymyślić jakąś szkolną wymówkę (paluszek i główka to szkolna wymówka) - te nawyki zostają niektórym nawet na studiach.  Ale brak odrobionej pracy może wyniknąć także dlatego, że uczeń nie umie, nie wie jak ją wykonać. Pomoże rodzic w domu? Wytłumaczy? Zrobi za niego? Rodzi się także rozbudowany system korepetycji. Istniał od zawsze, gdzie jedni uczniowie pomagali innym, biorąc za to jakieś drobne pieniądze. Czasem dzięki korepetycjom sami mogli ukończyć szkołę, bo brakowało funduszu z domu. Korepetycjami dorabiali na swoje utrzymanie. 

Przeciążenie polskich uczniów (choć nie tylko naszych) nauką w domu wynikać może z dwóch powodów: 1. Zajęcia dodatkowe (języki, szkoła muzyczna, balet, konie, taniec, szachy, sport. 2. bo są korepetycje. Niemalże druga szkoła. Przed maturą rodzice szaleją. Sami byliśmy zaniepokojeni i namawialiśmy syna na korepetycje. Nie zgodził się. Przetrwał naszą panikę edukacyjną i rodzicielską giełdę.

Ad 1. To szkoła już nie wystarcza? Trzeba tworzyć druga, domową? Bo czy te dodatkowe zajęcia to zainteresowania dziecka czy druga szkoła? Czyli ukryty postulat by jednak nie odchudzać podstawy programowej i zwiększyć liczbę godzin w szkole?

Ad2. Szkoła nie wystarcza? Trzeba łatać zaległości i braki korepetycjami? Sam kiedyś też brałem korepetycje. W pierwszej klasie liceum groziło mi niepromowanie do kolejnej klasy z języka polskiego. Dostawałem same dwóje z klasówek i wypracowań. Nasza klasa, tak jak i inne w tym czasie, była liczna - powyżej 30 uczniów. Chodziłem na płatne korepetycje do nauczycielki z tej samej szkoły. Zajęcia indywidualne, jeden na jeden. Nauczyła mnie pisać, bo nauczyła kompozycji wypracowania. Dysortografia pozostała. Błędy ortograficzne pozostały ale przynajmniej kompozycja była, to nie bałem się pisać. I jakoś na trójki wyciągałem. A czy tego, co na korepetycjach, nie mogła mnie nauczyć moja nauczycielka z klasy? Przecież to ta sama szkoła! Bo w licznej klasie nie ma szansy na indywidualizację? Bo nie było ani tradycji nauczania zindywidualizowanego, bo nie było na to dodatkowych godzin? A może po części i dlatego, że taka była tradycja i koncepcja nauczania? 

W korepetycjach brałem udział także z drugiej strony. Pomagałem m.in. z chemii innym uczniom. Ale towarzysko. Uczyliśmy się razem, zupełnie niekomercyjnie. Ucząc innych sam jeszcze bardziej korzystałem, bo to było powtarzanie i przetwarzanie wiadomości oraz sposobu rozumienia. Czy teraz nie ma możliwości na wzajemną pomoc i wspólne uczenie się? Może teraz łatwiej jest organizować płatne korepetycje? 

Czy można zaufać własnemu rozwojowi? Czy trzeba odgórnego autorytaryzmu by mieć pod kontrolą i by wymusić na przykład uczenie się w domu, w czasie wolnym. Lub wymusić na nauczycielach brak ocenianej pracy domowej?

A co zrobić z koncepcją odwróconej lekcji? Czy tę aktywność uznać za pracę domową czy jednak nie? Praca własna zamiast pracy domowej? Zmiana nazwy czy zmiana koncepcji pedagogicznej? Podobnych pytań jest znacznie więcej. I bardzo dobrze, że rodzą się takie pytania.

W erze AI łatwiej ściągać i łatwiej w ten sposób unikać kary. Lepsza jest motywacja wewnętrzna a więc dobrowolność i brak ocen. Lepsza jest ciekawość i nastawienie na rozwój. To już od dawna praktykują nieliczni nauczyciele z polskich szkół. Szkoda, że byli tak nieliczni, często na dodatek ściągani do polskiego kotła, flekowani by nie odbiegali od innych w swoich metodach. Teraz przynajmniej będą mieli większą swobodę działania. Flekowani będą ale już potajemnie, poza plecami, nieoficjalnie.

Rodzic też jest edukatorem. Jak ma się tego nauczyć? Tworzyć środowisko edukacyjne własnemu dziecku, włączając w to czas wolny i zrozumienie jak ważna jest nuda.  Dzięki pracy domowej rodzice mają dziecko "z głowy" (w młodszym wieku wyręczali się smartfonami lub tabletami czy telewizją). Dziecko ma zajęcie, jest w jakiś sposób zaopiekowanie nie tylko w szkole ale i w domu. Z tego samego powodu rodzice zapisują swoje dzieci na korki, konie, tańce, judo itp. Mniej okazji do samoorganizacji czasu wolnego. Nie nudzą się, nie wymyślają sobie zajęć.

Praca domowa ucznia - zadawać czy nie zadawać? Praca własna, odwrócona lekcja czy projekt to też aktywności w domu. Czy systematyczności, obowiązkowości i powtarzania materiału można uczyć inaczej niż przez pracę domową? Można.

Coraz bardziej podoba mi się ten zakaz prac domowych. Od dłuższego czasu, a zwłaszcza od pojawienia się czatu GPT, zadawanie pisemnych prac domowych, w tym prezentacji, mija się z celem jeśli uczeń sam nie chce tego zrobić. Jeśli musi, to uruchamia się strategia na przetrwanie, napisze za niego algorytm. Nawet nie musi prosić kogoś innego "napisz za mnie". Można oczywiście żyć w pozorach i udawaniu, że trzymam wysoki poziom, bo moi uczniowie piszą tyle esejów, wypracowań, prezentacji, że klękajcie narody. Tak jak na akademickich egzaminach - wyśrubowany poziom wiedzy pamięciowej o potem udawanie, że się nie widzi jak studenci ściągają. Wdrażanie systemowe do dwulicowości, udawania, oszukiwania. A teraz trzeba kombinować jak to zrobić inaczej czyli bez prac domowych. I dobrze. Ten ferment jest bardzo dobry. Choć nie jest wystarczający. polskiej szkole potrzebne są bardziej systemowe zmiany. Nie uciekniemy przed nimi jeśli chcemy być w czołówce gospodarczej i cywilizacyjnej, 

5.04.2024

Stymulowani innymi bodźcami, co dobrze widać w pociągu

 

Narzekamy na smartfony, że niszczą relacje międzyludzkie, bo przenosimy kontakty do interentu, zaniedbując te w kontakcie bezpośrednim. A może to reakcja na nadmiar kontaktów i twarzy? Tak jak reakcja na miejskim chodniku - unikamy patrzenia w oczy i reagowania na obecność ludzi. Na wsi, tam gdzie zagęszczenie jest mniejsze, przechodząc obok innego człowieka mówimy dzień dobry lub inaczej zagadujemy. Nawet jeśli jest kilkanaście metrów dalej. Dajemy znak "widzę cię" ... i nawiązujemy przelotną relację. Ale w mieście idąc chodnikiem nie dostrzegamy ludzi. Gdy wchodzą w naszą strefę kontaktów towarzyskich uciekamy wzrokiem. Mijamy na chodniku setki ludzi i nie mówimy dzień dobry, nie rozmawiamy. Gdy zbliży się ktoś na odległość ok. 1,5-3 m uciekamy wzrokiem od jego wzroku. patrzymy gdzieś w bok, w horyzont. Udajemy, że to nie-człowiek, nie-osoba, sygnalizujemy nie widzę cię, jesteś jak przyroda, tło. Przecież z drzewami nie rozmawiamy. A potem, gdy jestesmy na wsi, w wielkim rozrzedzeniu, już nie mówimy dzień dobry. Bo się odzwyczailiśmy...

A wszystko przez nadmiar kontaktów. Nasze mózgi nie są ewolucyjnie przystosowane do tak dużej liczby kontaktów. To całkiem nowa dla nas społecznie sytuacja. Nie wiem czy są prowadzone jakieś badania nad zmianami w mózgu ludzi w ostatnich dziesięcioleciach. Być może przez tę stymulację coś się zmienia, może działają procesy ewolucji. Na pewno na ten nadmiar kontaktów i dopływu informacji reagujemy szerszym wykorzystywaniem pamięci zewnętrznej. Zapisujemy w notesach, telefonach, laptopach. To nasze dodatkowe mózgi, rozszerzające zdolności zapamiętywania i utrzymywania relacji z innymi. Bo do ilu osób można się na raz przytulać? Lub iskać, dotykać? Ludzka mowa była pierwszym wynalazkiem, pozwalającym poszerzać relacji z innymi - na odległość. A teraz ten proces znaczący sie pogłębił.

Kiedyś w pociągu, siedzieliśmy w przedziałach, patrzyliśmy w okno. Ale najczęściej od razu zagadywaliśmy i rozmawialiśmy. Niczym ludzie na wsi, gdy spotykają kogoś w zasięgu wzroku. Częstowaliśmy się jedzeniem, słodyczami. I na pewno rozmawialiśmy. To były krótkie historie, dowcipy, relacje ze świata a czasem nawet opowieści życia. Niczym spowiedź w konfesjonale. Można opowiedzieć obcemu, bo już nigdy się nie spotkamy. 

Teraz w pociągu, nawet w wagonach z przedziałami, gdzie siedzenia ustawione są do siebie, by ludzie mogli patrzeć na siebie i nawiązywać relacje, siedzimy z nosami w telefonach. Zmieniamy organizację przestrzeni - siedzenia są w większości rzędami i nie nawiązujemy kontaktu wzrokowego z innymi pasażerami. Razem a jednak osobno, wyizolowani. Ale nawet jak wsiądziemy do starych przedziałów, takich z innego już świata, to szybko odgradzamy się czytaną książką lub tabletem czy smartfonem. 

Kiedyś docierały do nas głównie bodźce z bezpośredniego otoczenia - wzrok, to co widać w przedziale - inni ludzie, twarze, ubranie, bagaże, to co za oknem pociągu przewija się, pogoda, krajobrazy, życie społeczne. I słuch. Czyli rozmowy - wiedza o świecie, opowieści życia, krótkie dykteryjki i dowcipy, czasem dłuższe wynurzenia z opowieścią życia. Pewnie wiele razy powtarzaną. Ale za każdym razem innej publiczności.

Teraz docierają do nas bodźce z dalekiego świata a nie bliskiego otoczenia. Smartfonami i internatem odbieramy filmy (słuchane przez słuchawki, a więc w samotności), muzykę przez słuchawki i niezrozumiałe dla reszty podrygiwania bo wyrwane z muzycznego kontekstu. Kiedyś byśmy może pośpiewali razem. Wspólny śpiew jednak to poczucie wspólnoty a o taką trudno w pociągowym przedziale. I okazjonalnym, sporadycznym spotkaniu. Chyba że byliśmy w podróży razem z grupą znanych sobie ludzi, jadących na wakacje, wycieczkę itp. Wspólne śpiewanie łączy, tak jak śpiew z gitarą przy ognisku. Budowanie wspólnoty. 

Dawniej i dziś do naszego mózgu docierają liczbę bodźce. Ale teraz inaczej. Teraz utrzymujemy relacje na znacznie większą odległość. Jedziemy w pociągu a jesteśmy razem ze znajomymi, połączeniu mediami społecznymi. 

Podróże kształcą. W pociągu zobaczyłem wyraźniej te zmiany w międzyludzkich kontaktach. Na pewno jest inaczej niż było. Nie wiem czy lepiej czy gorzej. Jest inaczej. Tęsknię za dawnym światem. Nie wiem czy kiedykolwiek wróci. Może tylko nielicznymi chwilami w nietypowych sytuacjach? Może będziemy się wybierali w wycieczkowe podróże pociągami retro. Nie tylko retro bo to parowóz. Ale retro i z powodu kontaktów społecznych i docierających bodźców z bliskiego otoczenia.

Świat zmienia się zbyt szybko. Sami go zmieniamy. Możliwe, że nie całkiem świadomie. Unosimy się w społecznych i ewolucyjnych procesach, niczym liście unoszone prądem rzeki. Co będzie za następnym zakrętem?

Myślę, że z uniwersytetem jest jak z pociągiem - zmieniają się relacje. Natomiast [rzez odpowiednie aranżowanie przestrzeni w budynkach uniwersyteckich (i poza nimi) możemy tworzyć lepsze lub gorsze warunki do społecznego bycia i budowania wspólnoty. Uniwersytet to nie tylko zmagazynowane książki w bibliotece i wyposażone laboratoria. To także relacje międzyludzkie. A fizyczna przestrzeń może je stymulować lub utrudniać.

4.04.2024

Outsourcing myślenia - czy to coś nowego dla Homo sapiens?

Outsourcingowanie treści - prezentacja wyników badań nad różnorodnością biologiczną w uprawach wierzby, uprawianej dla celów energetycznych. Na dachówce i na planszach posterowych są zdjęcia, trochę treści oraz qr kody, które odsyłają do treści zewnętrznej (artykułów opisujących dokładniej poszczególne aspekty bioróżnorodności).


Dr Piotr Wasyluk niedawno napisał na Facebooku o bardzo intrygującym zjawisku: "Jakiś czas temu pisałem o zjawisku OUTSOURCINGU MYŚLENIA, który pojawia się jako efekt uboczny korzystania ze sztucznej inteligencji. Kolejne eksperymenty zdają się potwierdzać jego istnienie." [wytłuszczenie S.Cz.] Rzeczywiście, generatywna sztuczna inteligencja wyręcza nas w myśleniu, zdajemy się na uzyskane rezultaty i mniej krytycznie, bez dokładniejszego sprawdzania, wykorzystujemy. Jeszcze jeden aspekt mózgu i pamięci zewnętrznej. Wystarczy jednak głębiej się zastanowić, by dojść do wniosku, że to nie jest nowe zjawisko lecz element dłuższego procesu. Mam na myśli silniejszą integrację Homo sapiens z wytworami techniki. Zaczęło się to dużo wcześniej. Tyle tylko, że najpierw technika wyręczała nasze mięśnie. Rodzi się coś zupełnie nowego w biosferze, to coś można nazwać holotechnobiontem. Taki organizm/ekosystem z elementami niebiologicznymi, technicznymi. Tak, jak nasze organella np. mitochondrium w komórce, tak różne niebiologiczne elementy pomagają nam funkcjonować w nowej całości systemowej. I co ważne tworzą nowy system.

Słuszna jest uwaga o tym outsourcingowaniu myślenia. Ale przecie i teraz tak robimy, cedujemy własne myślenie na wodzów, zwierzchników, nauczyciela, rodzica, kogoś innego. I robiliśmy tak od niepamiętnych czasów. Być może to immamentna cecha gatunku społecznego? Może to dawna i archaiczna cecha gatunku społecznego - cedowanie róznych działań na innych, specjalizacja w grupie, nie tylko w odniesieniu do pracy fizyczne ale i odniesieniu do myślenia?

Przykład bezmyślnego outsourcingu jaki czasem możemy spotkać w mailach. Wpisujemy informacje do stopki maila, by było szybciej i wygodniej. Nie trzeba pisać za każdym razem. Ale potem bezrefleksyjnie wysyłamy do każdego odbiorcy, bo dzieje sie tak z automatu. Niedawno dostałem maila z prośbą o upowszechnienie informacji (np. w mediach społecznościowych) a w mailu znajduje się taka klauzula "Ta wiadomość i wszystkie pliki przesłane wraz z nią, są poufne i przeznaczone wyłącznie do użytku osób i jednostek, do których wiadomość została zaadresowana. ". To udostępniać czy jednak nie, bo przecież poufne?  Niby proszą o rozpowszechnienie czyli do użytku adresata, ale jednak taka groźna formuła, rozsyłana automatycznie podnosi ciśnienie i każe się zastanowić... Omyłkowo wysłali czy nie omyłkowo? I jak to sprawdzić? Cedowanie działań na urządzenia poza własnym mózgiem. Gdyby był to list ręcznie przepisywany tak, jak w dawnych czasach, to najpewniej nie byłoby takiego dopisku. Bo przed ręcznymi przepisaniem jednak byłaby refleksja czy treść jest adekwatna. Tym bardziej, że przepisanie kosztuje czas i wysiłek. A jak wykonuje za nas urządzenie, to nie myślimy. Nie nasza praca, nie nasz wysiłek. Przykład outsourcingu myślenia i to bez sztucznej inteligencji.
 
Oczywiście takie informacje w stopce ułatwiają codzienna prace, bo są wstawiane automatycznie. Ale czy powinny się znaleźć w każdym mailu? Czy nie powinny czasem być ręcznie wykasowane? Tak jak w mailu, który otrzymałem? Automatyzacja na pewno podnosi efektywność pracy, ale chyba także zmniejsza krytycyzm. I to bez stosowania AI - to w nawiązaniu do dyskusji zainicjowanej przez dr. Piotra Wasyluka. Sztuczna inteligencja jest elementem w ciągu długiego procesu specjalizacji i zdawania się na innych ludzi lub urządzenia i algorytmy. Zaczął się znacznie wcześniej, wraz z wynalezieniem pierwszych narzędzi i rozwojem techniki oraz automatyzacji naszych działań. Podnosiły efektywność, lecz skutkowały specjalizacją i outsourcingiem, najpierw wysiłku fizycznego a teraz także tego umysłowego. Już nie tylko inni za nas myślą lecz i maszyny.

Jak daleko ten proces zajdzie? Wraz z integracją nowego systemu każdy element traci na swej niezależności, traci niektóre funkcje i staje się bardziej zależy od nowej całości i od innych elementów tego systemu. Śmiało można pisać o holotechnobioncie jako nowej jakości. Bez maszyn nie bylibyśmy w stanie funkcjonować. A teraz bez pamięci zewnętrznej, Najpierw były to słowa zapisane w zeszycie, wydrukowane w książce a teraz w smartfonach, komputerach, i serwerach. Dostęp mamy do tych danych przez urządzenia. jak się zepsują to "propał Wańka". Czy głupiejemy? Możliwe, ale przecież nie jestesmy w stanie zapamiętywać więcej. Dzięki pamięci zewnętrznej i outsourcingowaniu zapamiętywania i myślenia możemy wykorzystywać znacznie więcej informacji niż zmieściłoby się w naszej głowie. I głowach naszych przodków.

A co to jest holobiont jako prekursor holotechnobiontu? 

Holobiont (gr. hólos όλος wszystko, całość + bíos βίος życie) – określenie na organizm eukariotyczny, składający się lub współistniejący wraz z wieloma innymi organizmami prokariotycznymi, żyjącymi w symbiozie. Określenie zostało zaproponowane przez Lynn Margulis w 1991 roku (za Wikipedią)

Holobiont to zbiór (system) złożony z żywiciela i wielu innych gatunków, żyjących w nim lub wokół niego, które razem tworzą odrębną jednostkę ekologiczną, chociaż istnieją kontrowersje co do tej dyskretności. Składniki holobiontu to pojedyncze gatunki lub bionty, natomiast połączony genom wszystkich biontów to hologenom. Pojęcie holobiontu zostało początkowo zdefiniowane przez dr Lynn Margulis w jej książce Symbiosis as a Source of Evolutionary Innovation z 1991 r., chociaż od czasu pierwotnej definicji pojęcie to ewoluowało później. Holobionty obejmują gospodarza, wirom (wirusy), mikrobiom (mikroorganizmy) i inne organizmy, z których wszyscy w jakiś sposób przyczyniają się do funkcjonowania całości. Do dobrze zbadanych holobiontów zaliczają się koralowce budujące rafy i ludzie. (źródło: https://encyclopedia.pub/entry/29286)

Termin holobiont został wprowadzony przez Margulis w 1991 r. dla określenia gospodarza wraz z jego obowiązkowymi mikroorganizmami symbiotycznymi. Następnie znaczenie to zostało rozszerzone, aby objąć gospodarza wraz ze wszystkimi jego mikroorganizmami symbiotycznymi (Zilber-Rosenberg i Rosenberg, 2008). W ostatnich latach użycie słowa holobiont w pracach naukowych stało się coraz bardziej popularne. Wywołało to pytania o znaczenie tego terminu. Najważniejszym pytaniem wydaje się być: czy holobionty są autentycznymi organizmami czy nie? Okazuje się, że ze względu na mnogość pojęć organizmów, odpowiedź na to pytanie zależy ostatecznie od używanego pojęcia organizmu. (źródło: https://www.uni.lodz.pl/wydarzenia/szczegoly/can-holobiont-be-considered-an-organism-biologist-and-philosopher-perspectives-3 )

W powyższym rozumieniu za holotechnobionta można uznać człowieka wraz z mikroorganizmami (holobiont), poszerzony o elementy techniczne, a służące funkcjonowaniu człowieka, w tym protezy, implanty i pamięć zewnętrzna w postaci notatek, książek, smartfonu, sztucznej inteligencji.

3.04.2024

Instytucje i organizacja mają znaczenie

Półwysep Koreański, rok 2012, satelitarne zdjęcie nocnego oświetlenia, źródło NASA, udostępnione w Wikimedia Commons
 

Organizacja ma znaczenie. Przykład z nocnym niebem nad dwoma Koreami: ta sama przeszłość, historia, kultura, ten sam potencjalny dostęp do świata. Różnicą jest niedawny podział na dwa odrębne państwa i dwa różne ustroje czyli różnicą jest organizacja społeczna. Analogicznie dla uniwersytetu ważne są nie tylko inwestycje ale również kultura organizacyjna i zgromadzony kapitał ludzki. To właśnie one mogą wyjaśniać dlaczego w tych samych polskich warunkach jedne uczelnie rozwijają się lepiej inne gorzej, dlaczego jedne lepiej sprostują wyzwaniom współczesności a inne gorzej. Różnice są nie tylko w ich historycznie ukształtowanym kapitale ludzkim ale i większa lub mniejsza kolegialność lub odwrotnie, większa lub mniejsza doza korporacyjnego autorytaryzmu. Małe różnice w organizacji generują w dłuższym okresie duże różnice w stopniu rozwoju i poziomie życia.

Wybrać więc model menadżerski, kierowniczy, niemalże wodzowski czy kolegialny z rozproszonymi ośrodkami decyzyjnymi? Model wodzowski, jak w wojsku, szybko generuje decyzje. Poleceń i rozkazów nikt nie kwestionuje tylko wykonuje. Wokół wodza, menadżera tworzy się swoisty "dwór". Z czysto ludzkich względów i mechanizmów psychologicznych, dwór potakuje. Utwierdza w wielkości i nieomylności wodza. Póki wszystko działa, to każdemu jest dobrze. Na dole wystarczy być posłusznym. Za nic się nie odpowiada, nie trzeba myśleć, podejmować decyzji, nie trzeba współdecydować. Wystarczy wiernie wykonywać polecenia. Literacko odwołując się do Potopu i wypowiedzi Kmicica można napisać "przy jego i waszej książęcej mości fortunie może i moja wyrosnąć, dlatego gdzie wy idziecie, tam i ja pójdę... Na wszystkom gotów!". Dobrze działa lecz nie jest to organizacja kreatywna, zdolna generować nowe pomysły i niecodzienne, ryzykowne rozwiązania. Nie jest to więc organizacja adaptacyjna. 

Organizacja demokratyczna i zarządzanie kolegialne charakteryzują się rozdyskutowaniem. Decyzje zapadają później, bo wymagają przedyskutowania, rozważenia, przekonywania. Trudno sobie wyobrazić, że tak zapadałyby decyzje na froncie, w wojsku. Ale przecież życie to nie wojna. A przynajmniej nie zawsze. Model partycypacyjny działa może wolniej lecz za to jest kreatywny i łatwiej znajduje nowe rozwiązania. Jest to szczególnie istotne w zmieniających się warunkach, gdy stare wzorce postępowania stają się nieefektywne i nieadekwatne. Trwanie przy dawnych zwyczajach, przy tradycji pogarsza tylko sytuację.

Kiedy środowisko zewnętrzne jest niezmienne to model wodzowski (menadżerski) dość dobrze się spisuje. Ale kiedy pojawiają się kłopoty to dwór szybko opuszcza swego woda. A jednocześnie brak jest nawyku brania odpowiedzialności i kreatywnego poszukiwania rozwiązania. Dwór czeka na kolejnego wodza, który uratuje sytuację i wyda rozkazy. Model partycypacyjny o rozproszonej decyzyjności łatwiej znajduje rozwiązanie. Bo jego członkowie wdrożeni są do przejmowania inicjatywny i ponoszenia odpowiedzialności. Dyskusja jest bardziej horyzontalna i bardziej angażuje, włącza więcej osób, w porównaniu do dyskusji wertykalnej, ułożonej wzdłuż hierarchii podporządkowania. Ponadto w dyskusji partycypacyjnej szybciej pojawiają się nowe pomysły i są one przenalizowane na różne sposoby jeszcze przed wdrożeniem. Łatwiej jest przemyśleć i odrzucić gorsze pomysły i gorsze prototypy. Bo nie ma klakierów. A przynajmniej nie jest ich wielu. Jest komu powiedzieć, że nowe szaty króla to ściema i oszustwo. I to zanim wyjdzie goły paradować po ulicy...

Uniwersytety są organizacjami. Konkurują ze sobą i dostosowują się do zmiennych warunków zewnętrznego środowiska. Kolegialność i partycypacja działa co prawda pozornie wolniej, lecz jej członkowie są bardziej zmotywowani. Uwidacznia się to w czasie trudności i niepowodzeń.

Jeśli pojawia się pytanie "Dlaczego gdzie indzie działa a u nas nie?", to można zastanawiać się nad kulturą organizacyjną i sposobem działania. Tak jak na załączonym zdjęciu: dlaczego w jednej Korei jest nocą ciemno a w drugiej widać dużo świateł? Przecież nie tak dawno startowały te dwa państwa z tego samego poziomu i z takich samych kulturowych korzeni. Dlaczego jedno państwo się dynamicznie rozwija a drugie tkwi w marazmie, głodzie i zacofaniu? Oczywiście, przykład z Koreami jest skrajny. 

Problem z kulturą organizacji spotykamy w różnej skali na wszystkich poziomach, w zakładach pracy, organizacjach publicznych czy pozarządowych, szkołach, samorządach dowolnego szczebla, państwie itd. Na wiele nie mamy wpływu lecz na część mamy nawet spory wpływ. Czy mamy odwagę i rozum z tego korzystać by ta nasza organizacja, struktura działała dobrze?

2.04.2024

O wodzie, suszy i dowcipie primaaprilisowym

Kielce. Kurtyna wodna na placu ogołoconym z zieleni, schładzanie wodą w czasie upałów.
 

Rzadko się zdarza, że Lany Poniedziałek przypada akurat pierwszego kwietnia. Czyli w Prima Aprilis. A więc dowcip musi być wiązany z wodą. Tym razem zwrócił sie do mnie dziennikarz z TVP3 Olsztyn z propozycją udziału w primaaprilisowym psikusie. Intryga była taka, że hiszpańscy aktywiści ekologiczni domagają się zakazu polewania się wodą w Lany Poniedziałek, zakaz miałby wejść od przyszłego roku.  Dowcip trochę ryzykowny, bo sporo jest złego pijaru w odniesieniu do działaczy społecznych, dbających o naszą przyszłość. I będzie tp woda na młyn różnych kontestatorów, jacy to ekolodzy są głupi i jakie nieżyciowe wymyślają działania. Ekolodzy notorycznie doświadczają różnego rodzaju hejtu denialistów klimatycznych i wielu innych grup. Zatem dowcip dobry ale ryzykowny.

Pomyślałem jednak, że można wykorzystać każdą okazję by zwrócić uwagę opinii publicznej na ważne kwestie środowiskowe. W Hiszpanii byłem kilkanaście lat temu, z wizytą studyjną. Już wtedy były widoczne skutki braków wody, rzeki z niskim poziomem wody, zaostrzone przepisy. Na przykład niezależnie od zamożności nie można było wymieniać wody w przydomowym basenie. Można wodę oczyszczać ale nie wymieniać. Podobnie z podlewaniem ogródka, trawnika czy pól. Nie wolno do tego celu używać wody wodociągowej. Chyba, że ktoś oczyści ścieki, to wtedy taka woda z "recyklingu" jak najbardziej. Inny przykład to to, że na myjni samochodowej woda jest używana w obiegu zamkniętym. Przedsmak przyszłość, gdzie to nie pieniądz  rządzi. Potem usłyszałem o dużych protestach społecznych. Dawno temu wybudowano kanał, doprowadzający wodę z dużej rzeki z jednego regionu Hiszpanii do terenów rolniczy w innym regionie. I ludzie protestowali, bo nie chcieli się dzielić wodą -  "jeśli im oddamy to nam zabraknie". Woda w Hiszpanii już od dawna jest zasobem deficytowym. A postępujące ocieplenie klimatu nasila tylko problem. I wymusza określone działania. Wybór więc hiszpańskich aktywistów, jako bohaterów dowcipu, jest jak najbardziej trafny (ostatecznie w materiale pojawiła się konferencja naukowa, a wie nieco bardziej przesunięty akcent na naukowców niż aktywistów).

Nas Polaków też już coraz bardziej dotykają problemy braku wody. Od kilku lat obserwujemy wiosenne susze i burze pyłowe. Ten rok był dla nas łaskawy, więcej niż zwykle opadów w zimie i zalegający śnieg zapewniły wodę na wiosnę. Oby była to tendencja stała a nie tylko jednorazowa. W coraz większej liczbie gmin w Polsce co roku ogłasza się przejściowe ograniczenia w korzystaniu z wody wodociągowej. Po prostu wody dla celów komunalnych zaczyna brakować. I my też jesteśmy zmuszeni do zmiany sposoby użytkowania i wprowadzania przepisów racjonalizujących zużycie. Nie wszystko sam rynek i pieniądz wyreguluje.

Przyzwyczailiśmy się do podlewania trawników wodą wodociągową, przez co zużywamy głębinowe zasoby wody. One się bardzo wolno odnawiają. To ewidentne marnotrawstwo. W wielu miastach latem ustawia się kurtyny wodne, by schładzać powietrze. Upały są nieznośne. Ale wykorzystuje się wodę pitną z wodociągów. To ogromna niegospodarność. Przykład z Kielc (zdjęcie na górze i na dole tekstu). Dawniej zielony i zadrzewiony plac zamieniono w kamienną i bezdrzewną pustynię. Taka moda w całej Polsce. Nic dziwnego, że potem ustawia się kurtyny wodne. Czy można inaczej schładzać miasta? Można. Przez liczne nasadzenia drzew i zieleni niskiej. W taki sposób całe miasta można schłodzić nawet o kilka stopniu. Tak zrobiono w niektórych miastach, np. w Ameryce Południowej, z dobrym skutkiem. Drzewa do transpiracji zużywają wodę ale nie tę głębinową, lecz tę znajdującą się w glebie. A więc o szybkim obiegu i łatwym odnowieniu.

W miastach woda deszczowa w około 50% od razu trafia do kanalizacji i potem do rzek. Trzeba zmienić sposób gospodarowania na terenach zurbanizowanych i zatrzymać jak najwięcej wody, by wsiąkała i zasilała glebowe zasoby tego cennego elementu biosfery.

Żart żartem ale mamy problem z wodą w Polsce i musimy zmienić sposób gospodarowania wodą i zarządzaniem przestrzenią w mieście - więcej drzew, więcej łąk kwietnych, więcej małej retencji. Oblewanie się wodą w Lany Poniedziałek nie przyczyni się do zużycia zasobów wody. Nikt nie będzie domagał się zmiany tych dawnych zwyczajów. Jeśli już, to z zupełnie innego powodu (nie każdy lubi być oblewany wodą na ulicy i może traktować to jako przejaw agresji). Ekolodzy (naukowcy) jak i aktywiści prośrodowiskowi nie zagrażają zwyczajom ludowym.

Kielce, przed i po betonizacji placu, kamienna pustynia prawie całkowicie pozbawiona drzew, która się szybko nagrzewa, ilustracja z internetu, znaleziona na Facebooku.

Pierwszokwietniowy materiał ukazał się w regionalny wiadomościach TVP3, Informacje 1.04. 18.30.

Sprostowanie w kolejnym wydaniu Informacji 2.04,2024