13.08.2024

Susze i powodzie w jednym pakiecie klimatycznym

Pojezierze Gostynińskie, dno jeziora.

Wiele osób wypiera coraz bardziej dostrzegalne skutki globalnego ocieplenia. To nie tylko wysokie temperatury w coraz liczniejszych regionach świata, nie tylko pożary lasów lecz i coraz dotkliwsze susze w naszym kraju. Coraz częściej słyszymy o suszach i powodziach. Jak to możliwe by jednocześnie było za mało i za dużo wody? I to wszystko jako efekt globalnego ocieplenia klimatu?

Wyobraź sobie garnek z wodą, stojący na gazie lub kuchence elektrycznej. Zaczyna bulgotać, bo woda już wrze. Co się stanie, gdy podkręcisz gaz lub kuchenkę indukcyjną? Do garnka z wodą dotrze więcej energii. Dalej będzie woda w środku bulgotała, tylko intensywniej. Może nawet wykipieć i będzie trzeba sprzątać po tej kuchennej katastrofie. Czyli będzie tak samo bulgotało, tylko że intensywniej. Podobnie jest z klimatem Ziemi. Gazy cieplarniane w atmosferze są jak pokrywka na garnku - zatrzymują ciepło i podnoszą temperaturę w skali całego globu. Jest więcej energii w atmosferze i w oceanach. Zjawiska pogodowe są takiej jak dawniej, tyle że zachodzą bardziej intensywnie a te ekstremalne zdarzają się coraz częściej. 

Na skutek zwiększenia się ilości m.in. dwutlenku węgla w ziemskiej atmosferze, więcej energii jest zatrzymywana i nie wypromieniowuje w kosmos. Zupełnie tak jakbyśmy przykryli się cieplejszą kołdrą. A przecież to nie kołdra nas grzeje tylko nasze ciało. Jest nam cieplej, bo kołdra zatrzymuje więcej ciepła niż cienki koc. Ciepła wytwarzanego przez nasz organizm. Podobnie z gazami cieplarnianymi w naszej atmosferze - one tylko zatrzymują ciepło, które normalnie wypromieniowane było w kosmos.

Tak czy siak w atmosferze jest więcej energii. I cóż się dzieje? W zasadzie to samo tylko bardziej. Jest więcej burz i intensywnych opadów, więcej tajfunów i tornad. A w naszym regionie jest więcej dni ciepłych w ciągu całego roku. Cieplejsza zima to także mniej dni z pokrywą śnieżną. To, co spadnie w miesiącach zimowych, zdąży stopnieć i odpłynąć do Bałtyku zanim nadejdzie wiosna. I tej wody brakuje potem rolnictwu. Stąd susze. Najpierw susza atmosferyczna, potem hydrologiczna i rolnicza a potem hydrogeologiczna. 

Skoro jest cieplej, to wydłuża się sezon wegetacyjny. Rośliny mogą rosnąć dłużej. Możemy mieć więc większe plony? Ale oprócz światła słonecznego i cieplejszych dni do wzrostu roślin potrzebna jest także woda. Bez niej nie będzie większych plonów. Jeśli spada w ciągu roku tyle samo wody, ale jest więcej dni ciepłych, więcej dni dogodnych do fotosyntezy, to więcej wody potrzeba na transpirację. Ale tego więcej nie ma z chmur. Drogi słuchaczu, jeśli jeden litr wody wystarczy Ci do zaspokojenia pragnienia w ciągu jednego dnia, to czy ten sam litr wystarczy na tydzień? Ta sama ilość wody ale na więcej dni? Nie. Analogicznie jest z wodą w przyrodzie i na potrzeby rolnictwa. Tyle samo nie wystarczy na więcej (dłużej).

Dlatego mamy susze. Tym bardziej, że brakuje nam zimowej retencji wody w postaci śniegu. Zatem skąd ją brać dla rolnictwa? Więcej z nieba nam nie spadnie. A zasoby wód głębinowych, zgromadzonych w poprzednich okresach geologicznych, także wykorzystujemy ponad miarę i one się kurczą.

Wspomniałem o intensywniejszych zjawiskach pogodowych. Jeśli deszcz jest niewielki, ale trwa długo, to woda w dużym stopniu zdąży wsiąknąć i odnowić podziemne zasoby wody. Ale jeśli jest to krótka lecz intensywna ulewa, to mimo że spadnie taka sama ilość wody, to niewiele wsiąknie - bo nie zdąży, zwłaszcza na wysuszonej glebie. A jednocześnie szybko pojawiają się podtopienia i powodzie. Woda szybko odpłynie rzekami do Bałtyku, niewiele jej zostanie w glebie i niewiele zdąży zasilić wody podziemne. Będzie chwilowa powódź a potem susza. Dwa w jednym.

Wraz z ocieplaniem klimatu będziemy coraz bardziej doświadczać susz i powodzi jednocześnie. Tylko pozornie jest to paradoks. Cóż robić by minimalizować straty? Musimy zatrzymać jak najwięcej wody w postaci małej retencji. Ta mała retencja zsumowana wcale nie jest taka mała. Skoro znika śnieg i nie zostaje do wiosny w postaci zimowej retencji, to musimy szukać innych sposobów. Po pierwsze musimy zmniejszyć odpływ wody rzekami. Zatrzymać jej jak najwięcej na terenach torfowiskowych i bagiennych. By jak najdłużej pozostawała w krajobrazie i pozwalała na odnawianie zasobów podziemnych. Zatem nie należy już prowadzić melioracji odwadniających, jakie prowadziliśmy przez kilka wieków, a raczej zatrzymywać wodę. Musimy zmienić nawyki indywidulane i instytucjonalne. Na przykład nie prostować rzek przez ich melioracje. Poza efektem zwiększonej retencji to także zwiększenie ich zdolności do samooczyszczania wód. Przykładem jest Wisła, tak samo zasolona i zanieczyszczona jak Odra ale jest mniej uregulowana. W bardziej naturalnym korycie pełniej zachodzą procesy samooczyszczania i regulacji. 

Im więcej jest terenów z roślinnością, także w miastach, tym wolniejszy jest spływ powierzchniowy (powierzchnia terenu jest bardziej chropowata) a zatem wolniej woda spływa i wolniej tworzy się fala powodziowa i więcej jej wsiąka w glebę. Więcej próchnicy w glebie, to więcej zatrzymanej wody. Bo próchnica działa jak gąbka. Zwiększanie zawartości próchnicy w glebach ornych i na trawnikach miejskich to sposób na zatrzymywanie wody i zwiększenie jest przesiąkania głębiej. 

W tak zwanej małej retencji bezpłatnie pomagają nam bobry. Przykładem może być dawne jezioro Płociduga Duża w Olsztynie. Wykorzystajmy te przyrodnicze procesy dla naszych celów. Ochrona przyrody to inwestycja a nie filantropia. Wymaga szerokiej i głębokiej wiedzy. 

Jeśli nie rozumiemy procesów przyrodniczych, to nie jesteśmy w stanie wdrożyć sensownych działań. Wiedza jest dla nas ważna, także do przetrwania i radzenia sobie ze zmianami klimatu, z suszami i powodziami.

Tekstowa, zmieniona i poszerzona wersja radiowego felietonu w Radiu Olsztyn. Tłumaczymy świat. 

Wszystkie nagrania dostępne są na stronie Radia Olsztyn: https://radioolsztyn.pl/tlumaczymy-swiat-felietony-w-radiu-olsztyn-2/01769627


11.08.2024

Od studenckiego radia Emitor do wykładów podcastowych

W Radium UWM FM
 

Sytuacja zawodowa i społeczno-edukacyjna postawiła mnie w konieczności przygotowywania podcastów. Teraz tworzę je we współpracy z radiem, nie tak dawno z Radiem UWM FM a teraz z Radiem Olsztyn. Zdawałoby się, że to działalność dodatkowa, zbędna a przynajmniej niekonieczna. Jestem jednak innego zdania. Obserwując procesy, które zachodzą w szeroko rozumianej edukacji, widzę konieczność przygotowywania wykładów w formie krótkich podcastów. To oczywiście temat na inną, obszerniejszą opowieść. Teraz jest ważne to, jak się tego nauczyć. Wykład w formie podcastu jest czymś zupełnie innym w formie, w porównaniu do tradycyjnego wykładu z wykorzystaniem prezentacji multimedialnej, trwającym zazwyczaj 90 minut. Podcasty muszą być krótsze i stanowić samodzielną całość. Czy potrafię tę samą treść merytoryczną przygotować w krótszych odcinkach i to tylko mówionych? Jak sobie poradzę technicznie?

Ważne jest środowisko, w którym się uczymy, w którym możemy się rozwijać. Szkoła czy uniwersytet to nie tylko obowiązkowe lekcje czy zajęcia. W czasie moich studiów miejscem do osobistego i zawodowego rozwoju były na przykład kluby studenckie (Klub Docent), turystyczne (Bajo-Bongo), praca w studenckim Radiu Emitor czy kole naukowych. Inni korzystali z aktywności w klubach płetwonurkowych, tanecznych, teatralnych itp. Wszystko to, co można spotkać na uniwersytecie i co nie jest ujęte w programie studiów. A jednak jest bardzo ważne w samorozwoju i w zdobywaniu kompetencji zawodowych. Bez ocen, a z działaniem na prawdę. Oceną czy samooceną był dla mnie efekt tych działań. 

W zakresie podcastów ważne było dla mnie doświadczenie z Radia Emitor (studenckie radio na WSP w Olsztynie). Niby tylko zabawa, ale było to powolne poznawanie pracy w mediach, uczenie się przygotowywania audycji, prowadzenie, reporterskie zbieranie materiałów. Uczenie się mówienia do mikrofonu. Popełniałem mnóstwo błędów, więcej było przygody i entuzjazmu niż umiejętności. Niemniej czegoś się nauczyłem. Czegoś, co przydało się po latach. Okazuje się, że w studiowaniu i zdobywaniu wiedzy zawodowej ważne jest nie tylko to, co w programie studiów i na obowiązkowych zajęciach. 

Pamiętam swój pierwszy studencki wyjazd do Poznania, jako przedstawiciela studenckiego radia. I ciężki magnetofon reporterski na taśmy szpulowe. Dziś to już zabytek. Bawiliśmy się poznawaniem techniki i samym faktem tworzenia. Poczucie dziennikarskiego sprawstwa. Uczyliśmy się od samych siebie, od starszych kolegów (teraz nazwałby to społecznością ucząca się). Było to poznawanie ludzi w czasie różnorodnych koncertów, były próby i porażki, konflikty, sukcesy. Samo życie. Po co była mi ta radiowa praktyka? Przecież przygotowywałem się do pracy w szkole jako nauczyciel a nie dziennikarz. A nawet inaczej, po co doświadczenie radiowe naukowcowi? Przecież publikacji od tego biologowi nie przybywa. Bez wątpienia przydało się do popularyzacji nauki, a to już element pracy zawodowej. Znając nieco lepiej działanie radia od podszewki, łatwiej mi było udzielać wywiadów radiowych a nawet telewizyjnych. Trochę lepiej rozumiałem media. I miałem już trochę obycia przed mikrofonem. Mimo że nie było tego w programie studiów, to ta wiedza i te kompetencje okazały się bardzo przydatne zawodowo. 

Kolejne wywiady, już w pracy na uczelni jako wykładowca, były dla mnie dalszą nauką. Nie zaczynałem jednak od zera. Uczyłem się przez lata. Nabierałem jako takiej wprawy i umiejętności krótkiego formułowania najważniejszych myśli. Zwięzłość w czasie dominacji mediów społecznościowych jest bardzo w cenie.

Zupełnie niedawno zaproszony zostałem do Radia UWM FM by przygotowywać krótkie podcasty do  "Postoju z Nauką". Kolejny etap edukacji i próby nagrywania materiałów także u siebie w domu, na amatorskim sprzęcie. Bo nie zawsze mogłem być w radiowym studiu. Ucząc się dostrzegałem coraz więcej swoich niedoskonałości. I wiedziałem lepiej, czego jeszcze muszę się nauczyć. 

Przy okazji zrozumiałem coś ważnego dla samego uniwersytetu. Że ważna jest nauka przez działanie, współpraca, tworzenie warunków do rozwoju a nie tylko programy i zajęcia z ocenami. Nie tylko program lecz i szeroko rozumiane środowisko edukacyjne. Dlatego obecność na uniwersytecie ciałem i duchem jest lepszą okazją do uczenia się od nawet najlepszych zajęć tylko online. Bo przecież chodzi nie tylko o zaplanowana treść lecz i o niezaplanowane możliwości rozwoju. A do tego potrzebne jest konkretne środowisko oraz ludzie w kontakcie.

W wakacje zacząłem współpracę z Radiem Olsztyn. Nagrywam w profesjonalnym studio i wśród wyrozumiałych i życzliwych ludzi krótkie felietony radiowe w ramach audycji "Tłumaczymy świat". Dla mnie to dodatkowa okazja by uczyć się podcastów i podglądać technikę. Na przykład czy felieton radiowy napisać i odczytać czy też przygotować konspekt i mówić z głowy? I ile potem trzeba poświęcić czasu na edytorskie poprawki, wycinanie zbędnych fragmentów itp. Czy dam radę w warunkach domowych by przygotować wykłady w formie podcastów? Czy będę wiedział kogo i o jaką pomoc prosić? I jak potem udostępnić studentom takie repozytorium? Wiele pytań na które szukam praktycznej odpowiedzi. 

Czego można się nauczyć w działalności klubów studenckich i radia studenckiego? Popełniania błędów! Najróżniejszych. Ale jest to nauka bez ocen i kolokwiów. Tylko weryfikacja z rzeczywistością. A to bywa boleśniejsze niż niska ocena w indeksie. Fakt, teraz nie ma już indeksów, teraz oceny są w USOSie.

Człowiek współcześnie uczy się całe życie. Nawet wtedy, gdy "pozjadało się wszystkie rozumy". Ja uczę się teraz przez działanie we współpracy z Radiem Olsztyn. Co na końcu tej drogi? Wykłady w formie podcastów, podzielone na niewielkie części. Takie mikrouczenie się, mikrolearning. I w powiązaniu z innymi zasobami. Bo wykładowe podcasty nie przekażą obrazów, schematów, instrukcji do ćwiczeń. Będą tylko elementem zaplanowanego cyklu kształcenia. Owszem, kiedyś tego nie było na uczelniach. Ale czasy i wyzwania się zmieniły. Ślepcem jest ten, kto tego nie zauważa. Od wykładowcy akademickiego oczekuje się obecnie coraz to nowych umiejętności i kompetencji. Więc uczę się. Tak jak kiedyś w czasie studiów. Nie tylko na zajęciach, ujętych w programie, ale także na tych nieobowiązkowych. Wykorzystuję otaczający mnie krajobraz edukacyjny. 

Co daje praktyka radiowa przed mikrofonem? Uczy udzielania krótkich i zwartych odpowiedzi ustnych, niczym na egzaminie czy uczniowskiej odpowiedzi przy tablicy. Tyle, że jest to chwila sprawdzenia w realnych i pozaszkolnych warunkach. Uczy mobilizacji i szybkiego przygotowania się do wypowiedzi. I radzenia sobie ze stresem. 

To podcastu, tak jak do każdego wywiadu, trzeba się przygotować, doczytać, poćwiczyć, zobaczyć swoje błędy i uczyć się by następnym razem było lepiej. Do tego dochodzi adrenalina. Naturalne środowisko uczenia się.

Chcesz posłuchać jak się uczę w czasie wakacji? Zajrzyj na stronę audycji Radia Olsztyn: https://radioolsztyn.pl/tlumaczymy-swiat-felietony-w-radiu-olsztyn-2/01769627

9.08.2024

Reużytkowania z Opola jako przykład give boxu

 

W ostatnich latach rozwija się ekonomia dzielenia się jako reakcja na nadmierną konsumpcję towarów jednorazowego użytku. Ekonomia dzielenia się, ekonomia współdzielenia, ekonomia współpracy (sharing economy) jest innym podejściem do życia i gospodarki. Jest w opozycji do filozofii gospodarki nieustannego rozwoju i zwiększania produkcji. A jak już wszyscy będą mieli buty, serwisy porcelanowe, pralki i telewizory to co dalej? Kto będzie kupował? Stąd rodzi się pomysł z towarami jednorazowymi (np. opakowania, nawet urządzenia) oraz z celowym postarzaniem produktów. Pierwsze żarówki, pralki, suszarki działały długo. Ale wraz z zapełnianiem rynku, tworzone były coraz krócej działające urządzenia. By się zepsuło i trzeba było kupić nowe. I by nie naprawiać. Do tego napędzanie modą: kup nowszy model. Ciągle coś nowego, albo nowe technologie, np. porcelana zamiast glinianych kubków, nowe urządzanie AGD i RTV, wyrzuć stare bo jest nowe. Jest coś nowocześniejszego. Kiedy nowy wynalazek wysyca rynek (bo już wszyscy go mają), to jak dalej utrzymać produkcję? 

Ekonomia nieustannego wzrostu zużywa zasoby planety i produkuje góry śmieci. Wszystko to zagraża ludzkości: wyczerpywanie się surowców i katastrofalne zaśmiecenie odpadami pokonsumpcyjnymi. Od kilku dziesięcioleci wiemy, że tak dalej być nie może bo grozi globalną katastrofą. Próbujemy zmieniać gospodarkę wzrostu na rozwój zrównoważony. Idzie to z dużymi oporami. Warto więc odnotowywać dobre praktyki. Dlatego piszę o opolskiej ReUżytkowni. Przykład, który warto naśladować.

Pierwsze pojawiać zaczęły się półki bookcrossingowe. Ale zanim do tego doszło, to książki były towarem luksusowym i unikalnym. W średniowiecznych czytelniach książki były przymocowane łańcuchem do pulpitów. By nikt nie ukradł. Wytworzenie jednej księgi trwało czasem nawet trzy lata. Wraz z wynalezieniem druku zmniejszyły się koszty tworzenia książek. Powoli spadały koszty a książki trafiały do coraz większej grupy czytelników. Epoka przemysłowa i powszechna edukacja spowodowały masową i coraz tańszą produkcję książek. Przybywało autorów piszący jak i wydań. Przemysłowa produkcja papieru i nieustanny postęp technologiczny sprawiły, że z towaru ekskluzywnego i unikalnego książki stały się powszechnie dostępne. Wypełniły półki coraz liczniejszych bibliotece publicznych i szkolnych oraz prywatne biblioteczki. Drukowano mnóstwo wydań kieszonkowych, tanich. Przez cały wiek XX wydrukowano miliony książek. W nadmiarze produkcji powoli zaczęły upadać antykwariaty. Biblioteki nie chcą już przyjmować darowizn książkowych od ludzi bo mają pełne regały książek i pieniądze na zakup nowości. Wyrzucać książki na makulaturę? Tak narodziły się pierwsze półki bookcrossingowe: przeczytałeś i nie masz miejsca w domowej biblioteczce? Oddaj innym, zostaw w oznaczonym miejscu. Obecnie w wielu miejscach stoją różnorodne książkomaty i półki z darmowymi książkami. To przykład ekonomii dzielenia się.

Ale można dzielić się także ubraniami. Od wielu lat mamy nadmiar odzieży. Zmieniamy ubrania pod dyktando mody. Stare oddajemy dla "biednych", bo ten sposób wydłużamy życie dobrych jeszcze towarów. Powstały całe sieci sklepów z tanią odzieżą używaną. Oraz miejsca, gdzie można dostać za darmo, wypraną odzież używaną. Obok działalności charytatywnej narodziła się aktywność społeczna. Chcesz mieć nową sukienkę bo stara się znudziła? Nie trzeba kupować, można się z kimś zamienić. Tak rozwija się swapping - można mieć coś nowego bez konieczności wyprodukowania nowych ubrań. Do tego ruch przerabiania ubrań czy odnawiania mebli. Pojawiły się także półki typu give box - zamiast wyrzucać na śmietnik dobre jeszcze urządzenie oddaj do specjalnej półki. Ktoś inny sobie weźmie za darmo. Albo za symboliczną złotówkę.

I tu dochodzimy do Opola. W czasie wakacyjnej wycieczki spotkałem cudowne miejsce ReUżytkownię, prowadzoną rzez samorząd. To przestrzeń do bezpłatnej wymiany rzeczy. Można oddać określone przedmioty w dobrym stanie, by znalazły nowego właściciela. Przez opolską ReUżytkownię przewinęło się już ponad 40 ton książek, płyt, zastawy szklanej i porcelanowej, róznych urządzeń. ReUżytkowania ma swój regulamin. Codziennie przewija się przez to miejsce co najmniej kilkadziesiąt osób. 

To miejsce nastawione na edukację. Przyjmują rzeczy czyste i w dobrym stanie, takie jak: ozdoby, wyroby szklane, artykuły AGD, w tym talerze, sztućce, garnki, akcesoria ubraniowe (torebki, paski), książki, gry planszowe, dobry sprzęt sportowy, artykuły plastyczne i szkolne, płyty CD i DVD, rośliny doniczkowe, narzędzia ogrodnicze. Nie przyjmują odzieży i butów, artykułów spożywczych, artykułów elektrycznych i elektronicznych (bo potrzebna byłaby gwarancja, że są sprawne), futer i rzeczy z wykończeniem futrzanym itp. Niektóre można wziąć, te cenniejsze tylko na wymianę - przynieść coś swojego i wymień.

Byłem zachwycony. Pomysł warto naśladować w wielu miejscach. Zostawiłem swoją malowaną butelkę, którą miałem w podróży jako pojemnik na wodę. 

7.08.2024

Osa, a sprawa polskich śmietników i strachu przed użądleniami

Osa na stole w restauracji, bać się czy nie ?

Niemalże jak co roku w letnim sezonie ogórkowym powraca temat z osami. A skoro najlepiej sprzedaje sie groza i emocje, to zazwyczaj letni temat z osami dotyczy "plagi" os i zagrożenia dla zdrowia i życia. Można jednak to zainteresowanie wykorzystać do opowiadania o równie ciekawej biologii tych owadów i przyrody jako takiej. Z przyczyn populacyjnych i naturalnego rozwoju liczebności gniazda u os społecznych, rzeczywiście jest ich w połowie lata więcej. 

A co oznacza sezon ogórkowy? Sezon ogórkowy to związek frazeologiczny, oznaczający letni okres, w którym nic się nie dzieje. W części odnosi się do życia kulturalnego, bo w tym czasie są przerwy urlopowe w teatrach. A przynajmniej tak kiedyś było. Sezon ogórkowy odnosi się także do życia społecznego i politycznego. Politycy na wakacjach i nic ważnego się nie dzieje. A przynajmniej kiedyś niewiele się działo. Tematem były jedynie zbiory i przetwory z ogórków. I ewentualnie żniwa. Tak interpretuję początki tego związku frazeologicznego. Czy jest tak także obecnie? Gdy sporo sie dzieje zarówno w życiu społecznym, politycznym i kulturalnym? Niemniej osy są częstym tematem. Może więc zamiast sezonu ogórkowego piszmy o sezonie osowym (osim sezonie)? 

Tak jak i w latach ubiegłych, tak i w tym roku odebrałem telefon z prośbą o wywiad na temat os, bo ponoć mamy plagę os i nie można zjeść posiłku w barze, kawiarni czy restauracji. Byłem akurat w pociągu, ale umówiłem się na dzień kolejny. Miałem więc czas trochę przemyśleć. Zupełnie jak uczeń wytrwany do odpowiedzi przy tablicy, który dostał szansę, że jednak odpowie w dniu kolejnych. Jest czas przygotować się lepiej do takiego sprawdzianu. O czym tu ważnym ciekawie opowiedzieć by nie powielać stereotypów i jednocześnie przygotować porcję wiedzy o charakterze edukacyjnym? Można więc w pociągu rozmyślać a nie tylko tkwić wzrokiem w smartfonie. Pierwszy pozytyw.

Przeciętny czytelnik mediów społecznościowych świat przyrodniczy zna z ekranu telewizora, komputera, smartfona a nie w bliskiego kontaktu z przyrodą. Czy os jest więcej niż kiedyś? Nie ma takich danych. A jednak jest subiektywne odczucie wielu ludzi. Jak im wyjaśnić, że to tylko złudzenie i brak kontaktu z przyrodą? I jak sprawić, by się nie bali a nawet polubili osy i inne owady?

Wypowiedź ukazała się w Zielonym Onecie Osy niepokoją Polaków. Ekspert: wkrótce może być ich jeszcze więcej. Miałem możliwość autoryzacji tekstu. Trudna dla mnie sztuka czytania i pisania na telefonie z małym ekranem. Ale systematycznie coraz więcej prac wykonuję właśnie na telefonie. Muszę się uczyć zupełnie nowych dla mnie umiejętności. Wywiad w Onecie miał chyba szerokie zasięgi bo ukazały sie wtórne tekstu także i w innych mediach.

Nurtowały mnie ciągle pytania czy os jest rzeczywiście więcej i czy są groźne. Sam pamiętam z dzieciństwa i wieku szkolnego, że bardzo się os bałem. Sporadycznie byłem użądlony przez pszczoły i być może przez osy. Niemniej był to bardziej strach z wielkimi oczami, wynikającymi z opowieści niż własnego doświadczenia. A przecież obcowałem z osami na co dzień, w czasie wakacji na wsi. Nawet z szerszeniami. Wiedziałem jak ich unikać. Potem spotykałem się wielokrotnie a wraz z wiekiem i z rosnącą wiedzą o biologii os, mój strach malał. Może i inni ludzie przestaną panikować na widok os, gdy dowiedzą się o nich więcej? Wiedza przyrodnicza jako remedium na strach i mity? Tak sądzę, dlatego kolejny raz pisze o osach.

Na drugi dzień po wywiadzie byłem w restauracji, na tarasie, z otwartym dostępem dla owadów. Było gorąco więc ze zrozumiałych względów popularnością cieszyły się ogródki restauracyjne i otwarte tarasy. Oho, pomyślałem, będzie okazja sprawdzić jak z tymi osami i czy będę wierny radom, które udzielałem innym. Po kilkunastu minutach pojawiła się pierwsza osa. Latała nad głową, siadła na stole i spacerowała po obrusie (zdjęcie wyżej). Strachu nie czułem. Byłem zaciekawiony i wpatrzony jak rozpoznaje teren i czego szuka. Zajrzała do kieliszka z wiśniówką i nieszczęśliwa wpadła. Szybko ją wyjęliśmy widelcem. Uratowana! Na talerzyku czyściła się ze słodkiego płynu. Chyba alkohol jej nie zatruł. Po kilkuminutowym czyszczeniu zdrowa i cała (choć może trochę podchmielona) odleciała. 

Gdy jedliśmy obiad pojawiła się druga i trzecia. Pod koniec posiłku przy stole było ich łącznie trzy jednocześnie. Nie wiem czy to te same. Niemniej latały i zaglądały do talerzy. Wiedziałem, że osy nie żywią się ludźmi i nie są pasożytami więc nie atakują ludzi. Chyba, że w obronie własnej  lub obronie gniazda. Nie machałem więc w panice rękoma. Bo wtedy osa mogłaby poczuć się atakowana i być może próbowałaby się bronić, oczywiście swoim żądłem.  Gdy siadła mi na ręku, nie reagowałem. Bo wiedziałem, że tylko poznaje teren. W dzieciństwie pewno bym wrzeszczał i uciekał ze strachu. Ale wtedy niewiele o osach wiedziałem. 

Zimuje zapłodniona samica. Wiosną budzi sie ze snu zimowego i rozpoczyna budowę gniazda. Składa pierwsze jaja i poluje na owady. Larwy karmi mięsem owadów. Gdy pojawia się pierwsze robotnice - królowa matka zajmuje się tylko składaniem jaj. Cała opieka nad larwami spada na robotnice (jej dzieci). To one wylatują z gniazda i polują na różne owady. Można powiedzieć, że starsze rodzeństwo opiekuje się młodszym. Systematycznie w gnieździe przybywa nowych robotnic a samo gniazdo i rodzina się powiększa. Stąd większa liczebność os w pełni lata. Dorosłe osy żywią się także nektarem kwiatów i owocami. Pojawiają się więc tam, gdzie coś słodkiego: owoce, ciastka, soki.

Późnym latem i wczesną jesienią w gnieździe pojawiają się samice i samce. Kończy się cykl życiowy gniazda. Robotnice stają się bezrobotne i niepotrzebne. Mają więcej czasu dla siebie i na szukanie słodkości. Wtedy częściej obserwujemy je przy owocach i słodkich bułkach z lukrem. Zwabione cukrem mogą być bardzo liczne.

Osa, ogryzająca kości z mięsem

Wróćmy jednak do mojej przygody z osami w restauracji. Jadłem pieczoną kaczkę. Ogryzione kości odkładałem na osobny talerzyk. I niebawem pojawiła się tam jedna z os. Ogryzała resztki mięsa z kości. Osy mogą ożywiać się także padliną. Nie wiem czy gotowane i przyprawione mięso jest dla nich odpowiednie. Niemniej osa odrywała kawałki mięsa. Wiedziałem, że zaniesie je do gniazda. Nie przeszkadzałem jej w posiłku i trosce o siostry z gniazda.

Podsumowując: przy obiedzie towarzyszyły nam trzy osy. Nie wywołały naszego strachu ani tym bardziej dziecięcej paniki przed nieznanym. Wzbudzały ciekawość, obserwowaliśmy ich poczynania i weryfikowaliśmy z już posiadaną wiedzą. Ciekawość to też ważna emocja. Może zamiast straszenia w mediach osami w sezonie ogórkowym może warto rozbudzać ciekawość do poznawania przyrody wokół nas?

O pszczołach myślimy pozytywnie, bo mamy od nich miód i wosk. Mimo, że pszczoły nas żądlą.  A osy? Nic nam nie dają, więc są szkodnikami, niepotrzebnymi i uciążliwymi? Bynajmniej. Jako owady drapieżne, odżywiające się muchami, mszycami czy komarami, regulują liczebność tych owadów. Pełnią ważną rolę regulacyjną w ekosystemach. Ponadto zimujące samice przechowują w swoim przewodzie pokarmowym drożdże. Umożliwiają im pojawienie się na owocach i późniejszą fermentację. Są więc takim ekosystemowym skarbcem-magazynem dla drożdże. To kolejna korzyść ekosystemowa. Dlaczego pojawiają się przy naszych stołach? Czy mogą być uciążliwe i jak sobie z nimi radzić? Zabijanie i tępienie os nie jest czymś mądrym.

Dawniej do resztek organicznych, wyrzucanych przez ludzi w pobliżu domostw, przylatywały muchy. w wilgotnej materii organicznej rozwijały się ich larwy. Przy śmietnikach kłębiły się tabuny much. Od czasu, gdy wyrzucamy śmieci w workach i w ten sposób utrudniamy dostęp muchom do materii organicznej, zmniejszyła się liczebność much w miastach. Dla nas dobrze, ale dla ptaków owadożernych oznacza to znaczne zmniejszenie bazy pokarmowej. Także dla innych owadów drapieżnych, wliczając w to osy, jest mniej pożywienia. 

W miastach tworzymy zupełnie nowe środowisko i nową, antropogeniczna bazę pokarmowa. Są to nasze śmieci. W ostatnich latach się zmieniły - więcej w nich plastiku i resztek po pokarmach z cukrem (lody, napoje). Na zdjęciu niżej koszt uliczny z tego samego miasta. Na zdjęciu tego za bardzo nie widać, lecz przy koszu fruwało kilkanaście os. Much było niewiele (jeśli w ogóle były). Czy możemy się dziwić, że potem przylatują do stolików w kawiarniach, cukierniach i restauracjach? Sami przyzwyczajamy je do naszej bazy pokarmowej, ograniczając jednocześnie inne źródła pożywienia.

Uliczne śmietniku z licznymi opakowaniami po napojach, lodach i słodkościach. 
A przy nich sporo os. Już nie sady z owocami lecz śmietniki wabią osy
bogactwem słodkiego pożywienia

Najważniejszym elementem na powyższej ilustracji są osy, choć na zdjęciu nie bardzo je widać. Fruwało ich przy koszu co najmniej kilka. Po pierwsze nadmiar odpadów, jakie wytwarzamy. Tu akurat kosz zbiorczy, ale w wielu miejscach, na dworcach, w sklepach a nawet w parkach są kosze do segregacji (papier, plastik, szkło, bio). Kłopot tylko taki, że odpady są źle wrzucane prze nas. Dlaczego? Przecież to nie jest sprawa wiedzy i możliwości intelektualnych. Kosze są podpisane, przeciętny człowiek rozróżni opakowanie plastikowe, metalowe, szklane, papierowe i ewentualnie odpady zmieszane. A nawet jak nie potrafi, to może odczytać z etykiety na opakowaniu. Problemem nie jest więc wiedza twarda (fakty) lecz kompetencje społeczne. Ludzie po prostu nie uważają segregacji odpadów za ważne ich uwagi, część nawet z premedytacją bojkotuje. Nawet ostentacyjnie manifestuje swoją niechęć do segregacji odpadów. Efektem są wyższe koszty zbierania śmieci i segregacji. Koszty ponosimy my wszyscy, finansowo jak i środowiskowo.

Po drugie i ważniejsze w kontekście os, przepełniony kosz jest symbolicznym wyrazem naszej nadmiarowej konsumpcji towarów jednorazowych i nadmiernie opakowanych. Przepełnione są nie tylko kosze, ale i wysypiska śmieci, zaśmiecone są lasy, rzeki, jeziora i oceany. Gdyby wyrzucający opakowania po prostu zgnietli je (a więc ich opakowanie miałoby mniejszą objętość), to śmieci z koszy by się nie wysypywały. Tu również brak kompetencji miękkich, społecznych. A w mediach i wśród edukatorów toczy się dyskusja czego uczyć w szkole: tylko faktów a wiek twardej wiedzy czy także wyśmiewanych i lekceważonych kompetencji miękkich, społecznych. Kosze na śmieci krzyczą, że brakuje nam kompetencji miękkich i wynikają z tego kosztowne i poważne problemy.

I w końcu osy. Przylatują do słodkich i mięsnych resztek. Śmietniki to ich baza pokarmowa. Przyzwyczajają się. Potem licznie przylatują do nas, gdy jemy loda, ciastko czy posiłek w restauracji. I wpadamy w panikę. Zbieramy owoce swojego stylu życia. Nie chcemy wiedzieć jakie procesy zachodzą w przyrodzie obok nas i nie rozumiemy owadów jak i całej przyrody., Nie rozumiemy kontekstów ekosystemowych. Na przykład nie rozumiemy związku obecności owadów ze sposobem konsumpcji i usuwania odpadów.

W ekosystemach miejskich, w dobie ocieplenia klimatu, dzieje się dużo nowego. Pojawiają sie nowe gatunki, inne zanikają. Tworzą się nowe relacje między gatunkami. To wszystko można obserwować i notować. By samemu zrozumieć i by uczestniczyć w nauce obywatelskiej. Zamiast się niepotrzebnie bać os, obserwujmy je i nauczmy się bezpiecznie z nimi koegzystować. Wiedza i ciekawość zamiast strachu i medialnej paniki. Można pokochać i zaakceptować osy przez zrozumienie przyrody wokół nas. Wiedza ułatwi unikanie konfliktów między ludźmi a osami. Tak sądzę.

3.08.2024

19 lat temu zacząłem pisać bloga - teraz pora na ebook



Epoka po piśmie przychodzi niezauważenie. Cicho i systematycznie. Dopiero retrospektywnie widać to wyraźniej. Blog jest tego przykładem. Jak i dlaczego powstał ten blog? Jest konsekwencją pewnego szerszego procesu, zachodzącego w kulturze i w mediach. Profesorskie Gadanie ma już blisko 20 lat. Z tej perspektywy wyraźniej widać zmiany, które zaszły. I można się im teraz przyjrzeć w jednym "kawałku".

Przyszłość szybko daje zwiastuny lecz z wolna przychodzi. Zadziwiające jest to, jak sporo trafnych myśli np. odnośnie kształcenia zdalnego, tak szybko zostało sformułowane. Pierwsze konstatacje nie zostały dostrzeżone. Jakby nic ważnego się nie działo. Sam ich nie dostrzegłem i nie doceniłem. Spoglądając na początki tego blogowego pisania widzę duże zmiany. Nawet w funkcji, jakie pełnił i pełni blog. Mam nadzieję, że te retrospektywne spojrzenie na początku blogowania przydadzą się do refleksji również moim czytelnikom. Spójrzmy razem, na to co i jak się zmieniało 20 lat temu.

Przygotowując tekst do wydania poprawiłem jedynie literówki, zwłaszcza w komentarzach. Zmieniło się także nieco formatowanie. Najpierw na blogu był sam tekst, jedynie różnicowany kolorem i wielkością czcionki. Takie były wtedy możliwości. Fotografia cyfrowa dopiero się rozwijała a smartfonów jeszcze nie było. Blog pisałem na komputerze stacjonarnym. Później nieśmiało zaczęły pojawiać się zdjęcia. By w kolejnych latach stać się stałym elementem przekazu. Jeszcze później pojawiło się osadzone wideo czy inne interaktywne okienka np. z Genial.ly. Widać rozwój przez lata. Dojrzewanie formy pisania jak i technicznego formatowania (rozwijanie się platform).

Na początku były to krótkie formy, takiej jak później na Facebooku czy Twitterze. Albo jak wcześniej w formie smsów. Dużo później w mediach społecznościowych pojawiły się wideo opowieści takiej jak na Tik Toku. Powstał mój kanał na YT a jeszcze później konto na Facebooku czy Instagramie. Ewolucja form i treści. W niniejszym opracowaniu przygotowałem zaledwie trzy pierwsze lata.

Skąd się wziął blog? Dawno temu, w czasach licealnych i głęboko przedkomputerowych, była szkolna gazetka ścienna, w pełni ręcznie i analogowo przygotowywana. Dużo później, już w pracy zawodowej, powstała osobista storna www, a nieco później blog, potem Facebook, You Tubie, profil na Tik Toku czy Instagramie. Ta sama w zasadzie treść lecz zupełnie inna forma, ewolucja komunikacji.

Jest to opowieść o tym, jak rodziła się trzecia rewolucja technologiczna i o tym, co się działo na uczelniach wyższych na początku XXI wieku. Ile z tego zostało a ile się zmieniło. Ciekawa podróż, dla mnie sentymentalna. Dokument czasów, wraz z komentarzami. Usunięte tylko niektóre (np. spam). Opowieść tym, jak przekształcały się relacje ze studentami. Bo najpierw strona a potem blog powstał z potrzeby lepszej komunikacji ze studentami. Gdy od magistranta dostałem smsa z prośbą o przesłanie wzoru na podobieństwo faunistyczne. Złożonej formuły matematycznej na tamtych telefonach nie dało się przesłać. Pomyślałem więc, że potrzebny jest dodatkowy kanał komunikacji. Wcześniej przygotowałem skrypt dla studentów z takimi materiałami. Napisany w pierwszych edytorach komputerowych i odbity na ksero (jeszcze stosunkowo słabym technicznie) w kilkunastu egzemplarzach i zszyty. Tak krótsze i szybsza droga wydawnicza. Ale papierowy skrypt okazywał się niewystarczający bo niemożliwy był kontakt zdalny. Internet jawił się jako dobre rozwiązanie. Dlatego najpierw powstała strona www i tam zamieszczałem materiały dla studentów. Pojawiła się tam także kronika. Gdy pojawiły się blogi to dość szybko postanowiłem spróbować. Najpierw był to serwis Blox na stronie Gazety Wyborczej. Dość szybko treści z mojego bloga były udostępnianie w przestrzeni głównej tego serwisu. Nie wszystkie wpisy, tylko niektóre.

Przez lata uczyłem się przez działanie pisania krótkich form. Początkowo pod wpisami na blogu pojawiało się dużo komentarzy. Jednak z czasem te krótkie formy pisarskie i szybkiego kontaktu przeniosły się do nowych mediów społecznościowych, takich jak Facebook. Mój blog ewoluował w formę osobistego i refleksyjnego dziennika rozwoju.

Wracam i analizuję, co się udało a co nie. I jak zachodziły zmiany w mediach w czasie trzeciej rewolucji technologicznej i powolnego krystalizowania się kultury „po piśmie”.

Zaczęło się blisko 20 lat temu… Niedawno opublikowany był ebook zwiastunowy. A teraz ukazuje się w formie ebooka (ISBN 978-83-972474-1-3). Część pierwsza obejmuje pierwsze trzy lata blogowania. Wydany nakładem Miesięcznika Społeczno-Kulturalnego KREATYWNI http://miesiecznik.e-kreatywni.eu  

Wszystkie ebooki dostępne są także na stronie: https://wakelet.com/wake/8n7Bu5pVo1faTdUzUpSDM



2.08.2024

Badanie bioróżnorodności z wykorzystaniem genetycznych kodów kreskowych

Pułapka typu Malaise'a do zbioru owadów. Ustawianie pułapki w ogrodach w Kortowie.


Niepokojące są informacje o wymieraniu gatunków i spadku różnorodności biologicznej w wielu ekosystemach i regionach Europy. Na antropogeniczne przekształcenia środowiska nakłada ją się teraz globalne zmiany klimatu. W sumie to  i one są spowodowane przez człowieka. Tak czy siak chcemy wiedzieć więcej o tym co i jak się dzieje. Bioróżnorodność bada się na różne sposoby. Ostatnio zyskuje na znaczeniu tworzenie biblioteki barkodów, czyli genetycznych znaczników gatunków. Tak jak kiedyś opisywano gatunki, tworzono kolekcje muzealne i wykazy okazów typowych, tak teraz uzupełniająco tworzy się biblioteki charakterystyk genetycznych. swoistych kodów kreskowych. Jeśli uda się stworzyć kompletne biblioteki barkodów (charakterystycznych fragmentów DNA), to łatwiejsze będą same badania: o obecności gatunków świadczyć będą pozostawiane przez nich ślady biologiczne a samo badanie bioróżnorodności będzie szybsze i pełniejsze. Zanim to jednak nastąpi potrzebne sa żmudne i szeroko zakrojone badania podstawowej

Na zaproszenie naukowców z Uniwersytetu Łódzkiego, wraz z profesor Agnieszką Kosewką, biorę udział w badaniach nad owadami zapylającymi oraz genomiką bioróżnorodności w Europie. Badania prowadzone są ramach projektu Horyzont Europa - Biodiversity Genomics Europe (BGE). W skład konsorcjum wchodzą 33 Instytucje z Europy i Ameryki Północnej, w tym z Polski - Uniwersytet Łódzki. W ramach tych badań dwie pułapki rozstawione są w Kortowie w otoczeniu ogrodów miejskich oraz pod Olsztynem w krajobrazie rolniczym.

Na czym polegają te badania? W wielu miejscach rozstawione są pułapki do odłowy owadów. Pułapki typu Malaise'a rozstawione są w parach - jedna w ogrodach miejskich, druga na pobliskich polach uprawnych. Tak więc dla różnych regionów materiał zbierany jest w dwóch rożnych środowiskach i różnej antropopresji. Owady wpadają do specjalnego pojemnika z płynem konserwującym i co tydzień są zmieniane. Potem trafią do analiz genetycznych. Ja uczestniczę w tych początkowych, terenowych pracach. Czynności są nieskomplikowane: zrobienie zdjęć i terminowa wymiana pojemników, potem przechowywanie w lodówce. Całą najważniejsza praca odbędzie się później, w laboratorium. A jeszcze później wykonane będą analizy statystyczne. Jestem ciekawy rezultatów. Będą rezultatem pracy bardzo dużego,  międzynarodowego zespołu badaczy z wielu ośrodków. Bo nauka jest procesem zespołowym. Miło jest sie znaleźć w tak doborowym towarzystwie.

Tytuł projektu: Genomika Bioróżnorodności w Europie. Biblioteka referencyjna barkodów DNA dla Polski. Badania naukowe realizowane są na potrzeby International Barcode of Life Consortium (iBOL) (https://ibol.org/)(Centre for Biodiversity Genomics - CBG) reprezentowany w Polsce przez krajowy węzeł iBOL (powołany w 2018 r.), którym jest Wydział Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Łódzkiego (przedstawicielem Polski w iBOL oraz członkiem iBOL Science Committee jest prof. dr hab. Michał Grabowski). Głównym zadaniem iBOL jest rozwijanie nowych technik szacowania i monitoringu bioróżnorodności na podstawie danych molekularnych (DNA) oraz rozwój i utrzymanie ogólnoświatowej, publicznie dostępnej biblioteki referencyjnej kodów kreskowych DNA - Barcode of Life Datasystems (BOLD). Inicjatywą krajowego węzła IBOL zaangażowaną w badania różnorodności genetycznej jest Polish Barcode of Life (PolBOL) - https://www.polbol.uni.lodz.pl/ Celem PolBOL jest konstrukcja publicznie dostępnej biblioteki referencyjnej barkodów DNA dla bioty Polski. Takie działania powinny dotyczyć przede wszystkim gatunków najcenniejszych, dla których rozpoznanie zróżnicowania genetycznego populacji występujących w Polsce ma zasadnicze znaczenie w ich ochronie. Celem działania PolBOL i tym samym wniosku dotyczącego odstęp od zakazów jest:
  • 1) rozpoznanie bioróżnorodności Polski na poziomie molekularnym,
  • 2) udostępnienie wyników tego rozpoznania na ogólnodostępnych platformach BOLD i GIBIF (Global Biodiversity Information Facility), 
  • 3) stworzenie w Polsce podstawy referencyjnej do biomonitoringu opartego o markery genetyczne, 
  • 4) rozwijanie i popularyzacja badań nad bioróżnorodnością na poziomie genetycznym.
Projekt Biodiversity Genomics Europe (BGE) Consortium ma za główny cel przyspieszanie wykorzystywania genomiki w celu przyspieszenia poznania różnorodności biologicznej, monitorowania jej zmian, i podejmowanie działań mających na celu przeciwdziałanie jej spadkowi.

Drugim obszarem opisywanych badań są owady zapylające. Zapylacze są kluczowe dla ekosystemów lądowych. Zarówno ekologicznie, jak i rolniczo, pełnią one istotne funkcje, które obejmują wiele interakcje na wielu poziomach i są kluczowe dla zachowania światowej różnorodności flory. Owady stanowią jedną z najważniejszych grup zapylaczy. Ocenia się, że zmiany w różnorodności owadów są głównie spowodowane zmianami klimatu i intensywnym użytkowaniem ziemi przez ludzi, w tym utratą siedlisk w wyniku przekształceń terenów i intensyfikacji rolnictwa. Ze względu na intensyfikację i homogenizację użytkowania rolnego w wiejskich obszarach, wykorzystanie ogrodów jako refugium dla różnorodności biologicznej w obszarach miejskich może stać się szczególnie ważne. W rzeczywistości, z uwagi na wzrastającą intensywność rolnictwa w całej Europie, obejmującą między innymi zwiększenie rozmiaru pól, utratę siedlisk nieagrotechnicznych (np. żywopłotów, zagajników) i zwiększone stosowanie środków ochrony roślin, między innymi zmiany te sprawiają, że siedliska miejskie staną się coraz ważniejsze dla wielu gatunków, które obecnie są rzadkie lub nie występują na obszarach rolnych.

W ramach projektu BGE, ogólnym celem tego zadania jest zwiększenie naszego zrozumienia roli siedlisk miejskich w ochronie zapylaczy (i stawonogów) w Europie. W ramach projektu porównane będą zgrupowania zapylaczy w ogrodach miejskich oraz na polach uprawnych w krajobrazie rolniczym na różnych obszarach w Europie. Ze względu na wzrastającą intensywność rolnictwa w Europie, obejmującą między innymi zwiększenie rozmiaru pól, utratę siedlisk nieagrotechnicznych (np. żywopłotów, zagajników) i zwiększone stosowanie środków ochrony roślin, między innymi zmiany te sprawiają, że siedliska miejskie staną się coraz ważniejsze dla wielu gatunków, które obecnie są rzadkie lub nie występują na obszarach rolnych.



1.08.2024

Całkiem nowa historia ssaków - książka o bestiach, które żyły przed nami

Świetna książka. Bardzo aktualna, z nowymi faktami i pięknie opowiedziana historia ewolucji ssaków. Wymieniona jest w niej wybitna Polka. To od książek Zofii Kielan-Jaworowskiej zaczynałem w dzieciństwie przygodę z paleobiologią. Miło, że jest doceniana za granicą. Porównywana została nawet do Marii Skłodowskiej Curie.

Duże zwierzęta prehistoryczne na ogół utożsamiane są z dinozaurami. Ale były też duże ssaki i ich przodkowie. Istne bestie. I to o nich jest ta książka. A także o odkryciach naukowych. Autorka znakomicie opowiada o zawiłościach ewolucji, o dawnych ekosystemach i o naukowych odkryciach. Znakomita literatura faktu i historia naturalna. 

Dobra wiedza, dobrze i ciekawie opowiedziana.
Zaskakujące jest zakończenie. O przyszłości. Gorąco polecam. W sam raz na wakacyjne lektury i młodzieńcze rozbudzanie zainteresowań przyrodniczych. Przedstawione są nie tylko fakty lecz i procesy.  Dzięki nim łatwiej zrozumieć zarówno teraźniejszość jak i przeszłość. A także prognozować przyszłość.

Elsa Panciroli, Bestie, które żyły przed nami. Nowa historia pochodzenia i ewolucji ssaków.  Prószyński i S-ka, Warszawa 2023, ISBN 978-83-8295-308-4, 416 stron.