26.08.2024

Po co mi wirtualna grupa nauczycielska?

Zdjęcia z warsztatów w czasie Kompasu Edukacji w Bydgoszczy, czerwiec 2024, fot. T. Czachorowski. Notuję jak pilny uczeń... Tam też spotkałem Superbelfrów.


Mam przyjemność od kilku lat należeć do nie tylko Facebookowej grupy nauczycieli Superbelfrzy RP.  Wiele jest takich grup wzajemnej pomocy i wsparcia w mediach społecznościowych. Większość kontaktów odbywa się w przestrzeni wirtualnej. Superbelfrzy spotykają się także na spotkaniach w kontakcie (quńwenty letnie i zimowe) oraz w czasie różnych konferencji. Ale ja najczęściej kontaktuję się z nimi online właśnie w Fecebookowej grupie. Dlaczego w mediach społecznościowych i dlaczego nauczyciele szkolni, skoro ja jestem pracownikiem uniwersyteckim?

Po co mi ta grupa SBRP na FB? Jak się wędruje (podróżuje), to trzeba często sprawdzać na mapie kierunek i sens. Pytanie o cel jest bardzo przydatne. Pytanie o sens bycia w grupie społecznościowej jest więc jak najbardziej zasadne. Zatrzymać się co jakiś czas i pomyśleć, czy to dobra droga i  w dobrym kierunku idziemy. Zawsze przecież można zmienić drogę i kierunek wędrówki. A także sposób podróżowania.

Po co mi grupa SBRP na FB (uczestnictwo w niej i komunikacja)? Uczę się od nauczycieli nowych technik, nie tylko technologii i komunikacji (TiK) i nie tylko edukacji online. Może dlatego, że nauczycieli szkolnych jest więcej niż nauczycieli akademickich? A w liczniejszej grupie taki sam odsetek aktywnych i poszukujących stanowi większą grupę i przez to stanowi sprawczą masę krytyczną? Być może. W tej nauczycielskiej grupie znalazłem to, czego brakowało mi w środowisku akademickim (też już powstają takie społeczności uczące sie, lecz jest nas mniej). W każdym razie uczę się od nauczycieli bardzo dużo (choć teoretycznie powinno być odwrotnie - nowinki dydaktyczne powinny przepływać z uniwersytetu do szkół - od odkrycia do zastosowań praktycznych). Czerpię od nich pomysły i motywację, czerpię wiedzę o tym, co się dziele w polskiej i światowej edukacji. Mocno się inspiruję. I cenię sobie ich krytyczne uwagi. Nawet mocne słowa.

Teraz i w środowisku akademickim pojawiają się grupy i inicjatywy, zmierzające do poprawy dydaktyki, do znalezienia się w nowej rzeczywistości. Ale z tej Superbelferskiej grupy nie zrezygnuję, bo ciągle korzystam. Dzięki nim lepiej rozumiem to, co na prawdę dzieje się w edukacji i wiem do jakich sytuacji mam przygotowywać studentów - przyszłych nauczycieli i edukatorów w szerokim sensie. Poznaję lepiej realia polskiej szkoły i edukacji pozaszkolnej. Dowiaduję się czego i jak kształcić, bo uczestniczę w kształceniu nauczycieli. Moi studenci idą do szkoły. Chciałbym ich dobrze przygotować na to, co rzeczywiscie spotkają w pracy.

Z czego korzystam? Ze stawianych wyzwań i wezwań do wspólnych akcji i działań. W ten sposób uczę się w działaniu. Wypróbowuję a potem część pomysłów i doświadczenia wykorzystuję w dydaktyce akademickiej. A także w pracy z dziećmi szkolnymi. Bo i takie przygody czasem miewam. Uniwersytet otwarty ma szeroki krąg swoich "studentów".

Grupa mobilizuje mnie do aktywnego udziału w różnych konferencjach, tych stacjonarnych i tych online. Nawiązuję kontakty i współpracę z konkretnymi osobami. W różnych sytuacjach już to się przydało, np. w stworzeniu zespołu autorskiego przy pisaniu podręczników do biologii dla WSiP.

Ergo: korzystam z kontaktów, dyskusji, interakcji i współpracy. A także z tego, że mogę swoje pomysły pokazać jeszcze w wersji roboczej i poddać pod dyskusję. Bo tam jest kompetentne i życzliwe środowisko. Tam można dzielić się nie tylko sukcesami lecz i porażkami. Czyli błędami. Owocnie się z nimi błądzi i potyka (bo jak mawiał mój ulubiony śp. profesor - potknąć się można aby tylko nie upaść).

Dziękuję Superbelfrom z całej Polski, że są. I dalej chcę z nimi być i się rozwijać. To ważne w środowisku edukacyjnym, przecież ze swej istoty tak bardzo rozproszonym. Podobnie myślących edukacyjnie osób nie mam zbyt wiele w swoim otoczeniu. Takie grupy jak Superbelfrzy ratują mnie przed mentalną samotnością i zgorzknieniem. Do efektywnej pracy potrzebne jest poczucie wspólnoty. Bo czuję, że nie jestem sam w chęci zmian w edukacji i w trudnych poszukiwaniach.

To właśnie wśród Superbelfrów odważyłem się częściej przyznawać do własnych błędów. Przyznawanie się do tego, że "myliłem się" jest bardzo ważną kompetencją. Bez tej umiejętności brniemy w ślepe zaułki, w śmieszność a nawet czynimy wiele zła. Po wielokroć trwamy w złych wyborach, bo nie chcemy się nawet przed samymi sobą przyznać, że źle wybraliśmy, że źle coś nam się powiedziało czy zrobiło. Niedostrzeganie własnych błędów to złudne budowanie własnej wartości jako nieomylnego i zawsze właściwie wybierającego. To złudne i szkodliwe legitymizowanie błędnych złych wyborów. Lepiej jest zauważyć swój zły wybór i skorygować trasę wycieczki. Owszem, widzimy że część wysiłku zostało zmarnowane, ale przynajmniej dalej nie brniemy w złej podróży prze życie. Bo chcemy być konsekwentnie i boimy się przyznać do dawnych, błędnych wyborów.

25.08.2024

Czy będziemy musieli jeść owady?

Sałatka z larwami mącznika młynarka, maj 2024 r.
Przygotowana wspólnie ze studentkami w ramach wykładu.

Czasem spotkać możemy się z sensacyjnymi wiadomościami i protestami, że o to ktoś, na przykład ta niedobra Unia Europejska, będzie nas zmuszała do jedzenia owadów. Jeść takie robactwo? A feee, jak można do tego zmuszać? Ja tam nikogo nie zmuszam, sam spróbowałem i to razem ze studentami. Ich też nikt nie zmuszał, kto chciał to próbował. A wszyscy uczestniczyli w całym procesie przygotowania sałatki, pizzy i owsianych ciasteczek z larwami mącznika młynarka. W wielu kulturach ludzie na co dzień jedzą owady i to od samego początku naszej ludzkiej historii. 

Owoce morza czyli różne zwierzęta morskie, takie jak krewetki, homary, jeżowce, małże, ośmiornice itd., zjadamy chętnie i uważamy za dania luksusowe, zdrowe i smaczne. A jednocześnie w naszej lokalnej, polskiej kulturze raczej brzydzimy się owadami w pożywieniu. A czy ktoś nas zmusza do zjadania "robaków"? Nie zmusza nas do tego ani Unia Europejska ani żadni ekoterroryści. Jeśli już to zmusić do tego może nas sytuacja. Głód jest najlepszym kucharzem. Co prawda i tak nieświadomie jemy owady. To może być nawet co najmniej pół kilograma lub nawet półtora kilograma rocznie. I wcale nie dlatego, że w czasie jazdy rowerem wpadnie nam mucha lub komar do ust. Wraz z ziarnem zmielone mogą być owady i wtedy ich resztki znajdują się w pożywieniu. Także w pieczywie, chlebie naszym powszednim. A skoro mącznik młynarek bywa szkodnikiem magazynowym i żeruje na ziarnie, to z pewnością i tak każdy z nas już zjadał te owady.

Czy nasza dieta jest stała? Nie, na przestrzeni wieków się zmieniała i ciągle się zmienia. Jeszcze nie tak dawno dla naszych przodków ziemniak czy pomidor był czymś obcym i nieznanym. Mój dziadek wspominał, że jako mały chłopiec pojechał ze swoim ojcem na targ do Wilna, jabłka sprzedawać. I sobaczył u kogoś piękne, czerwone owoce. Bardzo chciał spróbować. Z zarobionych na jabłkach pieniędzy kupił jednego pomidora. Sprzedawca ostrzegał go, że może nie smakować, że trzeba najpierw z solą i pieprzem, żeby się przyzwyczaić. I rzeczywiście wtedy mojemu dziadkowi pięknie czerwono wyglądający owoc nie posmakował. A wiele lat później z chęcią i ze smakiem zjadał. Nawet bez pieprzu i bez soli. Nasze pomidory ciągle się zmieniają, wchodzą nowe odmiany, większość jest modyfikowana genetycznie by uzyskać cechy jak najbardziej korzystne dla... handlu. Na przykład by wolno dojrzewały i miały twardą skórkę. Bo to ułatwia transport i długie leżenie na sklepowych półkach. Najpewniej moje pomidory smakują inaczej, niż te sprzed kilkudziesięciu lat. Czy są smaczniejsze? To kwestia gustu i przyzwyczajeń.

Ale wróćmy do owadów. Jeszcze nie tak dawno w Polsce nie zwykliśmy jadać owoców morza, czyli różnego morskiego "robactwa". A teraz z ochotą zjadamy nie tylko krewetki ale i inne dziwne zwierzęta z dalekich mórz, jakieś omułki, ostrygi, przegrzebki choć w naszych wodach mamy takie małżę jak skójki i szczeżuje. Ale raki to jedliśmy traktując nawet jako rarytasy. Teraz w naszych wodach królują raki pręgowane i niezbyt chętnie je zjadamy, mimo że są tylko niewiele mniejsze od tych szlachetnych. Dlaczego? Bo są nowe w naszym krajobrazie kulturowym i kulinarnym?

Jaka sytuacja może nas zmusić do jedzenia owadów świadomie i na dużą skalę? Zmusić nas mogą zmiany klimatu i coraz liczniejsza populacja ludzka. Jest już nas na Ziemi ponad 8 miliardów. Zmusić nas może czas i nowe mody kulinarne.

Po raz pierwszym bardzo zmieniliśmy swoją dietę, gdy ludzkość porzuciła łowiecko-zbieraczy tryb życia i przeszła na osiadły, rolniczy sposób zdobywania pożywienia. Stało się to niezależnie od siebie w kilku miejscach na Ziemi. A wiec bardziej jakaś ogólna prawidłowość niż przypadek. Zmusiły nas do tego zmiany klimatu, zwiększenie liczebności populacji ludzkiej i wyczerpywanie się zasobów pożywienia. Początkowo rolnictwo dawało gorszej jakości żywność a w licznych społecznościach szybko roznosiły się choroby. Można powiedzieć, że rolnikom żyło się gorzej, co można zaobserwować po ich kościach - byli mniejsi i bardziej schorowaniu w porównaniu do współczesnych im  łowców-zbieraczy. Niemniej rolnictwo umożliwiało utrzymanie się nawet 10 razy liczniejszej populacji na tym samym obszarze, w porównaniu do łowców-zbieraczy. Przez ostatnie 10 tysięcy lat systematycznie udomawialiśmy kolejne zwierzęta i kolejne gatunki roślin. I sukcesywnie odchodziliśmy od zbieractwa i łowiectwa na rzecz hodowli i rolnictwa. Maleńkie relikty pozostały w formie grzybobrania, polowań na zwierzynę czy zbierania ziół.  Nauczyliśmy się nawet pić mleko w wieku dorosłym, co było i dla wielu jeszcze jest, bardzo niezdrowe.

W naszej historii ciągle wzbogacaliśmy naszą dietę. Gdy jedne źródła się wyczerpywały to znajdowaliśmy nowe a nasza dieta i przyzwyczajenia kulinarne nieustannie się zmieniały. Więc to, że teraz wiele osób z obrzydzeniem patrzy na owady w pokarmie, wcale nie znaczy, że za kilka dziesięcioleci nie będziemy się nimi zajadali. Ze smakiem.

Gusty i smaki kulinarne kształtują się w pierwszych latach ludzkiego życia, tak około do 7. lat. To w wieku dziecięcym, naśladując starszych, możemy rozsmakować się w tak dziwnych potrawach jak zupa z krwi czyli czarnina, kiszone ogórki czy kiszona kapusta. Przecież w wielu kulturach ludzie na te potrawy patrzą z obrzydzeniem! A my się zajadamy ze smakiem.

Dlaczego mielibyśmy jeść owady a nie wieprzowinę czy wołowinę? Do wyprodukowania jednego kilograma białka owadziego potrzeba znacznie mniej wody i paszy niż do takiego samego kilograma wołowiny czy wieprzowiny. Wraz z ociepleniem klimatu coraz bardziej odczuwamy deficyty wody, także dla rolnictwa. Wołowina stanie się bardzo drogim luksusem. A owady możemy hodować nawet u siebie w domu, w specjalnych pojemnikach, tak jak teraz uprawiamy szczypiorek, pietruszkę czy inne zioła na okiennym parapecie. Domowe owady karmić możemy resztkami ze stołu. Takie miejskie rolnictwo. Owad to nie świnia czy krowa, zmieści się w domu na szafce kuchennej.

Owady zjadać możemy w różnej postaci. Także w postaci zmielonej mączki, dodawanej do różnych innych produktów. Czego oczy nie zobaczą to i serce a raczej żołądek nie zaboli. A czyż obecnie parówki czy inne wędliny składają się tylko z mięsa? Wiecie ile procent mięsa jest w konserwie mięsnej? Sprawdźcie przy najbliższej wizycie w sklepie. Zdziwicie się.

Alternatywą dla zjadania owadów może być wegetarianizm. Bo produkcja tradycyjnego mięsa dla licznej populacji ludzkiej i w dobie ocieplenia klimatu będzie coraz bardziej ekskluzywna. Sami sobie stworzyliśmy tę sytuację.

Jedną z konsekwencji ocieplenia klimatu będzie… świerszcz na śniadanie i mącznik młynarek na obiad. A jak nie smakuje to na pewno wina kucharza.


Tekstowa, zmieniona i poszerzona wersja radiowego felietonu w Radiu Olsztyn. Tłumaczymy świat. Felieton o owadach wyemitowany został w dniu 21 sierpnia 2024 r,

Wszystkie nagrania archiwalne dostępne są na stronie Radia Olsztyn: https://radioolsztyn.pl/tlumaczymy-swiat-felietony-w-radiu-olsztyn-2/01769627


22.08.2024

Istny Kosmos czyli terenowe spotkania z Profesorskim Gadaniem



Istny Kosmos to dla mnie dwa w jednym: misja uniwersytetu otwartego oraz poligon doświadczalny (szkoła ćwiczeń) i miejsce zdobywania doświadczenia edukacyjnego. 

W ubiegłym roku Miejski Ośrodek Kultury w Olsztynie zaprosił mnie do poprowadzenia spaceru przyrodniczego w ramach projektu "Letni Uniwersytet im. Ambrożego Kleksa". Miałem wtedy okazję poprowadzić zajęcia terenowa dla młodych i starszych. Tematyka była entomologiczna i zielarska. Opowieści w terenie nie są łatwe lecz trening czyni mistrza. W tym roku MOK kontynuuje wakacyjne spotkania i realizuje projekt pt. "Istny kosmos", odbywający się w Zajezdni Trolejbusowej i na trawniku przy Zajezdni. I ja też zostałem zaproszony do udziału. 

Pierwsze moje zajęcia odbyły się 13. lipca (sobota) o godz. 18.00. Spotkanie nosiło tytuł "Ziemskie mikrokosmosy: profesorskie gadanie Stanisława Czachorowskiego". Z zaproponowanego tytułu wnioskuję, że teksty na moim blogu są czytane i posłużyły za inspirację do tych spotkań. Jaka była tematyka spotkania terenowego? "Jak na naszej planecie żyje się gatunkom tak małym, że trudno je dostrzec żywym okiem? Jak te gatunki komunikują się ze sobą i z człowiekiem? Czy mimo, że egzystują w naszym bardzo bliskim sąsiedztwie, można je nazwać obcymi?". Uczestnikami byli mali i duzi. Dla mnie to spore wyzwanie, żeby mówić jednocześnie do dzieci i ich rodziców lub dziadków. Jak wymyślić aktywność dla najmłodszych a jednocześnie przekazać wartościową treść dla dorosłych? 

Dlaczego w ogóle podejmuję się takich edukacyjnych i nietypowych spotkań poza uniwersytetem? Bo dla mnie jest to społeczna misja uniwersytetu otwartego. Dzielimy się wiedzą i doświadczeniem nie tylko ze studentami na zajęciach lecz i z szerokim gronem odbiorców w różnym wieku. To coś więcej niż tylko popularyzacja wiedzy. To także edukacja w małych porcjach i uczenie się przez całe życie. Od dawna realizuję to nie tylko w czasie różnych pikników naukowych, wykładów dla szkół czy uniwersytetów trzeciego wieku. Z tego samego powodu prowadzę niniejszy blog oraz okazjonalnie lub bardziej systematycznie współpracuję z różnymi mediami. Uczyć się można w każdym wieku i w każdym miejscu. Nauka jest częścią kultury i znakomicie, że takie placówki jak biblioteki czy domy kultury otwierają się na przekaz stricte popularnonaukowy. Jako uniwersytet mamy szansę pełniej współpracować ze swoim otoczeniem społeczno-gospodarczym. Wspólnie realizujemy te same cele, łączymy siły w tworzeniu nowego środowiska edukacyjnego. 

Po drugie, opowieści terenowe takie jak w ramach "Istnego Kosmosu", to dla mnie poligon doświadczalny, swoista zielona klasa, w której mogę sam się uczyć. Uczę się przekazywania wiedzy w nietypowych i niestandardowych warunkach. A potem zdobyte umiejętności w czasie zajęć przekazuję studentom, np. przyszłym nauczycielom i edukatorom z Wydziału Nauk Społecznych (bo tam prowadzę wykłady dla przyszłych nauczycielek w przedszkolach i klasach 1-3) oraz na moim wydziale dla studentów biologii, z których spora część już myśli o zawodzie nauczycielskim. Jakże miałbym uczyć lepienia garnków samemu nie ulepiwszy żadnego? Jak miałbym sensownie uczyć edukacji, także tej pozaszkolnej, samemu jej nie doświadczając? 

A w najbliższą sobotę 24. sierpnia o godz. 18.00 zapraszam do Zajezdni Trolejbusowej na spotkanie pt. "Czy Ziemia potrzebuje obrony przed ludzkim gatunkiem? – profesorskie gadanie Stanisława Czachorowskiego". Tematyka nawiązuje do wykładu w Planetarium, który odbył się z okazji Dnia Ziemi 2024 (czytaj więcej na ten temat). Można będzie spodziewać się takich treści: "Nasza Ziemia jest jak drzewo. Nie tylko samo dla siebie, lecz ze wszystkimi związanymi z drzewem organizmami: roślinożercami, drapieżcami, pasożytami, symbiontami i całym mikrokosmosem. W dziupli znajdują się owady próchnojady, na gałęziach znajdują się gniazda z ptakami, w cieniu skrywa się wiele innych, powiązanych ze sobą, organizmów. Cała zbiorowość. Życie powiązane ze sobą nierozerwalnymi więzami. Ziemia jest jak drzewo, hologenom, mikrobiom, konsorcjum. A cóż my robimy tym drzewom?" Pojawi się także teatrzyk kamishibai.

20.08.2024

Jak być choć częściowo na konferencji Pokazać-Przekazać?

Linki do transmisji są w tekście wpisu.


Jak spędzę ostatnie dni urlopu? Na konferencji w CN Kopernik, w Warszawie. Nie możesz być lub zabrakło dla Ciebie miejsc? Od czego jest internet?  Wszystkiego nie zobaczyć ale część na pewno. Będą transmisje. Na Facebooku umieszczę dodatkowo kilka relacji z konferencji. I podzielę się refleksjami, z tego, co dziele się w edukacji. 

Wszystkich zainteresowanych konferencją Pokazać – Przekazać 2024 pod hasłem „Edukacja – dobra szkoła dobrego życia”, którzy nie mogą być 22 i 23 sierpnia w Centrum Nauki Kopernik, zachęcam do oglądania transmisji na żywo z wybranych wydarzeń.

Otwarcie konferencji: Czwartek 22 sierpnia 2024
  • 10.00 – 10.15 Powitanie
  • Wystąpienie dr Katarzyny Młynek, Zastępczyni Dyrektor programowej Centrum Nauki Kopernik
  • Wystąpienie min. Pauliny Piechny-Więckiewicz, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej
  • 10.15 – 11.00 Rozmowa otwarcia: „Życie dobre, czyli jakie?” Moderacja: dr Jędrzej Witkowski, prezes Centrum Edukacji Obywatelskiej. Goście: Dra Zuzanna Michalska, koordynatorka Programu Klub Młodego Odkrywcy, Centrum Nauki Kopernik, Dr Agnieszka Tomasik, dyrektorka Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 8 w Gdańsku, Radosław Potrac, nauczyciel Szkoły Podstawowej nr 30 w Warszawie. Rozmowa o tym, jak rozumiemy dobre życie, jak się go uczyć i jak je sobie ułatwiać, korzystając z dostępnych możliwości. Ważnym jej elementem będzie projekcja krótkiego filmu dokumentalnego, inspirowanego „Gadającymi głowami” Krzysztofa Kieślowskiego, w którym uczniowie, nauczyciele i rodzice prezentują swoją wizję dobrego życia i tego, jak można się do niego przygotować.
Streaming na FB CNK Link: https://www.facebook.com/events/416433874650960
Streaming na YouTube CNK Otwarcie link: https://youtube.com/live/X_5Uz3bBq90?feature=share

Zamknięcie konferencji Piątek, 23 sierpnia 2024
  • 15.15 –16. 00 Zakończenie konferencji, wystąpienie dr Katarzyny Młynek, Zastępczyni Dyrektor Programowej Centrum Nauki Kopernik i zaproszonych gości.
Streaming na YouTube CNK link: https://youtube.com/live/L2sPk3mJJH4?feature=share

Więcej o konferencji: https://www.kopernik.org.pl/pokazac-przekazac-2024

A ci, którzy mieszkają w Warszawie lub niedaleko Warszawy zapraszam także na  wydarzenie towarzyszące konferencji czyli bezpłatny, specjalny pokaz filmu „Ostatni warsztat” z dyskusją po filmie. Czwartek, 22 sierpnia, godz.17.00 – 19.00. Sala Audytoryjna, parter, Centrum Nauki Kopernik, wejście środkowe. Wstęp bezpłatny

Na zakończenie pierwszego dnia konferencji odbędzie się projekcja filmu „Ostatni Warsztat” w reżyserii Krisa Bowersa i Bena Proudfoota. Film opowiada o warsztacie naprawy instrumentów muzycznych, na których uczą się grać dzieci ze szkół publicznych w Los Angeles. Motywem filmu jest budowanie i odbudowywanie społeczności, naprawianie tego, co zepsute. Obraz został w tym roku nagrodzony Oscarem w kategorii „Najlepszy krótki film dokumentalny”.

Po projekcji zaplanowana jest rozmowa o filmie w kontekście budowania społeczności i uczenia się dobrego życia. Moderacja: dr hab. Małgorzata Przanowska, Wydział Pedagogiczny UW, goście: Maria Mach, dyrektor Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci, Ignacy Dudkiewicz, filozof i działacz społeczny. Redaktor naczelny Magazynu Kontakt.

*  *  *
Po powrocie z konferencji podzielę się na blogu refleksjami. Przez całe wakacje odwiedzałem różne centra nauki i muzea. Nazbierało się sporo obserwacji, dotyczących organizacji przestrzeni w której sie uczymy. Jesienią blog trąci tym, czym "skorupka" nasiąknęła w czasie letnich podróży.

19.08.2024

Felietony jako wprawka do mini wykładów (mikrolearning)

Felieton z VariArtu
 



Felieton jest jak krótka forma wykładowa, jak mikrolearnig. W krótkiej formie trudno jest zawrzeć zwartą treść. Bo nie można się rozgadać, nie można wtrącać dygresji. To mini wykład, z pomysłem na przekaz główny, lecz układający się w większą całość. Jest, a raczej powinien być (bo przecież nie zawsze się udaje), niczym chasydzka opowieść, w której za pomocą jednego szczegółu można przekazać prawdy uniwersalne. Pisania felietonów uczyłem się przez praktykę już od wielu lat. Ta umiejętność przydaje się w dydaktyce. A na pewno przyda się w koncepcji mikrolearningu (a ten już nadchodzi). 

Jak  już wspomniałem, nie można się rozgadać, bo po prostu nie ma miejsca. Zwięzłość formy narzuca kompozycję. Musi być jedna myśl główna, jeden pomysł  na samodzielny felieton. Felieton jest cykliczny zatem potrzebny jest także pomysł na główną myśl przekazu, zawartego w komplementarnych, wielu odcinkach. Niczym wykład w ramach kursu czy rozdział w książce.

Przy okazji redakcji ebooka z pierwszych lat blogowania (ebook dostępny na stronie: https://wakelet.com/wake/8n7Bu5pVo1faTdUzUpSDM) przypomniałem sobie dawne refleksje. Wtedy także traktowałem wpisy na blogu jako wstępne przemyślenia do felietonów. Wtedy pisałem felietony do Gazety Uniwersyteckiej (dodatek do Gazety Olsztyńskiej), potem był cykl tekstów przyrodniczych do powstającej gazetowej encyklopedii przyrody Warmii i Mazur.

Teraz regularnie pisuję felietony do czasopisma VariArt oraz do Wiadomości Uniwersyteckich. Działalność ta jest w pełni bezpłatna. Traktuję ją jako element misji uniwersytetu - upowszechniania wiedzy i ścisłego zakorzeniania się w środowisku lokalny. Jako element mojego zakresu obowiązków akademickich. By być w środowisku i pełniej rozumieć potrzeby i kulturę Warmii i Mazur. Nauka jest częścią kultury a sam uniwersytet jest częścią tożsamości Warmii i Mazur. Dlatego piszę felietony, które mają być jakąś formą uniwersytetu otwartego.

W moich pisanych felietonach jest coś jeszcze. Poznaję i uczę się nowych form edukacji i nowej roli uniwersytetu. Tradycyjne formy powoli przemijają. Im szybciej zrozumiemy przemiany społeczne i kulturowe oraz im szybciej dostosujemy samą istotę uniwersytetu, tym większe szanse na to, że uniwersytet przetrwa. A zmienia się w edukacji bardzo dużo. I to na całym świecie. Nie na darmo ten czas nazywamy trzecią rewolucją technologiczną. Nic już później nie będzie takie jak dawniej. 

Biernie czekać na zmiany i narzekać? Wolę aktywnie odkrywać i współtworzyć nową rzeczywistość. Do tego wpisu dołączam dwa felietony. Wybrane przypadkowo lecz jeśli się w nie wczytać, to można rozpoznać główną myśl przewodnią, do której wielokrotnie nawiązuję. A na niniejszym blogu ćwiczę. To na nim wiele myśli powoli dojrzewa i przybiera pierwsze kształty. Blog jest elementem tworzenia. 


Felieton z Wiadomości Uniwersyteckich

15.08.2024

Lekcje patriotyzmu to niedobry pomysł i wcale nie dlatego, że patriotyzm to coś złego

 

Jak się dostrzeże jakiś ważny problem, to pojawia się propozycja wprowadzenia dodatkowego, specjalnego przedmiotu w szkole. Pomysł z lekcjami patriotyzmu pojawia się nie po raz pierwszy. Jest niedobry i niewykonalny. Stwarza tylko pozory. Jest wręcz edukacyjnie szkodliwy i wynika z kompletnego niezrozumienia szkoły i edukacji.

Tak, patriotyzm to coś ważnego i warto by został uwzględniony w szkolnej edukacji. A czyż do tej pory brakowało zorientowania na patriotyzm w polskiej szkole? Nie. Był od zawsze w edukacji szkolnej. I wcale nie musi być osobnego przedmiotu. Bo jak by był przedmiot, to by było widać, że szkoła coś robi? Po co więc wprowadzać osobny przedmiot? Dla robienia pozorów troski o ważne sprawy?

Ważne są treści i kształcenie zintegrowane. Patriotyzm podejmowany był i jest na wszystkich typach lekcji, od polskiego, przez geografię, historię aż po lekcje wychowawcze i inne pozalekcyjne aktywności. Patriotyzm to nie jest coś, co można wlać do głowy. Patriotyzm to postawa a więc dotyka najróżniejszych aktywności w życiu. Za dużo mamy we współczesnej szkole poszatkowanych treści na osobnie i odizolowane od siebie treści. Dlatego już od dawna wprowadza się różne ścieżki międzyprzedmiotowe. Czy jak w poprzedniej reformie edukacji najpierw kształcenie w miarę zintegrowane w szkole podstawowej, rozdzielenie na osobne przedmioty w gimnazjum i ponowna synteza-integracja w szkole średniej. Bo wydzielanie osobnych przedmiotów też ma sen. Niemniej najskuteczniejsze jest naprzemienne integrowanie (synteza międzyprzedmiotowa) i analiza w osobnych zagadnieniach. 

Dlaczego zły pomysł z tymi lekcjami patriotyzmu? Bo niczego nie załatwia, tworzy pozory i szkodzi szkole. Za dużo mamy poszatkowanego materiału, podzielonego na wydzielone przedmioty. Rzeczywistość ze swej natury jest całościowa i wielowymiarowa. Przedmioty są potrzebne. Ale potrzebna jest także integracja międzyprzedmiotowa, by wiązać to co na matematyce z tym co na fizyce, geografii, historii czy nawet języku polskim. Temu służą między innym projekty oraz integracja międzyprzedmiotowa, czyli takie układanie programu, żeby przynajmniej niektóre treści na jednym przedmiocie korelowały czasowo z treściami na innym przedmiocie. Podobnie z umiejętnością wypowiadanie się. Kształcić ją trzeba nie tylko na języku polskim. Wiedza nie jest poszatkowana na oddzielne i niepowiązane przedmioty. Aczkolwiek dobrze jest poznawać wydzielone i wyodrębnione treści.

Wprowadzając lekcje patriotyzmu trzeba ograniczyć lekcje z innych przedmiotów. Bo czas nie jest z gumy. Dlatego jest to pomysł szkodliwy. Iluzją jest, że cokolwiek załatwi, cokolwiek zmieni na lepsze. Tak jak z patriotyzmem jest i z innymi ważnymi współcześnie zagadnieniami, typu nowe technologie, sztuczna inteligencja. Tak, to ważne w kształceniu umiejętności. I co, wprowadzać kolejne przedmioty? A może lepiej po prostu dokształcić kadrę nauczycielską i dać im narzędzia by mogli wprowadzać praktyczne korzystanie z nowych technologii na już istniejących przedmiotach? Jest to lepsze lecz mniej widowiskowe, bo nie za bardzo widać w mediach. Zupełnie jak w dowcipie: "Czy lepiej być brudnym czy głupim? Głupim, bo nie widać."

Rozumienie. To nie jest wiedza twarda, faktograficzna, to nie wzór  z fizyki czy chemii, który można zapamiętać, wykuć na pamięć i już będzie się patriotą. Owszem, patriotyzm tak jak i inne kompetencje czy umiejętności, wymaga faktów i wiedzy twardej, bo nie kształtuje się w próżni. Tak jak z nauką jazdy samochodem. Uczy się jej na konkretnym modelu, konkretnej marce. Ale potem umiemy jeździć każdym  samochodem, a nawet i traktorem. Nie da się nauczyć umiejętności kierowania pojazdem tylko teoretycznie na jakimś ogólnym, nieistniejącym samochodzie.

Czym jest patriotyzm? To nie są lekcje w szkole jako takie (choć i na lekcjach się pojawiają takie treści i kompetencje). To na przykład niskoemisyjne wakacyjne podróże (lub szkolne wycieczki) i poznawanie własnego kraju. To nie wczasy w Egipcie, Maroko czy na Bahamach, do których dolecieć trzeba samolotem. Podczas podróży pociągiem i komunikacją publiczną (albo pieszo czy rowerem) mniej emitujemy gazów cieplarnianych. To obiad w barze, kawiarni czy restauracji, w której zostawiamy pieniądze a więc wspieramy lokalną, krajową działalność gospodarczą. W rezultacie nie wywozimy pieniędzy za granicę do nielubianych "ciapatych". Jak to jest, że jeździmy do nich na wakacje a jednoczenie odnosimy się do tych ludzi z taką rezerwą i niechęcia? Nie mam nic przeciw podróżom zagranicznym. One w niczym nie szkodzą patriotycznej postawie. Ważne i pouczające jest poznawanie świata i innych kultur. Chodzi mi tylko o proporcje i skalę. 

Zostawianie pieniędzy na miejscu, w lokalnych biznesach, to nie tylko mniejszy ślad węglowy, tak ważny w dobie globalnego ocieplenie klimatu, to także wspomaganie ekonomiczne lokalnych społeczności i poznawanie własnego kraju, własnej kultury, własnej historii, historii złożonej i tworzonej z przybyszami z daleka i bliska.

Na pewno warto poznawać dalekie kraje. Ale może więcej czasu przeznaczyć na podróże bliskie i wspierające własną gospodarkę? Czy tego można nauczyć się na wydzielonych lekcjach z patriotyzmu? 

Patriotyzm to nie są wrzaski na ulicy i palenie rac (zanieczyszczające powietrze i środowisko), to nie jest bazgranie agresywnymi napisami po elewacjach i w miejscach publicznych. Patriotyzm to kasowanie biletów w komunikacji miejskiej, to płacenie podatków, to nie śmiecenie w lesie i nad jeziorem, to rzetelny recykling. Ot takie niby drobiazgi. Zwróćcie uwagę na śmietniki osiedlowe i pojemniki do recyklingu w miejscach publicznych. Ileż tam niepoprawnie wrzuconych odpadów. Czy intelektualnie trudne jest odróżnienie opakowania plastikowego od szklanego czy papierowego? Nie. Jest to w granicach możliwości każdego człowieka. A jednak nie "potrafimy" jako zbiorowość wykonać tak prostego recyklingu. Bo wielu z nas nie chce, nie uznaje za ważne. Tych kompetencji nie da się nauczyć na wydzielonych lekcjach w szkole. Ale można je oczywiście kształtować także i w szkole. Przez praktyczne działanie na dowolnej lekcji i na zajęciach pozalekcyjnych. 

Postulowanie lekcji patriotyzmu to myślenie magiczne: wystarczy rzucić hasło i słowo stanie się ciałem. Niczym magiczne zaklęcie. łatwe do wykonania. Wolimy magiczne zaklęcia od codziennej, rzetelnej i żmudnej pracy. Bo nie jest widoczna.

Ekspres do kawy a sprawa polskiej edukacji i umiejętności czytania instrukcji

Śniadanie w hotelu, bistro. Sytuacja jakich wiele.
 

Didaskalia: wakacyjny wyjazd, śniadanie w hotelowym bistro, ekspres do kawy. Są różne ekspresy i różne sposoby ich uruchamiania. Trochę się już nauczyłem obsługi, ale ciągle mam kłopoty i w nowych sytuacjach zajmuje mi czas odczytanie instrukcji. Jakbym zobaczył coś nowego. Towarzyszy temu procesowi odrobina strachu - czy sobie poradzę z tym urządzeniem i czy się nie ośmieszę jakimś niewłaściwym działaniem (coś się rozleje, coś się zablokuje). Też miewacie takie odczucia i takie sytuacje?

Jest jakaś ogólna zasada działania takich urządzeń. Trening czyni mistrza, a im więcej typów się spotka i uruchomi, tym łatwiej z kolejnymi. Zazwyczaj są napisy po angielsku (czasem w innym obcym języku). Ale jest jeszcze inny problem - sporo jest nazw typów kaw, których nie znam, jakieś cappuccino, latte, espresso i wiele innych. Nawet nie wiem jak smakują i w jakiej proporcji dodawane jest tam mleko. Czyli ile kawy jest w kawie. A ja na śniadanie chciałbym po prostu zwykłą czarną kawę. Raz jest pod nazwą czarna kawa, innym razem americano lub jeszcze inaczej lungo, creme czy jakoś tak. Jak dobrać wielkość kubeczka czy filiżanki? Nawet w kawiarni z obsługą się gubię, bo w menu wypisane są te różne dziwne nazwy. Ale z człowiekiem jest prosto, można przecież powiedzieć, że chce się czarnej kawy bez mleka i kelnerka czy barista sami dopasują z tego, co mają w menu. Lub to, co najbardziej zbliżone. Ja się nie muszę znać. Ale inaczej jest z automatem, z nim tak nie pogadasz...

W takich sytuacjach przypomina mi się międzynarodowa konferencja trichopterologiczna w Poczdamie z roku 2000. Odbywała się w nowym i nowoczesnym budynku. Stołówka w pełni zautomatyzowana z automatami do kawy. Niby mało przycisków ale przycisk do kawy był na małą i na dużą kawę. Pół biedy, jeśli do dużego kubka wlało się akurat coś małego. Gorzej, gdy odwrotnie, bo się rozlewa. Czułem się w tej nowoczesności mocno zagubiony. Pewnym pocieszeniem było to, że  nawet Japończycy się gubili w tej technice. Sporo stresu i uczenie się języka maszyn i automatów. I ta nauka trwa już ćwierć wieku a ciągle się gubię. 

A więc śniadanie w restauracji. Podchodzę do ekspresu. Jak go obsłużyć, bo trochę inny niż te, które zazwyczaj spotykam na konferencjach czy hotelach? Nowa sytuacja, nowe urządzenie. A jak będzie jakaś awaria lub czyszczenie lub brak wody czy kawy, to co mam wtedy zrobić? Ale oprócz przycisków z opisami na ekspresie jest i jedna kartka z instrukcją, wraz z obrazkami. Wystarczy tylko czytać i wykonywać czynności zgodnie z instrukcjami. Niby proste a jednak czasem sprawia trudność. Dlaczego? Bo jestem niecierpliwy i chcę szybko przejść dalej. Bo nie trzymam się instrukcji tylko rzucam okiem i wydaje się, że już wiem i dalej robię po swojemu. Chyba, że pojawia się problem, to wtedy wracam do instrukcji lub proszę kogoś o pomoc. Tym razem, pomny różnych wcześniejszych niepowodzeń, starannie przeczytałem instrukcję i wykonałem czynności zgodnie z zawartymi w niej sugestiami. Pełen sukces! A więc wystarczy tylko umieć czytać instrukcje (obrazkowe!) i być starannym. Niby nic wielkiego taka umiejętność czytania instrukcji a jak bardzo ułatwia życie i współpracę z urządzeniami technicznymi!

Co zrobić, gdy spotykamy się z nieznanym nam urządzeniem? Jest sposób na bezradnego (starszego człowieka, piękną blondynkę itp.) i wzbudzanie empatii. Szukamy kogoś, kto nam powie co i jak. Wolimy słuchać instrukcji ustnych, gdy ktoś nam pokazuje, niż mielibyśmy sami czytać (bo w pisanej instrukcji pojawiają się trudne, czasem specjalistyczne, terminy, których nie rozumiemy, czasem są w języku obcym, którego nie znamy lub znamy słabo). A żywy człowiek nam to wszystko krótko i treściwie powie oraz pokaże na urządzeniu. Łatwizna. Ale nawet jak słuchamy, to często robimy to nieuważnie. Bo liczymy, że ktoś za nas zrobi, nie próbujemy dobrze zapamiętać. Chcieliśmy tylko, by ktoś za nas wykonał te czynność a nie żeby się samemu nauczyć. 

Wróćmy do hotelowego  śniadania. Pani pyta obsługi jak przygotować kawę w ekspresie. Kelnerka wyjaśnia i naciska odpowiednie guziki (pewnie robi to dziesiątki razy, mimo że obok leży instrukcja z obrazkami). Przy następnej kawie ta sama pani robi błędy. Dlaczego? Jest instrukcja i kelnerka pokazała co i jak. Umie czytać i rozumie (są nawet  obrazki), a jednak nie rozumie procesu, popełnia błędy i robi mały problem dla kolejnych użytkowników. Zabrakło chęci nauczenia się? Zabrakło umiejętności czytania instrukcji urządzeń technicznych? Deficyt twardej wiedzy czy raczej kompetencji miękkich?

Łatwiej jest, jak się ma ogólne pojęcie techniczne. Młodym to przychodzi łatwiej bo szybciej uczą się nowinek technicznych. A może szybciej i łatwiej się uczą? Starzy mają już swoje nawyki, swoje przyzwyczajenie i nie chcą się uczyć nowych umiejętności i współdziałania z technologią? Tak było chyba zawsze, że nowe technologie łatwiej i szybciej opanowują młodzi ludzie. Świat jednak zmienia się tak szybko i tak głęboko, że umiejętność uczenia się potrzebna jest przez całe życie. Ciągle coś nowego się pojawia i trzeba się nauczyć z tym żyć. Prawdą jest, że umiejętność uczenia się jest jedną z najważniejszych kompetencji XXI wieku. I to niezależnie ile ma się lat. Uczyć się będziemy przez całe życie. A żyjemy długo...

A po co się uczyć nowego? Może wystarczy po prostu unikać? Nie jeździć na wycieczki, nie korzystać z ekspresu do kawy? Tyle tylko, że na co dzień zmuszeni jesteśmy do korzystania z innych, podobnych urządzeń: biletomatu, bankomatu, terminala płatniczego itp. Technika nas otacza. Zamiast ludzi w obsłudze spotykamy automaty. Potrzebne jest nam na co dzień rozumienie rzeczywistości i umiejętność czytania instrukcji obsługi. Ważna kompetencja. Trzeba próbować zrozumieć. Umieć odczytać i cierpliwie wykonywać zgodnie z instrukcją. Czasem jesteśmy zbyt leniwi i za szybko porzucamy instrukcję. I wtedy często pojawiają się różne nieprzewidziane kłopoty i trudności. W rezultacie cały proces trwa dłużej a nie krócej. Bo wykonujemy go kilka razy.

Z automatami spotykać będziemy się na każdym kroku. Rozumienie instrukcji jest ważną kompetencją. I nie chodzi tylko o samo zrozumienie tekstu, bo jesteśmy czytaci i pisaci (chyba, że pojawia się wtórny analfabetyzm). Co innego jednak rozumienie tego tekstu, zwłaszcza w kontekście technologii. Najlepiej trenować na różnych automatach, by umieć dogadać się nawet z nową maszyną. I nie zadziała tu strategia nieporadnego starszego pana czy głupiutkiej ładnej blondynki - nie da się uwieść automatu lub wziąć na litość i sympatię. To inny sposób komunikacji niż z ludźmi. Nawet AI niewiele pomoże. Trzeba się uczyć jak języków obcych, jak życia w innej kulturze. Dawne strategie komunizacji z ludźmi mogą być zawodne. Albo zgodnie z instrukcją albo wcale. Automaty są zero-jedynkowe. Nie domyślą się, nie odgadną naszych rzeczywistych intencji.

Kompetencje techniczne i miękkie są ważne w życiu. Dobrze, byśmy się ich uczyli także w szkole. Nie tylko twarda wiedza, ta faktograficzna, ale i miękkie kompetencje, tak często lekceważone. Umieć się uczyć, umieć porozumieć się z różnymi ludźmi jak i z nieludzkimi elementami naszego społecznego życia: z ekspresem do kawy, biletomatem lub innym automatem.

Jak przygotować młodych ludzi w szkole do dorosłego życia? Zadbać o twardą wiedzę? Zebrać różne typy ekspresów do kawy i niech ćwiczą aż zapamiętają wszystkie możliwości i typy? Na koniec sprawdzimy wystandaryzowanym testem lub egzaminem praktycznym. Wydaje się to sensowne. Tyle tylko, że zanim skończą wszystkie stopnie szkolnej edukacji najpewniej pojawią się nowe urządzenia o nieco innej technologii i komunikacji z użytkownikiem. I wtedy ta twarda wiedza będzie mało przydatna. A uzyskane punkty i stopnie mało istotne. Ważniejsza okaże się umiejętność uczenia się. Czy da się skonstruować test wielokrotnego lub jednokrotnego wybory by sprawdzić kompetencję uczenia się? Jestem przekonany, że umiejętność uczenia da się sprawdzić. Potrzeba tylko nieco innych narzędzi i sposobu sprawdzania.

Sytuacja edukacyjna we współczesnej szkole jest jak nowy ekspres do kawy - jest inny niż te dawniej i trzeba się nauczyć obsługi. Stare schematy i nawyki okazują się w dużej części mało przydatne...

Ilustracja wygenerowana przez Copilot
do tematu ekspres do kawy, instrukcja obsługi.

Możesz być aktywny, kliknij. To też forma relacji i dialogu.

Jeśli chcesz wesprzeć twórcę niniejszego bloga i bym mógł zdobyć środki na opracowanie i upowszechnienie e-booków, związanych z tym blogiem, to jest możliwość. Nie obowiązek a możliwość. Małe wsparcie w postaci symbolicznej kawy. Zaproś mnie na kawę i porozmawiajmy.

A skoro zapraszasz mnie na kawę (stawiasz kawę?), to masz prawo pytać o interesujące Cię sprawy oraz sugerować poruszenie interesujących Cię tematów na niniejszym blogu. O czym chciałabyś (chciałbyś) jeszcze przeczytać a czego na razie nie ma na tym blogu? Co chcesz skomentować? Napisz w komentarzach pod niniejszym wpisem.