29.06.2018

Obóz studencki w Górowie Iławeckim (1999)


Wcześniej, w kontekście studenckich juwenaliów, postawiłem pytanie dotyczące budowania tożsamości i poczucia wspólnoty w środowisku akademickim, ze szczególnym naciskiem na studentów: czy i jakie tworzymy środowisko edukacyjne na uniwersytecie by studenci mogli się rozwijać, łącznie z kompetencjami społecznymi? Jedną z ważnych możliwości, tak sadzę, tworzenia dobrego środowiska edukacyjnego są różnego typu projekty oraz letnie obozy naukowe. Te ostatnie dobrze były (i są) wpisane w kształcenie biologiczne. Kiedyś na mojej uczelni (wtedy była to Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Olsztynie), w ramach obowiązkowych zajęć, odbywały się miesięczne letnie praktyki biologiczne w terenie. Nie zapominając oczywiście o obozach studenckiego koła naukowego. W takich obozach badawczych uczestniczyłem jako student a potem jako opiekun koła naukowego (Koło Naukowe Ekologów). Spędzenie razem czasu nie tylko na zajęciach ale i po, umożliwiało lepsze poznanie się studentów i pracowników. Poznanie się w dobrych i trudnych chwilach. Teraz mi tego brakuje.

Byłem niedawno w Górowie Iławeckim na jubileuszu Liceum Ukraińskiego. I przypomniał mi się obóz naukowy sprzed blisko 20 lat. Był to lipiec 1999 roku, tuż po formalnym powstaniu Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Ponieważ zbliża się jubileusz mojego uniwersytetu, warto powspominać.... z myślą o przyszłości. Na refleksje zawsze powinien się znaleźć czas. Warto szukać sensu tego, co się robi.

Obozy terenowe to przede wszystkim udział w badaniach terenowych (bardzo ważne w kształceniu biologów środowiskowych). Ale także to poznawania siebie w trudach i znojach dnia codziennego, możliwość spędzenia ze sobą dużo czasu i okazja do wielu rozmów, nie tylko zawodowych. Wymierna okazja do realizacji wspólnoty uczących i nauczanych. Trudne sytuacje pozwalają bardziej się poznać i sensownie integrować. Tak jak w przypadku, zilustrowanym poniższym zdjęciem.


A było to tak. Codziennie wyruszaliśmy na badania terenowe by z różnych zbiorników wodnych zbierać materiał do badań hydrobiologicznych. Główny nacisk położyliśmy na chruściki (Trichoptera) oraz ważki (Odonata).  Przy okazji mogliśmy obserwować bardzo różne ekosystemy, antropopresję, różne rośliny i zwierzęta, i o nich opowiadać, wspólnie poznawać, dziwić się, szukać odpowiedzi. Materiał zbieraliśmy w ramach nie spisanych zadnym grantem szerszych badań faunistycznych regionu (poznawanie rozmieszczenia i struktury bioróżnorodności ekosystemów wodnych północno-wschodniej Polski. Systematyczne zbierania danych z całego regionu i powolne wypełnianie białych plan. Niby nic wielkiego, ale bez tej wiedzy podstawowej wiele innych badań nie byłoby możliwych.

Ale wróćmy do sytuacji na zdjęciu. Każdy wyjazd lub wyjście terenowe wcześniej planowaliśmy z mapą w ręku. Czasem korzystaliśmy z dojazdu autobusem. Tego dnia zaplanowaliśmy zebranie prób w rzece Elmie na kilku stanowiskach. Szliśmy drogą do mostu, zaznaczonego na mapie. Ale okazało się, że mostu nie ma. Kiedyś był, ale teraz nie ma. Wracać pieszo kilka kilometrów (duże nadłożenie drogi)? Lub przejść w bród. Ponieważ to ja ustaliłem trasę, czułem się odpowiedzialny za rozwiązanie tego dylematu. Najpierw sam sprawdziłem przejście. Dało się, rzeka nie była głęboka (woda zamulona po deszczu, dna nie było widać). Wróciłem i zachęciłem do przejścia i zamoczenia nóg. Powiedziałem, że jeśli ktoś chce, to mogę przenieść go "na barana". Jedna ze studentek z chęcią skorzystała, co widać po radości wypisanej w oczach (na zdjęciu). Przypuszczam, że bardziej dla frajdy niż z konieczności. Reszta ze śmiechem także przeprawiła się przez rzekę, a chętnych do przygody bycia przenoszonym było więcej. Niezaplanowana, trudna sytuacja, która stała się wesołą przygodą. Tego na zajęciach w murach szkoły się nie przeżyje. Trudne chwile, które pozwalają lepiej się  poznać i które budują wspólnotę uczących i nauczanych.

(Jakieś małe źródełko)
Na studencki obóz naukowy w Górowie Iławeckim w lipcu 1999 r. zabrałem studentów biologii. Część z nich to moi magistranci. Już nie pamiętam czy decyzję o pisaniu pracy magisterskiej pod moim kierunkiem podjęli wcześniej czy dopiero po tych zajęciach terenowych. Niemniej celem było poznanie metod pracy hydroentomologa. Dołączyli studenci biologii z Lublina, też o zainteresowaniach terenowo-entomologicznych. A także uczennica z liceum i studentka medycyny, hobbystycznie interesująca się chruścikami.
Uczestnikami tamtego obozu byli: dr Stanisław Czachorowski, mgr Paweł Buczyński (odonatolog z Lubina, kolega "po fachu"), mgr Lech Pietrzak, mgr Monika Pietrzak (oboje to absolwenci biologii, studiowali w Szczecinie, Lech Pietrzak to mój późniejszy doktorant, na obozie poznaliśmy się, chciał nabrać praktyki w badaniach terenowych i zbieraniu materiału chruścikowego), mgr Tomasz Majewski (absolwent z Olsztyna, członek koła naukowego i mój późniejszy doktorant), studenci biologii naszej uczelni: Marta Mońko, Daniel Rykowski, Jolanta Małek (trójka moich magistrantów), Katarzyna Kasprzysiak, Katarzyna Rudowska, Agnieszka Oponowicz (to obecne nazwisko, po mężu, panieńskiego nie pamiętam), Joanna Gutowska (studentka medycyny z Bydgoszczy, wcześniej pomagałem jej w części badawczej do pracy na olimpiadę biologiczną), dwie studentki z Lublina i uczennica liceum z Piątek - Marta Kowalczyk (chciałam poznać metodologię badań hydrobiologicznych by wykorzystać w swojej pracy badawczej na olimpiadę biologiczną).  Nie zapamiętałem nazwisk wszystkich studentów. Naszym przewodnikiem terenowym był Witold Kozubel, kolega ze studiów, nauczyciel w Liceum Ukraińskim w Górowie Iławeckim.

Jednym z efektów badawczych obozu w Górowie Iławeckim była praca magisterska (później było uzupełniające zbieranie materiału w okolicznych ciekach): Małek Jolanta, 2001, Chruściki (Trichoptera) okolic Wzniesień Górowskich. Inne dane cząstkowe zostały wykorzystane w różnych publikacjach.

(Krótki odpoczynek. Dużo chodziliśmy pieszo, przez pokrzywy i w towarzystwie komarów.
Ale to właśnie w trudach lepiej się poznaje ludzi. W tym dobrym i tym złym)

(Wybieranie bentosu z pobranej próby)
(Gdzieś w drodze, na wieży widokowej. O ile pamiętam to niedaleko Żywkowa i Jeziora Martwego - dystroficzne, dlatego uważane przez ludzi miejscowych za "martwe")


Warunki terenowe, zwłaszcza kilkadziesiąt lat temu, zawsze stanowiły wyzwanie logistyczne ... i bytowe. Nie było luksusów. Zakwaterowanie mieliśmy w starej bursie szkolnej. Udało się nam na miejscu wykupić posiłki w miejscowej stołówce. Obiady były smaczne i sycące. Zawsze jednak jedzie się w nieznane. Dlatego zabraliśmy grilla (na ognisko w mieście nie było co liczyć). Nie był on za bardzo potrzebny, ale wykorzystywaliśmy do spotkań wieczornych. Bo skoro już przywieziony, to niech się nie kurzy...

Spotkania, jakich nie ma na co dzień na uniwersytecie. Kończą się zajęcia i się rozchodzimy do swoich domów. Brak jest kontaktu ze studentami bo brak jest sytuacji edukacyjnych w szerokim słowa tego znaczeniu. Niby jest piękny kampus... ale słabo wypełniony wspólnotowym życiem akademickim. W terenie w jakimś sensie "skazani" jesteśmy na siebie przez cały dzień. I to jest dobra sytuacja edukacyjna. I wychowawcza.

Młodym ludziom do zabawy niewiele potrzeba. Nawet deszcz nie jest przeszkodą, bo po letniej burzy można boso pobiegać i poskakać w kałużach. Przy młodych ludziach i ja czułem się młodszym. Pozostały piękne wspomnienia.

Mamy piękne budynki, nowoczesne laboratoria, indeksowane publikacje.... ale o czymś ważnym zapomnieliśmy, coś nam niezauważenie umknęło. Zapomnieliśmy o budowaniu wspólnoty i dobrego środowiska edukacyjnego. Inwestycje w budynki i sprzęt są bardzo ważne i potrzebne. Równie ważne są inwestycje w kapitał ludzki i tworzenie relacji. A do tego przydatne jest odpowiednie środowisko edukacyjne. Same budynki i malowniczy kampus nad jeziorem nie wystarczy. Tę przestrzeń trzeba czymś wypełnić.

27.06.2018

Pasją człowieka jest dążenie do prawdy


„Jedną z największych pasji człowieka jest dążenie do Prawdy. Ta pasja często przybiera dwa oblicza: pierwsze – wiedzieć, jak jest naprawdę, i drugie, bardziej osobiste – budować swoje życie na Prawdzie: Prawdzie Naukowej i Prawdzie Moralnej.”

Michał Heller „Jak być uczonym” Wyd. Znak, Kraków 2009 r.

Poznawać i wiedzieć jaki jest świat wokół nas. I robić to, co sensowne a nie to, co według chwilowych trendów przynosi punkty do kariery czy oceny na świadectwie. Dążenie do prawdy i na Prawdzie oparte wymaga samodzielności w myśleniu i wewnętrznej motywacji. Nie jest łatwe a czasem się nie opłaca. Ale warto być przyzwoitym także w poszukiwaniu wiedzy prawdziwej ! W poznawaniu Prawdy we właściwym słowa tego znaczeniu.

25.06.2018

Moje spotkania z Ornetą, teraz będzie to Recyklingowy street art - Eko Las

Każdy może (przyjść i malować stare dachówki), młody, dorosły i z niskim peselem. Będziemy malowali przyrodę, leśne demony i smoki Ornety. Na kamieniach i na starych dachówkach. A potem poukrywamy je w różnych miejscach Ornety i powstanie edukacyjna gra terenowa, opowiadająca o historii, kulturze i przyrodzie. Historia orneckiego smoka tez się tam zapewne znajdzie.

Spotkamy się w Ornecie by malować i rozmawiać. Surowcem w streetartowym happeningu są rzeczy pozornie zbędne i niepotrzebna, czasem traktowane jako śmieci: stare dachówki, szklane butelki i słoiki, polne kamienie czy wybrakowana ceramika (odpady po remontach domów). My nadamy im nową wartość (kamienie i dachówki zapewniają organizatorzy). Dostrzeżemy to, czego inni na co dzień nie widzą. Może dlatego, że są zbyt mocno zabiegami w konsumpcyjnym wyścigu szczurów?

Wspólne malowanie ma wymiar  społeczny: integracja, sposób na nawiązywanie kontaktów w anonimowym mieście, dialog międzykulturowy ponad granicami, dialog międzypokoleniowy i interdyscyplinarny. Poprzez wspólne malowanie w przestrzeni publicznej powstają drobne elementy, umieszczane później w przestrzeni publicznej lub jako uliczne wystawy oraz elementy małej architektury. A po malowaniu wspólnie stworzymy niebanalną opowieść i edukacyjną grę terenową z poszukiwaniem skarbów (czytaj więcej).

Moje pierwsze spotkanie z Ornetą miało miejsce kilkadziesiąt tak temu, gdy jako mały chłopiec leżałem w szpitalu. Na sali była także starsza pani, opiekowała się mną, opowiadała różne historie. I zapraszała do siebie. Podała swój adres, Orneta ulica Pieniężnego. Pamiętam do dziś.

W Ornecie pojawiłem się wiele lat później. Jako student. W czasie zbierania materiału z rzeki Pasłęki (badania Zakładu Ekologii i Ochrony Środowiska WSP w Olsztynie oraz moja praca magisterska, dotycząca chruścików rzeki Pasłęki) pod mostem w pobliżu Pasłęki zauważyliśmy gniazda samotnych pszczół. Wydawało się nam, że to gniazda porobnicy murarki. I któregoś razu, chyba w czasie wakacji, wybrałem się samotnie by sprawdzić dokładniej to stanowisko. Już nie pamiętam czy dotarłem pociągiem czy autobusem do Ornety. Znalazłem jakiś hotelik i zapytałem o miejsca noclegowe, a potem poszedłem nad rzekę Pasłękę. Pieszo z plecakiem. Znalazłem te gniazda pszczół, zebrałem material. Dzisiaj wiem, że było to miesierki, ale wtedy nie wiedziałem. Ostatecznie spałem pod mostem. Następnego dnia dotarłem do jakiegoś przystanku autobusowego i wróciłem do Olsztyna.

(Recyklingowe malowanie butelek)
A potem był cykl zajęć „Z uniwersytetem na Ty” (Smoki, rycerze i czarownice, czyli nauczanie przez projekt i tworzenie sytuacji edukacyjnych).  Wszystko za sprawą propozycji profesora Leszka Szarzyńskiego i zaproszenie do udziału w projekcie „Z uniwersytetem na Ty” w 2005 roku. Był to cykl spotkań, organizowanych przez prof. Leszka Szarzyńskiego i Urząd Miasta i Gminy w Ornecie. Po wstępnych rozmowach, w ramach realizacji typowego projektu, w ciągu niespełna trzech tygodni wspólnie ze studentami stworzyliśmy program spotkania ph. „Rycerze, smoki i czarownice czyli przyroda Ornety od średniowiecza do współczesności”. Realizacja odbyła się 7 czerwca 2005 r. Była to okazja do promocji uczelni, uniwersytetu trafiającego „pod strzechy”. Ale przede wszystkim było to procentujące doświadczanie edukacyjne dla mnie jako nauczyciela akademickiego. Miałem okazję samemu w pełni uczestniczyć, obserwować studentów w trakcie zajęć, a potem przez ponad rok obserwować efekty dydaktyczne. To wtedy po raz pierwszy zobaczyłem jak malować butelki z recyklingu. A nieco później nauczyłem się uproszczonego batiku (i tak powstał mój batikowy smok ornecki). Były wykłady, pokazy, koncert, wystawa owadów, pokaz i współuczestnictwo w malowaniu butelek, wywiady dla radia, pisanie artykułów. Tylko część rezultatów „okrzepła” w samej Ornecie. Studenci i ja sam zdobyliśmy nowe doświadczenie. Z perspektywy lat dostrzegam przydatność tych umiejętność w edukacji pozaformalnej.

W 2005 roku w klimat średniowiecza wprowadzili muzyką studenci z ówczesnego Wydziału Nauk Społecznych i Sztuki (dziś to dwa osobne wydziału, w tym Wydział Sztuki). O rycerzach opowiadał mój doktorant - Witold Szczepański, biolog a hobbysrycznie członek olsztyńskiego bractwa rycerskiego. Przy wsparciu swojej damy serca, opowiadającej o księżniczkach i czarownicach, a przy okazji o agroturystyce. Nie obyło się też bez konkursów zręcznościowy dla uczniów. W herbie Ornety jest smok. Ważki – to owady wodne powszechnie znane. Ich angielska nazwa to dragonfly - latające smoki (lub smoko-muchy)! Są więc wokół nas żyjące współcześnie „smoki”. Nie porywają już księżniczek, ale są równie ciekawe i intrygujące. Studenci nie tylko opowiadali o świecie owadów i ich bajkowych nazwach, ale również demonstrowali owady żywe i w zasuszone w gablotach. To przyciągnęło uwagę nie tylko najmłodszych. Podobno w okolicach Ornety spalono na stosie ostatnią czarownicę z Warmii. Z czarownicami kojarzą się zioła, mikstury i trucizny. To dobry pretekst, aby opowiedzieć o leczniczych właściwościach ziół. W czasie spotkania studenci nie tylko opowiedzieli o recyklingu i reusingu (powtórne użycie), ale poprowadzili warsztaty malarskie, pod czujnym i wprawnym okiem pani Grażyny Borys. We wzornictwie dominowały oczywiście rośliny i owady.

Działania trwały jeszcze w 2006 roku. Była wystawa w orneckim ratuszu, malowanie smoków techniką batiku oraz prezentacja Ornety w Olsztynie. Po wielu latach ten kierunek poszukiwań intelektualnych zaowocował tworzeniem z Wydziałem Humanistycznym kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Współpraca z regionem czyli lokalnymi partnerami pozauniwersyteckimi przynosi dobre rezultaty.

Zainspirowany działaniami w Ornecie przygotowałem wykład pt. „Ekologia smoków”, który wykorzystywałem jako zaskakujący wstęp do ekologii i edukacji ekologicznej, pokazując jednocześnie, że biologia jest nauką logiczną i spójna (a nie pamięciową). Z praw biologicznych można wyciągać wnioski i przewidywać rozwiązanie.

Kamień, który dostałem od studentów w Ornecie. Malowanie butelek cieszyło się ogromnym zainteresowaniem i zabrakło. Rodzice szukali po koszach. Próbowaliśmy także z kamieniami. Jeden trafił do mnie. Kamień z chruścikiem. Najpewniej namalowana jest Anabolia laevis.


Mój batikowy smok.



Zupełnie niedawno odwiedziłem Ornetę w czasie badań terenowych, dotyczących monitoringu ważki (Odonata) trzepli zielonej (Ophiogomphus cecilia). Zatrzymaliśmy się w Ornecie by zjeść ciastko i wypić kawę. W przerwie między poszukiwaniami terenowymi. Urokliwe miasteczko, niczym plan filmowy.

W 2018 roku ponownie wracam do Ornety, z malowaniem dachówek. Tym razem lejtmotywem jest streetart i edukacyjne gry terenowe. Co z tego wyniknie? Zobaczymy.

(Otwarcie wystawy w orneckim ratuszu)

23.06.2018

Tajemnica czarnej butelki - rozsmakuj się w Warmii


W chwili, gdy ukazuje się ten wpis, rozpoczyna się poszukiwanie składników tajnego przepisu, a do rąk rodziców i nauczycieli trafia list, który rozpoczyna się tak:

"Tutejszy Kucharz potrafi przygotować potrawę tajemną o mocy niezwykłej. W sam raz na Noc Świętojańską i szukanie kwiatu paproci. Przepisu pilnie strzeże by nikt niepowołany do tej wiedzy tajemnej i regionalnej nie dotarł. Składniki do magicznego przepisu poukrywał w czarnych butelkach. Odszukaj osiem czarnych, smukłych butelek (wcześniej był w nich olej lniany na zimno tłoczony), sprytnie w lokalu poukrywanych. W każdej jest kartka z podpowiedziami i nazwą niezbędnej ingrediencji. Odszukaj butelki, odgadnij składniki i wpisz je w odpowiednie miejsca na załączonej kartce. Z rozwiązaniem zgłoś się do baru – tam kucharz przyrządzi potrawę tajemną ale z mocą magiczną. Ruszaj – choć niebezpieczeństw wiele i pułapki liczne. Nagroda warta zachodu."

Poszukiwanie kwiatu paproci w Noc Świętojańską? To tylko wstęp do terenowej gry edukacyjnej, przygotowanej do zajęć w ramach projektu  Rozsmakuj się w Warmii i Mazurach. Poproszony zostałem o przygotowanie krótkiego wykładu (a w zasadzie pogadanki) na temat żywności slow food i tradycji regionalnych. Pogadanka będzie wstępem do warsztatów kulinarnych. Dla dzieci wykład i warsztaty, a co dla rodziców i nauczycieli? Dla nich gra terenowa, łącząca wiedzę biologiczną, kulinarną, etnograficzną i regionalną. Edukacja pozaformalna i interdyscyplinarna w całkiem nowej (dla mnie) formie.

W czasie Nocy Świętojańskiej, według dawnych tradycji ludowych, złe moce największą mają siłę. Ale można je pokonać."Trzeba wielu zaklęć i ziół magicznych by przed złem się obronić i dotrzeć do celu. Znajdziesz go a on ci zapewni skarb wielki… i jeśli zechcesz, miłosne (duchowe i cielesne) uniesienia. Znamy legendę o świętojańskiej nocy i szukaniu kwiatu paproci."

Skąd się ona wzięła? Dawniej wiedza biologiczna nie była tak dokładna (rozległa i precyzyjna) jak teraz. Być może więc co innego uważane było za kwiat. Paprocie są roślinami, a rośliny mają kwiaty… Rozróżnienie na rośliny zarodnikowe i nasienne pojawiło się dużo później niż legenda świętojańskiego poszukiwania kwiatu paproci. Są paprocie z wyjątkowo pięknymi kłosami zarodnionośnymi – piękne i ozdobne niczym kwiaty roślin nasiennych. Przykładem jest nasięźrzał (Ophioglossum vulgatum), przypominający kwitnącą konwalię, lub długosz królewski (Osmunda regalis) z kłosami zarodnionośnymi niczym kwiatostany różnych gatunków szczawiu. Na świętojański kwiat paproci najbardziej pasuje nasięźrzał. Skąd taka dziwna nazwa? Aleksander Brückner wyjaśnia, że nazwa jest bardzo stara, odnotowana już w XV wieku. Pierwotnie zapisana jako nasieźrze (podobnie dziwnie brzmi jak nazwa rośliny nietubyć – ale i język się zmienia), później dopiero jako nasięźrzał. Była to roślina „miłośnicza”, sprawiająca, że na się źrzeć (zerkać, spoglądać) będą. Nic dziwnego, że skoro miała w wierzeniach moc miłosną, to była pilnie poszukiwana w noc Kupały, późnej zwaną świętojańską. Obecnie nie wiemy jaka to moc magiczna była (jak w dawnych wierzeniach było to osadzone i uzasadnione w ówczesnym paradygmacie). Kłosy zarodnionośne nasięźrzała spotkać można nie tylko w czasie jednej nocy (choć są i kwiaty na świecie, które kwitną bardzo krótko, ale to już inna opowieść). Ale najwyraźniej w dawnej tradycji nasięźrzał miał moc magiczną tylko w czasie jednej nocy.

W grze terenowej z elementami questingu wykorzystuję wcześniej przygotowane opowieści edukacyjne, umieszczone w różnych miejscach w internecie.  Z pomocą smartfonu i mobilnego internetu łatwo do tych treści dotrzeć, przeczytać i ... odpowiedź znaleźć. A spinać ma to fabuła i element przygody.

A pytania będą m.in. takie:
  • Pięciu mężczyzn łączy się w łożu z jedną żoną (co to za roślina jadalna) 
  • Wykształcony z puzderkiem w młodości, w dorosłości z macadełkiem (co to za istota)
  • Zalecano ją kobietom na płodność i poczęcie, szczególnie z dziewięciu miedz zebraną.
  • Przepis na sok z tych roślin odkryto w Drogoszach. Do tej pory nie wiadomo czy była to trucizna, lekarstwo czy deser. 
Dlaczego gra? Bo staram się urozmaicić tradycyjne formy przekazywania treści (np. wykłady). A w ostatnich miesiącach eksperymentuję z grami terenowymi i questingiem. Pora na kolejny prototyp i zbieranie doświadczeń.

Rolą uniwersytetu, zwłaszcza takiego jak Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie, jest upowszechnianie wiedzy w środowisku lokalnym (regionalnym) i szeroko rozumiany transfer wiedzy. Z tego małego działania publikacji nie będzie w czasopiśmie z listy filadelfijskiej i z wysokim impact factor. Ani punktów ani dorobku do osobistej kariery zawodowej. Ale nie wszystko robi się dla punktów i kariery. Jest wiele działań, które warto i trzeba zrobić, bo mają sens. Nie warto w szkole uczyć się dla ocen a w życiu zawodowym działać tylko "dla punktów" (norm w korporacyjnym wyścigu szczurów). Potrzebna własna, wewnętrzna motywacja.To ona zapewnia samodzielność w myśleniu i niezależność w działaniu.

Więcej o projekcie (informacje od organizatorów)


Projekt Rozsmakuj się w Warmii i Mazurach - poznaj zapomniane dziedzictwo regionu. Odsłona 2. Z rozmów przeprowadzonych z uczniami wynika, że większość z nich nie czuje związku ze swoim miejscem urodzenia, regionem. Chcielibyśmy to jako nauczyciele, koordynatorzy projektu zmieniać. I stąd pomysł, by zachęcić młodzież oraz dzieci do “smakowania” Warmii i Mazur. (...) W drugiej odsłonie projektu nadal będziemy “rozsmakowywać się”, odkrywać zapomniane lub nieznane oblicze “Świętej Warmii”. Zaplanowaliśmy więc trzy wydarzenia w ramach projektu: (....) Po trzecie. Nieco młodszych uczestników projektu zabierzemy już w czerwcu do niezwykłej Restauracji “Cudne Manowce” (certyfikat Dziedzictwo Kulinarne Warmia-Mazury-Powiśle), gdzie poznamy ideę slow food i fitness, posmakujemy tradycyjnie wykonanych potraw, przetworów i zrobimy sami zdrową, regionalną potrawę. Efektem zaplanowanych działań ma być nie tylko wzrost wiedzy o regionie, jej dziedzictwie kulturowym, ale także bardziej widoczne rezultaty: zdjęcia i ich wystawa wraz z opisem działań w rzeczywistości rozszerzonej, informacje o projekcie w lokalnej prasie, możliwość wykorzystania zdobytej wiedzy w codziennej praktyce.

21.06.2018

Dzisiaj jest już ponad 50 tys. odwiedzin bloga


Licznik pokazał dzisiaj przekroczenie 50 tysięcy odwiedzin mojego bloga (w nowej wersji, po niespełna czterech miesiącach). Taki mały kamień milowy. Niespodziewanie szybko poszło.

Blog to przede wszystkim słowa. Dlatego ilustruję to słowami, które najczęściej pojawiały się kiedyś na mojej facebookowej tablicy. Nie dysponuję żadną podobną analizą w odniesieniu do niniejszego bloga. Można jedynie na podstawie "etykiet" (tagów) przypisanych do każdego wpisu wnioskować o najczęściej podejmowanych tematach. Są to owady, spotkania, książki, przemyślenia. Zważywszy jednak na krótki okres trudno wyciągać z tego jakieś sensowne wnioski. Zobaczymy za rok.

Dziękuję, że jesteście i że czytacie.

Miłej, dalszej lektury.

PS. A w tym czasie na starym blogu, okres taki jak funkcjonowanie nowego bloga. Ujęcie tygodnowe.


18.06.2018

Malowanie dachówek czyli po co jest uniwersytet


Po co jest uniwersytet? Czy tylko do prowadzenia badań, których efekty opublikowane zostaną w międzynarodowych czasopismach, praktycznie niedostępnych dla mieszkańców? Co roku na świecie publikowanych jest ponad 2,5 miliona publikacji naukowych. Naukowcy nie są w stanie przeczytać wszystkich nawet tych w swojej wąskiej specjalności. Co raz bardziej kategoryzacja uczelni i ocena pracowników dokonuje się w oparciu o publikacje "z górnej, półki" z wysokim impact factor. Tak, udział polskiej nauki w międzynarodowym obiegu informacji naukowej jest ważny i niezbędny. Nie ma nauki narodowej, jest tylko jedna - międzynarodowa, ogólnoludzka. Tak jak jest tylko jedna prawda i niezależne od obserwatora prawa przyrody. To w pełni akceptuję i uznaję za niepodważalne. Ale o czym innym chciałbym napisać.

Naukowcy na polskich uniwersytetach wykonują badania za pieniądze polskiego podatnika. Potem publikują w międzynarodowych czasopismach. Ale dostęp do tych czasopism jest już płatny. Możliwość przeczytania jednego tylko artykułu to opłata rzędu kilkunastu-kilkudziesięciu euro/dolarów. Biblioteki uniwersyteckie wykupują tańszy abonament (też za pieniądze podatnika), więc pracownicy i studenci korzystają "bezpłatnie". A podatnik? Tylko, gdy jest studentem. Zatem pierwszą dygresją będzie to, że powinno mam zależeć na jak największym udziale Polaków w studiach wyższych, łącznie z tymi 40+ czy 50+. Koniec dygresji. Czy polskie uniwersytety mają być tylko podwykonawcami nauki międzynarodowej? (Z mocnym naciskiem na "tylko"). A co z transferem wiedzy i technologii do społeczeństw lokalnych?

Nie da się łatwo zmierzyć wpływu uniwersytetu na społeczność lokalną i region, w którym dany uniwersytet funkcjonuje. Pewne jest jedno - ten wpływ jest w postaci wzrostu kapitału ludzkiego. Bo nie wszystko da się opatentować i mierzyć licencjami. Nawet nie warto (koszty pomiaru są zbyt kosztowne, warto je wykonywać tylko w celach badawczych a nie stałego monitoringu). Ten wpływ to nie tylko publikacje, patenty, wdrożenia. Ale tego dodatkowego efektu nie ujmuje się w parametryzacji i ocenie. W rezultacie tworzy się warunki (tak jak w procedowanej właśnie ustawie o nauce i szkolnictwie wyższym), zniechęcające do dobrego zakorzenienia we własnym regionie. Naukowcy będą rezygnować z mało widowiskowego transferu wiedzy bez impact factor... bo grozić im będzie zwolnienie z pracy a uczelniom utrata funduszy.

Co znaczy, że nasz Uniwersytet jest Warmińsko-Mazurski? Czy pozytywny wpływ to tylko kształcenie studentów? Moim zdaniem coś znacznie więcej. To obecność naukowców w wielu miejscach, w wielu aktywnościach lokalnych. To niezauważalny (ale rzeczywisty!) transfer innowacyjności, wiedzy, pomnażanie kapitału ludzkiego. Ot na przykład takie Malality, już druga edycja. Niby nic wielkiego, ale efekty spore i takich działań jest wiele. Żaden z pracowników nie wpisze sobie tego do dorobku i osobistej kariery....

(Jeden z kilku koncertów, towarzyszących plenerowi)
Z dużą radością przyjąłem zaproszenie do udziału w czerwcowym plenerze Malality 2. Tym razem zabrałem dwie dachówki (z Lamkowa) i jedną płytkę z poremontowej glazury (z Olsztyna). Pani Krystyna Sól przyniosła mi kawałek cegły z Koszarów Dragonów. Idąc na plener, na ulicy Emilii Plater minąłem kawałek deski (w zasadzie płyty wiórowej z jakiegoś wyrzuconego mebla). Przez moment przemknęła mi myśl, by zabrać ze sobą i pomalować. Ale pomyślałem, że mam i tak dożo do malowania i nie zdążę. Gdy jednak niespodziewanie jedna dachówka została kolektywnie i konektywnie pomalowania i ochota jeszcze została, przypomniałem sobie o tym fragmencie niepotrzebnego mebla. I jedna z pań - Ewa Jarzębowska - po niego poszła (śmieć leżący na ulicy). I tak powstała kolejna praca z niepylakami apollo. Konektywne malowanie na rzeczach z pozoru niepotrzebnych, wyrzuconych i to w kontekście społecznym (hospicjum). W dialogu, nadawanie rzeczom zbędnym nowej wartości. A w zasadzie odkrywanie i dostrzeganie tej wartości.

Po co brałem w tym udział? Ja biolog? Przecież pragmatycznie myśląc nie liczy się to ani do mojej kariery ani do parametryzacji rodzimego wydziału czy całego uniwersytetu. Ale czy można uczyć się tylko dla stopni i podejmować tylko działania przynoszące "punkty" do kariery? Piszę o tym w kontekście nowej ustawy o nauce i kształceniu wyższym. Trawa nie rożnie dlatego, że ją ciągnie się za źdźbła do góry ale dlatego, że się podlewa i nawozi. Zmierzam do tego, aby dyskutować o dobrym środowisko edukacyjnym w szerokim słów tych znaczeniu. Tworzyć dobre warunki a nie zasypywać (zamęczać) kolejnymi wskaźnikami i papierami do wypełniania. Dobra nauka i dobre publikacje powstają, gdy są dobre warunki intelektualne i środowiskowe do pracy. Inaczej będziemy "kreatywnie" produkować wskaźniki i punkty. Przecież na uniwersytetach nie pracują durnie... potrafią dostosować się do każdej sytuacji, by przetrwać... Zatem potrzeba nam realnie więcej nakładów na naukę, w tym na "prowincjonalne" uniwersytety, bo ich rola jest niepodważalna zamiast wymyślać coraz to wyższe normy wskaźnikowe i punktowe (by dobrze w papierach i rankingach wyglądało). Ale nie manipulowanie wskaźnikami i praktyczne drenowanie regionów.

Wróćmy do Malality 2. Zamiarem moim było pomalowanie dachówek i przeznaczenie ich na aukcję. Jako motyw wybrałem rusałkę żałobnik (taki mój mały wkład w upowszechnianie wiedzy przyrodniczej i entomologicznej) . Glazura miała być pomalowana z celem przeznaczenie do gry terenowej.... ale została na aukcję. Do gry wykorzystam kawałek cegły z Koszarów Dragonów. Ma dziurkę w środku więc można będzie włożyć kartkę z tajną wiadomością. A w czasie pleneru toczyły się bardzo ciekawe rozmowy z pracownikami hospicjum, innym pracownikami UWM czy artystami. Dlatego symbolicznie malowanie jednej dachówki nazwałem konektywnym (nawiązanie do konektywizmu jako koncepcji w filozofii nauki).

I tak, 16 czerwca 2018 roku w ogrodach Pałacu Młodzieży artyści plastycy, studenci oraz młodzież, inspirowani muzyką graną na żywo przez olsztyńskich muzyków, tworzyli dzieła sztuki. Przynajmniej niektórzy. Lecz wszyscy tworzyli, każdy na swoją miarę. Wartościowe spędzanie czasu w ogrodach i przestrzeni publicznej. Namalowane obrazy zlicytowane zostaną jesienią 2018 roku, podczas obchodów Światowego Dnia Hospicjów i Opieki Paliatywnej (czytaj więcej o Malality 2). Dochód z licytacji zostanie przeznaczony na budowę nowej siedziby Hospicjum im. Jana Pawła II w Olsztynie.

W czasie artystycznych działań, urozmaiconym kawą, ciastkami i pizzą,  w tle popularyzowana była idea wolontariatu. To już druga edycja akcji Malality. Wydarzenie to, poza swym charytatywnym charakterem, mającym na celu szerzenie idei opieki paliatywnej, służy integracji olsztyńskiego środowiska artystycznego oraz popularyzacji sztuk plastycznych i muzycznych. Ja dorzuciłem swój malutki kamyczek z upowszechnianiem wiedzy przyrodniczej, w szczególności entomologicznej. Tegoroczny plenerowy happening artystyczny zorganizowany został przez Olsztyńskie Stowarzyszenie Hospicyjne „Palium” oraz olsztyński Pałac Młodzieży, a zrealizowany przy współudziale finansowym Gminy Olsztyn. Więcej o plenerze Malality 2. oraz jeszcze więcej o konektywnej dachówce

Tak rozpocznie się gra edukacyjno-terenowa
dla rodziców i nauczycieli uczniów biorących udział
w projekcie "Rozsmakuj się w Warmii i Mazurach
 - poznaj zapomniane dziedzictwo regionu"
Nie będzie (chyba) żadnej publikacji z kolejnej gry edukacyjnej, którą przygotowuję na najbliższą sobotę. Akurat będzie to czas Nocy Świętojańskiej. Dla mnie jest to kolejny eksperyment i małe wdrożenie we współpracy z małym przedsiębiorcą w branży gastronomicznej oraz wsparcie edukacyjnych projektów środowisk lokalnych (uczniowie i nauczyciele). Taka współpraca możliwa jest tylko tu na miejscu (z daleka się nie opłaca). Tam, gdzie na co dzień przebywają pracownicy uniwersytetu i systematycznie poznają swoje otoczenie. Transfer wiedzy to nie tylko duże projekty dla wielkich zakładów i koncernów. To także drobne działania, trafiające (bez licencji) do małych, rodzinnych przedsiębiorstw. Realny i namacalny społeczny zysk z istnienia uniwersytetu w tym konkretnie regionie.

Region to nie tylko Olsztyn. To także małe miasteczka i wsie. Pod koniec czerwca pojadę do Ornety, na kolejne malowanie dachówek (recyklingowy street art). Może uda się wspólnie zainspirować i powstanie kolejna gra terenowa o walorach edukacyjnych? Z wykorzystaniem malowanych kamieni i dachówek. Coś małego ale konkretnego zostanie w regionie, w zakresie edukacji pozaformalnej. Małe ale konkretne działania. Bo taką widzę rolę Uniwersytetu Warmińsko-Mazusrkiego, nie oglądając się tylko na oficjalne wskaźniki. Nie uczę się dla ocen....

Są rzeczy, które warto zrobić, mimo że nie ma z tego cegiełek do awansu zawodowego czy punktów do rankingu. Po prostu to mam sens i dlatego warto to zrobić. A w kontekście nowej ustawy - trzeba tworzyć przede wszystkim dobre warunki do pracy, edukacji i badań naukowych. Zbytni nacisk jedynie na wskaźniki i parametryzację w oparciu o publikacje w czasopismach międzynarodowych, nie wystarczy by wspierać regiony. W dobie internetu i trzeciej rewolucji technologicznej złym rozwiązaniem jest centralizacja (kosztem regionów).

17.06.2018

Uczonym jest tylko ten, kto naukę traktuje jako życiowe powołanie

(Nauczyciel ze swoimi uczniami w czasie Europejskiej Nocy Naukowców)
„W niektórych grupach badawczych i instytutach naukowych działających w Polsce zauważyłem nadzwyczaj brzydką i krótkowzroczną praktykę ukrywania tematów lub swoich dotychczasowych wyników przed kolegami i współpracownikami, „żeby mi ktoś nie ukradł problemu lub nie wyprzedził w jego rozwiązaniu”. (…) taka praktyka świadczy zwykle o miernych zdolnościach delikwenta (zdolny naukowiec ma zwykle w zanadrzu więcej interesujących tematów), jest ona naprawdę krótkowzroczna.”
Michał Heller „Jak być uczonym” Wyd. Znak, Kraków 2009 r.

Proces naukowy to wspólna przygoda w odkrywaniu nieznanych lądów, nauka jest procesem społecznym, wymagającym dialogu, rozmowy. Słuchanie to nie tylko przerwa w mówieniu, ale także zrozumienie interlokutora. Słuchanie to nie bierność w mówieniu a przede wszystkim rozumienie. Słuchanie i czytanie wymaga aktywności i otwartości, chęci zrozumienia.

„Nowe wielkie idee powstają zawsze we wnętrzu jednego człowieka, z jego pasji, przemyśleń, wielu osobistych kryzysów. Mimo twardych reguł konkurencji uprawianie nauki nie przestało być sprawą egzystencjalną, sprawą sięgająca samych trzewi ludzkiej osobowości.” (ibidem)

Nowe idee moim zdanie powstają także w dialogu, konektywnie. Zatem przemyślenia i dialog, to one są źródłem nowych, wielkich idei. Owszem, ktoś to indywidualnie zbiera, w swoim wnętrzu porządkuje, scala i artykułuje. Autorstwo wydaje się pojedyncze lecz powstaje konektywnie.

"Uczonym jest tylko ten, kto naukę traktuje jako życiowe powołanie. Względy koniunkturalne muszą być wtórne; trzeba się z nimi liczyć – życie bywa brutalne – ale nie można im pozwolić, by zapanowały nad wszystkim.”  Poza uczonymi są także „rzemieślnicy nauki”. Równie potrzebni i wartościowi ale wypełniają zupełnie inną rolę.

We współczesnym świecie uczonych zastępują naukowcy. Albo jest tez i tak, że uczonych jest tak wielu (mało) jak kiedyś. Teraz tylko powszechność uprawiania nauki sprawiła, że bardzo dużo jest naukowców, rzemieślników. Też bardzo potrzebni. Przede wszystkim dla gospodarki.