| Jeden obraz wart tysiąca słów: na uniwersytetach ubywa studentów i ubywa studentów na wykładach. |
Każda zmiana jest trudna. Ostatnie lata to doświadczanie głębokiej zmiany cywilizacyjnej i próby dostosowania dydaktyki akademickiej do tych zmian. Można oczywiście udawać, że nic się nie dzieje, że to tylko studenci źli, że młode pokolenie niedobre itd. Takie zaklęcia dla samousprawiedliwienia. Lepiej jest jednak próbować zrozumieć zmiany cywilizacyjne jakie się dokonują oraz próbować dostosować edukacje do tych nowych warunków. I wcale nie chodzi o obniżanie wymagań. Może wyjaśnię to na przykładzie: uczelnia z wykładami dla Polaków. A co będzie, gdy przyjdą np. Francuzi, Niemcy, Somalijczycy? Nie da się wykładać po polsku. Można oczywiście kazać się studentom najpierw nauczyć mówić i pisać po polsku. Ale można także dostosować język przekazu do odbiorcy. I wcale nie oznacza to obniżenia poziomu. Umiędzynaradawianie polskich uniwersytetów już następuje, coraz więcej zajęć jest w języku uniwersalnym czyli w języku angielskim. Taka współczesna łacina.
Przejdę od metafory. Wiosenne słońce wpadające przez okna uniwersyteckich sal rzuca jaskrawe światło na kryzys, o którym w kuluarach rozmawiamy od lat, a który w dobie kultury ekranowej i sztucznej inteligencji stał się egzystencjalnym pytaniem o sens akademii/uniwersytetu. Kiedy algorytm potrafi w kilka sekund wygenerować poprawną systematykę bezkręgowców, streścić gruby podręcznik do ekologii czy napisać po[prawny esej o ekologii krajobrazu, musimy zapytać wprost: po co nam dzisiaj wykłady ;podające i co właściwie sprawdzamy podczas egzaminów? Bo przecież wykłady i egzaminy to kwintesencje uniwersytetu. Tak przy najmniej było. Może dalej tak będzie? Tylko wtedy te wykłady i te egzaminy będę nieco inaczej wyglądały. Tego nowego staram się nauczyć. A wcześniej zrozumieć sytuację i zachodzące procesy.
Tradycyjny model akademicki, będący kalką
dziewiętnastowiecznej szkoły, trzeszczy w szwach juz od dawna. Jeśli się nie zmieni,
uniwersytet stanie się kosztownym skansenem. Czas na nowo zdefiniować relację
między mistrzem a uczniem, przenosząc ciężar z encyklopedycznego „wiem” na
relacyjne i ekologiczne „rozumiem i współistnieję”. Tak, wiem, mój język
skażony jest porównaniami biologicznymi. To coś więcej niż tylko powierzchowne
podobieństwo. W tle poszukuję wspólnego wzorca systemów.
Od kilku lat próbuję mniej mówić na wykładach a więcej rozmawiać i angażować studentów. Idzie mi to opornie i powoli. Trudni wyskoczyć z utartych kolein i wieloletnich przyzwyczajeń. Czasem wychodzę ze studentami na wykład ... do parku. Tak było ostatnio na wykładzie ze studentkami kierunku pedagogika przedszkolna i wczesnoszkolna. Przedmiot - edukacja społeczno-przyrodnicza. W terenie nie da się powiedzieć tylu słów co na sali. Nie ma poglądowych slajdów z tekstem czy ilustracjami. Ale jest możliwość doświadczania przyrody. Przecież niebawem, jako absolwentki i nauczycielki same będą wychodzić w teren ze swoimi przedszkolakami i uczniami. Z zaskoczeniem patrzyłem na emocje, gdy studentki wyłowiły z jeziora raka amerykańskiego i mogły go dotknąć. takie same emocje będą u dzieci.
Wykład w parku to w konwencji przekazywania wiedzy zmarnowany czas. Bo w sali wykładowej można byłoby wypowiedzieć więcej słów i zawrzeć więcej informacji. A ile by zostało w studenckich głowach? Wiedzą mogą samodzielnie czerpać z książek, z internetu, z AI. A emocje i doświadczanie są unikalne. Może więc na współczesnych wykładach nie jest najważniejsze przekazywanie wiedzy? Może relacje, motywacje i rozumienie są ważniejsze i bardziej deficytowe? Zmierzam do tego, że wykłady jako takie nie muszą zniknąć z planu zajęć. Może zmieni sie ich forma. Staram się to zrozumieć i praktykować. Idzie mi to wolno. Ale widzę progres. Widzę też, że musze nauczyć się nowej dydaktyki. Już nie tylko prezentacja w Power Poincie lecz nowy sposób projektowania procesu uczenia się, w którym tablet, smartfon i aplikacje AI nie są przeszkoda a wsparciem. Tak jak w judu - nie przeciw2stawiać się przeciwnikowi tyko wykorzystać jego siłę.
A co z egzaminem? ten zawsze kojarzy się ze sprawdzaniem wiedzy. Przyjrzyjmy się krytycznie temu, czym przez dekady był egzamin na kierunkach biologicznych. I na wszystkich innych. W swoim najgorszym, choć wciąż powszechnym wydaniu, realizował on trzy ukryte funkcje. Był narzędziem posłuszeństwa, nieświadomym narcyzmem akademickim i podobno sprawdzał wiedzę praktyczną.
Tak więc po pierwsze, egzamin bywał narzędziem
instytucjonalnej tresury, dla niektórych był sposobem na zmuszenie studenta do
posłuszeństwa. Egzamin jako rytuał przejścia, w którym władza nad losem
młodego człowieka koncentruje się w ręku profesora, uczy nie biologii, lecz
konformizmu i strategii przetrwania w zhierarchizowanym systemie. Uczy wpisywania sie w oczekiwany klucz odpowiedzi. Ma pokazać swoją
podległość i podlizywanie się zwierzchnikowi. To w jakimś sensie dobre, bo
przecież żyjemy w społeczeństwie hierarchicznym i zawsze mamy jakiegoś szefa
nad sobą. I jesteśmy szefami dla innych. Uczymy się z tym żyć. Od dziecka
słyszałem, że pokorne ciele dwie matki ssie. To jakaś wielowiekowa, społeczna
mądrość. Ale nawet do wielowiekowej mądrości warto podejść krytycznie i na nowo przemyśleć stare wzorce.
Po drugie, taki egzamin jest często nieświadomym narcyzmem
akademickim. Sprawdza nie tyle wiedzę studenta, ile wiedzę samego
egzaminatora. Profesor, niczym wzorzec z Sèvres, staje się jedynym punktem
odniesienia. Kryterium sukcesu brzmi: „Czy student myśli tak jak ja i czy
powtarza moje własne słowa?”. Czy był na wykładach i zapamiętał moje święte słowa? To ślepa uliczka, która zamiast odkrywców
produkuje kopie – klony intelektualne, które w dynamicznie zmieniającym się
świecie są bezradne. Sam się na tym wielokrotnie przyłapywałem. Bo co uznać, za
punkt odniesienia? To co ja sam wiem? A to czego nie wiem nie jest już ważne? Przecież najczęściej sam nie wiem czego jeszcze nie wiem. A co być może jest ważne i istotne.
Po trzecie wreszcie, próbowano bronić egzaminów jako testu wiedzy
przydatnej w praktyce. Tyle tylko, że definicja tej „praktyki” uległa
całkowitej dezaktualizacji. Dawniej praktyką było pamiętanie klucza do
oznaczania owadów (cech diagnostycznych). Dziś praktyką jest umiejętność postawienia właściwego
pytania badawczego, zinterpretowania danych w terenie i krytycznej weryfikacji
tego, co podpowiada nam ekran smartfona. Albo umiejętność wykorzystania narzędzia w telefonie do rozpoznawania gatunków. Wiedzy jest zbyt dużo, by ją zapamiętać a czasy zbyt dynamiczne by mieć dobry kanon najważniejszej wiedzy. Nie jest tak ważne co wiedzą lecz ważne jest to, co z dostępną wiedza potrafią zrobić. To wprost odniesienie do konektywizmu. Szukanie i weryfikacja informacji jest współcześnie tak ważna jak kiedyś umiejętność czytania i pisania.
Od lat mniej więcej wiem, jak nie powinien wyglądać egzamin.
Ale to nie znaczy, że wiem jak powinien. Coś tam popróbuję, ale nie mam
pewności czy to jest właściwe. I czy ma sens. Na przykład egzamin trwający cały
semestr i który ma postać dziennika refleksji. Przecież mogą korzystać z narzędzi AI
w pisaniu, wymyślaniu. I korzystają. Sam fakt posiłkowania się AI nie jest
niczym złym. Diabeł tkwi w szczegółach, by narzędzia AI były pomocnym
narzędziem a nie zastępowały pracy i myślenia. teraz dla mnie wyzwaniem nie jest sprawdzenie wiedzy studenta lecz sprawdzenie rozumienia procesów i sprawdzenie tego, co student potrafi zrobić z dostępną wiedzą. Elementy tego procesu już od dawna przewijają się w pytaniach nawet maturalnych. W pytaniu są podstawowe dane a zdający egzamin ma wybrać z tych danych to co istotne i pokazać swój sposób rozumienia. Zatem być może wystarczy konsekwentniej pójść tą droga.
Współczesny świat niesie za sobą niezwykle zróżnicowane i
płynne potrzeby. Student biologii, biotechnologii, mikrobiologii czy pedagogiki wczesnej edukacji nie potrzebuje
sztywnego zestawu zamkniętych regułek, które zdezaktualizują się za pięć lat.
Potrzebuje elastyczności. Tymczasem sztywne zakresy wymagań i kurczowe
trzymanie się sylabusów nakierowanych na reprodukcję wiedzy sprawiają, że
edukacja staje się jedynie taśmą produkcyjną powielającą schematy myślowe
wykładowcy. W świecie stabilnym i z wolnymi zmianami zdobyta wiedza przez wykładowcę była przez długie lata dobrym punktem odniesienie do weryfikacji wiedzy studenta. Teraz i profesorowie ciągle musza szybko uzupełniać swoja wiedzę w róznych jej aspektach.
Do czego więc służą wykłady w dobie AI? Lub do czego
mogłyby służyć? W kulturze ekranowej, gdzie uwaga jest towarem deficytowym,
a student bombardowany jest tysiącami bodźców, tradycyjny wykład ex cathedra
umarł. Próba konkurowania z Wikipedią, YouTubem czy ChatGPT na ilość
przekazywanych faktów jest z góry skazana na porażkę. AI wie więcej, pamięta
lepiej i nigdy się nie męczy. Bo korzysta z kumulatywnej wiedzy całej ludzkości. Bo AI szybciej i pełniej porusza się ogólnoludzkim konektomie wiedzy i doświadczeń. Także w sferze fantazji i halucynacji.
Logika akademii musi więc ulec odwróceniu. Wykład nie może
być już miejscem „transmisji danych”. Jego celem, miom zdaniem, jest zainteresować,
zaciekawić i zainspirować do własnych poszukiwań. Profesor nie jest już
dystrybutorem wiedzy, lecz kuratorem treści i architektem intelektualnej
przygody (projekczycielem). Wykład z biologii czy ekologii ma być jak otwarcie drzwi do lasu –
nauczyciel pokazuje bioróżnorodność, fascynujące powiązania troficzne,
subtelność ewolucyjnych przystosowań, ale to student musi w ten las wejść i
podjąć własną pracę. To tak jak uczyć się gotowania przez zapamiętywania przepisów z książki kucharskiej versus samodzielne gotowanie z błędami i porażkami. W tym drugim przypadku student zapamięta mniej przepisów, ale lepiej zrozumie sam proces gotowania i samodzielnego poszukiwania.
Ekologia i edukacja przyrodnicza to nie są dyscypliny czysto
teoretyczne, zamknięte w murach laboratoriów. One są potrzebne
indywidualnemu człowiekowi do przetrwania i zrozumienia swojego miejsca w
biosferze. Wykład ma budować osobistą relację studenta z ekosystemami i biosferą zmieniającej sie Ziemi. Ma
uświadamiać, że zniszczenie lokalnego ekosystemu rzecznego to nie tylko strata
w tabeli bioróżnorodności, ale realne zagrożenie dla naszej wspólnej
przyszłości. Ekran smartfona spłaszcza świat do dwóch wymiarów; wykład ma
przywrócić mu głębię, zapach, dotyk i moralny niepokój.
Jak zatem uczyć w tych nowych, wymagających czasach? Moim zdaniem
odpowiedzią jest konektywizm czyli teoria uczenia się na miarę ery
cyfrowej. Zakłada ona, że wiedza jest rozproszona w sieciach (ludzkich i
technologicznych), a najważniejszą umiejętnością jest zdolność do dostrzegania
powiązań między polami, ideami i pojęciami. Wiedzy całej ludzkości nie da się jednej osobie ogarnąć. nasze mózgi są zbyt małe w stosunku do ogólnoludzkiej wiedzy wypracowanej przez stulecia. Można się jednak nauczyć sensownie poszukiwać potrzebnej wiedzy. I można się nauczyć korzystać z tej wiedzy. W nawiązaniu do wykładów i egzaminów - ważniejsze staje się rozumienie procesów i umiejętność poszukiwania w ogromnym konektomie niż samodzielne zapamiętanie wszystkiego, co ważne.
W takim świecie struktura relacji akademickich musi ulec spłaszczeniu. Przechodzimy od rywalizacji do współpracy. Student i wykładowca stają się partnerami w procesie badawczym. Nauczyciel akademicki musi przestać być sędzią, który z surową miną stawia stopnie i rozlicza z błędów. Powinien stać się mentorem, liderem i dowódcą wyprawy naukowej. Sam się tego uczę. Powoli ale jednak z jakiś progresem. I chcę tą swoją wiedza dzielić się z innymi. Na przykład przez dyskusje.
Sędzia stoi z boku, poza grą, i ocenia. Lider idzie na
czele, inspiruje swoim zapałem, dzieli się wątpliwościami i pokazuje, jak
radzić sobie z porażką, która w naukach przyrodniczych jest przecież
codziennością. Mentor w erze AI to ktoś, kto uczy mądrości: jak zadawać
algorytmom mądre pytania, jak wątpić w ich odpowiedzi i jak syntetyzować wiedzę
biologiczną z etyką i humanizmem.
Jak zatem powinien wyglądać współczesny egzamin na kierunkach biologicznych? Jeśli zmieniamy wykład, musimy zmienić też egzamin. Skoro odrzucamy pamięciówkę, jak sprawdzić kompetencje przyszłego biologa? Jednym z pomysłów, być może nie najlepszych, ale trzymam się każdego, jest to, że nowoczesny egzamin z przedmiotu przyrodniczego powinien opierać się na trzech filarach: zadaniach problemowych, krytycznej analizie źródeł i relacyjności w połączeniu z terenem,
Zadania problemowe i studium przypadków. Zamiast pytać o definicję sukcesji ekologicznej, dajmy
studentowi realny problem: „Oto zdegradowany teren po pożarze w
naszym regionie. Zaprojektuj proces jego renaturyzacji, uwzględniając zmiany
klimatyczne i lokalną florę. Masz dostęp do internetu i AI – użyj ich jako
asystentów, ale obroń swój projekt przed komisją”. Trzeba więc przygotować
dobre materiały do takiego studium przypadku. Wiele pracy, od razu z marszu się
nie da. Próbuję co roku pójść krok dalej. Zbyt wolno to idzie. Być może jestem zbyt niecierpliwy i zbyt dużo oczekuję? Potrzeba
szerszego zespołu i współpracy, także wsparciae ze strony uczelni. Ale na moim uniwersytecie administracja się rozrasta, powstają kolejne wyspacjowane centra z
dyrektorami a stosunek liczby profesorów do pracowników technicznych cięgle się
zmniejsza. Trzeba większość pomocy do zajęć zrobić samemu. Gdzie te czasy, gry przez
wykładem przychodził pracownik techniczny i przygotowywał tablicę, pomoce,
a profesor wchodził na salę jak artysta
na przygotowaną scenę i był zapowiedziany przez konferansjera. Teraz to wszystko
trzeba zrobić samemu. Dwa w jednym, i profesor i asystent techniczny. Nie ma więc efektu wejścia. Student wchodzi na salę, gdy
wykładowca już jest i się krząta, coś włącza, coś sprawdza. Nie ma wyraźnego
początku wykładu. Nie oceniam czy to dobrze czy źle. Może w części rolę asystenta
spełnią urządzenia i AI lub efektywniej włączymy w to samych studentów? A potem włączymy do procesu wspólnego przygotowania postpiśmiennego skryptu z notatkami z
zakresu przedmiotu?
Weryfikacja i krytyka źródeł. Egzamin może polegać na
przedstawieniu studentowi tekstu wygenerowanego przez sztuczną inteligencję na
temat specyficznego zjawiska biologicznego (np. symbiozy mikoryzowej), w którym
ukryto subtelne błędy merytoryczne i tzw. halucynacje AI. A może nie tylko tekstu lecz podcastu, wideo, zestawu fiszek itp.? Zadaniem studenta
byłoby te błędy znaleźć, sprostować i podeprzeć się rzetelną literaturą naukową. Teoretycznie to możliwe, ale mi osobiście brakuje wielu umiejętności posługiwania się nowoczesnymi narzędziami. I wiem, że uda się to w pracy zespołowej, nawet online. Czas samotników już minął
Egzamin relacyjny i terenowy. Biologii nie da się w
pełni zrozumieć na ekranie. Egzamin to rozmowa na żywo, najlepiej w terenie,
przy wspólnym stole laboratoryjnym lub nad brzegiem rzeki. To tam, w
bezpośrednim kontakcie z przyrodą i drugim człowiekiem, sprawdza się
umiejętność biologicznego myślenia przyczynowo-skutkowego, pasję oraz etyczną
wrażliwość. Na taki egzamin trzeba byłoby więcej czasu. Wymagałby więcej wysiłku w przygotowanie i większego zaufania do oceniania. Bo terenowego egzaminu nie da się archiwizować tak jak pisemnego testu, z możliwością wglądu po 3, 5 czy 10 latach.
To się musi zmienić w akademickim systemie kształcenia.
Musimy porzucić iluzję, że kontrola i standaryzacja dają jakość. W czasach, gdy
maszyny stają się coraz bardziej ludzkie w swoich możliwościach poznawczych,
my, na uniwersytetach, musimy stać się bardziej ludzcy w swojej mądrości,
relacyjności i szacunku dla natury. Odszkolnijmy uniwersytet, by uratować
myślenie. Może w ten sposób paradoksalnie wrócimy do korzeni uniwersytetów?
W dobie sztucznej inteligencji, która w kilka sekund generuje esej, zdaje egzaminy lekarskie czy pisze kod, tradycyjny model studiowania zaczyna trzeszczeć w szwach. Studiowanie musimy wymyśleć na nowo. Albo powrócić do źródeł w nowym wydaniu. Kiedyś to profesor był jedynym źródłem rzadkich informacji. Dzisiaj wiedza jest zdemokratyzowana i dostępna na jedno kliknięcie. Co traci sens? Siedzenie przez 90 minut i przepisywanie slajdów z PowerPointa, które wykładowca czyta monotonnym głosem. AI streści to lepiej i szybciej. Sprawdziłem to w tym roku na audiodeskrypcji. O ile cały wykład wyglądał dość słabo, bo były liczne błędy, o tyle jednostronicowe podsumowanie wyglądało bardzo sensownie i chyba przydatne jest w powtarzaniu materiału.
Co zyskuje sens? Wykład jako przestrzeń do dyskusji, moderowanej debaty i krytycznej analizy. Profesor nie powinien być już "mędrcem na scenie", ale "przewodnikiem idącym obok studenta". Sens mają wykłady inspirowane modelem odwróconej klasy: teorię przyswajasz w domu (np. z pomocą AI), a na uczelni porozmawiasz o jej praktycznym zastosowaniu i o najróżniejszych niuansach.
Tradycyjne egzaminy (zwłaszcza testowe lub pisane w domu eseje) w świecie AI stają się w pewnym sensie fikcją i pustym rytuałem. Skoro AI potrafi je zdać, to znaczy, że sprawdzały one jedynie pamięciówkę lub umiejętność schematycznego pisania – a to za mało na dzisiejsze czasy. Co traci sens? Zakuć, zdać, zapomnieć (3 razy z). Egzaminy sprawdzające suchą wiedzę faktograficzną. Czasem rozumienie, jeśli są to pytania otwarte. Jaki jest nowy sens egzaminowania? Przejście w stronę oceny kompetencji, a nie wiedzy. Zamiast pisać esej, student musi go obronić na żywo, odpowiadając na podchwytliwe pytania. Ale ja mam praktyczne pytanie: jak zorganizować taki egzamin? Tego jeszcze nie wiem. Dopiero próbuję. Zamiast rozwiązywać standardowe zadanie, student musi rozwiązać realny, skomplikowany problem, gdzie AI może być najwyżej asystentem, ale to człowiek musi podjąć decyzję i uzasadnić swój proces myślowy.Coraz mocniej wybrzmiewa pytanie: "po co nam w ogóle uniwersytet w erze AI? Skoro AI "wie wszystko", po co studiować? Uniwersytet musi przestać być "fabryką dyplomów", a stać się czymś więcej. Jego nowa (a właściwie pierwotna, sokratejska) rola to kształtowanie mądrości, nie tylko wiedzy. Niby więc nowe, ale wracamy do korzeni akademii, do poczatków uniwersytetów. AI ma dane, ale nie ma mądrości życiowej, empatii ani zrozumienia kontekstu społecznego. Tak się nam przynajmniej na razie wydaje w pysze ludzkiego myślenia (że jesteśmy wyjątkowi i niepowtarzalni). PO Koperniku i Darwinie przezywamy kolejny wstrząs poznawczy.
W świecie fake newsów i halucynacji AI, umiejętność weryfikacji źródeł i wątpienia jest cenniejsza niż kiedykolwiek. Krytyczne myślenie zawsze było ważne. Ale teraz jest wazne jeszcze bardziej. Uniwersytet to przede wszystkim ludzie. Spotkania w kuluarach, wspólne projekty koła naukowego, kłótnie na seminariach. Tego żaden algorytm nie zastąpi. Zatem wykłady i egzaminy mają sens tylko wtedy, gdy uczą nas myśleć, a nie tylko pamiętać. Jeśli uniwersytety szybko się nie dostosują, staną się skansenami. Jeśli jednak podejmą rękawicę, mogą stać się kuźnią ludzi, którzy potrafią technologią AI mądrze zarządzać.
A jak Ty to widzisz ze swojej perspektywy? Studiujesz,
wykładasz, czy po prostu obserwujesz ten dynamiczny świat z boku?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz