
Ludzka dusza nie znosi pustki. Nasze życie wypełniamy różnymi rytuałami, tworzymy celebrę i z namaszczeniem powtarzamy utrwalone wzorce zachowania. Najwyraźniej rytuały są nam potrzebne. Jakiekolwiek by one nie były. Sklepy i galerie traktujemy jak nowe kościoły a my stajemy się wyznawcami nowej, konsumpcyjnej religii. W niedziele i święta odwiedzamy galerie zamiast kościoły. Jaka religia taki i rytuał. Zakupy są jak rytuał religijny, celebra i liturgia z określonymi działaniami. Nawet nie trzeba nic kupować, wystarczy chodzić i oglądać. Wystarczy markowanie zakupów. Bo cos z czasem trzeba zrobić. Może w ten sposób szukanie sensu życia i szukamy małych i dużych celów dla siebie? Zanim sie oburzysz drogi Czytelniku, przyjmij do wiadomości, że tekst niniejszy oznaczony został tagiem "satyra".
Współczesna niedziela, niegdyś zastrzeżona dla sfery sacrum i dzwonów wzywających na nieszpory, przeszła zdumiewającą metamorfozę. Miejsce gotyckich łuków zajęły stalowe dźwigary galerii handlowych, a kadzidlaną woń zastąpił unoszący się w powietrzu aromat świeżo palonej kawy i nowej kolekcji poliestru. Oto narodziła się nowa religia, bodaj najbardziej inkluzywna w dziejach, w której zamiast dogmatów mamy promocje, a zamiast grzechu pierworodnego – brak karty lojalnościowej.
Wstępując w progi tego szklanego, rozświetlonego nowego sanktuarium, wierny natychmiast poddaje się rygorystycznej liturgii. Pierwszym jej etapem jest procesja ruchomymi schodami, niczym mechaniczne wniebowstąpienie, podczas którego w ciszy i skupieniu kontemplujemy witryny – owe współczesne ołtarze boczne. A tam manekiny, niczym zastygli w bezruchu święci, prezentują nam idealną wersję człowieczeństwa. Są one nieustannie oświetlone blaskiem halogenów, który w swej intensywności niemal dorównuje światłości wiekuistej, choć w przeciwieństwie do niej, wymaga regularnej wymiany żarówek przez dział techniczny.
Celebracja zakupowa posiada swoje ściśle określone rytuały przejścia. Najpierw następuje iluminacja: nagłe dostrzeżenie przedmiotu, który w jednej chwili staje się niezbędny do zbawienia naszej tożsamości. Potem następuje rytualne nałożenie szat w konfesjonale przymierzalni – miejscu małym, dusznym i wyłożonym lustrami, które bezlitośnie wyliczają nam każdy ubytek w ascezie. To tam, w samotności, wierny zmaga się z pokusą i własnym odbiciem, decydując, czy nowa para butów, garsonka, bluzka czy marynarka przybliży go do stanu nirwany. Gdy decyzja zapadnie, nadchodzi kulminacyjny moment liturgii: ofiarowanie przy kasie. Przesunięcie karty nad terminalem to swoisty znak krzyża nowej ery. Krótkie piśnięcie urządzenia pełni rolę „amen”, po którym następuje rozgrzeszenie i otrzymanie relikwii w papierowej torbie z logo konsumpcyjnego bóstwa.
Sens życia, o który pytały pokolenia filozofów, został tu sprowadzony do poziomu chwytliwego hasła na koszulce lub torebce. Cel podróży jest jasny: stać się lepszą wersją siebie poprzez posiadanie rzeczy, które mają nas zdefiniować. A o czym rozmawiamy w cieniu tych plastikowych palm, spożywając rytualny posiłek w strefie gastronomicznej? Nasze dysputy teologiczne dotyczą teraz wyższości jednego procesora nad drugim lub cudownej przemiany, jakiej dokonał nowy krem pod oczy. Lub nowa koszula. To dialogi o zbawieniu doczesnym, o estetyce, która ma zakryć metafizyczną pustkę. W tej nowej, błyszczącej religii, jedynym prawdziwym potępieniem jest wygaśnięcie sezonowej wyprzedaży, a jedynym końcem świata – zamknięcie bezpłatnego parkingu. I tak jak w kościele, kogoś znajomego spotkamy, porozmawiamy. Pokażemy się w nowej stylizacji lub z nowym partnerem lub partnerką. Jak na społecznym wybiegu modelek.
I tak oto, w każdą niedzielę (sobotę, piątek i dzień powszedni), maszerujemy karnie ku szklanym drzwiom, szukając sensu między półką z elektroniką a działem z odzieżą sportową, modląc się skrycie, by limit na koncie okazał się tak nieskończony jak nasze pragnienia.
A co jest na zdjęciu, rozpoczynającym niniejszy wpis? Piękna i ekskluzywna porcelana w muzeum. Wspomnienie dawniejszego luksusu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz