27.04.2026

Profesorskie Gadanie w erze rozumu rozproszonego i konektywizmu




Wiele lat temu rozpocząłem pisanie bloga pod szyldem „Profesorskiego Gadania”. To był eksperyment i wejście na nieznane dla mnie obszary. Sporo przez te 21 lat się zmieniło, sama forma ewoluowała i się krystalizowała. Uzupełnieniem są felietony w Wiadomościach Uniwersyteckich zatytułowane "Z Kłobukowej Dziupli". To nawiązanie do przyrody i dziedzictwa kulturowego. Od jakiegoś czasu ukazują się z dopiskiem 2.0. W warmińskiej tradycji Kłobuk był duchem opiekuńczym, istotą dbającą o domostwo, choć bywał też przekorny i nieuchwytny. Ja go umieściłem w dziupli starego drzewa by zwrócić uwagę na nietypowe siedliska ważne dla bioróżnorodności. Dzisiejsza „dziupla” naukowca nie jest już jednak zakurzonym gabinetem wypełnionym woluminami, lecz cyfrowym węzłem w globalnej sieci. Dlatego 2.0. A może, w dobie wszechobecnej sztucznej inteligencji i algorytmów współkreujących naszą rzeczywistość, należałoby już pisać 3.0? To coś więcej niż zmiana numeracji, to fundamentalne przesunięcie paradygmatu edukacji. To zwrócenie na konektywizm i noosferę.

Blog naukowy od samego początku to wolna katedra, wzniesiona na akademickiej niezależności, jakiej trudno szukać w sformalizowanych strukturach uczelnianych. Tutaj kończy się jurysdykcja sylabusów, sztywnych przydziałów godzin i biurokratycznej reglamentacji myśli. Jako autor, a zarazem „profesor na własnej katedrze”, odzyskuję pełnię wolności akademickiej (a raczej po prostu ją poszerzam) i wpisuję w nowy krajobraz społeczno-cywilizacyjny. W pełni jestem samodzielny (to aluzja do stanowisk akademickich nazywanych samodzielnymi). Publikuję nie to, co mieści się w arkuszu Krajowych Ram Kwalifikacji, lecz to, co dyktuje rzetelność badawcza i moja intelektualna ciekawość. To przestrzeń, w której dawna teoria spotyka się ze współczesnością, bez wielomiesięcznego oczekiwania na akceptację kolegiów redakcyjnych, rad wydziału, komisji dydaktycznych i procedur zatwierdzania. I sprawdzam na ile ta teoria uzyskuje nowa aktualizację.

Dla mnie blog to nowa forma obecności akademickiej w sieci generująca realną sprawczość. Moje teksty są czytane, cytowane, jawnie dyskutowane w komentarzach i skrycie analizowane w tak zwanych kuluarach. Taka widoczność niesie ze sobą oczywiście konsekwencje i odpowiedzialność za słowo. Ale to właśnie owe „wystawienie się na strzał” czyni z bloga autentyczne forum do debaty i w pełni nawiązuje do otwartej, akademickiej dyskusji. Nie piszę do szuflady lecz jawnie wygłaszam swoje poglądy i przemyślenia.

Stoimy u progu narodzin Uniwersytetu Otwartego 2.0, instytucji, która nie potrzebuje już murów, by promieniować wiedzą. Ale bez tych murów się nie obejdzie. To model zdecentralizowany i rozproszony, niemal identyczny w swojej strukturze jak internet czy nowoczesne systemy energii odnawialnej. Tak jak panele fotowoltaiczne na warmińskich dachach uniezależniają nas od centralnych elektrowni, połóżonych gdzieś daleko, tak blogi naukowe uniezależniają nas od centralnych ośrodków dystrybucji prawdy. Wiedza w „Profesorskim Gadaniu” płynie swobodnie, zasilając umysły czytelników tam, gdzie akurat się znajdują. Bez pośredników, bez barier, w pełnym słońcu wolnej wypowiedzi.

Ewolucja uniwersytetu to historia zmagań o zasięg głosu. Jeśli przyjrzymy się architekturze wiedzy na przestrzeni wieków, dostrzeżemy fascynującą paralelę między tym, jak dystrybuujemy informacje, a tym, jak rozumiemy wolność akademicką. Dziś, w dobie blogingu naukowego (dawniej terminy bazowały na grece i łacinie, współcześnie neologizmy powstają na gruncie języka angielskiego), stoimy u progu największej rewolucji. Obserwujemy przechodzenie od „twierdzy wiedzy” do „sieci wiedzy”. To pełne dostrzeżenie konektywizmu. Bo istniał od zawsze, teraz jednak nabiera zupełnie nowej skali i uzupełniany jest elementami nieludzkimi, elektronicznymi. W tej dyskusji spleceni są ludzie, książki i sztuczna inteligencja. I oczywiście blogi (ogólniej media społecznościowe).

W średniowiecznym uniwersytecie wiedza była zamknięta w ciężkich, ręcznie pisanych księgach, przykutych łańcuchami do pulpitów (żeby nikt nie ukradł, bo księgi były cenne). Aby słuchać mistrza, trzeba było fizycznie znaleźć się w zasięgu jego głosu, w murach akademii. Czasem trzeba było daleko wędrować do miasta z uniwersytetem. Była to edukacja elitarna, scentralizowana i terytorialna. Profesorowie wygłaszali swoje nauki z katedry (niczym biskup). Ceremonialne stroje (togi) jak i niektóre nazwy (np. katedra dla jednostki organizacyjnej, czy wydział) nawiązują słownie do tych średniowiecznych tradycji. Przetrwały ponad tysiąc lat. Ale teraz nabierają nowego znaczenia.

Epoka przemysłowa przyniosła druk i masowość, ale nie zmieniła hierarchii. Wiedza stała się jak wielka elektrownia węglowa: potężna, scentralizowana, nadająca sygnał z jednego pieca do wielu odbiorców. To do niej dowożono węgiel z daleka i do niej z okolic przychodzili pracownicy do codziennej pracy. Na uniwersytecie natomiast profesor stał na katedrze, która była podwyższeniem fizycznym i symbolicznym, ale i nazwą nawiązywała do władzy biskupa w nauczaniu. Przez wiele lat dostęp do „transmisji” wiedzy reglamentowały wydawnictwa, rady redakcyjne i sztywne ramy programowe.

Współczesność przynosi nam model, który roboczo nazywam Uniwersytetem Rozproszonym. Internet i komunikacja online znacząco to wzmocniły. Dzisiejsza wiedza nie przypomina już wielkiej elektrowni, lecz bardziej sieć paneli fotowoltaicznych na dachach domów lub sieć wiatraków. Jest jak energia odnawialna - czysta, darmowa u źródła i generowana w wielu miejscach jednocześnie. Mniej tu centralnego sterowania. Bardziej liczy się współpraca i relacje.

Akademickie pisanie na blogu to właśnie taka „osobista instalacja energetyczna”. Jako profesor uczelniany prowadzący bloga, przestaję być zależny od centralnego systemu dystrybucji (wydawnictw,  planu zajęć, przydziału godzin). Moja "katedra" przestała być meblem przypisanym do sali numer 316 w Kortowie. Stała się przestrzenią cyfrową, dostępną z każdego miejsca na świecie. Nawet jak jadę pociągiem lub odpoczywam gdzieś w hotelu w czasie konferencji naukowej.

Blog naukowy to wolna katedra w najczystszej postaci i powrót do idei otwartej debaty. Dlaczego? Bo umożliwia autonomię tematyczną. Na blogu piszę o tym, co aktualnie odkrywam, o czym myślę, co czytam, co drży w nauce, a nie o tym, co mieści się w sylabusie zatwierdzonym dwa lata temu. Czasem nawet 20 lat temu. To przestrzeń na „wykłady otwarte”, które nie kończą się wraz z dzwonkiem czy końcem semestru. Blog to zdecentralizowany autorytet. W internecie mój stopień naukowy jest zaproszeniem do rozmowy, a nie tarczą chroniącą przed krytyką. Blog przywraca uniwersytetowi jego pierwotną funkcję: wspólnoty poszukującej prawdy poprzez dialog, a nie autorytarny monolog. W końcu blog zapewnia demokratyzację zasięgu. I nie trzeba zapisywać się na zajęcia w systemie USOS. Nie musisz być studentem wpisanym na listę, by uczestniczyć w moim seminarium. Nie ważne ile masz lat, jakie masz wykształcenie i gdzie mieszkasz. Wiedza płynie swobodnie, zasilając umysły czytelników tak, jak słońce zasila sieć energetyczną – bez faktur za „dostęp do prawdy”. Dyskusja jest utrudniona lecz możliwa. Masz do dyspozycji komentarze tu na blogu lub swoją przestrzeń do polemiki.

Pisanie bloga przez nauczyciela akademickiego to akt odwagi i nowoczesnej edukacji. To wyjście z „wieży z kości słoniowej” do ludzi. W tej nowej komunikacyjnej rzeczywistości uniwersytet nie jest już budynkiem – jest procesem, rozmową, nieustannym przepływem myśli. Owszem, wiąże się z kosztami. Bo „słuchać” może każdy. A nie wszystko każdemu się spodoba, stąd i różnorodne reperkusje, których doświadczam

Jako profesor na swojej „blogowej katedrze” realizuję misję uniwersytetu bez granic. To tutaj, w krótkich wpisach, esejach i analizach, rodzi się nowa edukacja: otwarta, rozproszona i wolna. Tak jak internet, i tak jak energia, która nas otacza – wiedza na blogu jest po prostu tam, gdzie jest potrzebna. Albo tylko przydatna. Nawet AI z niej korzysta i dalej, po przetworzeniu, udostępnia.

Kontynuując tę myśl, warto podkreślić, że blog naukowy być może staje się dziś jednym z ostatnich ostatnim bastionów autentycznej wolności akademickiej. W dobie postępującej biurokracji uniwersyteckiej, gdzie proces dydaktyczny bywa wtłoczony w sztywne ramy tabelek, w różne sylabusy i programy, to właśnie cyfrowa przestrzeń pozwala mi odetchnąć pełną piersią. W murach uczelni często czujemy gorset ograniczeń. Sylabus, choć porządkuje wiedzę, bywa klatką, gdyż nie pozwala zboczyć z kursu, by omówić fascynujące odkrycie sprzed dwóch dni, jeśli nie wpisuje się ono w „zakładane efekty uczenia się”. Przydziały godzin i administracyjne rygory sprawiają, że dydaktyka staje się czasem linią produkcyjną, a nie intelektualną przygodą.

Blog tę sytuację odwraca. Tutaj to ja jestem architektem programu. Na mojej cyfrowej katedrze nie krępują mnie ramy czasowe. Wykład może trwać trzy akapity albo przerodzić się w wieloodcinkową sagę, wymieszaną tematycznie z refleksjami przyrodniczymi. Nie ogranicza mnie program. Mogę łączyć dziedziny, uprawiać transdyscyplinarność, na którą tradycyjny podział wydziałowy rzadko pozwala. Znikają też punkty ECTS. Czytelnik przychodzi po wiedzę, a nie po zaliczenie, co zmienia dynamikę relacji na czysto intelektualną. Współczesna akademia, niestety, bywa zakładnikiem różnie rozumianej poprawności – czy to politycznej, czy instytucjonalnej. Obawa przed wyjściem poza „bezpieczny” nurt badań i dyskusji czasem paraliżuje innowacyjne myślenie. Blog daje mi niezależność wydawniczą. Nie muszę czekać na akceptację komitetu redakcyjnego, który mógłby uznać moje tezy za zbyt kontrowersyjne lub niepasujące do aktualnej linii grantowej. Ma to także swoje wady - nie ma redaktora, recenzji czy poprawek korektorskich. Coś za coś.

To tutaj mogę być profesorem niepokornym (choć nie chroni to przed różnymi konsekwencjami). Mogę stawiać pytania niewygodne, używać języka żywego, a nie hermetycznego żargonu. I mogę angażować się w debaty, które w oficjalnych pismach naukowych są uciszane przez poprawność formy. To wolność, która przywraca nauce jej pierwotny pazur. Taką mam przynajmniej nadzieję.

Jesteśmy świadkami tektonicznej zmiany w funkcjonowaniu kadry profesorskiej. Tradycyjny model „strażnika wiedzy”, który zazdrośnie strzeże dostępu do swoich notatek, odchodzi do lamusa. Nowoczesny profesor to akademik sieciowy czyli węzeł w rozproszonym systemie, który rozumie, że jego autorytet buduje się poprzez obecność i dzielenie się, a nie poprzez zamknięcie w gabinecie. Owszem, możliwe to jest dzięki etatowi na uniwersytecie tradycyjnym. Z czegoś przecież trzeba żyć. Dlatego tradycyjne mury są niezbędne dla internetowego rozproszenia i decentralizacji. Jestem przekonany, że swoim blogowaniem wypełniam tradycyjną misję uniwersytetu, zwłaszcza tę trzecią, społeczną. Blogowanie mieści się więc w zakładanych, instytucjonalnych celach. Przecież normalne badania i normalne zajęcia dydaktyczne, ujęte w sylabusy i programy nauczania, też prowadzę. Tu nie ma nic zamiast. Nie ma albo labo, jest i jedno i drugie.

Zmiana, o której tak długo się rozpisuję, ma charakter systemowy. Następuje decentralizacja autorytetu. Nie wartościuję i nie piszę, że to dobrze lub źle. Blog sprawia, że uniwersytet przestaje być budynkiem w centrum miasta (czy to w Olsztynie, czy w Krakowie), a staje się ideą, która wędruje za profesorem wszędzie tam, gdzie ma on dostęp do sieci. To tu krystalizuje się bezpośredni wpływ społeczny. Zamiast pisać teksty, które przeczyta trzech recenzentów, piszę do tysięcy ludzi. To realne upowszechnianie wiedzy, a nie tylko „produkowanie punktów”. Blog to moja prywatna własność intelektualna, której nie muszę cedować na wielkie korporacje wydawnicze. Zapewnia mi intelektualną suwerenność.

W tym sensie blog to nie tylko „dodatek” do kariery. To nowa forma suwerenności akademickiej. W świecie, który próbuje nas skategoryzować, zliczyć i ująć w tabelki, własna „wolna katedra” w sieci jest deklaracją niezależności: „Oto co myślę, oto co badam i nie potrzebuję niczyjej pieczątki, by się tym z wami podzielić”. To właśnie jest prawdziwy, otwarty uniwersytet przyszłości.

Zapraszam do dyskusji w komentarzach.
Felieton z majowych Wiadomości Uniwersyteckich


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz