Nowa odsłona bloga Profesorskie Gadanie. Pisanie i czytanie pomaga w myśleniu. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie opowiadam. Dr hab. Stanisław Czachorowski, prof UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie
20.08.2018
Wykwit zmienny z Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego
Zobaczyłem to coś na złamanym pniu drzewa, jakieś dwa metry nad powierzchnią gruntu, gdy rozglądałem się za chruścikami i innymi owadami wodnymi w rzece Skrwie Lewej. Bo jest i Skrwa Prawa. Skoro są dwie Skrwy w bliskim sąsiedztwie to trzeba je jakoś rozróżniać - w tym przypadku względem rzeki Wisły, do której obie wpadają. Słoneczny dzień ale w lesie przyjemny cień. Na początku pomyślałem, że to taka niezwykle piękna gra światła. Ale byłaby za intensywnie żółta ta plama świetlna. W następnej sekundzie pomyślałem, że to może porost. Ale kształt i położenie nie za bardzo pasowały do żółtych porostów. Grzyb? Też nie. Tak wyglądać może tylko śluzowiec. Niezwykły organizm, który przekracza wszelkie granice i trudno go jednoznacznie zaklasyfikować w systemie życia. Może dlatego, że śluzowce są organizmami archaicznymi, pochodzącymi z czasów, gdy dopiero powstawały wielokomórkowce i rodziło się rozmnażanie płciowe?
Wykwit zmienny, zwany także wykwitem piankowatym (Fuligo septica) - bo to ten gatunek spotkałem i uwieczniłem na zdjęciu - niby niepozorny organizm ale jakże interesujący. Jako przedstawiciel śluzowców jest znakomitym obiektem do opowieści o historii nauki, historii życia i ewolucji a także procesów ekologicznych, obecnie zachodzących na Ziemi. W nazwie ma coś z rośliny - wykwita jak jakiś kwiat (inna nazwa - śluzorośla, także w jakimś stopniu nawiązuje do roślin, ponadto tworzy zarodniki). Ale z roślinami nie ma nic wspólnego. A przynajmniej nie więcej niż ze zwierzętami czy grzybami. Zastanawiam się dlaczego wykwit piankowaty jest tak pięknie, jaskrawo żółty? Jaki jest sens biologiczny takiego ubarwienia? Kogo i dlaczego zwabia lub może odstrasza (ostrzega)? Wiele śluzowców jest kolorowych. Ale dlaczego? Muszę poszukać odpowiedzi na to intrygujące pytanie. Bo przecież w przyrodzie wszystko ma jakiś sens.
Śluzowce przez swoją archaiczność długo sprawiały (i sprawiają nadal) naukowcom kłopot z klasyfikacją (ułożeniem w taksonomicznych przegródkach). Powstały na ziemi jakieś 600 milionów lat temu, choć niektórzy twierdzą, że są dwa razy starsze. Być może są pierwszymi organizmami lądowymi Ziemi. Kiedy rodziła się nowożytna nauka przyrodnicza, śluzowce zaliczono do grzybów. I teraz przeciętny spacerowicz leśny uzna je za grzyby. Tak więc, uznając podobieństwo w formie i wyglądzie do grzybów, na początku śluzowce nazwano Myxomycetes („śluzo-grzyby”). Klasyfikacja śluzowców zmieniała się nie tylko dlatego, że o tych organizmach wiedzieliśmy coraz więcej. Nauka jest systemem całościowym. Wraz z poszerzaniem wiedzy o organizmach żywych inaczej umieszczano śluzowce bo całość naszej wiedzy inaczej była porządkowana. Systematyka jest tylko odzwierciedla zmiany całego systemu naszej wiedzy o organizmach żywych. Tak więc zmiany w klasyfikacji oddają historię nauki. Dostępne książki i artykuły pisane były w różnym czasie, dlatego każdy z łatwością znajdzie różne podejścia i różne klasyfikacje: starsze i nowsze. Ta różnorodność podejść i klasyfikacji może początkującego miłośnika przyrody nieco zdezorientować.
Dawno temu ludzie dzieli organizmy jedynie na rośliny i zwierzęta. Ruchliwe były zwierzęta a nieruchome były rośliny. Wtedy śluzowce (śluzorośla), wraz z grzybami, uważane były za rośliny (ślad tego jest w nazwie z końcówką -rośla - język jak geny, zostawia różne ślady). Z przyczyn historycznych w podręcznikach śluzowce umieszczane były jako klasa roślin zarodnikowych, a w szczególności grzybów. Postępy w poznawaniu świata ożywionego spowodowały wydzielenie trzeciego królestwa - grzybów. I wtedy śluzowce były grzybami (bo najbardziej je przypominały a do dzisiaj śluzowce znajdziemy w książkach dla grzybiarzy). Dzięki kolejnym obserwacjom cyklu życiowego i budowy tych organizmów, naukowcy stwierdzili, że śluzowce z grzybami nie mają wiele wspólnego. Więcej podobieństw dopatrzono się ze zwierzętami (w czasach, gdy do zwierząt zaliczano także pierwotniaki czyli "pierwotne" zwierzęta) i umieszczono śluzowce wśród prymitywnych organizmów nibyzwierzęcych, nadając im nazwę Mycetozoa („śluzozwierz”). Wraz z rozwojem wiedzy przyrodniczej i lepszym poznaniu pierwotniaków (organizmów jednokomórkowych), zaczęto wskazywać na podobieństwo do pierwotniaków, dlatego włączane były do grupy Amoebozoa. Gdy wiedza naukowa wyróżniła jednokomórkowe pierwotniaki (Protista) to i tam znalazły się śluzowce. Przemawiało za tym występowanie form ruchomych (myksoameb i myksopełzaków) oraz odżywianie się poprzez fagocytozę. Jeszcze w końcu XX wieku śluzowce wydzielane były w obrębie królestwa Protista w randze typu Myxomycota i umieszczane wraz z lęgniowcami (Oomycota) w umownej grupie "protistów grzybopodobnych" (protisty to pierwotniaki). W kolejnych latach, wraz z poszerzaniem ludzkiej wiedzy o organizmach żywych, śluzowce razem z amebami umieszczane były w typie pełzakowców (Amebozoa). Ale gdzie naukowców wielu to i opinii wiele: śluzowce umiejscawiane były w królestwie Protista w różnych jego miejscach. Wyróżnienie bakterii i dostrzeżenie różnic w budowie jądra komórkowego (lub jego braku), pozwoliło podzielić organizmy na Prokariota i Eukartota. Śluzowce niewątpliwie należą do eukariontów. Współcześnie uważa się, że śluzowce stanowią odrębną i wyjątkową grupę organizmów żywych, dlatego nie można jej połączyć jej z innymi grupami, takimi jak zwierzęta, rośliny, grzyby czy pierwotniakami.
Śluzowce, zwane także śluzoroślami, noszą nazwę taksonomiczną Eumycetozoa, włączaną do grupy Amoebozoa i są eukariontami (to jedno jest pewne i bezdyskusyjne). A że wiedza stale się rozwija i w dyskusji naukowej pojawiają się nowe propozycje, zatem i taka klasyfikacja może ulec zmianie. Bo pozycja systematyczna śluzowców uzależniona jest od wiedzy jako całości (w tym i nowych teorii). Niezwykła i nieszablonowa biologia śluzowców powoduje, że niektórzy naukowcy optują za wydzieleniem śluzowców w osobne królestwo. Chciałoby się zakrzyknąć "niepodległość dla śluzowców! Chyba nie są grupą jednolitą, bo wydziela się osobno akrazje (łańcuszkorośla). Możliwe, że zostaną uznane za grupę polifiletyczną, czyli śluzowcowy stan organizacji mogły osiągnąć organizmy żywe więcej niż raz i różnymi drogami. Są jednokomórkowcami, przynajmniej w części swojego cyklu życiowego. Ale łączą się i tworzą duży organizm, prawie jak wielokomórkowiec. Można powiedzieć, że zamarły w dawnej ewolucji powstawania organizmów wielokomórkowych. Jak to się stało, że na Ziemi przetrwały tak pierwotne (w dawnym języku powiedzielibyśmy prymitywne) organizmy? Kiedy wokół tyle zaawansowanych ewolucyjnie i morfologicznie gatunków?
Obecnie żyje na Ziemi kilkaset gatunków śluzowców, są to gatunki kosmopolityczne. Nie mają części twardych (kości, muszli itd.) - trudno zatem spodziewać się skamieniałości. Być może są pierwszymi organizmami, które wyszły na ląd. Ale nie zostawiły śladów w postaci skamieniałości. Możliwe, że w dawnych erach było wśród śluzowców wiele gatunków wyspecjalizowanych. Ale kolejne zmiany środowiska i liczne katastrofy zbierały żniwo w postaci wymierania przede wszystkim gatunków wyspecjalizowanych. W czasach katastrof i wielkich zmian oportuniści ekologiczni radzą sobie lepiej niż specjaliści.
Śluzowce żywią się bakteriami, grzybami (nieraz pochłaniają całe owocniki grzybów), pierwotniakami. A więc małymi organizmami. W pierwszym etapie kolonizowania nieprzyjaznego lądu najpewniej prowadziły glebowy tryb życia. Tylko tu było wilgotno i tylko tu znajdował się pokarm. Jednokomórkowa faza życia wydaje się więc dobrym przystosowaniem do takiego środowiska (przeciskania się między ziarnami piasku i materii organicznej w glebie). "Zbieranie się razem" w większy organizm to kolejna faza życia. Jej efektem jest tworzenie zarodników. W jakimś sensie krótkotrwały epizod życia na nieprzyjaznym lądzie. Okres ewolucyjny gdy powstawało rozmnażanie i przemiana pokoleń: diploidalnego i haploidalnego. Głównym sensem biologicznym takiego rozmnażania jest przede wszystkim rekombinacja materiału genetycznego. A dodatkowo zarodniki to stadia przetrwalnikowe.
Stadium wegetatywne śluzowców stanowi wielojądrowa śluźnia, która pełza za pomocą nibynóżek. Porusza się w sposób skoordynowany, reaguje na bodźce (chemotaksja, fototaksja i termotaksja). Można powiedzieć, że najbardziej pierwotne sposoby komunikacji w terenie. Żywią się bakteriami, grzybami (nieraz pochłaniają całe owocniki grzybów), pierwotniakami.
Śluzowce są bez wątpienia archaiczną grupą, sięgającą początków powstania życia na Ziemi (przypuszcza się, że powstały nawet 1,5 miliarda lat temu) i czasu ewolucyjnego powstawiania wielokomórkowców. Są swoistą żywą skamieniałością, pozwalającą ciągle zastanawiać się nad istotą życia i krętymi ścieżkami ewolucji, w tym powstania wielokomórkowców.
Ich archaiczność widoczna jest w cyklu życiowym, który złożony. Wytwarzając zarodniki. Z kiełkujących haploidalnych (posiadających pojedynczy garnitur chromosomów) zarodników powstają przypominające ameby pełzaki lub opatrzone wiciami pływki, przypominające wiciowce (jest to jeden z argumentów, sugerujących polifiletyczność śluzowców). Pływki z czasem mogą odrzucać wici i przekształcać się w pełzaki. Następnie twory te zlewają się parami i powstaje diploidalny (o podwójnym garniturze chromosomów) pełzak, stanowiący początek śluźni. Na tym etapie śluzowce są organizmami zbyt małymi, by dostrzec je bez mikroskopu. Żyją gdzieś w glebie lub innym podłożu, chodzimy obok nich i nie dostrzegamy. W dalszym okresie życia śluźnia zaczyna się powiększać na dwa sposoby. Z jednej strony odżywia się i rośnie, z drugiej zaś, jeśli różne śluźnie tego samego gatunku spotkają się, zlewają się, tworząc jeden, większy organizm. Rozrost przez integrację. Śluźnia w zasadzie jest pojedynczą komórką, zawierającą jednak wiele jąder komórkowych. Taki twór nazywany jest komórczakiem. Komórczakami, oprócz śluzowców jest również większość grzybów. Śluźnia nie wytwarza żadnych zewnętrznych osłon – jest to nagi protoplast, obdarzony zdolnością ruchu. Może tworzyć formy przetrwalnikowe (sklerota) lub formuje zarodnie. Ich sporangia mogą przypominać owocniki grzybów. Są jednak niewielkie, od kilku milimetrów do 1-2 cm.
W okresie rozrastania śluźnia rozwija się w miejscach wilgotnych i wykazuje chemotaksję dodatnią w kierunku wody. Zwykle występuje w miejscach zacienionych, unika światła (fototaksja ujemna). Gdy przygotowuje się do wytworzenia zarodni, przemieszcza się w miejsca suche na powierzchni podłoża (fototaksja dodatnia), unikając jednak miejsc silnie nasłonecznionych. Wyjątek stanowi opisywany wykwit zmienny (Fuligo septica), który wpełza się na gałązki, powierzchnie liści czy tak jak ten na zamieszczonym zdjęciu wyżej, na pnie drzew. Tworzenie zarodni następuje pod wpływem czynników stresujących: wyczerpanie składników pokarmowych, spadek temperatury, zmiany w nasłonecznieniu. Z jednej strony powstają przetrwalnikowe zarodniki (haploidalne, w wyniku mejozy), z drugiej zamykany jest cykl rekombinacji materiału genetycznego, jakże ważny dla procesów ewolucyjnych.
Śluzowce, w tym nasz bohater czyli wykwit zmienny, są zjadane przez owady (zwłaszcza chrząszcze) oraz grzyby. Ale i człowiek kulinarnie odnosi się do śluzowców. W niektórych krajach spożywa się smażone śluzowce, tworzące duże śluźnie, np. w Meksyku smażona śluźnia Fuligo septica (nasz wykwit zmienny) uważana jest za przysmak. Człowiek zjeść może wszystko.
Ale powróćmy do naszego bohatera, uwiecznionego na zdjęciu. Wykwit zmienny, wykwit piankowaty (Fuligo septica) to jeden z najpospolitszych u nas śluzowców. Pojawia się w lasach i parkach przez cały sezon wegetacyjny, na próchniejącym drewnie i korze różnych drzew, na ściółce, mchach porastających kłody itd. Jako że nie jest jadalny przez człowieka (w europejskim mniemaniu), to grzybiarze nie zwracają zazwyczaj na nie go uwagi. Gołym okiem dostrzegamy jego żółtawe zrosłozarodnie czyli fazę życia „grupowego”. W stadium życia jednokomórkowego spędzają życie samotnicze, zajmują się tylko funkcjami troficznymi (odżywianie, chociaż nie do końca, o czym za chwilę). Ale gdy poczują „wolę Bożą”, to ciągnie je do wspólnoty, „by wespół zespół by żądz móc wzmóc”.
W życiu śluzowca najpierw jest haploidalny zarodnik (dla przypomnienia u człowieka haploidalna jest komórka jajowa i plemnik). Do wykiełkowania (a więc podobieństwo do roślin i kiełkowania nasion) zarodnik potrzebuje wilgoci i ciepła. U części gatunków, wydostający się z zarodnika, protoplast przyjmuje postać amebopodobnego pełzaka, u innych powstaje opatrzona wicią pływka (można więc powiedzieć, że pływa a nie chodzi), która dopiero po pewnym czasie przekształca się w pełzaka (sporo tych dziwnych terminów biologicznych ale bez tego się nie da opowiedzieć niezwykłego życia śluzowców). To właśnie faza pełzaka powodowała zaliczanie śluzowców do pierwotniaków, w szczególności do ameb.
Pełzaki nie zajmują się tylko jedzeniem, ale im i zapłodnienie „w głowie” (pomijając fakt, że głowy nie mają): łączą się po dwie (ciekawe czy można wyróżnić u nich płcie, skoro komórki są wielkościowo niezróżnicowane?) a ich jądra zlewają się, tworząc diploidalnego pełzaka. Też pełzak ale z podwójną ilością materiału genetycznego. Niby taki sam ale całkiem inny. W stanie odmiennym? Może więc to od tego momentu należałoby rozpoczynać opowieść o cyklu życiowym śluzowców? W każdym razie rozpoczyna się nowy etap życia śluzowca – faza śluźni (plasmodium). Początkowo śluźnia niewiele różni się od pełzaka, jest tylko trochę większa (bo jak tu nie być większym kiedy dwie komórki się połączyły?), śluźnia jest bardziej ruchliwa i ma nibynóżki. Za ich pomocą potrafi poruszać się po podłożu. I taka śluźnia „chodzi sobie” i się dalej odżywia (zjada bakterie, glony, pierwotniaki, mikroskopijne grzyby), rośnie, a jądra komórkowe ulegają podziałom. Gdy śluźnie tego samego gatunku spotykają się, to zlewają się tworząc coraz większy organizm. Coraz większa integracja (bo w kupie siła?). Funkcjonalnie jest to cały czas jedna komórka lecz zawierająca wiele jąder komórkowych (biolodzy nazywają to komórczakiem, znane także u niektórych glonów i pierwotniaków).
Tempo przemieszczania się śluźni nie jest może nadzwyczajne – maksymalnie pół centymetra na godzinę. Chodzi tak sobie po lesie, unikając światła i wybierając wilgoć, kilka dni albo kilka tygodni. Jak już tak się „nachodzi”, porozmyśla o sensie życia (mózgu nie ma, ale my chodząc po lesie rozmyślamy, więc niech będzie jakaś analogia), to następuje czas rozmnażania-zarodnikowania. W zasadzie chodzi o pomnażanie bo nie ma rekombinacji materiału genetycznego (prof. Bohr trafnie rozróżniał pomnażanie od rozmnażania). Bodźcem do formowania zarodni często jest brak pokarmu w środowisku. Ale stymulatorem może być także temperatura czy odczyn pH podłoża. Najczęściej do tworzenia zarodni wymagane jest światło, dotyczy to zwłaszcza śluźni o kolorach żółtych – tak jak u wykwitu zmiennego (ilustracja na fotografii wyżej). Po okresie życia w ciemności lub przynajmniej cienia, dla odmiany szuka sobie światła. Wtedy śluzowce szukają miejsca suchszego i widnego. Wpełzają na różne podwyższenia, pną się do góry. Można jeszcze powiedzieć, że z wyższego miejsca lepiej rozsiewają się zarodniki, ma więc to znaczenie przy dyspersji. Śluźnia przestaje się wtedy odżywiać (a czy i my w okresie amorów nie zapominamy o jedzeniu?) i rozpoczyna się proces formowania zarodni. A w zarodniach powstają zarodniki i cykl życiowy się zamyka.
Dopiero po zarodni można rozpoznać gatunek śluzowca (a my dostrzegamy "grzyba"). Najczęściej zarodnie oddzielone są od podłoża cienką warstwą resztek śluźni i substancji odrzuconych przez organizm, zwaną leżnią.
Dlaczego wykwit zmienny w tym stadium jest intensywnie żółty i widoczny? Czy ma być widoczny np. dla owadów, żeby go znalazły, odżywiały się nim i przy okazji roznosiły zarodniki? Byłoby to jakieś funkcjonalne podobieństwo to kwiatów roślin naczyniowych. A może jaskrawy kolor ma ostrzegać, że jest niejadalny (trujący)? Jeśli uznać, że śluzowce należały do pierwszych organizmów lądowych, to przecież wtedy nie było ani owadów, mogących roznosić zarodniki, ani konsumentów, których należało odstraszać ostrzegawczym kolorem. Jakie więc były najdawniejsze śluzowce? Czy były kolorowe? A może jaskrawe barwy to efekt wielomilionowej koewolucji np. z owadami?
Mały, niepozorny śluzowiec a tyle pytań i ogromnie dużo kwestii do przemyślenia. Polecam poszukać ich na najbliższym spacerze w lesie lub parku. Rozglądajcie się za śluzowcami i włączcie się do dyskusji na jakże zawiłymi kwestiami, dotyczącymi filogenezy, ewolucji życia, sukcesji ekologicznej oraz historii nauki.
Czytaj także: Chodzące grzyby (z dygresjami walentynkowymi)
13.08.2018
Muzeum Romantyzmu w Opinogórze i zębniczek północny
Gdziekolwiek się będzie, tam zawsze można obserwować przyrodę. Nawet w Muzeum Romantyzmu w Opinogórze. Wakacyjna wycieczka rodzinna, nastawiona kulturalnie i historycznie. Ale dziedzictwo przyrodnicze zawsze łączy się z dziedzictwem kulturowym, więc można coś przyrodniczego "w bonusie" zaobserwować.
Muzeum Romantyzmu w Opinogórze po raz pierwszy odwiedziłem prawie 40 lat temu, gdy udaliśmy się na wycieczkę szkolną. W tamtym czasie „przerabialiśmy” romantyzm. Później byłem już rodzinnie, jakieś 18 lat temu. No i w te wakacje kolejny raz. Zmiany ogromne. Na lepsze. Dzięki projektom unijnym i funduszom, odzyskujemy zapomniane (nawet i częściowo) dziedzictwo. Różnorodność regionów ma swój praktyczny wymiar.
Moja uwaga jest jednak ukierunkowana: rozglądam się za starymi parkami podworskimi, przelatującymi owadami, drzewami dziuplastymi i tym co pod nogami pełza. Spacerując w dworskim, romantycznym parku w Opinogórze (ostatnio przebudowany w stylu angielskim a teraz częściowo zrewitalizowany), przyglądałem się starym kasztanowcom. Liście nieco pożółkłe od minujących larw motyla szrotówka kasztanowiaczka (Cameraria ohridella). Ale nie on zwrócił moją uwagę lecz duży grzyb rosnący na starym kasztanowcu. W pierwszej chwili pomyślałem, że to nietypowy źółciak siarkowy (Laetiporus sulphureus). Kształt owocnika wydał mi się znajomy, już gdzieś coś takiego w jakichś opracowaniach widziałem. Zdjęcie zrobiłem trochę niewprawnie – należało jeszcze w zbliżeniu udokumentować kilka szczegółów. Dysponowałem tylko aparatem komórkowym. Okazuje się jednak, że wystarczy (szybko latających ważek nie udało się uchwycić w kadrze).
Wróciłem do domu i zacząłem szukać w moim podręcznym księgozbiorze. Najbardziej podobny był wachlarzowiec olbrzymi zwany także flagowcem olbrzymim (Meripilus giganteus). Jednak opis nie bardzo się zgadzał. Skorzystałem więc z internetu: umieściłem zdjęcie w grupie przyrodników na Facebooku oraz skorzystałem ze sztucznej inteligencji – szukanie obrazu. Pierwsza próba była pudłem, bo sztuczna inteligencja skupiła się na korze i odesłała mnie do jakiegoś dębu. Druga próba była lepsza – znalazłem bardzo podobne zdjęcia i tak trafiłem na kilka stron z opisem zębniczka północnego (Climacodon septentrionalis). Dodatkowe potwierdzenie przyszło także z grupy na Facebooku. Kilkanaście minut i jest już rozwiązanie. Tego gatunku w moich książkach po prostu nie było. Ale nic dziwnego, to gatunek rzadki.
Zębniczek północny (Climacodon septentrionalis) po raz pierwszy dla nauki opisany został w 1821 r. przez Eliasa Friesa, który nadał mu nazwę Hydnum septentrionale. Obecną nazwę, uznaną przez Index Fungorum, nadał mu w 1881 r. Karsten, przenosząc równczesnie ten gatunek do rodzaju Climacodon (informacje z polskiej Wikipedii). Owocniki zębniczka są jednoroczne, masywne, osiągają szerokość do 50 cm. Składają się z wielu dachówkowato, jeden nad drugim, ułożonych kapeluszy. W stanie świeżym ma przyjemny zapach, ale podczas suszenia nieprzyjemnie pachnie zjełczałym tłuszczem. Smak ma przyjemny. Ani nie wąchałem ani nie kosztowałem, wierzę na słowo (pisane).
Zębniczek północny występuje w Ameryce Północnej, Europie i Japonii. Jest gatunkiem rzadkim w Polsce i wpisanym na czerwoną listę gatunków zagrożonych wyginięciem (Czerwona lista roślin i grzybów Polski). Ma status R (rzadki) – gatunek potencjalnie zagrożony z powodu ograniczonego zasięgu geograficznego i małych obszarów siedliskowych. Znajduje się na listach gatunków zagrożonych także w Niemczech i Danii (za polską Wikipedią). W Polsce podawanych jest wiele stanowisk lecz spotykany jest rzadko. Nie wiem czy z okolic Opinogóry był już wykazywany, niemniej rzadkie gatunki warto odnotowywać.
Z ekologicznego punktu widzenia uznawany jest za pasożyta (wywołuje białą zgniliznę drewna), występuje w lasach liściastych i mieszanych na starych drzewach liściastych. W Polsce zanotowano występowanie na jaworze, kasztanowcu, brzozie brodawkowatej, grabie i buku. Stare parki dworskie nie jedną ciekawostkę przyrodniczą mogą skrywać. A próchniejące drzewa dziuplaste są wartościowym przyrodniczo siedliskiem nie tylko dla grzybów ale i bezkręgowców. Na północnym Mazowszu starych lasów nie ma, jedynym siedliskiem z martwym, próchniejącym drewnem są stare parki podworskie i cmentarze, czasem aleje przydrożne. Ostatnie relikty pierwotnej puszczy. Warto o nie zadbać i nie wycinać pod pozorem cięć „sanitarnych”.
Mam wrażenie, że północne Mazowsze, szybko zmodernizowane, jest nieodkrytym regionem turystycznym z wieloma tajemnicami i atrakcjami (kulturowymi i przyrodniczymi). Nie trzeba jeździć daleko by zobaczyć niezwykłości i nasze dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. A pomocne w tym są zarówno programy Unii Europejskiej jak i Internet (na jedno i drugie nie brakuje głupawego i nieuzasadnionego narzekania).
Na koniec coś uroczego z Muzeum Romantyzmu (kawiarnia w oranżerii), bo przecież nie samą przyrodą podróżnik żyje (więcej zdjęć na Facebooku).
Muzeum Romantyzmu w Opinogórze po raz pierwszy odwiedziłem prawie 40 lat temu, gdy udaliśmy się na wycieczkę szkolną. W tamtym czasie „przerabialiśmy” romantyzm. Później byłem już rodzinnie, jakieś 18 lat temu. No i w te wakacje kolejny raz. Zmiany ogromne. Na lepsze. Dzięki projektom unijnym i funduszom, odzyskujemy zapomniane (nawet i częściowo) dziedzictwo. Różnorodność regionów ma swój praktyczny wymiar.
Moja uwaga jest jednak ukierunkowana: rozglądam się za starymi parkami podworskimi, przelatującymi owadami, drzewami dziuplastymi i tym co pod nogami pełza. Spacerując w dworskim, romantycznym parku w Opinogórze (ostatnio przebudowany w stylu angielskim a teraz częściowo zrewitalizowany), przyglądałem się starym kasztanowcom. Liście nieco pożółkłe od minujących larw motyla szrotówka kasztanowiaczka (Cameraria ohridella). Ale nie on zwrócił moją uwagę lecz duży grzyb rosnący na starym kasztanowcu. W pierwszej chwili pomyślałem, że to nietypowy źółciak siarkowy (Laetiporus sulphureus). Kształt owocnika wydał mi się znajomy, już gdzieś coś takiego w jakichś opracowaniach widziałem. Zdjęcie zrobiłem trochę niewprawnie – należało jeszcze w zbliżeniu udokumentować kilka szczegółów. Dysponowałem tylko aparatem komórkowym. Okazuje się jednak, że wystarczy (szybko latających ważek nie udało się uchwycić w kadrze).
![]() |
| (Wprawne oko dostrzeże pozostawiony w gałęziach plastykowy kieliszek. Śmiecacych niestety nigdy nie zabraknie... Niezbyt chlubne dziedzictwo.) |
Zębniczek północny (Climacodon septentrionalis) po raz pierwszy dla nauki opisany został w 1821 r. przez Eliasa Friesa, który nadał mu nazwę Hydnum septentrionale. Obecną nazwę, uznaną przez Index Fungorum, nadał mu w 1881 r. Karsten, przenosząc równczesnie ten gatunek do rodzaju Climacodon (informacje z polskiej Wikipedii). Owocniki zębniczka są jednoroczne, masywne, osiągają szerokość do 50 cm. Składają się z wielu dachówkowato, jeden nad drugim, ułożonych kapeluszy. W stanie świeżym ma przyjemny zapach, ale podczas suszenia nieprzyjemnie pachnie zjełczałym tłuszczem. Smak ma przyjemny. Ani nie wąchałem ani nie kosztowałem, wierzę na słowo (pisane).
Zębniczek północny występuje w Ameryce Północnej, Europie i Japonii. Jest gatunkiem rzadkim w Polsce i wpisanym na czerwoną listę gatunków zagrożonych wyginięciem (Czerwona lista roślin i grzybów Polski). Ma status R (rzadki) – gatunek potencjalnie zagrożony z powodu ograniczonego zasięgu geograficznego i małych obszarów siedliskowych. Znajduje się na listach gatunków zagrożonych także w Niemczech i Danii (za polską Wikipedią). W Polsce podawanych jest wiele stanowisk lecz spotykany jest rzadko. Nie wiem czy z okolic Opinogóry był już wykazywany, niemniej rzadkie gatunki warto odnotowywać.
Z ekologicznego punktu widzenia uznawany jest za pasożyta (wywołuje białą zgniliznę drewna), występuje w lasach liściastych i mieszanych na starych drzewach liściastych. W Polsce zanotowano występowanie na jaworze, kasztanowcu, brzozie brodawkowatej, grabie i buku. Stare parki dworskie nie jedną ciekawostkę przyrodniczą mogą skrywać. A próchniejące drzewa dziuplaste są wartościowym przyrodniczo siedliskiem nie tylko dla grzybów ale i bezkręgowców. Na północnym Mazowszu starych lasów nie ma, jedynym siedliskiem z martwym, próchniejącym drewnem są stare parki podworskie i cmentarze, czasem aleje przydrożne. Ostatnie relikty pierwotnej puszczy. Warto o nie zadbać i nie wycinać pod pozorem cięć „sanitarnych”.
Mam wrażenie, że północne Mazowsze, szybko zmodernizowane, jest nieodkrytym regionem turystycznym z wieloma tajemnicami i atrakcjami (kulturowymi i przyrodniczymi). Nie trzeba jeździć daleko by zobaczyć niezwykłości i nasze dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. A pomocne w tym są zarówno programy Unii Europejskiej jak i Internet (na jedno i drugie nie brakuje głupawego i nieuzasadnionego narzekania).
Na koniec coś uroczego z Muzeum Romantyzmu (kawiarnia w oranżerii), bo przecież nie samą przyrodą podróżnik żyje (więcej zdjęć na Facebooku).
10.08.2018
Polska i Białoruś - zaskakujące zbliżenie
![]() |
| Gdzieś na Białorusi... |
W ramach współpracy, już oficjalne między uczelniami i instytucją naukową, zorganizowaliśmy kilka wyjazdów badawczych (z tych wyjazdów pochodzi materiał chruścikowy z Niemna i jego dopływów), braliśmy udział w kilku konferencjach (w Polsce i na Białorusi) oraz trzykrotnie udało się zorganizować wyjazdy studentów na letnie praktyki biologiczne w ramach wzajemnej wymiany. Były także staże kolegów z Białorusi u mnie w Olsztynie. Wymiernym efektem tej kilkuletniej współpracy było kilka wspólnych publikacji oraz opracowanie pierwszej check-listy chruścików Białorusi. Już po powstaniu UWM została podpisana nowa umowa, ale współpraca powoli wygasła. Przyjaźnie pozostały.
W ciągu tych kilku lat, wielu wizyt i długich rozmów mogłem poznać Białoruś i ludzi tam żyjących. Poznać ich problemy dnia codziennego. Był to okres tuż po rozpadzie ZSRR, odzyskanych nadziei oraz wybór Łukaszenki na prezydenta i powolne ale bardzo konsekwentne umacnianie dyktatury. Wielu Białorusinom nie podobał się łukaszenkizm, ciążyli ku Europie i rzeczywistej demokracji. Z ich słów przebijał pesymizm. I ja wtedy swojego dobrego znajomego pocieszałem, że minie trochę czasu a i na Białorusi będzie tak w Polsce, więcej wolności, więcej swobody, zarówno tej kulturowej jak i naukowej. Że ludzie odwrócą się od dyktatury. Wspominałem, że za jakiś czas Białoruś upodobni się do Polski, trzeba tylko cierpliwości i wytrwałej pracy.
W roku 2018 rzeczywiście nastąpiło upodobnienie sytuacji. Ale zupełnie nie w takim kierunku o jakim marzyłem! To Polska w autorytaryzmie i jednopartyjności upodobnia się do Białorusi Łukaszenki. Niestety. Procesy, które ze smutkiem widziałem na Białorusi, teraz wyraźnie następują u nas. Smutne to... Choć dalej pozostaje optymistą. Przejeżdżając przez wiele różnych granic coraz bardziej doceniam Unię Europejską z jej rozwiązaniami. Różnica jest ogromna.Prawdziwa wartość, o która trzeba nieustannie zabiegać i się starać.
A mój przyjaciel dawno już stracił nadzieję na normalność na Białorusi. Przeniósł się do Polski, sprzedał mieszkanie w Mińsku, sprowadził rodzinę. Ja go pocieszałem, ale to on miał rację co do rozwoju sytuacji za Bugiem.
W czasie wyjazdów na Białoruś w wielu miejscach widzieliśmy pozostałości fizyczne jak i mentalne po autorytarnym państwie komunistycznym. Od symboli na budynkach gorsze są pozostałości w sposobie myślenia. Marzy mi się znowu pojechać na Białoruś i odwiedzić rodzinne strony moich przodków. Może już bardziej turystycznie niż badawczo. Choć i to drugie jest bardzo kuszące. Wiele lat temu przygotowywaliśmy wyprawę nad Prypeć. Może teraz by się udało? I chciałbym naocznie zobaczyć i usłyszeć co teraz myślą Białorusini, zarówno ci z ośrodków naukowych (bądź co bądź elita) jak i zwykli ludzie z małych wsi (kołchozów).
Ciągle wierzę w większe otwarcie wschodniej granicy (tak jak jest w Unii Europejskiej) i wolność dla naszych wschodnich sąsiadów. Wiele nas łączy, zarówno historycznie jak i kulturowo. Tak bliską są a jednocześnie tak daleko...
A na koniec kilka pamiątkowych zdjęć.
![]() |
| (Ze studentami przed Instytutem Zoologii Akademii Nauk Białorusi) |
![]() |
| (Pobieranie materiału hydrobiologicznego w zbiorniku powyrobiskowym) |
![]() |
| (W trakcie badań terenowych nad rzeką Isłocz, przerwa na posiłek) |
![]() |
| (Letni obóz ze studentami, środkowa Białoruś, okolice Mińska) |
8.08.2018
O uniwersytecie oraz dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym - w trakcie metamorfozy
![]() |
| (Jeden z projektów, realizowany wspólnie ze studentami, w olsztyneckim skansenie) |
Są takie momenty, gdy zbiera się na wspomnienia. Niektórzy nazywają to suszeniem sieci. Zatrzymanie i refleksja są jak najbardziej wskazane. Dwa powody skłaniają mnie do wspomnień i przemyśleń uniwersyteckich. Po pierwsze zbliża się rocznica 20. lat Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Powstanie UWM było kwintesencją zmian, jakie zaczęły się dokonywać w polskiej edukacji, w tym także wyższej, po roku 1989. Dyskusje o budowaniu wolnej Polski i naprawianiu edukacji po komunistycznych zniszczeniach, zaowocowały realnymi działaniami. Był zapał budowania, tworzenia i były wielkie nadzieje. Drugim powodem do refleksji jest ustawa 2.0, która już od października zacznie obowiązywać. Ogromne wyzwanie i duże zagrożenie. Jak z tego wyjdziemy? Na tarczy czy z tarczą, i nie myślę tylko w kategoriach pracowników UWM ale przede wszystkim społeczności Warmii i Mazur.
Ponad 5 lat temu, z inicjatywy filozofów rozpoczęliśmy tworzenie interdyscyplinarnego i międzywydziałowego kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Najpierw trudne negocjacje międzywydziałowe, by przełamać lokalne partykularyzmy i swoiste izolacje. Potem przygotowanie dokumentów, umożliwiających utworzenie kierunku. Nie było łatwo, ale się udało. Najpierw uruchomiliśmy studia licencjackie. Po kilku latach - magisterskie. Na samym początku - aby kształcenie było dobrze osadzone w badaniach - powołaliśmy Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym.
Pięć lat temu, gdy kierunek był uruchamiany, pisałem, że wtedy rosło moje (ale i nie tylko moje) rozczarowanie współczesnym uniwersytetem, na którym odbywa się masowe, odczłowieczone kształcenie (stąd w naszych planowanych działaniach nacisk na metodę projektu, interdyscyplinarność i odbudowa relacji mistrz-uczeń). Uniwersytet nie rozwija osobowości a daje surogat wiedzy zawodowej. W rzeczywistości ani to zawodowe kształcenie (pokazuje to np. skala bezrobocia u absolwentów) ani nie rozwija osobowości, nie daje poczucia szczęścia. Szczęścia wynikającego z rozumienia świata. Tamte sformułowania są jak najbardziej aktualne w moim odczuciu także i obecnie.
Dyskusja o uniwersytecie jest częścią dyskusji o Europie. Wspólnota Europejska cierpi na utratę (lub brak) tożsamości. Polityczne dyskusje ograniczają się do kwestii ekonomicznych, a to nie wystarcza do utrzymania jedności. Być może najpierw trzeba stworzyć wspólnotę europejską, jako wspólną tożsamość kulturową i ekonomiczną. Skąd nasze, lokalne przyrodniczo-filozoficzne zainteresowanie dziedzictwem przyrodniczym i kulturowy. Bo kultura i ekonomia ściśle są z dziedzictwem przyrodniczym powiązane, co dobrze werbalizuje idea ekorozwoju (szeroko rozumianego rozwoju zrównoważonego). I myślę, że uniwersytety powinny być kuźnią, zaczynem i miejsce budowania tej wspólnoty. Moim zdaniem uniwersytet powinien być liderem w rozpoznawaniu, ochronie i rozwijaniu wspólnego, regionalnego i prowincjonalnego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Na razie takiej roli nie wypełnia, przynajmniej w stopniu wystarczającym. Trzeba więc o to zabiegać.Obawiam się, że Ustawa 2.0 sytuację te pogorszy i zatrzyma powolny rozwój uniwersytetu i jego zakorzenianie się w Regionie.
Sporo się udało, ale na skutek różnych działań (i wcale rzeczywistą przyczyną nie był brak studentów, przynajmniej nie było mniej chętnych niż na innych kierunkach) najpierw zamknięto nabór na licencjat, a niedawno także na studia drugiego stopnia. Nasz kilkuletni wysiłek dobiega końca. Potrwa jeszcze rok (chyba, jeśli nie wznowiony zostanie nabór). Wygasło też Centrum Badań, pomysły nie zostały rozwinięte i nie zakończyły się wspólnymi grantami (były wspólne działania, konferencja i nawet publikacje). Coś się kończy. Pozostało doświadczenie, wiele różnych kontaktów i... wola, by dziedzictwem przyrodniczym i kulturowym dalej się na uniwersytecie zajmować. Trzeba tylko poszukać nowej, wygodnej przestrzeni (mierząc zamiary na siły). Może to tylko diapauza? Faza spoczynkowa? By po przemyśleniach podjąć temat ponownie, już w innej formule?
Trochę więcej:
- O uniwersytecie, Europie oraz dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym
- Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym (funkcjonowało w latach 2013-2016)
6.08.2018
Ważka sina z Ziemi Dobrzyńskiej w secesyjnym kontekście
![]() |
| (Rumunki Skępskie, 4 sierpnia 2018) |
Kilka godzin wcześnie siedziałem przy małym oczku ogrodowym, sąsiadującym z domem weselnym. Kamienie wokół, przystrzyżony trawnik, a w wodzie bardzo dużo karpi koi. Zielona, ciepła woda z jakimiś ogrodowymi grzybieniami (takich kolorystycznych odcieni kwiatów w naturalnych zbiornikach nie widziałem). Rozglądałem się za owadami. Z trudem zobaczyłem jednego nartnika (pomijają rusałkę admirał i trzmiele na kwiatach w ogrodzie). A potem przez moment pojawiła się jakaś duża ważka. Z daleka jej nie rozpoznałem. W pobliżu inne sztuczne „stawki” ogrodowe i jeziora. Rolniczy krajobraz Ziemi Dobrzyńskiej.
Żagnica sina (Aeshna cyanea) zwana także żagnicą większą, żagnicą błękitną lub żagnicą okazałą, jest gatunkiem w Polsce pospolitym. Czyli nic nadzwyczajnego. Ale nadzwyczajna była okoliczność spotkania tej ważki. I to, że o owadach wodnych Ziemi Dobrzyńskiej niewiele wiadomo. Larwy tej ważki rozwijają się w różnorodnych wodach stojących i wolno płynących (zazwyczaj stadium larwalne trwa dwa lata, rzadziej rozwój kończy się w ciągu roku). Chętnie zasiedlają małe oczka wodne, także te w ogrodach przydomowych, zbiorniki w żwirowniach czy piaskowniach. Dorosłe są drapieżnikami i polują na inne owady czasem daleko od zbiorników wodnych. Żagnica sina lubi żerować na leśnych polanach. Można więc ją spotkać nie tylko nad zbiornikami wodnymi.
Żagnica sina jest gatunkiem eurytopowym czyli o szerokich preferencjach ekologicznych. Dlatego zapewne jest gatunkiem pospolitym. W niektórych małych oczkach ogrodowych może wystąpić nawet masowo. Nie wiem czy przetrwałaby w tym konkretnie stawku, gdzie tak dużo jest karpi koi (od bardzo dużych do malutkich). Larw nie szukałem (teraz żałuję). Dorosłe zobaczyć można od połowy czerwca aż do listopada. Zjawiają się nad zbiornikami pojedynczo. Patrolujące samce przebywają nad wodą jakiś czas, po czym odlatują. Na ich miejsce pojawia się kolejny samiec. Samce w okresie rozrodczym są terytorialne i agresywne w odniesieniu do innych samców. Zaślepione amorami i wypatrujące samic są łatwe do obserwowania i fotografowania. Nie są zbyt płochliwe, same podlatują na wyciągnięcie ręki.
Żagnica sina jest dużą ważką - długości 7-8 cm. Pięknie ubarwioną. Ale i tak w czasie weselnej zabawy chyba nikt poza mną nie zwrócił na nią chyba uwagi. Zapłodniona samica od razu składa jaja, wkłuwając je w różne rośliny wodne i wodno-błotne: pływające, z liśćmi pływającymi po powierzchni, szuwarowe (wystające z wody) oraz mchy torfowce. Teoretycznie więc we wspomnianym stawku ogrodowym mogłaby złożyć jaja. Larwy do rozwoju potrzebują dwóch lat (wyjątkowo roku), w tym czasie liniejąc około 10 razy. Larwy mogą przetrwać krótkotrwałe wyschnięcie zbiornika, zakopując się w wilgotnych piasku, mule lub zalegających na dnie butwiejących liściach.
![]() |
| (Fragment sali weselnej) |
Moje wcześniejsze spotkania z ważką siną:
3.08.2018
Eksperyment – o historii nauki i medycyny na przykładzie mózgu
Wakacje i urlop to dobry czas do czytania. Ja uwielbiam literaturę faktu i biografie. Sporo książek, które niedawno przeczytałem (najwyraźniej nie jestem statystycznym Polakiem) czeka na blogowe opisanie i zarekomendowanie. Tymczasem przypomnę "Eksperyment". Książka ta znakomicie pokazuje rozwój nauki i medycyny. W tym to, ile medycyna zyskała, gdy w szerszym stopniu zaczęła stosować naukowe metody badawcze. To co dzisiaj jest oczywiste jeszcze przed stuleciem czy dwoma nie było tak oczywiste. A jeśli uwzględnić etnografię i dawne wizje ludzi na chorobę i zdrowie, zmiany są jeszcze bardziej fundamentalne.
W tym roku obchodzimy stulecie badań nad ludzkim mózgiem. Sto lat w nauce i medycynie to ogrom czasu. W porównaniu do kultury wydaje się mgnieniem. Ale najwyraźniej czas przyspieszył. Ten subiektywnie rozumiany i mierzony zmianami.
W nauce trzeba wytrwałości. I wielokrotnego powtarzania eksperymentów, porównywania obserwacji, zmiany paradygmatów. Jeśli dowolnej, jednej rzeczy przyglądać się (rozważać) wystarczająco długo, to można zobaczyć i zrozumieć cały świat. Bo świat jest całością wielu elementów ze sobą powiązanych różnymi relacjami. „Eksperyment. Opowieść o mrocznej godzinie w dziejach medycyny” Luka Dittricha to książka niezwykła (wydana w Krakowie w wydawnictwie Znak), wielowątkowa i wielowymiarowa, jakkolwiek poświęcona jest jedynie jednej osobie, jednemu początkowo niezamierzonemu eksperymentowi. Można powiedzieć, że jest w jakimś sensie biografią.
Książka o nauce i medycynie, popularnonaukowa (choć z drastycznymi i czasami nawet makabrycznymi elementami). Autor umiał zbudować znakomitą opowieść, niczym detektywistyczny kryminał (nawet sensacyjny). Z licznymi wątkami osobistymi, co zwiększa emocjonalny odbiór tej wypowiedzi. Umie trzymać w napięciu i ciągle do akcji wprowadzać dodatkowe elementy. Dlatego poznajemy nie tylko kilkadziesiąt lat badań nad ludzkim mózgiem i nie tylko biografię pacjenta. Książka skłoniła mnie do licznych refleksji i skojarzeń. Lektura jest trudna (emocjonalnie), czasem wstrząsająca, ale gorąco polecam, zarówno czynnym naukowcom (dowolnej specjalności) jak i zwykłym czytaczom, poszukujących niebanalnych doznań czytelniczych. Jest napisana przez dziennikarza a nie naukowca, stąd więcej ciekawie prowadzonych opowieści niż uporządkowanej podręcznikowo wiedzy akademickiej. Bardzo dobra książka. Trochę wstrząsająca, bo pokazująca także brzydszą stronę nauki i naukowców. Ale pokazuje również postęp w badaniach, etyce i metodologii. Pokazuje dojrzewanie metody naukowej (jeśli oczywiście ktoś zwróci na to uwagę). A wszystko wokół mózgu.
Kwintesencję znajdziemy na końcu (jak w dobrym kryminale): „niektóre historie są takie, że im dłużej się im przyglądać, tym szersza staje się perspektywa i zaczynają obejmować coraz więcej części świata.” Luke Dittrich opowiada o medycynie, o nauce, o naturze ludzkiej, o własnej rodzinie. Przeczytałem w kontekście innych, niedawnych lektur o ewolucji Homo sapiens, ewolucji mózgu, kulturze i języku. Być może dlatego dostrzegałem inne fragmenty w tej wielowątkowej opowieści. Zaskoczyła mnie długa historia potyczek nauki z myśleniem magicznym. Wydawało mi się, że myślenie racjonalne i nowożytna nauka eksperymentalna zaczęła się w Renesansie, gdy uczeni odeszli od ksiąg by sprawdzić doświadczalnie w terenie przeróżne fakty i hipotezy. Nie byli pierwsi. Zaskoczył mnie wątek z Hipokratesem (przecież to starożytność!). Ten grecki lekarz zasłynął tym, że „w medycynie nie ma miejsca dla bogów”. Hipokrates „odrzucił magię, spirytualizm i religię, na których opierała się większość jego poprzedników [w odniesieniu do diagnozowania i leczenia chorób, co znakomicie koresponduje z epilepsją, jednym z głównych wątków tej książki]. Zamiast tego usiłował zlokalizować źródła ludzkich dolegliwości w naszym fizycznym otoczeniu i w samym ciele.” Już 2,5 tysiąca lat temu Hipokrates skrytykował „magów, oczyścicieli, żebrzących kapłanów i szarlatanów”, którzy pod pozorami boskości ukrywają swą własną niewiedzę o tym, jaką należy stosować terapię. A jeszcze wcześniej, w starożytnym Egipcie, 3600 lat temu w papirusach o tematyce medycznej, znaleźć można porady dla lekarzy, oparte na doświadczeniu (inne znane papirusy egipskiej medycyny ograniczały swoje zalecenia do zaklęć i dziwnych mikstur). Zatem już wtedy zaczęła powstawać nowoczesna medycyna, jaką znamy obecnie, oparta na empirii. Trzeba było tylko czasu i uporu bardzo wielu ludzi.
Gdzieś w tle opowieści widzimy jak zmieniał się nasz stosunek do ludzi chorych, zwłaszcza umysłowo chorych, jak rodziły się etyczne zasady prowadzenia badań naukowych. Jest tow więc opowieść nie tylko o rozwoju nauki ale i ludzkości, kultury, ba - humanistyki. Wszystko ze wszystkim jest powiązane a nasza cywilizacja jest całością. Współczesne standardy nie istniały od zawsze, okupione zostały wieloma cierpieniami. Zmieniał się i zmienia stosunek do zwierząt, używanych w eksperymentach. Można powiedzieć, że jako ludzkość dojrzewaliśmy i dojrzewamy.
W medycynie od zawsze ścierały się dwa podejścia „po pierwsze nie szkodzić” i „lepiej zrobić coś niż nic.” I jest to znakomity punkt wyjścia dla różnorodnych rozmyślań, nie tylko medycznych. Zaskakujące może być stwierdzenie, że „w pewnych okolicznościach człowiek, mając mniej mózgu, może rozumować jaśniej i wydajniej.” Tym łatwiej możemy zrozumieć fakt, że w porównaniu do naszych przodków z paleolitu mamy mniejsze mózgi… W medycynie przez wiele dziesiątków lat „umarli uczyli żywych” oraz „upośledzeni oświecali nieupośledzonych”. Teraz dzięki nowoczesnej aparaturze możemy badać mózg przyżyciowo i (chyba) bez szkody dla badanych. A i tak mózg ludzki dla nas jest nieustającą zagadką. Tym samym kultura.
Jak bardzo zmienia się nasza etyka widzimy na przykładach dawnych, naszych ludzkich przekonań. W latach 40. XX wieku prezes Amerykańskiego Towarzystwa Neurologicznego twierdził, że „ludzi, którzy cierpią na niedorozwój umysłowy, powinno się zabijać” (eutanazja „kompletnie, beznadziejnie niedorozwiniętych; pomyłek natury”). To klimat epoki i wielu innych poglądów, jakie wtedy w naszych społeczeństwach funkcjonowały. Dzięki lekturze Eksperymentu łatwo dostrzec jak się zmieniamy jako społeczeństwo. Jak to się stało, że w obozach koncentracyjnych zbrodniczych eksperymentów dokonywali wykształceni lekarze a nawet wybitni naukowcy? Przyczyną jest cale społeczeństwo jako takie. Bo to „zasady przewodnie obowiązujące w państwie nazistowskim spowodowały moralne upodlenie narodu niemieckiego, a to moralne upodlenie doprowadziło do fizycznego upodlenia innych istot ludzkich”. Warto te myśli przypominać, gdy niepokojąco odradza sie autorytaryzm i kult siły oraz hasła rasistowskie.
Zbrodnie nazistowskich lekarzy „były nieuniknioną konsekwencją złowieszczych doktryn, za którymi się opowiedzieli.” Niech będzie to dla nas przestrogą na teraz i w przyszłości. Im dłużej będziemy wpatrywali się w przeszłość, tym łatwiej zrozumiemy zagrożenia teraźniejszości. Miejscami mroczność Eksperymentu wynika z faktu, że dostrzegamy samych siebie. Tego, jak patrzymy na innych ludzi, chorych, imigrantów, obcych… Być może jednym ze źródeł antynaukowych ruchów (takich jak ruch antyszczepionkowych) jest utrata zaufania, które pojawiło się w wyniku wcześniejszych procedur i eksperymentów.
Mnie najbardziej zaintrygował wątek rozwoju nauki i samej metodologii (znakomity materiał do filozofii nauki). Na czym polega nauka? „Każde kolejne pokolenie bierze szkice stworzone przez ludzi, którzy byli przed nim, i poprawia je, czasem wprowadzając niewielkie ulepszenia, dodając przecinki lub opuszczając zdania, a czasami dokonując bardziej drastycznych zmian, usuwając całe rozdziały albo pisząc zupełnie nowe. Wszyscy oni są redaktorami i wszyscy, a przynajmniej co najlepsi, muszą z pasją podchodzić do zmiany cudzego szkicu, jeśli w ogóle mają doprowadzić do jakiegoś postępu.” Nauka ma nie tylko kumulatywny charakter, ale tak jak mózg musi zapominać, by normalnie funkcjonować. Tak, nawet uczenie się polega także na zapominaniu. Czasem zdarzają się rewolucje naukowe (zmiana paradygmatu). I nauka ma zawsze charakter zespołowy. To, co w najnowszych trendach filozofii nauki nazywa się konektywizmem. Jak w mózgu. Zatem nauka jest jak mózg. Próbując zrozumieć funkcjonowanie naszego mózgu zrozumiemy funkcjonowanie całego świata. W tym, na przykład nauki.
Dopatrzyłem się także elementów trzeciej rewolucji technologicznej, np. „Dla osoby cierpiącej obecnie na amnezję smartfon może się jednak stać nie tyle uzupełnieniem, ile substytutem, protezą hipokampu.” A dla nas rozszerzeniem mózgu, pamięcią zewnętrzną. Z całą pewnością zmienia to nie tylko funkcjonowania naszego osobistego mózgu ale i całej ludzkości. Prawie 500 stron… ale warto przeczytać. To wciągająca lektura, czasem wstrząsająca. Na pewno pouczająca. Dla Homo sapiens.
Wobec coraz bardziej dokuczliwych i groźnych, antropogenicznych zmian klimatu oraz głębokich zmian społecznych, warto się zastanowić nad ludzkością. Wakacyjna lektura to doby sposób do takich medytacji intelektualnych. Jest czas na spokojne i dogłębne przemyślenia.
W tym roku obchodzimy stulecie badań nad ludzkim mózgiem. Sto lat w nauce i medycynie to ogrom czasu. W porównaniu do kultury wydaje się mgnieniem. Ale najwyraźniej czas przyspieszył. Ten subiektywnie rozumiany i mierzony zmianami.
W nauce trzeba wytrwałości. I wielokrotnego powtarzania eksperymentów, porównywania obserwacji, zmiany paradygmatów. Jeśli dowolnej, jednej rzeczy przyglądać się (rozważać) wystarczająco długo, to można zobaczyć i zrozumieć cały świat. Bo świat jest całością wielu elementów ze sobą powiązanych różnymi relacjami. „Eksperyment. Opowieść o mrocznej godzinie w dziejach medycyny” Luka Dittricha to książka niezwykła (wydana w Krakowie w wydawnictwie Znak), wielowątkowa i wielowymiarowa, jakkolwiek poświęcona jest jedynie jednej osobie, jednemu początkowo niezamierzonemu eksperymentowi. Można powiedzieć, że jest w jakimś sensie biografią.
Książka o nauce i medycynie, popularnonaukowa (choć z drastycznymi i czasami nawet makabrycznymi elementami). Autor umiał zbudować znakomitą opowieść, niczym detektywistyczny kryminał (nawet sensacyjny). Z licznymi wątkami osobistymi, co zwiększa emocjonalny odbiór tej wypowiedzi. Umie trzymać w napięciu i ciągle do akcji wprowadzać dodatkowe elementy. Dlatego poznajemy nie tylko kilkadziesiąt lat badań nad ludzkim mózgiem i nie tylko biografię pacjenta. Książka skłoniła mnie do licznych refleksji i skojarzeń. Lektura jest trudna (emocjonalnie), czasem wstrząsająca, ale gorąco polecam, zarówno czynnym naukowcom (dowolnej specjalności) jak i zwykłym czytaczom, poszukujących niebanalnych doznań czytelniczych. Jest napisana przez dziennikarza a nie naukowca, stąd więcej ciekawie prowadzonych opowieści niż uporządkowanej podręcznikowo wiedzy akademickiej. Bardzo dobra książka. Trochę wstrząsająca, bo pokazująca także brzydszą stronę nauki i naukowców. Ale pokazuje również postęp w badaniach, etyce i metodologii. Pokazuje dojrzewanie metody naukowej (jeśli oczywiście ktoś zwróci na to uwagę). A wszystko wokół mózgu.
Kwintesencję znajdziemy na końcu (jak w dobrym kryminale): „niektóre historie są takie, że im dłużej się im przyglądać, tym szersza staje się perspektywa i zaczynają obejmować coraz więcej części świata.” Luke Dittrich opowiada o medycynie, o nauce, o naturze ludzkiej, o własnej rodzinie. Przeczytałem w kontekście innych, niedawnych lektur o ewolucji Homo sapiens, ewolucji mózgu, kulturze i języku. Być może dlatego dostrzegałem inne fragmenty w tej wielowątkowej opowieści. Zaskoczyła mnie długa historia potyczek nauki z myśleniem magicznym. Wydawało mi się, że myślenie racjonalne i nowożytna nauka eksperymentalna zaczęła się w Renesansie, gdy uczeni odeszli od ksiąg by sprawdzić doświadczalnie w terenie przeróżne fakty i hipotezy. Nie byli pierwsi. Zaskoczył mnie wątek z Hipokratesem (przecież to starożytność!). Ten grecki lekarz zasłynął tym, że „w medycynie nie ma miejsca dla bogów”. Hipokrates „odrzucił magię, spirytualizm i religię, na których opierała się większość jego poprzedników [w odniesieniu do diagnozowania i leczenia chorób, co znakomicie koresponduje z epilepsją, jednym z głównych wątków tej książki]. Zamiast tego usiłował zlokalizować źródła ludzkich dolegliwości w naszym fizycznym otoczeniu i w samym ciele.” Już 2,5 tysiąca lat temu Hipokrates skrytykował „magów, oczyścicieli, żebrzących kapłanów i szarlatanów”, którzy pod pozorami boskości ukrywają swą własną niewiedzę o tym, jaką należy stosować terapię. A jeszcze wcześniej, w starożytnym Egipcie, 3600 lat temu w papirusach o tematyce medycznej, znaleźć można porady dla lekarzy, oparte na doświadczeniu (inne znane papirusy egipskiej medycyny ograniczały swoje zalecenia do zaklęć i dziwnych mikstur). Zatem już wtedy zaczęła powstawać nowoczesna medycyna, jaką znamy obecnie, oparta na empirii. Trzeba było tylko czasu i uporu bardzo wielu ludzi.
Gdzieś w tle opowieści widzimy jak zmieniał się nasz stosunek do ludzi chorych, zwłaszcza umysłowo chorych, jak rodziły się etyczne zasady prowadzenia badań naukowych. Jest tow więc opowieść nie tylko o rozwoju nauki ale i ludzkości, kultury, ba - humanistyki. Wszystko ze wszystkim jest powiązane a nasza cywilizacja jest całością. Współczesne standardy nie istniały od zawsze, okupione zostały wieloma cierpieniami. Zmieniał się i zmienia stosunek do zwierząt, używanych w eksperymentach. Można powiedzieć, że jako ludzkość dojrzewaliśmy i dojrzewamy.
W medycynie od zawsze ścierały się dwa podejścia „po pierwsze nie szkodzić” i „lepiej zrobić coś niż nic.” I jest to znakomity punkt wyjścia dla różnorodnych rozmyślań, nie tylko medycznych. Zaskakujące może być stwierdzenie, że „w pewnych okolicznościach człowiek, mając mniej mózgu, może rozumować jaśniej i wydajniej.” Tym łatwiej możemy zrozumieć fakt, że w porównaniu do naszych przodków z paleolitu mamy mniejsze mózgi… W medycynie przez wiele dziesiątków lat „umarli uczyli żywych” oraz „upośledzeni oświecali nieupośledzonych”. Teraz dzięki nowoczesnej aparaturze możemy badać mózg przyżyciowo i (chyba) bez szkody dla badanych. A i tak mózg ludzki dla nas jest nieustającą zagadką. Tym samym kultura.
Jak bardzo zmienia się nasza etyka widzimy na przykładach dawnych, naszych ludzkich przekonań. W latach 40. XX wieku prezes Amerykańskiego Towarzystwa Neurologicznego twierdził, że „ludzi, którzy cierpią na niedorozwój umysłowy, powinno się zabijać” (eutanazja „kompletnie, beznadziejnie niedorozwiniętych; pomyłek natury”). To klimat epoki i wielu innych poglądów, jakie wtedy w naszych społeczeństwach funkcjonowały. Dzięki lekturze Eksperymentu łatwo dostrzec jak się zmieniamy jako społeczeństwo. Jak to się stało, że w obozach koncentracyjnych zbrodniczych eksperymentów dokonywali wykształceni lekarze a nawet wybitni naukowcy? Przyczyną jest cale społeczeństwo jako takie. Bo to „zasady przewodnie obowiązujące w państwie nazistowskim spowodowały moralne upodlenie narodu niemieckiego, a to moralne upodlenie doprowadziło do fizycznego upodlenia innych istot ludzkich”. Warto te myśli przypominać, gdy niepokojąco odradza sie autorytaryzm i kult siły oraz hasła rasistowskie.
Zbrodnie nazistowskich lekarzy „były nieuniknioną konsekwencją złowieszczych doktryn, za którymi się opowiedzieli.” Niech będzie to dla nas przestrogą na teraz i w przyszłości. Im dłużej będziemy wpatrywali się w przeszłość, tym łatwiej zrozumiemy zagrożenia teraźniejszości. Miejscami mroczność Eksperymentu wynika z faktu, że dostrzegamy samych siebie. Tego, jak patrzymy na innych ludzi, chorych, imigrantów, obcych… Być może jednym ze źródeł antynaukowych ruchów (takich jak ruch antyszczepionkowych) jest utrata zaufania, które pojawiło się w wyniku wcześniejszych procedur i eksperymentów.
Mnie najbardziej zaintrygował wątek rozwoju nauki i samej metodologii (znakomity materiał do filozofii nauki). Na czym polega nauka? „Każde kolejne pokolenie bierze szkice stworzone przez ludzi, którzy byli przed nim, i poprawia je, czasem wprowadzając niewielkie ulepszenia, dodając przecinki lub opuszczając zdania, a czasami dokonując bardziej drastycznych zmian, usuwając całe rozdziały albo pisząc zupełnie nowe. Wszyscy oni są redaktorami i wszyscy, a przynajmniej co najlepsi, muszą z pasją podchodzić do zmiany cudzego szkicu, jeśli w ogóle mają doprowadzić do jakiegoś postępu.” Nauka ma nie tylko kumulatywny charakter, ale tak jak mózg musi zapominać, by normalnie funkcjonować. Tak, nawet uczenie się polega także na zapominaniu. Czasem zdarzają się rewolucje naukowe (zmiana paradygmatu). I nauka ma zawsze charakter zespołowy. To, co w najnowszych trendach filozofii nauki nazywa się konektywizmem. Jak w mózgu. Zatem nauka jest jak mózg. Próbując zrozumieć funkcjonowanie naszego mózgu zrozumiemy funkcjonowanie całego świata. W tym, na przykład nauki.
Dopatrzyłem się także elementów trzeciej rewolucji technologicznej, np. „Dla osoby cierpiącej obecnie na amnezję smartfon może się jednak stać nie tyle uzupełnieniem, ile substytutem, protezą hipokampu.” A dla nas rozszerzeniem mózgu, pamięcią zewnętrzną. Z całą pewnością zmienia to nie tylko funkcjonowania naszego osobistego mózgu ale i całej ludzkości. Prawie 500 stron… ale warto przeczytać. To wciągająca lektura, czasem wstrząsająca. Na pewno pouczająca. Dla Homo sapiens.
Wobec coraz bardziej dokuczliwych i groźnych, antropogenicznych zmian klimatu oraz głębokich zmian społecznych, warto się zastanowić nad ludzkością. Wakacyjna lektura to doby sposób do takich medytacji intelektualnych. Jest czas na spokojne i dogłębne przemyślenia.
1.08.2018
Gen – bardzo pasjonująca historia
![]() |
| Siddhartha Mukherjee, "Gen - ukryta historia", Wyd. Czarne, 2017 r. |
Jest o historii nauki i o najnowszej wiedzy o genach, dziedziczeniu i ewolucji. To wszystko podane w szerszym kontekście jak i z perspektywy indywidualnych poszukiwań. Trochę jak powieść detektywistyczna z wątkiem bardzo osobistym. W rodzinie autora od co najmniej dwóch pokoleń występują przypadki choroby psychicznej. Autor poszukuje rozwiązania, dlaczego tak jest i czy on sam… obciążony jest ryzykiem. Czy się ujawni? Podobne pytania i my możemy sobie stawiać, czy pewne cechy osobowości są dziedziczne? Czy niektóre choroby, na które zapadają nasi krewni, mogą i nas dotyczyć? Dlatego warto przeczytać. Ja przeczytałem z duża przyjemnością. Uporządkowałem swoją wiedzę i dowiedziałem się wiele nowego.
Dużo faktów i terminów naukowych, i dużo stron (blisko 600). Ale czyta się znakomicie. Wszystkie zagadnienia naukowe są dobrze wyjaśnione, zarówno z perspektywy historycznej (skąd to się wzięło i jak powstawało) jak i z perspektywy współczesnej wiedzy. Dlatego książkę polecam wszystkim. Warto przeczytać. Nazwisko autora jest trudne. Tak jak i imię. Jest z pochodzenia Hindusem. Symbolicznie oddaje to znak współczesnej nauki – jest międzynarodowa a nie tylko europejska.
Zapewne wielu pamięta ze szkoły nudne krzyżówki mendlowskie do rozwiązywania. Potem na studiach biologicznych nieco więcej informacji i hodowle muszek owocowych. A przez następne lata cięgle pojawiające się nowe fakty, czasem zaskakujące. Wywracanie starych dogmatów i rewolucje w pojmowaniu dziedziczenia. Wspomniana książka dobrze mi wiedzę genetyczną uporządkowała. Dlatego ja polecam.
Wartością jest także tło teorii naukowych u uwarunkowań społecznych, w których rozwijała się wiedza genetyczna. XX wiek rozwijał się w cieniu trzech niezwykłych idei: atomu (budowa materii), bitu (informacja cyfrowa i cybernetyka) i genu. Ja odnalazłem nurtujący mnie od dawna problem teorii systemów, relacji części i całości. „Atom, bit i gen doprowadziły do przełomów w myśleniu o nauce i technologii”. A książka Mukherjee opowiada o genie i genetyce, i to w sposób zajmujący.
Genetyka nie jest nudna! Dużo miejsca poświęcone jest w omawianej książce eugenice. Narodziła się przed stu laty. Dziedziczność i ewolucja mocno się uzupełniały i napędzały. A wszystko to w konkretnym tle społecznym. „Eugenika miała na celu przyspieszenie doboru istot przystosowanych względem nieprzystosowanych, zdrowych względem chorych. Galton proponował selekcyjny rozpłód silnych osobników.” Inni proponowali eliminację i „sterylizację miernoty.” Było więc selektywne rozmnażanie i selektywne eliminowanie. Taka eugenika narodziła się w Anglii i w USA, dopiero potem zrealizowana w Niemczech…. „Powoływano komisje, które miały decydować o sterylizacji „niepełnowartościowych” kobiet i mężczyzn - epileptyków, przestępców, głuchoniemych, „upośledzonych umysłowo”, osób z wadami wzroku, deformacjami kostnymi, karłów, schizofreników, cyklofreników (…).” Dyslektyków także. Według tamtej eugeniki 10% populacji to osoby „gorszej krwi”.
U schyłku XIX wieku w Wielkiej Brytanii paliwem dla eugeniki był lęk klasowy, to w USA na początku XX wieku takim paliwem były uprzedzenia rasowe. W Ameryce społeczeństwo tworzyli w coraz większym stopniu „obcy”. O obcych genach i obcej kulturze…. Jakże brzmi to współcześnie! Wtedy Priddy, zwolennik tak rozumianej eugeniki, pisał „Krzyżówka między człowiekiem dowolnej rasy a Żydem zawsze będzie Żydem.” Hitlerowskie Niemcy wcieliły te idee w życie, a raczej śmierć… A w USA, na początku wieku XX urządzano „Konkursy na Najlepsze Dziecko”. Niczym na rolniczych targach z rasami zwierząt…
„Nazizm, powiedział kiedyś biolog Fritz Lenz, to jedynie „biologia stosowana.” Teoria dziedziczenia posłużyła władzy do stworzenia wypaczonej wizji ludzkich tożsamości. Nauka jest zawsze mniej lub bardziej uwikłana społecznie. A w społeczeństwach autorytarnych, niedemokratycznych, z dyktatorskim modelem władzy, może doprowadzać do tragedii. Mimo, że eugenika narodziła się w USA to dopiero w faszystowskich Niemczech wspierała ludobójstwo. „Tandetna nauka wspiera totalitarne reżimy, a totalitarne reżimy produkują tandetną naukę.” Nie tylko z genetyką w tle. Morał ponadczasowy i jakże bardzo aktualny.
Dużo miejsca poświęconych jest ewolucji rozumienia genu, genotypu, fenotypu i wpływu środowiska. Współcześnie do tej dyskusji sporo nowego wnosi epigenetyka. To fascynująca historia. I dużo dobre wiedzy.
W opisywanej książce dużo jest celnych dygresji i wątków. Na przykład ten: „Uczeni, jak muzycy, matematycy czy sportowcy, osiągają szczyt młodo, po czym szybko przygasają.” Myśl ta nabiera dużej wymowy w kontekście zmian w szkolnictwie wyższym w Polsce i korporacyjnej parametryzacji i „punktozy”.
Nie będę streszczał całej wiedzy genetycznej, zawartej w książce Siddhartha Mukherjee. Warto samemu sięgnąć. Kończy się najbardziej aktualnymi informacjami i teoriami. A także wskazaniem różnorodnych, możliwych konsekwencji i wykorzystania współczesnej wiedzy genetycznej. „Genetycy i specjaliści id terapii genowej na całym świecie z nowym zapałem badają teraz możliwości zmiany ludzkiego genomu – po części dlatego, że za sprawą nowych technologii znaleźliśmy się w punkcie zwrotnym. Technologie hodowli komórek macierzystych, transferu jądra komórkowego, epigenetycznej manipulacji i edycji DNA sprawiły, że manipulacja genomami i tworzenie transgenicznych ludzi stało się realna perspektywą.” Przyszłość w największym stopniu zależy od jakości społeczeństw. Nie ma potrzeby bać się naukowców i genetyków, jest powód bać się dyktatorów i społeczeństw rządzonych autorytarnie. Ta groźba wraca. W hitlerowskich Niemczech do władzy doszli prymitywni nieucy i wypaczeni ludzie. A jak pisze Stanisław Lem w wielu swoich książkach i opowiadaniach – władza autorytarna jest bez hamulców sprzężenia zwrotnego – zawsze doprowadzi do katastrofy. Lem swoje rozważania opierał o doświadczenia Holokaustu i życia w krajach o ustroju komunistycznym. Jego futurystyczne wizje są bardzo aktualne. Warto i do Lema sięgać.
I na koniec jeszcze jedne cytat z omawianej książki: „Uczeni dzielą i rozdzielają. Ot, nieuchronne ryzyko zawodowe. Rozbijamy świat na części składowe – na geny, atomy, bity – po czym znów składamy go w całość. Nie znamy innych metod. Aby uzyskać sumę elementów, najpierw musimy wszystko rozłożyć.”
Dużo wiedzy przystępnie i intrygująco opowiedzianej. Polecam !
Siddhartha Mukherjee, "Gen - ukryta historia" (przełożył Jan Dzierzgowski), Wyd. Czarne, Wołowiec 2017 r. ISBN 978-83-8049-0
Subskrybuj:
Posty (Atom)














