17.07.2022

O pracy zespołowej i zawodzie nauczycielskim

 

Wakacyjne podróże ze zwiedzaniem muzeów i galerii, ze snuciem się po uliczkach, sprzyjają rozmyślaniom. I lekturze. Przeczytałem właśnie artykuł o braku pracy zespołowej w zawodzie nauczycielskim. Że każdy jest indywidualną gwiazdą i brakuje działań zespołowych dla dobra całej szkoły i wspólnego edukowania. Przyczyn jest wiele, m.in. przepracowanie i brak czasu. Ale warto wspomnieć o kulturze pracy. A ta jest szersza niż tylko szkolna. Społeczna (nie daleko pada jabłko od jabłoni).

Wspominam swoją ponad 35-letnią pracę na uczelni. W sumie jest bardzo podobnie - również przez lata brakowało mi pracy zespołowej. Każdy jest gwiazdą i działa na użytek własnej kariery, własnych sukcesów. Wspólnego rozmyślania o dydaktyce jest chyba jeszcze mniej niż w szkołach. To wszystko prawdopodobnie wynika z odziedziczonej kultury pracy. Odziedziczony feudalizm, autorytaryzm, brak umiejętności współpracy i strukturalnego zastanawiania się nad wspólnymi i spójnymi działaniami zarówno dydaktycznymi jak i naukowymi. 

Nasunęła mi się analogia z epigenetyką - jak relatywnie duży wpływ ma efekt dziedziczonego otoczenia i swoistej pamięci instytucjonalnej. Nie tak łatwo o szybkie i gruntowne zmiany. Część odbywa się tylko powierzchownie a w głębi niewiele się zmienia. Jak uczyć rzeczywistych kompetencji współpracy, gdy samemu się tego nie doświadcza i nie zanurza się w codziennych działaniach?

Zmiany zachodzą powoli. Każdy coś może zrobić. Od wielu lat powtarzam sobie: zacznij tu gdzie jesteś, i z tym co masz. Jak w ewolucji czy sukcesji ekologicznej - powolne przemiany. Podpatrywać i naśladować te zespoły, którym się udaje nieco bardziej. 

Zwiedzanie muzeów pozwala spojrzeć w przeszłość. Ważne by było to dobrze osadzone w konkretnym kontekście społeczno-cywilizacyjnym. Tak, historia uczy... ale tylko uważnych i tych, co wkładają wysiłek by się nauczyć. Samo nie przychodzi.

Zamieszczone zdjęcie pochodzi z ubiegłorocznej wycieczki w Świętokrzyskie i z odwiedzin tamtejszego skansenu. Spacerując pomiędzy domami i przedmiotami można odtwarzać sobie tamten świat. I tamten kontekst.  

Edukacja trwa nieustannie, nawet w wakacje. Lub też może być to czas zbałamucony, zmarnowany. Bo cóż z dalekich, zamorskich podróży, gdy w pamięci pozostanie tylko lotnisko, hotel i plaża? Zmarnowana okazja na poznawanie i rozumienie świata. Potem, w czasie roku szkolnego można się do tych doświadczeń odwoływać i umieszczać je w szerszym kontekście. 

Podróż to sposób patrzenia na świat a nie odległość i środek lokomocji. Dla mnie podróżomanie jest sposobem na pogłębioną refleksję. Nasiąkam jak gąbka by potem wracać i analizować to, co zobaczyłem. Nuda jest potrzebna. Ma swój wakacyjny, niespieszny klimat. 

Owocnych rozmyślań Wam życzę, gdziekolwiek jesteście i cokolwiek robicie.

10.07.2022

Co robić w czasie urlopu?

 

Spacerowanie pomaga w myśleniu a urlopowy wypoczynek pomaga regenerować siły i służy pogłębionej refleksji. Nic-nie-robienie jest bardzo potrzebne. By odpocząć od zadań, zobowiązań, pilnych projektów. Jeśli nie można dłużej, to przynajmniej "wyrywać żuciu" krótkie chwile. Uczę się trudnej sztuki wypoczynku...

Zaczynam urlop lecz pracy mam mnóstwo. Pracy twórczej i długoterminowych zobowiązań nie można zamknąć jak drzwiczek szafki czy szuflady biurka. One cały czas tkwią w głowie. Ukojeniem jest przyroda i podróże bez celu. Bez oczekiwań za to z ciekawością i otwarciem na nowe i nieznane. Wielkie przygody mogą być blisko. Wystarczy mieć oczy szeroko otwarte i być ciekawym.

Możliwe, że będzie mniej wpisów, co nie znaczy, że będzie mniej przemyśleń. Będą jednak czekały czy to w głowie czy w notesie na dopracowanie i opublikowanie. 

Spacerować i czytać - to moje ulubione zajęcia urlopowe. I malować. Żeby ktoś mógł czytać ktoś inny musi pisać ... Lub w inny sposób opowiadać. 

Będę zaglądał także i do napotkanej kałuży i szukał tam tajemnic świata. Bo skoro świat jest całością to wnikliwe i długie poznawanie nawet najmniejszego skrawka być może pozwoli poznać cały Wszechświat? Bo być może świat jest jak hologram - w małym kawałku jest zawarta całość, choć bardzo niewyraźna. 

Na zdjęciu zamieszczonym wyżej uwieczniona została wrześniowa wizyta we Francji, sprzed kilku lat. Albo wiosenna. Lubię pochylać się nad tym, co pod nogami. By obserwować i poznawać. 

8.07.2022

Po co nauczyciel akademicki miałby uczyć się Tik Toka ?

Ester Visus Olle z Hiszpanii i Claire Meyssan z Francji, wolontariuszki przebywające w przasnyskiej bibliotece. poprosiły o nagranie wideo do ich firmowego TIK TOKa.

Czy to wypada by nauczyciel akademicki bawił się w Tik Toka? Po co marnować czas na takie zabawy nastolatków? I czy to aby nie uderza w autorytet pracownika akademickiego? Nie lepiej przeznaczyć ten czas na coś wartościowszego i poważniejszego? Wyjaśnię dlaczego warto a nawet bardzo wypada.

Ponad rok temu założyłem profil i spróbowałem tiktokować. Chciałem lepiej poznać to narzędzie i całą społeczność. I porównać możliwości do You Tube czy materiałów wideo na Facebooku. Chciałem poznać przestrzeń, w której młodzi ludzie już są. A jak się okazuje to nie tylko młodzi. Najlepiej poznaje się aktywnie, nie tylko obserwując lecz i zamieszczając filmiki. A ja chciałem poznać czy ten kanał i to narzędzie nadaje się do upowszechniania nauki i wiedzy. Z powodu braku czasu zbyt wiele się nie nauczyłem (do profesjonalnego poziomu umiejętności potrzeba sporo czasu i wysiłku). Zamieściłem ponad 30 filmików, opanowałem podstawy zamieszczania wideo. W pewnym sensie to forma wypowiedzi błyskawicznych tyle że przygotowanych samodzielnie własnym telefonem. 30 sekund to niby mało (teraz mogę zamieszczać filmy do 10 minut ale jeszcze tak długich nie próbowałem). Troszeczkę zrozumiałem jak technicznie i koncepcyjnie przygotować materiał. Lekko liznąłem podstawy edytowania. Ale dużo przede mną w zakresie edycji jak i scenariuszy. Czy więc warto było, skoro jestem zaledwie na początku drogi? 

Pora wyjaśnić dlaczego pojawiło się na górne zdjęcie. Są na nim dwie wolontariuszki z przasnyskiej biblioteki w trakcie otwarcia mojej wystawy. Wcześniej poznaliśmy się w Olsztynie. Spytały czy zgodzę się nagrać dla nich titkota, czyli krótki wywiad. I ma być krótko. Dzięki temu, że choć trochę liznąłem TIK TOKa, to wiedziałem, że muszę się zmieścić w 30 sekundach. A sympatyczne wolontariuszki nie znają języka polskiego, więc ewentualny montaż byłby dla nich bardzo trudny (wycinanie, przycinanie itp.). Nie wystarczy wiedzieć, że wypowiedź ma się zmieścić w trzydziestu sekundach. Wcześniej takie wypowiedzi trzeba poćwiczyć, na dowolny temat. Krótko i z sensem, bez patrzenia na zegarek. Udało mi się zmieścić w 29 sekundach (zobacz efekt). 

Dlaczego warto a nawet trzeba (uczyć się Tik Toka? Bo jest to forma komunikacji, forma krótkich wywiadów. Prędzej czy później i tak się z tym zetknie nauczyciel akademicki, upowszechniający wiedzę. Alternatywą jest ucieczka przed światem i zamknięcie się w pustelniczym gabinecie. I czekanie aż świat dostosuje się do jego wymagań. Dla dobrej komunikacji trzeba mówić w języku i stylu słuchaczy a nie tylko swoim.

Wolontariuszki po przyjeździe do biblioteki założyły firmowego Tik Toka i w ten sposób wniosły nowy element do szerokich działań Publicznej Biblioteki w Przasnyszu. Nowe pokolenie poszerza swoją przestrzeń komunikacji. Także i starszym warto ją poznać. Dla nas to trudniejsze ale życie jest ciągłym uczeniem się i ciągłym odkrywaniem. 

A na koniec jeszcze kilka wspomnień z przeszłości. Na studiach pracowałem w studenckim radiu Emitor. Poznałem radio od kuchni, z prowadzeniem audycji, nagrywaniem wywiadów itp. Jakichś wybitnych sukcesów nie odniosłem, taka średnia przeciętna. Po co nauczycielowi (bo chciałem być nauczycielem) lub pracownikowi naukowemu zabawa z radiem? Tej aktywności nie traktowałem jako przygotowania do zawodu. To była przygoda i ciekawość. Aktywność całkowicie poza programem studiów. I tu mała dygresja: na studiach ważne są nie tylko obowiązkowe zajęcia (wykłady i ćwiczenia) ale także pozaprogramowe. To na nich można zdobyć ważne życiowo i zawodowo kompetencje. Na pracę w radiu straciłem sporo czasu, który mogłem przecież przeznaczyć na uczenie się do kolokwiów i egzaminów by mieć lepsze oceny (nie byłem prymusem). Ale dzięki pracy w radiu i poznaniu procesu z dwóch stron mikrofonu i stołu montażowego, byłem oswojony z mikrofonem. Potem, w pracy zawodowej, wielokrotnie musiałem udzielać wywiadów i bywać w studiu radiowym jako gość. Praktyka studencka bardzo się przydała. Ułatwiła kontakt z dziennikarzami i pozwoliła zredukować nie tylko mój stres lecz także udzielać sensowniejszych merytorycznie i technicznie wypowiedzi. Przydało się w pracy zawodowej, mimo że ja o tym nie pomyślałem ani układający program studiów. 

Podkreślę jeszcze raz: studia to nie tylko zajęcia programowe, to przestrzeń edukacyjna z wieloma możliwościami, które można samemu znaleźć i wykorzystać. Jeśli jesteś studentem, to nie czekaj na to, aż ktoś ci wskaże palcem czego masz się nauczyć i odkąd dokąd masz przeczytać we wskazanym podręczniku. Podobnie w pracy akademickiej - warto poszukiwać samodzielnie i nie czekać na to, co wskażą punkty w tabelce oceny pracownika: czym się zajmować i co się aktualnie opłaca. Świat się tak szybko zmienia, że czekanie na wytyczne z programów zawsze oznacza bycie w tyle.

Poznaję Tik Toka w pełni wolontariacko i pozaprogramowo. Nie ma wymogu formalnego, nie jest to w moich obowiązkach zawodowych ani nie wpływa na moją karierę zawodowa. Punktów z tego żadnych niema, nie przekłada się wprost na pensję i ocenę przełożonych. Można byłoby więc powiedzieć, że jest po nic i jest marnowaniem czasu. Nie warto uczyć się tylko dla ocen i pracować tylko dla punktów. Dlaczego uczyłem się TIik Toka i dalej będę się uczył? Bo świat nie stoi w miejscu. Chcę mieć przynajmniej ogólne pojęcie i wypróbować nie tylko teoretycznie. Chcę doświadczyć by znać zjawisko nie tylko z przeczytanego artykułu w prasie. 

Cieszę się, że odważyłem się na próby z Tik Tokiem. I nie dlatego, że odniosłem jakieś spektakularne zasięgi czy sukcesy. Dlatego, że miałem okazję czegoś nowego się nauczyć. Takie proste podstawy. Przynajmniej wiem, że coś dzwoni choć nie wiem w którym kościele. Ale wiem, że jeśli będzie to niezbędne, to przeznaczę więcej czasu i się douczę.

 
@stanislawcz

5.07.2022

Szkoła odwrócona, zmierzch tradycyjnej edukacji i sztuczna inteligencja

Zabytkowe liczydła w  muzealnej klasie. Coś, co minęło. Teraz mamy kalkulatory.

Jesteśmy świadkami ogromnej zapaści edukacji, zwłaszcza w obecnej Polsce z coraz liczniejszymi wakatami w publicznych szkołach. Rodzi to różne pytania o przyszłość szkoły i zawód pedagoga. Moim zdaniem zawód nauczyciela nie zniknie, tylko bardzo się zmieni. Edukacja przetrwa choć szkoła się zmieni i taka, jaką znamy, raczej nie przetrwa. Te zmiany już widać. Zachodzą burzliwie i rewolucyjnie. Cały czas coś wrze i się kotłuje. Czy to chaos? Czy też jakieś kierunkowe zmiany? Gdy proces zajdzie, to retrospektywnie będzie wydał się prostym i oczywistym. Gdy jesteśmy w trakcie, niejako w oku cyklonu, to trudno rozróżnić działania, które są kierunkowe od tych, które są jedynie szumem, o którym niebawem zapomnimy.

W dyskusji nad rozumieniem w nauczaniu, rozumieniem zdobywanej wiedzy, pan  Andrzej Pieńkowski napisał "Byłbym za wprowadzeniem Evidence-Based Education na wzór medycyny, ale mam poczucie, że na to już za późno. Bo za chwilę powstaną instancje sztucznej inteligencji wyspecjalizowane w nauczaniu. I będą tak skuteczne, że nauczyciel będzie potrzebny tylko jako asystent." Moją uwagę zwrócił fragment o sztucznej inteligencji i niepotrzebności nauczyciela sensu stricte. Od dawna nauczyciele zwracają uwagą na to, że społeczeństwo od szkoły oczekuje przede wszystkim tego, żeby się zaopiekowała dzieckiem. Mniej edukacją a bardziej zaopiekowaniem się. Dlatego być może nie wspierają masowo protestów w obronie szkolnej edukacji. Nie tego oczekują?

Moim zdaniem zawód nauczyciela nie zniknie, tylko bardzo się zmieni. Pandemia pokazała nam nowe możliwości zdalnego nauczania i szerszego wykorzystania dobrych, kreatywnych nauczycieli. Mniej twórczych nauczycieli jest w stanie  przekazywać wiedzę większej liczbie uczniów. W tym sensie pojemność wirtualnych klasy nie ogranicza się do 20-30 uczniów, tak jak w tradycyjnej. Widać to już na różnych platformach, tych dużych i międzynarodowych, takich jak Khan Academy, jak i mniejszych, polskich Pistasjach, Panach Belfrach i wielu, wielu innych inicjatywach "onlajnowych". Ci najbardziej twórczy tworzą dobre treści, docierające do wielu uczniów... i rodziców. Zmiana zachodzi systematycznie. 

To "za chwilę" jeszcze sporo potrwa. Wymaga inwestycji w technologię, a to trochę zawsze trwa. Ponadto zastanawianie się nad rozumieniem przydatne będzie także sztucznej inteligencji, żeby dobrze zaplanować zautomatyzowany proces edukacji. Zatem zastanawiajmy się... wspólnie.

Niewątpliwie kryzys kadrowy w edukacji, przynajmniej w Polsce, przyspieszy wdrażanie AI w nauczaniu powszechnym... Będzie dodatkowa motywacja i konieczność szybkiego zaradzania zaistniałym problemom. Możliwe, że taka edukacja wdrażana będzie przez zagraniczne koncerny i korporacje, bo państwo polskie straci zdolność do rozwiązywania takich problemów.... To oczywiście byłby bardzo zły scenariusz...

Nauczyciel pomocnikiem sztucznej inteligencji? By się zaopiekować dziećmi w szkole, tworzyć relacje międzyludzkie? Mam nadziej, że bardziej jako tutor i facylitator niż transmiter wiedzy. Bardziej jako organizator przestrzeni niż tradycyjny nauczyciel-podawca wiedzy. A jeśli tak, to diametralnie musi się zmienić także kształcenie nauczycielskie na uniwersytetach (i w centrach nauki). Możliwe, że umocni się model klasy odwróconej. W normalnej klasie uczymy się w szkole a, w domu odrabiamy lekcje i powtarzamy. W odwróconej, uczymy się w domu, w szkole porządkujemy, utrwalamy czyli powtarzamy i to w relacjach społecznych, w dialogu z innymi.

Pandemia pokazała nowe możliwości (chociaż w sumie nie tak bardzo nowe). Coś na kształt lekcji odwróconej, w domu i przed monitorem uczymy się z AI zdobywać informacje a do szkoły idziemy by na krótko się tam pojawić i pokazywać swoją wiedzę w relacjach z innymi. Nie tylko w szkole ale i w centrach nauki, uczelniach wyższych, parkach narodowych i krajobrazowych, instytucjach, zakładach pracy, czyli różnych przestrzeniach. Coraz więcej jest projektów edukacyjnych mocno wspomagających szkolną edukację. W szkole opowiadać o tym, co się wie i co potrafi. Bardziej jako zajęcia praktyczne, także pod okiem AI. Szkoła jako laboratorium ze sprzętem a nie miejscem, gdzie nauczyciel robi wykłady? Bardziej tutor, który pomaga w odkrywaniu niż przekazuje gotową wiedzę. 

Nauczyciel też musi się nieustannie uczyć. Kształcenie nauczycielskie - nie po to by dać zasoby wiedzy do przekazania, lecz by przyszły nauczyciel rozumiał daną dyscyplinę i umiał się uczyć, sam i wspólnie z uczniem. By umiał organizować przestrzeń fizyczną do uczenia się, umiał znaleźć zasoby wiedzy, odpowiednie programy i odpowiednich ludzi do współpracy.

Myśląc o stającej się szkole przyszłości odnoszę wrażenie, że nie będzie to centralne sterowanie: wszyscy tak samo, to samo w tym samym tempie. Możliwości technologiczne umożliwiają odejście od niemożliwości fizycznej - jeden nauczyciel nie jest w stanie indywidulanie zająć się każdym z trzydziestoroga uczniów, z których część jest z różnymi deficytami a część jest uzdolniona. W tej rodzącej się szkole przyszłości będzie dużo większa wolność w tempie i sposobie nauczania jak i uczenia się. Po prostu technologia umożliwi realizację dawniejszych marzeń nauczycieli. Wybieramy chyba ścieżkę, w której zamiast zwiększać liczbę etatów nauczycieli i asystentów zainwestujemy a technologie. Takie same pieniądze tylko gdzie indziej ulokowane... Ludzie co raz mniej potrzebni, co raz bardziej zbędni?

Sam nauczyciel jako tutor będzie musiał umieć korzystać z zasobów AI i zasobów internetowych, sam będzie tworzył wspólne repozytoria materiałów edukacyjnych. Współpracujące grono pedagogiczne coraz bardziej będzie crowdlearningowe i zorganizowane nie tylko przez przestrzeń fizyczną (np. spotykanie się pokoju nauczycielskim) lecz coraz bardziej przez kontakty i współpracę online. Wtedy nauczyciel nie będzie pisał konspektów na każdą lekcję, lecz napisze od czasu do czasu i wrzuci swoje autorskie rozwiązania do wspólnego, nauczycielskiego repozytorium, z którego korzystają wszyscy. Tak się już w zasadzie dzieje, na co wskazują płatne i bezpłatne zasoby na Genially, Wakelet, Padlet, społecznościowych grupach typu Superpelfrzy i innych grupach nauczycieli oraz fundacji.

Korepetytorzy byli dawniej i są dziś. Teraz znacząco rozwinął się ruch korepetycji zdalnych z nowymi materiałami edukacyjnymi. Część jest płatna, część odbywa się za darmo, utrzymywana przez fundacje czy korporacje. Kreatywni nauczyciele odchodzący ze szkoły... ale nie z edukacji. Dalej tworzą materiały czy są korepetytorami. Muszą opanować nowe narzędzia w komunikacji i przygotowaniu materiałów edukacyjnych: podkasty, wideo tutoriale, repozytoria wiedzy itp. Zmieniają tylko przestrzeń "klasy". Szkoła staje się coraz bardziej rozproszona. 

Potrzebny jest jeszcze system wsparcia dla nauczycieli - superwizje dla edukatorów. I możliwe, że takowe powstawać będę w formie hybrydowej - w części w kontakcie, w części zdalnie. I prawdopodobnie przy rosnącej roli sztucznej inteligencji. 

Pytanie zasadnicze jest takie: kto komu będzie bardziej pomagał: AI nauczycielowi czy odwrotnie?

3.07.2022

Kamień milowy po rocznej wędrówce blogowej

Droga czasami idzie na skróty, na przełaj.
 

W każdej podróży spoglądamy na różne kamienie milowe by ocenić zmianę w położeniu. Czy i w jakim stopniu posunęliśmy się w wędrówce.  Czy dużo przeszliśmy, przepłynęliśmy, czy w zaplanowanym tempie lub jak daleko jesteśmy od celu. A jeśli wędrujemy bez celu, tam gdzie oczy poniosą, to pozwalają zobaczyć ruch i zmianę miejsca.

Pisanie bloga, w części jako dziennika refleksji, jest podróżą. I to podróżą w przestrzeni publicznej ze społecznymi interakcjami. Te interakcje bywają bardzo różne. Piszę dla siebie ale i dla innych, dla relacji i dla interakcji nie tylko na blogu. To narzędzie nie tylko treningowe i wspomagające refleksje lecz także narzędzie komunikacji i interakcji. Element hybrydowej edukacji...

Jednym ze sposobów sprawdzania "ile się przeszło" są statystyki bloga. Przed rokiem spoglądałem tak: Kilka liczb jako kamień milowy bloga. Co przez rok  przybyło? 100 tysięcy odsłon, przybyło ponad 150 wpisów, ponad 200 komentarzy, przybyło 2 subskrybentów. Łącznie po 4, 5 roku pisania  w nowej odsłownie powstało ponad 650 postów, było około 400 tysięcy wizyt, pojawiło się ponad 1250 komentarzy oraz 17 stałych obserwatorów (którzy odnotowali ten fakt na swoim koncie google). Liczby są suche. Ważny jest zapewne kontekst i to, co z tych liczb wynika. A warto dodać, że liczby nie "widzą" wszystkiego. Oddają tylko fragment rzeczywistości. Łatwo je porównywać jak cyfry na skali, jak oceny w szkolnym dzienniku. Ale czy łatwo je zrozumieć i dobrze zinterpretować?

A co przybyło w moich umiejętnościach, w moich refleksjach w ciągu ostatniego roku? Też nie jest to łatwo dostrzec i opisać.  Bardziej mnie teraz angażuje to, czego jeszcze nie umiem a muszę się nauczyć. Bo dostrzegłem w trakcie wędrówki taką potrzebę. Świat nieustannie mi ucieka. Będę podejmował kolejne próby uzupełnienia swoich umiejętności, wiedząc że wszystkiego i tak nie zdołam. Wiedząc, że jestem za wolny. Jak słaby biegacz w maratonie, który ciągnie się daleko za czołówką. Ale jest we mnie wola wyścigu z sobą samym. By nie tylko porównywać się z potrzebami i z innymi ale i własnym rozwojem. Zrobić tyle ile zdołam. I rozbić to najlepiej jak potrafię oraz na ile pozwolą warunki. Bo nie wszystko od nas zależy, ani od naszego talentu, ani od pracy. Sporo zależy od okoliczności i tak zwanego szczęścia. 

Takie same nasiona padają na różną glebę: na jałowe kamienie, inne na suchą ścieżkę, inne między chwasty, konkurujące o zasoby, inne na żyzną i wolną od konkurencji glebę. Startują z takim samym kapitałem początkowym ale osiągają zupełnie różne rozmiary i różny wydają plon. 

Spoglądam na kamienie milowe w blogowej wędrówce i mierzę się z sobą samym w konkretnych warunkach. Nie piszę dla wyniku lecz te liczby trochę są mi pomocne. By zobaczyć ruch. W opublikowanych postach sporo jest refleksji. Łatwiej je zrozumieć, gdy się je czyta. Same liczby niewiele powiedzą. Podobnie z ocenami w szkole. Są. Pozwalają na szybkie porównanie. Ale jednocześnie są jak dziewczyna w bikini - niby cała rozebrana lecz i tak to, co najważniejsze jest zakryte. 

2.07.2022

Jak świat cyfrowy przeorganizowuje nasze życie



Coraz bardziej zanurzeni jesteśmy w rzeczywistości cyfrowej. W kontekście życia w mieście Jacek Dukaj napisał "Czy ostatecznie ludzie będą w całości lub w większości żyli na sposób zorganizowany nie przez obecność w przestrzeni fizycznej, lecz w sferze cyfrowej? Czy tym samym rola miast zmniejszy się radykalnie? A może technologie cyfrowe nałożą jedynie swój sposób organizacji życia ludzkiego (znany już choćby z mediów społecznościowych) na aranżację zadaną w przestrzeni fizycznej (urbanistykę)? I co to spowoduje? Czy powstanie nowa jakość na poziomie społecznym, politycznym i gospodarczym?" [wytłuszczenia moje]

Moim zdaniem będzie heterogennie, mozaikowato, łaciato jak w ekosystemie w skali krajobrazu. Będą obok siebie współistniały w jednym czasie  płaty (wyspy) z przewagą roli przestrzeni fizycznej, i takie, gdzie to cyfrowość będzie bardziej organizowała nam życie. Jednym słowem pomieszanie i niejednorodność tak jak od niemalże zawsze. Zawsze były miejsca bardziej rozwinięte i te zapóźnione, prowincjonalne tak jak w Konopielkowych Taplarach. Choć trudno to nazywać zapóźnieniem, po prostu inaczej. Tak jak i obecnie spotykamy w mieście ludzi, żyjących na poziomie łowców-zbieraczy (np. bezdomni) tuż obok osób wysoko wyspecjalizowanych, pracujących i korzystających z wielu udogodnień cywilizacyjnych. Przemieszane, tuż obok siebie. Każdy z nas przechodził będzie codziennie (lub rzadziej), przez takie strefy, różne światy, organizowane przez przestrzeń fizyczną i kontakty zdalne. Znacznie ważniejsze jest pytanie "i co to spowoduje" to mniejsze lub większe cyfrowe organizowanie życia np. w mieście.

Miasta powstawały jako specyficzna kondensacja, centralizacja, zagęszczenie populacji ludzkiej. A to powodowało intensyfikacje kontaktów międzyludzkich i zwiększenie liczby takich relacji. W miastach skupiała się w epoce przemysłowej energia, produkcja i ludność. Internet tworzy zmiany wprost przeciwne, decentralizuje. Możemy być blisko w relacja nawet będą fizycznie daleko od siebie. Nie musimy iść na rynek, agorę by spotykać ludzi i z nimi rozmawiać. Nawet nie musimy przyjeżdżać do miasta. Decentralizacja zaznacza się w produkcji energii odnawialne i w Internecie. Możemy pracować w mieście, żyjąc na wsi. Nawet w prowincjonalnych szkołach nauczyciele odchodzą ze szkoły, bo mogą pracować zdalnie, prowadząc różnego rodzaju kursy i szkolenia, w oderwaniu u od środowiska lokalnego. Klienci ich usług mogą być z daleka.

"Dotychczas taka maksymalizacja istotnie wymagała bliskości w przestrzeni fizycznej. Ostatnie kilka lat – gdy pandemia Covidu przyśpieszyła trendy cyfryzacji, dematerializacji i wirtualizacji – pokazało, iż technologia osiągnęła poziom pozwalający bezstratnie przenosić owe połączenia poza przestrzeń fizyczną. Miasto jest sposobem organizacji życia ludzkiego maksymalizującym liczbę i jakość połączeń między jednostkami oraz zbiorowościami. Dotychczas wymagała ona bliskości w przestrzeni fizycznej. Przyspieszenie cyfryzacji, dematerializacji i wirtualizacji złamało jednak ten paradygmat." To właśnie cyfrowość mocno zmienia nam styl życia i funkcjonowanie miasta. Zaproszenie na koncert czy spotkanie umieszczamy w internecie a rzadziej rozwieszamy plakat/afisz na słupie ogłoszeniowym. Nawet reklamy zmieniają miejsca i już nie muszą szpecić banerami przestrzeni miejskiej. 

"Miasto jest sposobem organizacji życia ludzkiego maksymalizującym liczbę i jakość połączeń między jednostkami oraz zbiorowymi podmiotami społecznymi i gospodarczymi." Tak było, lecz czy nadal będzie? W rzeczywistości wirtualnej tworzymy nowe sposoby kontaktów. O naszej aktywności w coraz większym stopniu zadecyduje obecność w mediach społecznościowych niż wyjście "na miasto". Bo to w sieci znajdziemy rozkład jazdy autobusów, kalendarium imprez, koncertów i spektakli, to tam spotkamy zachętę i rekomendację znajomych. 

Słusznie zauważa Jacek Dukaj, że ostatnie zmiany są elementem długiego procesu. "To proces rozciągnięty w czasie: od komunikacji listowej, potem – telefonicznej, następnie – e‑mailowej, do rozmów zoomowych i pracy zdalnej; a jasno postawionym już celem jest tu pełne „życie online". Silna teza zwolenników tych przemian brzmi: ostatecznie ludzie będą w całości lub w większości żyli na sposób zorganizowany nie przez obecność w przestrzeni fizycznej, lecz przez obecność w przestrzeni cyfrowej. Tym samym rola miast zmniejszy się radykalnie." I chętniej przeprowadzać się będziemy na prowincję, do małych miast i miasteczek, do wsi i przysiółków?

Kontakt fizyczny dalej pozostanie ważny dla człowieka. Problemem pozostanie przemieszczanie się. Podkreśla się komfort życia jeśli pieszo (lub z wykorzystaniem komunikacji) do ważnych miejsc codziennego życia będziemy mogli dotrzeć w 15 minut. Miasta szybko nie znikną lecz być może będą się przestrzennie zmieniały. Przyszłość zapewne już jest choć nierównomiernie rozłożona. Czy wnikliwe oko futurysty potrafi dostrzec te elementy, będące Liderami zachodzących trendów?

Stoickie spojrzenie z góry zamiast egzystencjalne lamenty i narzekania na powszechną cyfrowość i zdalne nauczanie. By zrozumieć to, co jest na prawdę ważne i czego warto się uczyć bo nie jest to przemijająca moda.

1.07.2022

Czy szpecąca przestrzeń ma ujemną wartość ekonomiczną?

 

Lubię robić zdjęcia w czasie turystycznych podróży bliskich i dalekich. Zachwycać się dostrzeżonym pięknem i je utrwalać. To, co mnie irytuje i zniechęca to tandetne reklamy, samochody stojące przy zabytkach, wiszące druty. Zostają niemiłe wrażenie z powodu szpetoty i zepsutych ujęć.

Przykład z Olsztyna, figura z patronem miasta św. Jakubem. Akurat oprowadzałem po Olsztynie młodą Francuzkę i Hiszpankę. Pamiątkowe zdjęcie na ławeczce z Kopernikiem. Ale trzeba było umiejętnie kadrować, by w tle nie było widać samochodu, zaparkowanego przy kościele ewangelickim. Samochód nie jest atrakcją, którą chce się mieć na pamiątkowym zdjęciu. A potem w nawiązaniu do zauważonej przez Hiszpankę drogi do Santiago de Compostela (znaki Caminy), zaprowadziłem je na Targ Rybny by mogły sobie zrobić zdjęcie przy św. Jakubie. Zdjęcia nie zrobiliśmy. W tle szpecące krajobraz reklamy, klimatyzatory i zaparkowane samochody. Nie będzie pamiątki, pokazywanej znajomym i przy okazji darmowej reklamy miasta. Diabeł ukryty jest w szczegółach...

Czy zdjęcia z atrakcjami mają wartość promocyjną miejsc? Tak, bo turyści za darmo je upowszechniają na swoich profilach społecznościowych, czy pokazują znajomym w czasie spotkań. Darmowa reklama turystyczna miejsca. Nawiązując do współczesnego języka - rozchodząca się wiralowo. Zatem są cenne w promocji miast i atrakcji turystycznych. Wizerunek "marki" ma duże znaczenie. Niektóre miasta specjalnie takie miejsca tworzą, np. ławeczki ze znanymi postaciami, duże napisy itp. Inne są niejako naturalne. Bo któż nie zrobi sobie pamiątkowego zdjęcia pod piramidą, wieżą Eiffla, zabytkowym zamkiem? Ale, jeśli takie miejsca zeszpecimy, to mniej osób zrobi sobie zdjęcie a nawet jak zrobi to ono będzie odstraszało i zniechęcało a nie przyciągało kolejnych turystów.

Szpecąca przestrzeń, tak jak śmieci lezące na chodniku lub w parku, wywołują złe emocje i zniechęcają a na pewno nie służą wiralowej promocji. Są to wymierne straty ekonomiczne, bo mniej turystów to mniejsze zyski w wielu działach gospodarki lokalnej. Marnowane jest to, co za darmo oferuje piękno krajobrazu, piękno zabytków, piękno miejsc.