14.05.2018

Gazony na polbruku czyli jak dbać o zieleń w mieście ?


Centrum miasta, tuż przy szkole. Dlatego ta barierka. Ale ja chcę zwrócić uwagę na malutki i potrzebny skrawek zieleni i odkrytej gleby. Te krzewy urosną i będą bardziej zbierały kurz i hałas z jezdni. Odrobina miejsca, gdzie woda po deszczu może wsiąkać. Niby niewiele, ale w skali miasta może być tego bardzo dużo. To przykład dobrego podejścia i dlatego zwracam na to uwagę. Ale dużo zostało jeszcze do zrobienia. Trzeba tylko konsekwencji i wytrwałości w "odbetonowianiu" miasta.

Śródmieście Olsztyna, ulica Grunwaldzka (zdjęcie obok). Kilkadziesiąt metrów kwadratowych zmarnowanej (niewykorzystanej) przestrzeni, teraz szkodliwej. Zakryta polbrukiem przestrzeń z dwoma gazonani z uschniętymi roślinami nie służy niczemu. Ani komunikacji, ani parkowaniu, ani rekreacji. Tuż przy ulicy. Gazony ustawiono najpewniej by uniemożliwić nielegalne parkowanie. Niektórych kierowców nic nie zatrzyma. Chyba że betonowe słupki (lub ciężkie gazony).

 Teraz "betom" zakrywający glebę powoduje, że deszczowa woda nie wsiąka i spływa do odpływów burzowych. Przy silniejszych opadach dołoży się do podtopień. W mieście niewsiąkliwa powierzchnia powoduje, że szybko zbierają się strumienie wody, a przy intensywnych opadach odpływy nie są w stanie przyjąć takiej ilości w krótkim czasie. Ocieplenie klimatu powoduje, że są częstsze intensywne opady. A więc będzie się nasilać. Dlatego w wielu miastach europejskich już od kilku lat sporo się zmienia. Wprowadza się więcej zieleni, w tym nawet na dachy budynków. Ta "szorstka" powierzchnia spowalnia spływ wody. Ponadto jest większa powierzchnia do wsiąkania. Oczywiście, przy intensywnych opadach to nie wystarczy. Dlatego projektuje się różnorodne "zbiorniki", takie "beczki pod rynnę", tyle że w większej skali.

Im więcej w mieście powierzchni asfaltowych, kamiennych i betonowych, tym wyższa temperatura latem. Kolejny niedobry dla miasta i ludzi wpływ. Im więcej zieleni, tym niższa. To zarówno transpiracja jak i ocienianie. Zieleń w mieście to nie jest fanaberia nawiedzonych ekologów tylko zaawansowane "urządzenia" podnoszące jakoś życia ludzi.

Co można? Zdjąć polbruk i przeznaczyć go w innym miejscu na naprawę chodników. Czyli nic się nie zmarnuje. Odkryć ziemię i niech będzie chociaż trawnik - jeszcze lepsza byłaby łąka kwietna. Co to da? Większe wsiąkanie wody deszczowej, lepszy mikroklimat, niższą temperaturę, ładniejszy zapach i ładniejszy widok. Że działanie w skali kilkudziesięciu metrów kwadratowych nie zbawi? To tak, jak mówić, że nie warto jechać do Krakowa, bo po 15 minutach jesteśmy jeszcze daleko. Ale bez tych kilkunastu-kilkudziesięciu kilometrów podróży byśmy do Krakowa nigdy nie dotarli. Tu nie potrzeba wielkich inwestycji, wystarczą drobne działania, byle konsekwentnie.

A wracając do tego brzydkiego, szarego fragmentu ulicy. Być może udałoby się tam umieścić nawet ławkę. Powstałby miniaturowy skwerek. Te działania wymagają jednak współpracy z mieszkańcami. By nie zrobić im pod oknem "ławki z wieczornym pijaństwem". Nie powinna być to jedyna ławka w okolicy.

Inny przykład, tym razem ul. Limanowskiego. Duży fragment ulicy. Kiedyś rosły tu drzewa. Potem była jakaś zapewne modernizacja i w rozpędzie duży fragment wyłożono polbrukiem. A żeby uniemożliwić parkowanie w tym miejscu, postawiono gazony.

A czy nie lepiej byłoby zerwać fragmentami polbruk i zasadzić drzewa w ziemi? I najlepiej liściaste, bardziej wytrzymałe i lepiej pasujące do krajobrazu. Te rosnące w gazonach/donicach nie mają kontaktu z glebą, korzeniami nie sięgną głębiej. Trzeba je podlewać. A jeśli rosną w gruncie, to same sobie poradzą - tańsze są w utrzymaniu.

Drzewa można znowu posadzić (bo kiedyś już tu były). Najwyraźniej widać, że są potrzebne. I odsłonić więcej ziemi by woda miała gdzie wsiąkać (to także zabezpieczenie przed podtopieniami jak i zapewnienie wody dla drzew). Przydałoby się więcej drzew kwitnących, z nektarem dla pszczół. Ale "w sklepach tylko iglaki mają"? Nie wiem czy długo wytrzymają te iglaki w gazonach - w zimie może wymrozić korzenie, latem w upale mogą wyschnąć. Gazony to działanie na krótko, tymczasowe rozwiązanie.

Więcej drzew to mniej smogu i hałasu. Latem więcej cienia. No i poprawa bilansu wodnego. W skali miasta ma to znaczenie. Zatem polbruk w wielu miejscach można zdjąć. Trzeba wytrwałości i argumentów. Sensownych, wiarygodnych. I pokazywanie dobrych praktyk. Że można. I że daje to dobre rezultaty. Miasto może być piękniejsze i bardziej funkcjonalne.  W Olsztynie też można, bo się już udaje (przykładem jest górne zdjęcie).  Przybywa zieleni. Oby szybciej i więcej.

A wracając do zdjęcia: zastąpienie gazonów z iglakami przez posadzone drzewa w tym przypadku w niczym nie zmniejszy przepustowości komunikacyjnej. Sadzenie drzew w przypadku ukazanym na powyższym zdjęciu być może jest utrudnione ze względu na  infrastrukturę podziemną, ona być może tam jest choć jej nie widać. Jeśli byłaby tam infrastruktura, to nie powinno się sadzić drzew, które gdy urosną, mogą korzeniami uszkadzać instalacje (oczywiście nowe technologie zabezpieczają przed tym procesem) lub utrudniać naprawę w razie awarii. Ale można zasadzić krzewy. Pod gazonami i wokół gazonów przestrzeń jest niewykorzystana ani na ruch samochodowy, ani na parking ani na chodnik dla pieszych. Ani na teren zieleni miejskiej. To jakieś 1,5-2 m szerokości. Niczego nie trzeba skuwać, polbruk można zdjąć i położyć w innym miejscu. Dużo u nas chodników w fatalnym stanie. Tam by się ten polbruk przydał.

W mieście każda możliwa przestrzeń powinna być odkryta. Raz, żeby woda miała gdzie wsiąkać (ważne z powodów przeciwpowodziowych), dwa żeby obniżyć temperaturę powietrza na ulicy. Ważne dla mieszkańców jest to zwłaszcza latem. A od bakterii glebowych - serotonina, czyli lepsze w konsekwencji samopoczucie ludzi. Każda zieleń to wychwytywanie kurzu i smogu. Czyli dla zdrowia. Niech aleje powrócą w miejsca, gdzie były a je bezmyślnie usunięto. Iglaki w gazonach i tak nie przetrwają. Kosztowne męczenie roślin.

Na szczęście coraz częściej o tym dyskutujemy a lokalne gazety chętnie temat podejmują: Dyskusja o miejskiej zieleni w Olsztynie: po co nam donice?

13.05.2018

Nie trzeba kosić tak często


Malutki fragment trawnika między chodnikiem a asfaltem ulicy (Olsztyn, ul. Stara Warszawska). Zasadzono kwiaty. Było widać, że ogrodowe, dlatego nie wykoszono. A między ogrodowymi roślinami pojawiły się dzikie "chwasty". Też piękne, też kwitnące. Tyle tylko, że samosiejki. Bo glebowy bank nasion i wiatr, przywiewający propagule z sąsiedztwa, umożliwiły rozwój tej malutkiej wysepki bioróżnorodności. Jedne przekwitały, drugie zaczynały, Zawsze pięknie i kolorowo. wytchnienie dla oka. Miejska łąka w miniaturowym wydaniu przy niewielkim wysiłku. Maki, chabry, wilczomlecz, bluszczyk kurdybanek i wiele innych. I to na małym skrawku niezabetonowanej, miejskiej powierzchni.


To samo miejsce kolejnego roku. Ocalał tylko krzew. Reszta wykoszona. Akurat zaczynają się upały. Będzie sucho. Szybko nic tu nie urośnie. Będzie tylko trawa (albo goła, wypalona słońcem ziemia). Zabrakło "osłaniających" roślin ogrodowych. Albo nie zostały zauważone. Leży kupka skoszonego siana? Nie jest to jednak siano, bo nie posłuży do karmienia zwierząt. Nie pójdzie także ta biomasa na kompost ani do biogazowni, by tworzyć z niej energię odnawialną. Zostanie wywieziona na śmietnik (zwiększy koszty), albo zostanie wyrzucona "za płotem". To częsty zwyczaj, widoczny przy prywatnych posesjach. Skoszą trawnik, a "zielsko" wyrzucają do Łyny, za płot, na ziemię "niczyją". Czyli przestrzeń publiczną, zaniedbaną, zawłaszczaną. 

Dlaczego wykoszono? Bo tak się robi? Żeby nikt nie powiedział, że się nie dba? Kwiaty lepszego i gorszego sortu. Zjawisko istnieje tylko w naszej głowie. I wystarczy zmienić sposób myślenia, by zmieniło się miejskie otoczenie i tak nam potrzebna "zieleń". Ważne i wartościowe tylko to, co zasadzone. To co samo wyrosło, jest już dowodem braku dbałości? Być może dlatego wiosną przycinane są drzewa, czasem tragicznie i bez sensu... Ale widać, że ktoś coś robił.... W jakimś sensie działalność pozorna i na dodatek szkodliwa. 

Kilka dni temu, jadąc "czerwoniakiem", na ulicy Dworcowej w pasie zieleni między jezdniami zauważyłem efekty koszenia. Chyba w latach poprzednich zasadzono dużo tulipanów. Przerwały i "odbiły" z cebulek. I pięknie kwitły między roślinami trawnikowymi. Otóż kosiarska ominęła cały pas z tulipanami (a między tulipanami ocalały i dzikie gatunki). Dlaczego obok wykoszono mniszki, też pięknie kwitnące? Tulipany oszczędzono bo zostały zasadzane (choć w tym roku zakwitły jako "samosiejki"). Bo dzikie rośliny są... chwastami? Bo trzeba coś zrobić, żeby było widać, że się dba. Głupio bo głupio ale muszą być widoczne efekty działania. Inaczej ktoś zacznie wydzwaniać z pretensjami "dlaczego nic nie robicie". A tulipany, wiadomo, musiały być zasadzone przez człowieka, czyli rosną w wyniku "zabadania". A gdyby tak inne rośliny kwiatowe uznać za efekt dbałości? Wtedy by ocalały.


Tuż obok miejsca pokazanego wyżej, też ul. Stara Warszawska, zdjęcia majowe z tego roku. Już zaczęły się upały. Na niewykoszonej skarpie kwitnące starce (chyba jastrzębiec kosmaczek), i kilka innych gatunków. Pięknie i kwieciście. Rośliny te dobrze radzą sobie z wiosenną suszą. Uboga, piaszczysta gleba nie na wiele pozwala. Ale wygląda przepięknie.

A niżej sąsiedni fragment. Już wykoszony. Co widać? Ekologiczna, sucha pustynia. Odkryta gleba. Jeśli przyjdzie intensywna burza z ulewą, dużo z gleby i pasku zostanie wypłukane i spłynie na chodnik, na jezdnię. Próchnica spłynie do kanalizacji i dalej do rzeki Łyny.

I jeszcze raz proszę zerknąć na te ukwiecone zdjęcia bez wiosennego koszenia do samej ziemi. Są tam liczne trawy, kwitnące i utrudniające życie alergikom? Gdzie będzie więcej traw - na tych często wykaszanych czy raczej tych rzadko wykaszanych? Bo podobno kosi się, by nie zakwitały trawy i nie sprawiały trudności alergikom.

Przy częstym koszeniu na "trawnikach" pozostaną tylko trawy - bo mają nisko stożki wzrostu. Zatem duża różnorodność biologiczna służy nie tylko przyrodzie ale i człowiekowi. Musimy tylko trochę się zastanowić i przemyśleć działania w mieście.

Kosić trzeba umieć!

Do poczytania uzupełniającego: O karłatku leśnym. Proszę zwrócić uwagę na cykl życiowy tego motyla. Jeśli chcemy oglądać kolorowe motyle na miejskich trawnikach czy łąkach, musimy stworzyć warunki, odpowiednie do życia tych gatunków. Dwa w jednym: i ochrona różnorodności biologicznej i piękne widoki dla ludzkiego oka. Niewiele trzeba by miasto czyniło ludzi szczęśliwymi.

12.05.2018

Facebook (internet) jest jak duża biblioteka - wszystkiego i tak nie przeczytasz


Często spotkam utyskiwania, że ten Facebook to jeden wielki i szkodliwy śmietnik. Na dodatek taka bańka informacyjna. Facebook (w ogólności internet) jest jak duża biblioteka, tak jak ta na zdjęciu, z Dublina. Tysiące książek, regały, działy, wnęki, przestrzenie. Byłem z wycieczką, zachwycony oglądałem urodę miejsca i mnóstwo książek. Przeszedłem, nic nie przeczytałem. Nie było czasu.

Podobnie jest gdy przeglądasz przepastne zasoby internetu - wszystkiego i tak nie przeczytasz. Po jakie książki sięgniesz w tej wielkiej bibliotece? Co przeczytasz i jakie poznasz, wyrywkowe z konieczności, treści? Zależy po jaką książkę sięgniesz, z jakiego działu, z jakiej półki. Niby wszystko dostępne ale tylko z małego fragmentu korzystamy. Po prostu brakuje czasu by starannie przejrzeć wszystko. Ale nawet, gdyby przesiadywać od rana do wieczora i przeglądać wszystkie książki po kolei, to przecież ciągle powstają nowe. Codziennie ich więcej niż jesteśmy tego dnia przeczytać. Mimo wysiłku liczba nieprzeczytanych książek rośnie. Z wiedzą, tworzona przez ludzkość jest podobnie. Ciągle jej przybywa....

Zatem poznasz tylko fragmentarycznie. Facebook to sposób na filtrowanie nadmiaru informacji. To, o czym się dowiesz, zależy od tego, z kim się kontaktujesz, dyskutujesz, "abonujesz" jego aktywność i zainteresowania.  Przy którym regale staniesz (np. literatura polska, kuchnia czy historia) - taki masz zawężony wybór. Kogo przyjmiesz do znajomych, kogo i co obserwujesz, takie spotykasz informacje i style dyskusji. Sam sobie komponujesz codzienną gazetę z informacjami. U każdego może być inna. Tak jak korzystanie z książek w bibliotece - wszyscy wchodzimy do tej samej, a co innego wyczytujemy i z inną treścią wychodzimy. To nie "internet" czy Facebook jest zły, to najwyżej nasz wybór i redakcyjna kompozycja docierającej treści. A teraz, dzięki np. Facebookowi, mamy tę moc sprawdza bycia redaktorami i wydawcami dla samych siebie. Duża moc, która licznych przeraża....

Mówi  się też czasem, że obracając się w internetowych grupach osób o tych samych zainteresowaniach i poglądach, żyjemy w zamkniętej bańce informacyjnej (kulturowej). I że dlatego portale społecznościowe np. Facebook, są złe.  Ale przecież w rzeczywistości analogowej także  spotykamy się i dyskutujemy głównie z osobami o podobnych poglądach. Wybieramy to co lubimy. Zatem to nie jest wina internetu jako takiego tylko naszej postawy wobec świata. Bańka informacyjna to kwestia naszego podejścia do ludzi i świata, otwartości lub izolacji w towarzystwie wzajemnej adoracji.

Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Jak sobie dobierzesz przyjaciół i osoby, z którymi się kontaktujesz, taki będziesz miał obraz rzeczywistości. Treści w internecie ukazuje się bardzo dużo. Wszystkiego i tak nie przeczytasz. Wybór jest ważny. Ale tak jak na Facebooku, masz wybór i możliwość (a jednocześnie odpowiedzialność) . Jakie wybierzesz nasiona i je wysiejesz, takie potem zobaczyć rośliny na łące. Nie narzekaj na internet. Przyczyna jest w Tobie. Jeśli jest. To nie narzędzie jest złe tylko nasz sposób korzystania z niego. Można się nauczyć.



10.05.2018

Dzień Bociana Białego i malowanie dachówek w Mazurskim Parku Krajobrazowym

(Dzień Bociana Białego w 2016 roku, z malowaniem butelek, dachówek i kamieni.)

Zadzwonił telefon, Pan Dyrektor zaprosił do udziału w Dniu Bociana Białego. Żeby znowu przyjechać i wspólnie pomalować, może stare dachówki, może butelki, może kamienie. Czyli, żeby się włączyć w piknik edukacyjny, organizowany corocznie przez Mazurski Park Krajobrazowy. Zaproszenie z chęcią przyjąłem. Z kilku powodów. Współpraca badawcza i edukacyjna z Parkiem dobrze się układa od wielu już lat. A ostatnio się zintensyfikowała. I jest jeszcze szansa zauczestniczyć w czymś kreatywnym i inspirującym. Spotkać ludzi i rozmawiać o dziedzictwie przyrodniczym i kulturowym regionu.

W tym roku Dzień Bociana Białego odbędzie się 1. czerwca 2018, tradycyjnie w Krutyniu, siedzibie  Mazurskiego Parku Krajobrazowe. Będziemy malowali stare dachówki. Warsztaty edukacyjno-artystyczne otwarte są dla wszystkich chętnych. Park co roku organizuje swoje święto z licznymi atrakcjami edukacyjnymi i kulturalnymi. Bocian biały to symbol parku. A jednocześnie 1. czerwca przypada także Dzień Dziecka. Ale przecież bocian mocno kulturowo związany jest z dziećmi - według ludowego porzekadła dzieci przynoszone są przez bociany (w innych regionach znajdowane są w kapuście). Skąd się wzięła ta kulturowa tradycja? Może warto się nad tą kwestią etnograficznie i kulturowo zastanowić.

Zapraszam do wspólnego malowania starych dachówek i polnych kamieni. A przy malowaniu będą rozmowy o dziedzictwie kulturowym (dlaczego bociany wiążą się z przynoszeniem dzieci i duszą wg dawnych Słowian), o ochronie przyrody o samym bocianie i jego siedlisku. Porozmawiamy także o dzikich pszczołach, zapylaczach i kwiatach. I o metodach aktywnej edukacji. I o łąkach kwietnych w miastach.

Malowanie w uroczych okolicznościach przyrody i w towarzystwie licznych pokazów edukacyjnych i przyrodniczych to forma wykładu i dyskusji poza murami szkoły/uniwersytetu. Zapraszam - przyjedź, odwiedź Mazurski Park Krajobrazowy, posłuchaj przyrodniczych i kulturowych, niespiesznych opowieści, zapytaj, podyskutuj. W czasie malowania można milczeć, można rozmawiać, można dyskutować. To takie współczesne spotkanie i "darcie pierza" i filozoficzne dyskusje przy łuskaniu fasoli.

Tematem pleneru malarsko-edukacyjnego będzie bocian biały i jego środowisko, zatem i podmokłe łąki i wszystko co tam żyje. Cała bioróżnorodność łąki z bogactwem roślin i zwierząt. Potem dachówki będą użyte jako daszek w hotelu dla owadów w Parku (wymienimy na nowe, bo stare się już trochę zużyły). Owady zapylające i hotele dla owadów tematycznie wiążą się z siedliskiem bociana białego.

Być może udałoby się także porozmawiać o wyzwaniach współczesnej edukacji i uniwersytetu? W okolicznościach bardzo a propos edukacji pozaformalnej i poza murami szkoły.

A jeśli pomalujemy tych dachówek więcej (minimum 20) to wtedy przywieziemy te dachówki do Olsztyna i w formie wystawy pokażemy (kilka miesięcy wystawy plenerowej) przed budynkiem Wydziału Biologii i Biotechnologii lub Biblioteki Uniwersyteckiej (są tam już stelaże i dachówki, zmienimy wystawę). A jeśli pomalujemy ze 40, to w obu miejscach będzie wystawa. Można zatem wystawę przygotować na wrześniowe Olsztyńskie Dni Nauki lub/i na Noc Biologów 2019 w styczniu.

Więcej szczegółów i (a potem relacji) na Facebooku (wydarzenie). Tam też pojawią się bezpośrednie relacje z malowania, zdjęcia, filmy, wideo transmisje, pokażemy powstające prace.

Z różnych przyczyn nie wszyscy będą mogli osobiście zjawić się 1. czerwca w Krutyniu. Ale malują z nami - swoje dachówkowe prace dołączą później i razem stworzymy wystawę w Olsztynie. Obowiązuje tylko jedna tematyka: bocian biały i jego siedlisko, łącznie z bioróżnorodnością łąki.

W 2016 r., w czasie Dnia Bociana Białego malowaliśmy butelki, kamienie i dachówki ze studentami dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Tu zdjęcia. Teraz też będzie uroczo, edukacyjnie i refleksyjnie.

8.05.2018

Karaoke na sali wykładowej? Rzecz o współczesnym uniwersytecie.

Określenie, które usłyszałem od studentów, bardzo mi się spodobało przez swoją trafność. Karaoke - wykład czytany z ekranu (treść wyświetlana na ekranie). Niestety często (?) się zdarza w salach uniwersyteckich (i innych szkół wyższych, czasem na odczytach i różnego typu kursach). Sam doświadczam czasem a na pewno doświadczają studenci. I w różny sposób komunikują swoje zniesmaczenie. Na przykład napis na blacie na sali wykładowej "Pan doktor się nie postarał. Czytać umiałem już w podstawówce". Mazania i bazgrania na meblach w sali wykładowej nie pochwalam.

Co mówią w ten sposób studenci? Karaoke - to prześmiewczo wrażone poirytowanie. Wiedza odtwórcza, nieautentyczna, gorszej jakości i poniżej oczekiwań. Piszę o tej tajemnicy poliszynela bo jeszcze mi zależy na jakości nauczania uniwersyteckiego i po to, by wyraźnie podkreślić "to widać!". Jest to także głos w dyskusji nad współczesnym uniwersytetem i edukacją. Musimy dużo zmienić bo i świat się zmienił. Jednocześnie przy różnych zmianach i "punktozach" zatraciliśmy istotę uniwersyteckiego poszukiwania. Często pozostał pusty rytuał (forma bez należytej treści). Uniwersytet trzeba przemyśleć na nowo. Nie dlatego że był zły, tylko zmieniły się cywilizacyjne i społeczne okoliczności. Do tego niezbędna jest otwarta dyskusja. I ja dorzucam malutki kamyczek.

Dlaczego razi taki sposób wykładania i dlaczego jest uprawiany? Problem jest złożony i uwarunkowany historycznie. Świat się niewątpliwie bardzo zmienił, także  z zakresie komunikacji i przekazywania wiedzy. Niektóre archaizmy rażą swoją nieadekwatnością i nieefektywnością. Mimo, że być może kiedyś był to poprawne i funkcjonalne. Tak jak w ewolucji biologicznej trzeba się ciągle zmieniać i dostosowywać do środowiska... by pozostać w tym samym miejscu (dostosowania). A teraz zmiany tego środowiska gwałtownie przyspieszyły. Za sprawą globalizacji i trzeciej rewolucji technologicznej.

W odniesieniu do przyczyn "karaoke" warto postawić pytanie: przekazywanie wiedzy czy zagospodarowywanie przydzielonego czasu (jakoś go wypełnić i dotrwać do końca)? Chcę w ten sposób powiedzieć, że nie są winni tylko tak wykładający nauczyciele akademiccy. Szwankuje coś w systemie. Podkręcane normy i wymagania czynią z uczonych naukowców-rzemieślników, starających się "wyrobić normę". A w awansie liczą się tylko publikacje i granty a nie jakość dydaktyki. Jednym z efektów jest karaoke (tak specyficznie rozumiane). I wbrew pozorom nie jest to zjawisko nowe. Być może śmielej teraz o tym mówimy.

Punktoza i uszkółkowienie, brak zaufania do kadry akademickiej i dlatego trzeba jej narzucać rozwiązania i kontrolować? Skala powszechności kształcenia na poziomie wyższym wymaga zapewne szeregu uregulowań. Kształcenie uniwersyteckie nie jest już elitarne, jest od kilku dziesięcioleci egalitarne, powszechne. I to jest pierwsza przyczyna koniecznych zmian. Nierozsądnym byłby powrót do przeszłości czyli ograniczanie i limitowanie wykształcenia. A takie głosy często się słyszy. Nowoczesna gospodarka oparta na wiedzy potrzebuje ludzi wykształconych. I to nie po siedmiu klasach szkoły podstawowej ale po studiach. Z powodu powszechności kształcenie uniwersyteckie utraciło funkcję elitotwórczą. Ale jeszcze dawnej elity także były wyłaniane i kształtowane inaczej. Więc nie ma co na siłę upierać się, że uniwersytety mają być elitarne. Skala powszechności i udział osób także przeciętnych wymusza z pewnością różnorodne zmiany, w tym standaryzację, programy itd. Warto się jednak zastanowić co powinno być wystandaryzowane i co jest największą wartością kształcenia akademickiego.

Dawniej środowiska akademickie posiadały dużą autonomię. Teraz brak jest zaufania, stąd bardzo szczegółowe regulacje i konieczność sporządzania dużej liczby dokumentów, przed, w trakcie i po. Ten brak społecznego i instytucjonalnego zaufania bierze się zapewne z powodu braku jasnych celów - po co jest wykształcenie wyższe. Czy jest kształceniem zawodowym, czy kulturotwórczym, czy formacyjnym? Jeśli nie ma czytelnego sensu, przeradza się to w wadliwą i uśmiercającą biurokrację. A uniwersytety przekształcają się w szkółki. Przynajmniej te niektóre.... Stanowczo brakuje mi otwartej, szerokiej i społecznej dyskusji o edukacji w ogóle, w tym o edukacji uniwersyteckiej (lokalnie i ogólnopolsko). Po co i dlaczego. A wtedy łatwiej będzie odpowiedzieć na pytanie jak.

Zjawisko karaoke jest przynajmniej w części spowodowane ubytkiem wybieralnych wykładów na rzecz programu. Sztywnego programu z pozorami wyboru zajęć przez studentów. Wybór jest bardzo ograniczony, czasem iluzoryczny. Nie przedstawiamy swoich odkryć naukowych a realizujemy programy nauczania (przekazujemy wystandaryzowaną wiedzę, ujednoliconą). I skupiamy się na wiadomościach a nie umiejętnościach i kompetencjach społecznych. Z założenia mądry i wartościowy pomysł Krajowych Ram Kwalifikacji by ujednolicić studia w całej Unii Europejskiej (by dyplomy były równoważne i niosły to samo) a przede wszystkim skupić się na analizie celów i efektów, przynajmniej w Polsce w dużym stopniu ugrzązł w tabelkowym wypełnianiu sylabusów. Sztuka dla sztuki. Zabrakło na początku długiej i pogłębionej dyskusji o celach i sensie, skupiło się na programie komputerowym. Źle zaprojektowany program (bo nie były jasne cele) generuje papierologię a to co najważniejsze (analiza celów i efektów) gdzieś się zagubiło.

W rezultacie mamy dużo różnych, poszatkowanych zajęć i plan lekcji jak w szkole. Efektem tego jest brak czasu na własne, samodzielne poszukiwania studentów i na dobry dialog z naukowcami. Gdzieś wspólnota uczących i nauczanych, a wspólnie poszukujących, się zagubiła jeszcze bardziej. Oczywiście różnie jest to na różnych uniwersytetach, wydziałach czy szkłach wyższych. Bo różny był i jest tam kapitał ludzki oraz kapitał społeczny.

Jaki realizujemy model kształcenia? Nie liczy się przyjazne środowisko akademickie a program nauczania (w papierach ma się zgadzać i ładnie wyglądać). Studia to przede wszystkim ludzie, których się spotyka. To nie tylko wykłady i ćwiczenia, ale i realizacja projektów, pomysłów z innymi studentami, z innych wydziałów. Zanik wspólnoty, zamieszkującej jeden teren kampusu uniwersyteckiego jest groźny dla samej istoty kształcenia wyższego. Bo przecież nie chodzi o przekazanie wiadomości (to można i samemu w wieku XXI). Chyba ważniejsze jest uczestnictwo w poszukiwaniach, w rozumieniu świata, dyskutowaniu itd.  Przyjeżdżamy jak do szkoły. I wyjeżdżamy. Co w świecie cyfrowym on-line, z dostępem do wiedzy z całego świata, staje się coraz bardziej anachronizmem. Dlatego teraz rażą wykłady typu karaoke.

Po co jest wykład?
Znaczenie wykładu zmienia się w historii ludzkości, bo zmieniają się formy komunikacji i przekazywania wiedzy. Ale nawet w wieku XXI wykłady są potrzebne. Nic nie zastąpi bezpośredniego kontaktu człowieka z człowiekiem. Człowiekiem, naukowcem a nie kiepskiej jakości czytnikiem. Jest więc niezbędny i wartościowy kontakt studenta z wykładowcą, naukowcem, uczonym. Nie musi to być tradycyjny wykład. To może być dialog, rozmowa, ćwiczenia, wspólny spacer. Każdy naukowiec ma coś cennego do przekazania. Ale czy ma do tego warunki i możliwości? To, co w kontaktach uniwersyteckich najcenniejsze, zostało zastąpione sztywnymi programami. Na czym się skupić we współczesnych uniwersytetach?

Skąd to się wzięło. Odczyt i przemówienie.
Dawno temu, żeby się czegoś od innych dowiedzieć, to trzeba było pójść i porozmawiać. Porozmawiać z mistrzem, nauczycielem, autorytetem. I tak było przez kilkadziesiąt tysięcy lat w kulturze mówionej. Pierwsze akademie i licea powstawały wokół osób. Wiedza przechowywana była w mózgach ludzi. I nie było innego sposobu jak spotkać się twarzą w twarz i rozmawiać. Wtedy wykład był opowieścią i jedyną formą zdobywania wiedzy (nie licząc własnego doświadczenia i obserwowania). Za każdym razem, każdego dnia trzeba było ten "wykład" wygłosić.

Gdy pojawiło się pismo - pierwsza pamięć zewnętrzna ludzkich mózgów - wykład można było spisać w sposób uporządkowany, zaplanowany. Tekst można samodzielnie przeczytać... nawet kilkaset lat po śmierci autora. Tak powstały uniwersytety-biblioteki: w jednym miejscu zgromadzeni ludzie i zasoby biblioteczne. Jeszcze długo sercem uniwersytetu była biblioteka i zgromadzony w niej księgozbiór. Poza rozmowami, dyskusjami ważna była umiejętność czytania i interpretowania treści. Zatem sensem wykładu było także objaśnianie pism i ksiąg - jak je rozumieć. Czytanie na wykładzie miało sens podwójny: raz że rękopisy i księgi były trudno dostępne, dwa chodziło o ich objaśnianie i interpretowanie.

Pismo jako pamięć zewnętrzna wpłynęło trochę na sztukę retoryki. Sokrates to przewidział... Gdy upowszechnił się druk i łatwość dystrybucji, odczyt jako taki traci sens. Kiedyś był bardzo potrzebny i wartościowy (zgrabne ułożenie tekstu, przygotowanie kompozycji i odczytanie), jednak w czasach pospiechu i nadmiaru docierających informacji, stał się mało efektywną formą przekazywania informacji.

Po wojnie w Polsce  brak książek i podręczników. Wykład był głównym kanałem komunikacji i upowszechniania wiedzy. Nawet jeśli wtedy ktoś czytał podręcznik... to miało to jakiś sens. Nie było alternatywy. Lepsze jednak zawsze jest mówienie i przedstawianie swojej wiedzy, swoich pomysłów i przemyśleń niż czytanie (inna jest dynamika i logika przemówienia, inna tekstu do samodzielnego odczytania). Brak książek sprawiał, że studenci mogli korzystać tylko z własnej pamięci i notatek. Notatki czasem uwspólniano - studenci notowali, składali w całość, poprawiali i powstawały skrypty. Czasem były autoryzowane przez profesorów. Wspólne, konektywne utrwalanie i upowszechnianie. Te czasy już minęły. Nie brakuje podręczników. Można samodzielnie przeczytać. Są podręczniki w bibliotekach. Zatem po co być na karaoke, jeśli można przeczytać samemu? A konektywna wiedza powstaje on-line, w różnych strefach internetu.

Czytanie z kartki jest tak samo nudne jak czytanie z ekranu. Rzutnik multimedialny daje duże możliwości poszerzenia przekazu werbalnego. Można wyświetlić słowa, by dłużej były obecne i łatwiej zapamiętywalne. Można pokazać obrazy, schematy i animacje, można pokazać ruch. Kiedyś na wykładzie można było pokazywać doświadczenia (teraz można to zrobić na ćwiczeniach), można było wcześniej przygotować plansze i schematy i je pokazywać i omawiać. Można było schematy, nawet kolorowe, rysować kredą na tablicy (wymagało umiejętności i treningu). A teraz bardzo łatwo i szybko to samo można przygotować w Power Poincie (lub innym programie). I łatwo skopiować, upowszechnić, wykorzystać. Łatwo wziąć cudze i... odczytać. Żeby dobrze wykład przygotować, trzeba wiele czasu na przygotowania. Przede wszystkim na przemyślenie treści i dobranie pomocy. Po drugie trzeba to technicznie przygotować. A co, jeśli nie starcza czasu? Bo liczą się publikacje naukowe, punkty a zajęć jest dużo i to bardzo różnych (narzuconych a nie samemu wymyśłonych i zaproponowanych)? I to nie my wybieramy tematykę zajęć a dostajemy w formie programu, siatki godzin itd.? Skoro dydaktyka nie jest ważna (nie liczy się w dorobku i do awansu, wykład zniknął nawet z postępowania habilitacyjnego), to kusi droga na skróty. Poza studentami i tak nikt wysiłku albo jego braku nie zauważy, nie doceni... Klimat dla karaoke...

"Czytać to ja umiem - wystarczyło przesłać mailem albo podać teraz wnioski" - to  karteczka z zebrania naukowego, ważnego. Wyświetlanie dokumentów tekstowych (dokument Word) na akranie i czytanie treści. Kiedy mamy tak mało czasu, to czemu takim brakiem profesjonalizmu jesteśmy bombardowani? Naukowcy naukowcom to robią, akademicy akademikom. To dlaczego się dziwić, że i studentom? Nie staram się usprawiedliwiać karaoke wykładowego, staram się zrozumieć przyczynę. A wtedy łatwiej będzie o sensowne i skuteczne działania naprawcze.

Nieadekwatność niektórych standardów widoczna jest w wielu aspektach życia akademickiego. Na przykład obrona doktorska lub kolokwium habilitacyjne (teraz postępowanie). Doktorant napisał pracę, przeczytali ją recenzenci. Teoretycznie inne osoby na sali także mogły się z pracą zapoznać. Doktorat w krótkiej prezentacji przedstawia główne elementy swojej pracy: wstęp, cel, materiał, wyniki, dyskusję i wnioski. A recenzenci odczytują swoje recenzje. Przecież recenzje można rozesłać mailem do członków komisji czy rady wydziału (i teraz się rozsyła). Czy nie lepiej, gdyby recenzent przedstawił swoje stanowisko, np. w formie kilkuminutowej prezentacji? Do posłuchania i zastanowienia się. Jego stanowisko i uzasadnienie. Szczegóły są przecież w spisanej recenzji.

Kiedyś i owszem, było inaczej i czytanie miało sens. Recenzje pisało się na maszynie do pisania. Ile może być czytelnych kopii? 3-4 egzemplarze. Członkowie rady wydziału nie mieli więc fizycznie możliwości wcześniej zapoznać się z recenzją. Jej odczytanie (słowo w słowo) miało sens. Ale od tego czasu dużo się zmieniło. Są kserokopiarki. Recenzja przesyłana jest także w formie pliku, można ja rozesłać do wszystkich zainteresowanych w dowolnej liczbie kopii. Nie ma ograniczających uwarunkowań technicznych. Odczytywanie traci sens. Może więc zamiast odczytywania krótka prezentacja? Nawet i z użyciem rzutnika mutimedialnego, by wyraźniej pokazać i uzasadnić swoje, recenzenckie zdanie? Dawna tradycja i standardy najwyraźniej nie nadążają za szybko zmieniającą się rzeczywistością trzeciej rewolucji technologicznej. Stąd i karaoke na wykładach.... Pora to szybko zmienić. A wcześniej zastanowić się nad celem i sensem komunikacji i pod tym kątem zmienić dotychczasowe, akademickie rytuały.

Zmienić formę a zachować sens.

Niżej fragmenty anonimowej ankiety sprzed 14 lat, pośrednio wskazujące na wybieralność zajęć kontra ich narzucanie. I jak to studenci czują. Znalazłem stare ankiety ewaluacyjne w szpargałach.



7.05.2018

Nartniki – siądź nad wodą i popatrz


Nie sposób ich nie zauważyć. Małe, czarne, biegające po wodzie owady – nartniki. Co prawda na powierzchni pływają takie inne czarne i jajowate owady … ale to chrząszcze z rodziny Gyrynidae - krętakowate. W razie zagrożenia nurkują pod wodę i tyle ich było widać. Metalicznie czarne, błyszczące i szybsze od nartników.

Nartniki to grupa wodnych owadów, pluskwiaków różnoskrzydłych (Heteroptera), należących do rodziny nartnikowatych (Gerridae) i rodzaju nartnik (Gerris). W Polsce występuje kilkanaście podobnych do siebie gatunków. Wielkość ciała dorosłego owada wynosi od pół do jednego centymetra (larwy są mniejsze). Ciało mają wydłużone, koloru szaro-czarnego, czasem z białawymi bokami. Strona brzuszna jest jaśniejsza. Charakterystyczne są ich długie odnóża oraz nawodny sposób życia: poruszają się (biegają, ślizgają się) po powierzchni wody – wykorzystują napięcie powierzchniowe wody. Jak wszystkie owady mają trzy pary odnóży, jednak zazwyczaj wyraźnie widzimy dwie pary. Pierwsza para odnóży jest nieco krótsza i skierowana do przodu, wzdłuż głowy, przez co jest mniej widoczna (można pomyśleć że to czułki) i możemy odnieść wrażenie, że nartnik ma 4 odnóża (dwie pary). Na głowie mają oczy i czułki. Pierwsza para odnóży pomaga w chwytaniu i przytrzymaniu ofiary.

Podobny, nawodny tryb życia prowadzi inny pluskwiak nawodny: poślizg (Hydrometra) – jest jednak dużo bardziej smukły i mniejszy. Spotkać go można na torfowiskach. I znacznie trudniej zauważyć. 

W Afryce są chruściki (Trichoptera), które w stadium imago biegają po wodzie jak nartniki (ale narządy gębowe są proste, typu liżącego, nie są  drapieżnikami - jak to dorosłe chruściki). W Polsce też można spotkać dorosłe chruściki, które uciekając biegną czasem po wodzie na małym dystansie (np. rodzaj Cyrnus).

Nazwa nartników wywodzi się od sposobu poruszania po wodzie, tak jakby ślizgały się po wodzie niczym narciarz poruszający się po śniegu. Dawniej mówiono także na nartniki: miernik, mierzek – co wywodzi się od skojarzenia z mierniczym, mierzącym grunt za pomocą drewnianego trójkąta. Albo kogoś, mierzącego odległość szeroko stawianymi krokami.

Nie ma wyraźnego dymorfizmu płciowego u nartników, różnice są więc jedynie w wielkości (samce są zazwyczaj nieco mniejsze) oraz w budowie aparatu kopulacyjnego (a to zobaczyć można jedynie pod powiększeniem). W czasie kopulacji samiec jest na grzbiecie samicy. Zatem, gdy na wodzie zobaczymy parę nartników, to ten na górze (jak "na barana") to samiec.

Nartniki są owadami drapieżnymi. Żywią się przede wszystkim owadami, które wpadły do wody. W przenośni można powiedzieć, że nartniki to takie małe, nawodne hieny, Owady, które wpadły do wody (np. muchówki, pszczoły, ważki, chrząszcze, dorosłe chruściki), szamoczą się. W ten sposób wytwarzają fale na powierzchni wody, wyczuwane przez nartniki dzięki specjalnym receptorom, znajdującym się na ich odnóżach. Pozwala to zlokalizować ofiarę a także jej potencjalną wielkość. W tym podobne są do pająków, wyczuwających ofiarę po drganiach sieci łownej. Nartniki podbiegają do ofiary, wbijają swoją kłujkę (aparat gębowy w typie ssąco-kłującego) i wysysają swoją ofiarę (typowe dla wszystkich pluskwiaków różnoskrzydłych). Mogą polować także na larwy i poczwarki komarów oraz rozwielitki (skorupiaki wodne), które podpływają do powierzchni wody (a więc sięgają po ofiarę spod wody).

Siądź na pomoście nad jeziorem lub rzeką i popatrz na nartniki. Co robią, jak się zachowują. A jak masz telefon z mobilnym internetem, to poszukaj opisów i wiadomości o tych ciekawych owadach wodnych. Wtedy dostrzeżesz więcej. I zrozumiesz co się dzieje i dlaczego.

(Para nartników w czasie kopulacji)
W Polsce nartniki zasiedlają wody stojące (jeziora, stawy), torfowiska, wolno płynące fragmenty czek (zatoki, zastoiska, tam gdzie nurt jest wolniejszy), strumienie i źródła. Zazwyczaj występują przy brzegu, czasami w bardzo licznych zgrupowaniach. Można je spotkać od wiosny aż do późnej jesieni. Zimę spędzają na lądzie, w pobliżu wód, ukryte pod zeschłymi liśćmi lub mchem. U niektórych gatunków obserwuje się brachypterię - krótkoskrzydłość. Niektóre populacje tego samego gatunku mają skrócone skrzydła, inne populacje nie. Brachypteryczne samice redukują także mięśnie skrzydłowe, dlatego mogą więcej energii przeznaczyć na składanie jaj. W rezultacie składają więcej jaj ale tylko w jednym zbiorniku. Długoskrzydłe samice więcej energii przeznaczają na lot (migracje, dyspersję) i utrzymanie mięśni skrzydłowych. W rezultacie mogą złożyć mniej jaj (mniej liczne potomstwo). Ale za to składają jaja w różnych zbiornikach. Która strategia jest lepsza? W środowisku stabilnym, niezmiennym opłaca się być krótkoskrzydła samicą. Ale w środowisku astatycznym, zmiennym, nieprzewidywalnym lepiej ulokować swoje mniej liczne potomstwo w różnych zbiornikach i siedliskach. Któreś zawsze ma szanse trafić na bogate zasoby pokarmowe i przyjazne warunki. Obserwując nartniki biegające po wodzie można się wiec zastanawiać nad strategiami ewolucyjnymi.

Na odnóżach (nogach) nartnika znajdują się mikroskopijne włoski około 50 mikrometrów długości, dodatkowo mającymi wyżłobienia. Ta mikrostruktura umożliwia wnikanie powietrza, co zwiększa możliwość owada utrzymywania się na powierzchni wody. Wzmacnia to działanie pokrywającego nogi hydrofobowego (odpychającym wodę) wosku. Dodatkowo całe ciało nartnika pokryte jest od spodu gęstymi, srebrzystymi włoskami. Między tym włoskami gromadzą się pęcherzyki powietrza, wykorzystywane przez nartniki do oddychania w zanurzeniu oraz bezpieczne wyjście na powierzchnię w przypadku przypadkowego (lub celowego) zanurzenia. Samice składają jaja pod wodą, przymocowując je do podwodnych roślin, kamieni, kawałków drewna. Młode, wylęgające się z jaj larwy (w pokroju podobne do dorosłych) wypływają na powierzchnię i prowadzą nawodny tryb życia.

Na niektórych nartnikach widać czerwone kropki. To larwy wodopójek, pasożytujących na tych owadach. Larwy wodopójek (Hydrachnidia, dawniej Hydracarina – wodne kleszcze) wylęgają się w wodzie. Jak więc dostają się na ciało dorosłego owada, biegającego po wodzie? Korzystają z momentu zanurzenia się pod wodę? I wchodzą na larwę czy dopiero na dorosłego? To muszę doczytać lub najlepiej dopytać się specjalistów.

(Nartnik z widocznymi wodopójkami - czerwone kropeczki na ciele)

5.05.2018

Przyroda w mieście – lepiarka wiosenna


W połowie maja, gdy pachną bzy lilaki, zaczyna kwitnąć kasztanowiec a słowik pięknie śpiewa po drugiej stronie ulicy, wspominam jeszcze wczesną wiosnę. Gdy w połowie kwietnia podglądałem pszczolinkę trójbarwną (Moja sąsiadka z trawnika - pszczolinka trójbarwna (Andrena clarkella) ) przy okazji zauważyłem nieco mniejszą pszczołę. Najpewniej była to lepiarka wiosenna (Colletes cunicularius). Pewności nie mam, ale okoliczności i zdjęcia wskazują na ten gatunek.

Nawet w mieście przyroda jest bogata. Wystarczy tylko się przyglądać. Zwolnij, przysiądź na ławce lub na trawie i patrz. Nie ma potrzeby nieustannie ścigać się z innymi. Wystarczy wykonywać swoją pracę najlepiej jak się potrafi. I czerpać z tego przyjemność. I jeszcze zatrzymać się, by cieszyć się światem wokół nas, jego bogactwem. Te przyjemności są za darmo, dla każdego.

O pszczołach można w uproszczeniu powiedzieć, że są to osy, które przeszły na wegetarianizm. A że procesy w przyrodzie zachodzą powoli i z dużą różnorodnością, to można zobaczyć ogniwa przejściowe (tak w uproszczeniu). Można więc w mieście obserwować ślady ewolucji. Ba, w mieście ewolucja zachodzi cały czas – nie tylko człowiek dostosowuje się to tego nowego dla biosfery środowiska, ale i inne gatunki. Możemy mówić o synurbizacji.

Lepiarkowate (Colletidae) to rodzina owadów, skupiająca najprymitywniejsze pszczoły (najmniej wyspecjalizowane, niejako na początku „upszczołowienia”). Mają krótkie narządy gębowe co upodabnia je do grzebaczowatych (Sphecidae). Wśród nich są przedstawiciele o ciele nieowłosionym (samotka) i przenoszą pyłek w wolu (samotka) lub w owłosieniu na tylnych nogach choć nie mają na nich wyraźnie wykształconych szczoteczek (lepiarka). Lepiarkowate gnieżdżą się w ziemi lub w pustych łodygach roślin. Samice powlekają ścianki norek lub łodyg (ścianki komórek) wydzieliną swoich gruczołów. Po wyschnięciu wydzielina ta tworzy jedwabistą błonkę. Takie wyścielenie komórek sprawia, że mogą magazynować pokarm o półpłynnej konsystencji.

W Polsce występują dwa rodzaje z rodziny lepiarkowatych: samotka (Hylaeus) i lepiarka (Colletes). Pośród 13 gatunków lepiarek, żyjących w Polsce, jest i lepiarka wiosenna. Samotki zakładają swoje gniazda w pustych łodygach roślin: ostrożenia, bylicy, szczawiu, malin, bzu, róży lub w drewnianych ścianach. O ile drewnianych, nie impregnowanych ścian, nie ma już praktycznie w miastach, to przecież na niewykaszanych zbyt często trawnikach mogą pozostać byliny, jakże ważne także i dla samotek. Lepiarki budują swoje gniazda w ziemi. Lepiarki są bardziej owłosione od samotek.


Lepiarka wiosenna - Colletes cunicularius (Linnaeus 1758) - jest największą z naszych krajowych lepiarek. Długość ciała waha się w granicach: 13-15 mm. Owady dorosłe (imaniges) spotkać można od marca do maja. Pojawia się najwcześniej ze wszystkich lepiarek. Pszczoła w pełni wczesnowiosenna. Tułów lepiarki wiosennej pokryty jest gęstymi włoskami, wygląda to jak futerko Lepiarkę wiosenną spotykać można w miejscach o piaszczystym podłożu i skąpej szacie roślinnej, na wydmach nadmorskich, śródlądowych i w dolinach rzecznych. Pod moim blokiem żyją na lekko pochyłej, piaszczystej skarpie, pod drzewami i z ubogą roślinnością. W Europie Środkowej zasiedla doliny rzek i okolice przybrzeżne. Z mojej trawnikowej skarpy ma niedaleko do rzeki Łyny. Jej obecność to pozostałość po krajobrazie doliny rzecznej, systematycznie przekształcanej w ostatnich latach.

Po zapłodnieniu samica wykopuje norki gniazdowe w luźnej, piaszczystej glebie, zazwyczaj w miejscach o powierzchni poziomej lub lekko pochyłej. Takie warunki znajdują na moim osiedlowym, przyulicznym trawniku. Odżywiają się nektarem i pyłkiem wierzb (głównie wierzby iwy i łozy). Także i w dolinie rzeki Łyny tych krzewów nie brakuje. Mam nadzieję, że w ramach porządkowania zieleni miejskiej i zakładania parku, nie zabraknie tej naturalnej, wiosennej bazy pokarmowej i dla "moich” lepiarek wiosennych. Gatunek zimuje w komorze lęgowej, w norce, tak jak większość latających wczesną wiosną pszczołowatych.

Samica wykopuje norkę o głębokości 30 - 50 cm. Od tego głównego korytarza odchodzą odgałęziania z bocznymi komorami. Może być ich nawet 12. W każdej komorze składa jajo i umieszcza kulkę z nektaru i pyłku. Jest to zapas pożywienia dla rozwijającej się larwy. W komorach położonych płycej rozwijają się samce, w tych głębszych - samice. Dlatego wczesną wiosną najpierw pojawiają się samce, a dopiero potem samice. W ciągu roku rozwija się jedno pokolenie.

Na południu Europy lepiarka wiosenna zapyla dwulistniki: Ophrys sphegodes i Ophrys exaltata. Kwiaty te naśladują samice pszczół i zwabiają samce, które próbują kopulować. O tych niezwykłościach roślin już pisałem: Smukwa i storczyki czyli jak kwiaty na dwa sposoby bałamucą (kulinarnie i seksualnie). Zwodząca na pokuszenie roślina nie jest jedynym problemem tych wiosennych pszczołowatych. Pasożytem gniazdowym jest nęczyn lepiarkowiec (Sphecodes albilabris), znacznie rzadziej nęczyn czerwonobrzuchy (Sphecodes gibbu). Takie pszczele kukułki (kleptopasożytnictwo).

Lepiarka wiosenna jest gatunkiem o zasięgu palearktycznym, spotykanym niemal w całej Europie. W Polsce lepiarka wiosenna dawniej występowała pospolicie na całym obszarze kraju. Teraz jest znacznie rzadsza, przede wszystkim na skutek antropogenicznego przekształcenia krajobrazu. Może zatem w miastach, przynajmniej takich jak Olsztyn, tworzyć przyjazne siedliska dla tego gatunku (jak i innych pszczół samotnic)? Wystarczy zadbać o odpowiednie siedlisko do zakładania norek gniazdowych i wiosenny pokarm w postaci nektaru i pyłku. Zatem nie wszechobecne tuje a wierzby niech zdobią nasz krajobraz.

(Skarpa z licznymi gniazdami lepiarki jedwabniczki - letniej lepiarki, kuzynki "mojej" wiosennej)