6.05.2025

Iskanie telefonicznego ekranu czyli ewolucyjnie uwarunkowana potrzeba bliskości w cyfrowym świecie



Przed naszymi oczami często pojawia się widok osób miziającyh ekrany, skrolujących media społecznościowe w telefonie. Co się za tym kryje? Jako biolog widzę ewolucyjną zmianę społecznego behawioru. Na korytarzach uniwersyteckich budynków, w bibliotece, w salach ćwiczeniowych i wykładowych, w autobusie – wszędzie ten sam obrazek. Pochylone głowy, skupione twarze, palce nieustannie przesuwające się po szklanych ekranach smartfonów. Mizianie, skrolowanie, jakby w transie. Co tak nas absorbuje? Czy rzeczywiście pochłania nas bez reszty wir informacji i wiedzy? Jako biolog ewolucyjny patrzę na to zjawisko przez pryzmat milionów lat naszej historii i dostrzegam w tym zachowaniu echo pradawnego społecznego rytuału – iskania. Nie tylko echo lecz i nowe wcielenie. Widzę początki nowej adaptacji i włączanie do naszego, ludzkiego stada nowych, nieludzkich obiektów, które iskamy.

Zaczęło się to wiele milionów lat temu u ssaków naczelnych, zwierząt o społecznej strukturze. Iskanie to przeczesywanie futra w celu usunięcia pasożytów lub jakichś nieczystości. Powierzchownie to tylko zabieg higienicznych, które jeden osobnik robi drugiemu. W rezultacie lubimy dotyk, delikatne drapanie czy czochranie włosów. Z czasem ten element społeczny ważniejszy stał się od higienicznego. Polubiliśmy dotyk i bliskość fizyczną (wybranych osób, bo przecież nie wszystkich!), czuliśmy się bezpieczniej w otoczeniu "iskających" nas członków stada. Iskanie w warstwie społecznej to nawiązywanie więzi i bliższych relacji.

Jednak ile osobników można "iskać" jednocześnie, by efektywnie budować społeczne relacje w grupie? Ograniczenia fizyczne przełamała mowa, rewolucyjny wynalazek Homo sapiens. Mowa uwolniła nasze ręce i pozwolił na "iskanie" na odległość. Dodatkowo głosem można iskać na raz wiele osób, co umożliwiło ludziom stworzenie większych społeczności. Głos mógł dotrzeć do wielu uszu jednocześnie, umożliwiając tworzenie większych i bardziej złożonych społeczności. Liczniejsze hordy wygrywały z nimi mniej licznymi. Tak powstały plemiona.

Kolejnym krokiem w ewolucji społecznego iskania było pismo. Listy, gazety, książki – te nośniki informacji - stały się nowymi narzędziami do budowania więzi na jeszcze większą skalę. "Iskaliśmy się" ideami, opowieściami, wspólnymi narracjami, co w konsekwencji doprowadziło do powstania narodów, opartych na poczuciu wspólnoty. Podobnie działa radio i telewizja, docierając do masowych odbiorców i budując poczucie wspólnego doświadczenia.

Teraz głaszczemy palcami swoje smartforny. Czy wyszukujemy informacji? Czy czerpiemy wiedzę? Przy okazji czegoś nowego się dowiemy, to prawda. Ale to niejako przy okazji. Tak jak przy okazji iskania ktoś usunie nam skórnego pasożyta, czy rozpoczynającą się infekcję. Za pomocą skrolowania w mediach społecznościowych przede wszystkim iskamy się społecznie, budujemy relacje w znacznie większej grupie. To coś ewolucyjnie nowego dla naszych mózgów i na razie różnie nam to wychodzi. Iskanie za pośrednictwem telefonu jest to jak patrzenie na ulicę: a to furmanka przejechała, a to pies przebiegł drogą, a co wrona wróble przegoniła.

Iskamy się za pomocą smartfonów. Czy rzeczywiście nieustannie poszukujemy informacji i wiedzy? Oczywiście, to jest część tego procesu. Ale głębiej, na poziomie ewolucyjnych potrzeb, iskamy się społecznie na niespotykaną dotąd skalę. Budujemy relacje w znacznie większych grupach, często przekraczających fizyczne granice wydolności naszych mózgów. Lajki, komentarze, udostępnienia – to cyfrowe odpowiedniki dawnych dotyków i pomruków akceptacji. A także usuwania kleszczy, ropni czy innych przylepionych brudów.

Na UWM powstało już kilka stref dla studentów, w tym także BioSfera na Wydziale Biologii i Biotechnologii. Potrzebujemy miejsc by tworzyć więzi społeczne na różne sposoby. Tworzymy nową przestrzeń do zaistnienia relacji międzyludzkich. Bo społecznie iskamy się nie tylko za pośrednictwem social mediów w smartfonie

Potrzeba tworzenia więzi społecznych jest w nas głęboko zakorzeniona. Uniwersytet, jak się dobitnie okazało, to nie tylko mury, książki i wykłady. To także przestrzeń do budowania relacji międzyludzkich, do bezpośredniego "iskania" w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. To tu, w bezpośrednim kontakcie, możemy w pełni doświadczyć bogactwa niewerbalnej komunikacji, budować trwałe przyjaźnie i wymieniać się "iskami" w sposób najbardziej naturalny i satysfakcjonujący dla naszego ewolucyjnie ukształtowanego mózgu. Dlatego tak ważne jest, abyśmy w tym cyfrowym świecie nie zapominali o wartości bezpośrednich spotkań i pielęgnowania relacji w realnej przestrzeni. Bo prawdziwe "iskanie" wciąż pozostaje społecznie skuteczne i wartościowe. Nawet w świecie technologii ważne są także relacje międzyludzkie.

Iskamy się plotkując. Czy ważne jest o czym i co mówimy? Mniej. Ważniejsze jest to, że robimy to w grupie i patrzymy na siebie. Tak jest w czasie ustnego, tradycyjnego plotkowania jak i w czasie iskania telefonów i miziania social mediów. Choć w tym ostatnim nie mamy już bezpośredniego kontaktu i nie patrzymy na siebie. Pośrednikiem jest technologia. Sytuacja nowa dla Homo sapiens i relacji społecznych. Co z tego wyniknie przy ograniczeniach naszych mózgów? A czy ze zwykłego plotkowania w maglu czy w poczekalni u lekarza zawsze wynikało coś dobrego?

Główną myślą niniejszego tekstu jest dostrzeżenie pewnych podobieństwa między dawnym iskaniem a dzisiejszym "głaskaniem" telefonów komórkowych. W obu przypadkach mamy do czynienia z poszukiwaniem akceptacji, uwagi i poczucia przynależności. Kiedyś tymi "iskami" były drobne gesty, spojrzenia, uśmiechy, dotyk, które budowały więzi społeczne w bezpośrednich interakcjach. Dziś tę rolę w dużej mierze przejęły lajki, komentarze, udostępnienia i inne formy aktywności w mediach społecznościowych.

Zmieniło się medium, ale potrzeba pozostała ta sama. Szukamy potwierdzenia naszej wartości, chcemy być widziani i akceptowani przez innych. Telefon stał się narzędziem, za pomocą którego nieustannie wysyłamy i odbieramy te cyfrowe "iski", "drapanie po plecach" itp..

Jakie są różnice między tymi formami "głaskania"? Bezpośredni kontakt niesie ze sobą bogactwo niewerbalnych sygnałów, których często brakuje w wirtualnej przestrzeni. Czy ta zmiana ma jakieś konsekwencje dla jakości naszych relacji społecznych? Sądzę, że tak.

Wpis to poszerzona wersja felietonu dla Wiadomości Uniwersyteckich.

5.05.2025

Czy można mówić o wizerunku nauczyciela i wykładowcy jako zaplanowanym działaniu?




Czy nauczyciel (edukator) to wolny zawód? Tak, wolny jak lekarz czy prawnik a mniej jako urzędnik państwowy. Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, kim tak naprawdę jest dzisiejszy nauczyciel? Czy to wciąż ten sam pan/pani zza biurka, przekazujący suchą wiedzę niczym urzędnik stemplujący dokumenty? Czas na rewolucję w myśleniu! Coraz śmielej możemy mówić o edukatorze jako o wolnym zawodzie – z wszystkimi tego  zaletami i wyzwaniami (niedogodnościami, napisałby pesymista). Bo wolny zawód daję więcej wolności i samodzielności ale i związanej z tym samodzielności i odpowiedzialności. Samodzielność jako zaleta... lecz i jako kula u nogi. Samodzielność wymaga większej kreatywności i większego wysiłku. W samodzielności nie można leniwie "jechać na autopilocie"...

Dlaczego używam słowa edukator? Bo nasza rola dawno wykroczyła poza szkolne mury. Uczymy nie tylko w klasach, ale wszędzie tam, gdzie pojawia się ciekawość i chęć poznania świata. Tworzymy tylko sytuacje, w których inni się uczą. Edukujemy w parkach narodowych, dostarczając doświadczana przyrody, edukujemy w muzeach i galeriach oprowadzając po tematycznie i celowo ułożonych kolekcjach eksponatów, rekwizytów, artefaktów. To trudna sztuka tworzenia dobrych sytuacji do uczenia się. Edukujemy w telewizji, radiu, w dynamicznym i nowym cywilizacyjnie świecie mediów społecznościowych. Coraz więcej samozwańczych edukatorów dzieli się swoją pasją i wiedzą online, docierając do milionów. Edukujemy wszędzie (bo do wychowania jednego dziecka potrzebna jest cała wioska), Dlaczego staram się unikać słowa nauczanie? Bo wiedza nie jest możliwa w dosłownym znaczeniu do przekazywania, jak przepisywanie książki. 

To, co robi edukator w szerokim słowa tego znaczeniu, to prawdziwa sztuka tworzenia dobrych sytuacji do uczenia się. Unikam słowa "nauczanie" z premedytacją. Nauczanie to pojęcie z dawnego paradygmatu i behawioryzmu. Bardziej skłaniam się ku nowszemu paradygmatowi, wolę poruszać się w przestrzeni konstruktywizmu i konektywizmu. Wiemy, że wiedzy nie da się po prostu "przekazać" jak plik tekstowy z komputera do komputera. Nie przelewamy jej z wiadra do kubka. Uczenie sie wymaga wysiłku nie tylko od edukatora ale przede wszystkim od uczącego się. 

Zadaniem edukatorów jest motywowanie, inspirowanie, prowokowanie do myślenia, tworzenie kontekstów, w których inni mogą samodzielnie konstruować swoją wiedzę. Może to być porywający wykład, fascynująca opowieść ustna, wciągający film dokumentalny, inspirujący wpis na blogu, czy interaktywna wystawa, która pobudza zmysły i umysł.

A skoro edukator staje się wolnym zawodem, naturalnie pojawia się potrzeba widoczności i budowania osobistej marki. To już nie wystarczy autorytet nadany przez miejsce pracy czy dyplomy. W tej nowej rzeczywistości liczy się prestiż, szacunek, uznanie, które sami wypracujemy. Silna marka osobista to nie tylko łatwiejsze pozyskiwanie "klientów" (uczniów, słuchaczy, widzów), ale przede wszystkim większa skuteczność w tworzeniu angażujących sytuacji edukacyjnych. Uczniowie chętniej uczą się od tych, których podziwiają i szanują, którym ufają. Dlatego nawet nauczyciel w tradycyjnej szkole powinien świadomie budować swoją markę – to inwestycja w lepsze efekty swojej pracy.

Zastanawiam się, jak w tym kontekście budować szacunek na uczelni? Czy droga grantów, publikacji i konferencji to jedyna ścieżka? Oczywiście, w środowisku akademickim te osiągnięcia wciąż mają ogromne znaczenie. Ale czy nie warto pójść o krok dalej lub krok w bok? Czy nie powinniśmy, jako akademiccy edukatorzy, dzielić się naszą wiedzą szerzej, wychodzić poza mury uczelni, angażować się w dyskusje publiczne, tworzyć treści popularnonaukowe?

W tym miejscu chciałbym przytoczyć inspirujące słowa Roberta Sowińskiego, które pojawiły się na Facebooku i skłoniły mnie do tych rozważań:

 "Budowanie marki osobistej nauczyciela: teraz vs przyszłość 

Obecnie wielu nauczycieli stawia na klasyczne formy budowania swojego wizerunku – uczestniczenie w szkoleniach, relacje w szkole, udzielanie się na konferencjach. Coraz więcej z nich jednak odkrywa siłę mediów społecznościowych i dzieli się swoimi pomysłami online.

Teraz:
Profile w mediach społecznościowych z materiałami edukacyjnymi.
Udostępnianie lekcji, pomysłów i inspiracji.
Rozpoznawalność głównie w środowisku lokalnym.

Przyszłość:
Zbudowanie globalnych społeczności wokół edukacji.
Tworzenie treści w formie wideo, podcastów czy kursów online.
Wykorzystanie sztucznej inteligencji do personalizowania treści edukacyjnych.

 Budowanie marki będzie bardziej cyfrowe, dynamiczne i globalne. Już dziś warto przygotować się na przyszłość! Jakie są Wasze pomysły na rozwój wizerunku online?"

(źródła: Plan daltonski oSrnosdpeta32d8gt lam7321ug13iu91g027z30.m94l646ho1a46718hhu 
Robert Sowiński)

Słowa Roberta Sowińskiego dobrze rezonują z moimi przemyśleniami. Przyszłość edukacji i roli edukatora jest nierozerwalnie związana z przestrzenią cyfrową. Budowanie marki , także marki online, tworzenie angażujących treści w różnych formatach, wykorzystanie nowych technologii – to nie są już opcje, to konieczność w społeczeństwie postpiśmiennym.

Dlatego zachęcam Was, drodzy edukatorzy – niezależnie od tego, czy pracujecie w szkole, muzeum, czy tworzycie treści w internecie – pomyślcie o sobie jak o marce. Zastanówcie się, jaką wartość wnosicie, co Was wyróżnia i jak możecie dotrzeć do tych, którzy chcą się uczyć. Czas porzucić myślenie o sobie jako o anonimowym urzędniku. Jesteśmy kreatorami, przewodnikami, inspiratorami – wolnymi profesjonalistami, którzy mają moc kształtowania przyszłości. Moc ale i brzemię wolności i samodzielności.

A Wy - przyszli (np. studenci) i obecni edukatorzy, jakie macie pomysły na budowanie swojej marki jako edukatorzy w tej nieustannie zmieniającej się rzeczywistości? Podzielcie się swoimi przemyśleniami w komentarzach. Planujecie swoje działania czy też jakoś tak, mimochodem się dzieją? Siłą rozpędu i siłą unoszenia się na fali improwizacji?

1.05.2025

Dysfunkcja społeczna - nawykliśmy do nieuważności



Coraz mniej ludzi potrafi słuchać. Nawykliśmy do nieuważności. A zaczęło się od czasów telewizji, kilkadziesiąt lat temu. Ekrany przyzwyczaiły nas do nieuważności. Widzimy twarz człowieka w ekranie... ale traktujemy jako urządzenie. Więc językiem ciała pokazujemy, że go lekceważymy, zajmujemy się czymś innym. Bo przecież urządzanie jest tylko rzeczą a nie człowiekiem. szacunek, jaki okazujemy człowiekowi nie  jest dla rzeczy. Ale przy okazji nasiąkamy nieuważnością i wyuczamy się innego, nieuważnego języka ciała. W dawnej kulturze słowa, gdy ktoś przyszedł, to najpierw trzeba było go uważnie wysłuchać a dopiero potem zadawać pytania. Mówi sie tylko raz, wiec trzeba słuchać by jak najwięcej zapamiętać. W kulturze ekranu telewizyjnego, gry programy są powtarzane, oduczyliśmy się uważności (już od ponad 50 lat!). Pogłębiło się w czasach filmu na życzenie i netflixach. Nie trzeba być uważnym, bo zawsze można odsłuchać jeszcze raz. I tak rodził się nawyk. I w takich społecznościach wyrastali młodzi ludzie. 

Teraz dostępność ekranów w telefonie pogłębiła tę dysfunkcję. Na przykład na wykładach studenci zajmują się czymś innym, bark kontaktu wzrokowego. Nie słuchają nawet jak inni studenci mówią czy prezentują dowolne treści. Mówiący nie dostaje potwierdzenia językiem ciała, że jest słuchany. Dostaje komunikat "i tak zajmujemy się czymś innym". To nie jest wielozadaniowość, to jest nieuważność. Narastająca dysfunkcja społeczna. I nie zaczęła się w czasach smartfonów. Teraz jedynie się pogłębia i upowszechnia na skalę masową. Może dlatego narasta agresja i depresja? Bo nie czujemy się słuchani, nie mamy potwierdzenia w języku ciała. Osoby potrafiące słuchać stają się rzadkością. I są bardzo cenne. Cenne społecznie, spajają grupy. Nie obwiniajmy tylko współczesnych młodych ludzi za ich nieuważność, bo już ich rodzice i dziadkowie tworzyli taki sposób bycia. Zaczynali od telewizorów...

Dlaczego o tym piszę? Bo i u siebie dostrzegam tę dysfunkcję. I czuję potrzebę rehabilitacji, jak po wypadku, by odzyskać dawna sprawność społeczną - umieć słuchać. Nie tylko urządzenia lecz i nadmiar docierających bodźców i nadmiar spotykanych ludzi i relacji. Nasze mózgi ukształtowały się w czasach, gdy przez całe życie spotykaliśmy do 150 ludzi. Wszystko można było ogarnąć. teraz na te biologiczne wydolności nałożyły się nadmiarowe kontakty o bodźce. Być może nieuważność jest jakąś reakcją obronną na nadmiar informacji i spotykanych twarzy. 

Wstępną i lakoniczną formę umieściłem na Facebooku. Bez ilustracji. A i tak pojawiło się dużo ciekawych wypowiedzi. Zamieszczam fragmenty tej dyskusji, by pokazać że czytam i to dla mnie ważne. Trudne jest przekazywanie feedbacku w internecie. Jakimś substytutem są emotikony. Pokazanie jakiejkolwiek reakcji zwrotnej na zamieszczoną treść. Pokazywanie, że się słucha (czyta). Tak, nawet internet i media społecznościowa mają swój język ciała, czyli przekaz pozawerbalny, wynikający z okazywania zainteresowani i słuchania. Ponadto są to ważne treści, poszerzające moją wiedzę. I się z nimi zgadzam. W ciągu doby uzbierało się ponad 65 komentarzy. Zamieszczam niektóre (z poprawą literówek, bo w tekście pisanym na blogu trzeba trochę uporządkować wypowiedzi prawie-ustne i spontaniczne.

Anna Maria Nowakowska: Można na ten problem patrzeć z kilku perspektyw; moja jest taka: wskutek narastającej lawiny bodźców (werbalnych, wizualnych, dźwiękowych) selekcjonujący mózg się zawiesił i wylewa dziecko z kąpielą, żeby się bezpieczniki nie przegrzały. Jest to jedna z wielu przyczyn rosnącej liczby osób samodiagnozujących się jako ADHD. Odsiewanie meritum od powszechnego wielosłowia lub/i czystych bredni oraz celowych kłamstw jest tak męczące i pochłania tyle energii, że korzystniej (z punktu widzenia osobistego zdrowia psychicznego) jest się wyłączyć lub sprowadzić do stanu "stand by". Z tego puntu widzenia powszechny brak uwagi może być postrzegany jako mechanizm adaptacyjny, chroniący nasze umysły przed tym powszechnym zgiełkiem, niemożliwym do opanowania i wchłonięcia.

Alina Kaczmarczyk: Umiejętność słuchania, kontaktu z drugą osobą uczymy się od urodzenia. Tak, od urodzenia. Poobserwuj młodych rodziców: smartfony przyczepione do wózków dzieci, które nią są w stanie nawet utrzymać ich w rączkach; rodzice nie patrzący na swoje dzieci tylko w swoje telefony. Znamy wiele eksperymentów psychologicznych ukazujących zmianę zachowania dziecka kiedy matka przestaje reagować chociażby mimika na ich zachowanie i potrzeby. Nie nawiązując prawidłowej relacji (stylu przywiązania) z dzieckiem pokazujemy mu, że nie jest dla nas ważne… Jeszcze ktoś ma wątpliwość skąd tyle depresji i kiepska kondycja psychiczna młodych ludzi? Fajnie, że podejmujesz ten temat. To mój konik i temat rzeka

Mirka Dziemianowicz: Nieuważność- tak, to jest to. Ja to kiedyś nazwalam jednoczesnością (jesteśmy tu, tu i tu). Ale nie chodzi o jednoczesność. Chodzi o nieuważność. Kiedy ktoś nas nie słucha, nie słyszy to czujemy, że znikamy, że jestesmy dla niego niewidzialni (ale w sensie psychologicznym, nie środowiskowym, jak to opisywała Grzegorzewska a za Nią Lech Witkowski) i ta psychologiczna niewidzialność jest trudna do zniesienia.

Helena Piotrowska:  taki uważny odbiór widzimy - po twarzach, postawach, łzach w oczach - kiedy jako "Srebrne Marzenia" prezentujemy swoje programy. Przed nami widzowie, którzy są w nas wpatrzeni i wsłuchani; nigdy nie zauważyłam pochylenia w stronę smartfona. Po to tu, by przeżyć, przyszli, a zbliżamy się jajo zespół do setnego programu. Reasumując, dla odbiorcy ważne są intencja i miejsce oczekiwanego wydarzenia.

Roman Leppert: Zauważyłem (...), przeczytałem i pomyślałem: piszesz o problemie, który również mnie dotyczy. Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad tym, jak to zrobić, żeby mniej mówić, pisać, a więcej słuchać, czytać (niekoniecznie postów na Fb).

Lidia Bielinis: I ja zauważyłam wpis. Trudno dziś o uważność… Żeby słuchać, potrzebny jest czas. Czas, który nie jest zawłaszczany przez telefony od kurierów, maile, wiadomości w komunikatorach i krótkie filmiki/rolki w social media… (...) poruszyłeś bardzo istotny problem współczesności. Nie wiem, czy jest na to jakieś lekarstwo, ale takie posty dają do myślenia.

Marcin Zaród: Scena z dzisiejszej lekcji WFu - próbujemy wykonać ćwiczenie, podczas których ręce pracują w opozycji do siebie (więc i mózg dostaje challenge). Nie jest łatwe... podprowadzam uczniów "scaffoldingiem", czyli najpierw jedna ręka, potem druga, potem łączymy obie... W grupie są uczennice, które skupiają się na tym, żeby to powtórzyć, ale są i takie, które po prostu rozmawiają. Pokazuję im prostą zależność - nie przyłożysz "attentive focus" (skupienia połączonego z uważnością), to po prostu nie dojdziesz do momentu, gdy całe ćwiczenie będziesz mogła powtórzyć. Mówię cierpliwie, powtarzam... Mówię, że to potem się transferuje na inne przedmioty, na maturę, podczas której przez 300 minut trzeba się skupić, a skupienie to "skill", czyli trzeba bo wyćwiczyć wcześńiej... Jedni słuchają... inni nie... Ale mogę tylko tłumaczyć, pokazywać i towarzyszyć -> sam tego za nich nie zrobię. Do tego tanga trzeba dwojga. Nie na darmo już w 1998 roku Linda Stone mówiła o "continuous partial attention" - ciągła częściowa uwaga... Warto się do tego przyzwyczaić, ale ja jak to ja -  próbuję też zaradzać...

Anna Grzegory: (...) mam takie same obserwacje. Ilość bodźców i informacji we współczesnym świecie jest zdecydowanie większa niż nasza możliwość spokojnego ich przetwarzania. I stale rośnie, wręcz z dnia na dzień. I w dodatku wzajemnie się nakręcamy, zamiast wspierać w tym, że to już za dużo, żeby coś odciąć, pominąć, że mogła/ś zapomnieć, że masz prawo się pogubić, wyłączyć, Wpadliśmy w błędne koło.

Tomasz Walasek: Mam podobne przemyślenia i podobne grzechy u siebie widzę... Nawet w towarzyskich spotkaniach przyjaciół. Coraz częściej staram się świadomie zwalczyć odruch sięgania po komórkę czy wrodzony nawyk gadania na rzecz uważnego słuchania.

Bożena Jafiszow: Niestety, łapię się na tej dysfunkcji, choć może mniej z racji ekranów, ale czasami tempa życia i obowiązków, jakie chwilami nawarstwiają się, braku czasu na to, co chciałabym robić i kogo/co słuchać. Obstawałabym przy wielozadaniowości. Ale też trzeba dorzucić, że narastający egoizm, wychowanie często na „pępek świata” zaburza uważność, obserwuję to już w przedszkolnych grupach.

Wiktor Niedzicki: Panie Profesorze, są tacy, którzy zauważą i docenią Pana tekst. Jeśli chodzi o wykłady to winni są wykładowcy. Ileż razy widzimy "dukanie przy ekranie ". Wykładowca tak kocha swoje slajdy, że nie zwraca uwagi na odbiorców. Inni patrzą w okno, czytają swoje notatki lub wpatrują sie w swoje niezbyt czyste buty. Dlaczego słuchacze mają na nich patrzeć? Kontakt wzrokowy wymaga dwóch stron.

Anna Sell: Absolutnie się zgadzam (...), bo doświadczam tego cały czas na sobie. Cokolwiek mówisz, inni zajmują się szukaniem zdjęć w telefonie, mówieniem w tym samym momencie o czymś zupełnie innym. Dlaczego ludzie nie umieją słuchać?! Skupić uwagi na twoim mówieniu?! To pobudza agresję połączoną z depresją.

Joanna Dziekońska: Zauważam i podzielam refleksję. Zdążają się jeszcze studenci i studentki, którzy/re faktycznie zastanawiają się nad tym, o czym mówimy na ćwiczeniach czy wykładach, potrafią zadać ciekawe pytanie. Nie jest ich wielu/e, ale cieszę się, że są. Dzięki nim nasza praca ma być może jeszcze jakiś sens.

Robert Sowiński: Jeśli się przy czymś wyłączamy to może nas to nie interesuje? A zastanawiałeś się dlaczego ci studenci w ogóle są na tych wykładach? Może po prostu zdał maturę, nie wiedział co z sobą zrobić i przyszedł do ciebie. Bo mógł. Ale to przecież nie o nim, o czym słyszy na tych wykładach, więc ma to w nosie. Ale mając za sobą "dobrą" szkołę nie wie gdzie ma iść, o co powalczyć. My ciągle upatrujemy źródło problemu w teraźniejszości. Nie twierdzę, że ekrany pomagają, ale aby nie przeszkadzały musimy mieć coś w głowie. A to coś w głowie pojawia się w czasie naszej nauki. Jeśli wtedy tego nie zasadzimy, to czeka nas smutne życie. Dałeś post bez zdjęcia bo napisałeś o czymś ważnym. Zostawiamy komentarze, aby dać ci to odczuć. A ty klikasz łapkę. Jesteś w tej samej chorobie z nami wszystkimi. Nie musisz się z nami zgadzać ale potrzebujemy uwagi, podobnie jak ty. Podobnie jak twoi studenci. Przychodzą na wykłady, ale chyba chcieliby usłyszeć o czymś innym. Zapytali wykładowcy co ich interesuje. Czym się zajmują, okażmy im zaciekawienie. Może nie od razu to zadziała, ale warto spróbować. Bo jeśli będziemy robili to samo co wczoraj, to oni tę będą tak samo się zachowywali. Ot, taka moja refleksja, z szacunkiem i z wdzięcznością za twoją troskę i z nadzieją, że zostanie nagrodzona. Uwagą studentów, bo to ważne co robisz, choć może nie dla wszystkich akurat i to też jest OK.

Ania Wojszel: W tych czasach SŁUCHANIE to slowlife, zwalniamy i spokojnie słuchamy, poznajemy historie, poznajemy lepiej ludzi - po takim słuchaniu czuję się rewelacyjnie bo nie muszę konsumować bezwartościowych treści.

Lidia Willan: Uważne słuchanie jest moim zawodem (wsparcie psychologiczne) więc doceniając jego wartość i leczącą funkcję tym dotkliwiej odczuwam jego braki w codziennym życiu. Zasmuca mnie to, że studenci/taki przywykli do niesłuchania siebie wzajemnie ...uznają to za normę ...

Pora na moje podsumowanie i jakąś puentę. Są płatni przytulacze. Może pojawią się osoby, których specjalnością będzie słuchanie i uważność? Może dlatego AI tak zyskuje popularność, bo GPT zawsze słucha (albo sprawia takie wrażenie) i wysyła pozytywne informacje zwrotne, niemalże empatyczne. Odczuwamy nadmiar bodźców, potrzeba nam wyciszenia i slowlife. Pustelnicy pojawili się już w starożytności, monastyry kwitły w średniowieczu. A przecież wtedy nie było ani telewizji, ani smartfonów i internetu. Już wtedy jednak w dużych społecznościach mózgi naszych przodków czuły się "przegrzane". Może to efekt dużego zróżnicowania w społeczności? Drugi wniosek to to, że technologie zmieniają nasz behawior. I kulturę. Ewolucja nie próżnuje.

29.04.2025

Kim był dr F. Czachorowski, lekarz? Historia jednej tablicy z budynku

 

Za pomocą jednej, małej rzeczy, jednego rekwizytu, można opowiedzieć o całym niemalże świecie. Rekwizyt jest po prostu początkiem poszukiwań i początkiem opowieści. Potrzebna jest też ciekawość poszukiwania. Ot na przykład taka tablica z kolekcji pana Jana Jankowskiego, kupiona w celach kolekcjonerskich. I chęć odtworzenia historii jednego przedmiotu. Przesłał zdjęcie i zapytał się czy może coś wiem o tym Czachorowskim. Bo eksponat w kolekcji ma większa wartość, gdy kryje się za nim poznana historia i stworzona opowieść. I dla mnie stała się ważnym impulsem do kolejnych poszukiwań. Od lat szperam i poznaję genealogię Czachorowski. Zbieram różne dane archiwalne, wspomnienia. Kiedyś udało się nawet zorganizować kilka zjazdów szeroko rozumianej rodziny. Były to Czachorowiady w samym Czachorowie i okolicach. Zostało po tym trochę śladów w internecie. Może dlatego pan Jankowski do mnie się zwrócił, z nadzieją, że będę coś wiedział o tym doktorze F. Czachorowskim

Jest to szyld, tablica reklamową z budynku, z  napisem. Tablica jak mówił sprzedający pochodzi z Warszawy. Tajemniczy F. Czachorowski był specjalistą chorób wewnętrznych dzieci. Wymiary tablicy 25 cm na 37cm. Sprzedający twierdził, że zdejmował z budynku we Warszawie, gdzieś przy alei Jerozolimskiej. Ale mógł przecież fantazjować, zmyślać. Bo jak taka tablica mogła przetrwać na budynku wojenne zniszczenie Warszawy? Język wskazuje na czasy rozbiorowe, bo litery wskazują na rosyjski przed reformą ortograficzną litery. Wskazują na to litery i oraz twardy znak. We współczesnym rosyjskim nie ma takich już liter. Zachowały sie w białoruskim i ukraińskim. Tablica jest dwujęzyczna, więc musiała być na terenach polskich z polską ludnością.

Zajrzałem do swoich materiałów archiwalnych i genealogicznej bazy danych. Nie było tam żadnego F. Czachorowskiego. A jakie imię kryło się za inicjałem F? Moje wstępne domysły były i takie, że tablica mogła równie dobrze pochodzi nie z Warszawy tylko ze Lwowa, Mińska lub innego miasteczka z kresów. Wtedy czas może być inny niże przed odzyskaniem niepodległości.

Jak szukać? Umieściłem zdjęcie tablicy i zapytanie na Facebooku. Nawet nie przypuszczałem że tak szybko dostane kilka dobrych wskazówek. Od Przemysława Zieliskiego z Biblioteki Uniwersyteckiej UWM dostałem taką informację: "Najpewniej to Feliks Czachorowski, urodzony 1871 w Gostyninie. Nekrolog w Kurierze Warszawskim (nr 43, 12.02.1908) podaje "b. asystent domu wychowawczego przy szpitalu Dzieciątka Jezus". Wklejam też fragment Słownika lekarzy polskich XIX wieku P. Szarejki, tom V (2000), s. 103." I załączony był skan z książki.


Istny konektywizm - rozproszona wiedza w wielu głowach u ludzki i w książkach (a także zasobach internetowych). A niektórzy mają takie książki pod ręką, łatwo więc można sprawdzić. Do tego potrzebna jednak społeczna współpraca - kolektywność. Inni internauci sugerowali sprawdzić np. w takich bazach jak https://geneteka.genealodzy.pl/index.php. Jeszcze inni pisali, że Jeżeli to dotyczy Kongresowki, to od czasów Napoleona księgi parafialne są dobrym i pewnym źródłem informacji. Niestety od Powstania Styczniowego prowadzone w języku rosyjskim. Część jest dostępna online. Trzeba szukać na stronach archiwów państwowych (wojewódzkich). Iwona Cugier poleciła: "GenBaza – jej pełna nazwa to Metryki GenBaza. Jest to serwis internetowy, który gromadzi i udostępnia skany ksiąg metrykalnych i parafialnych z Polski, w tym akta urodzenia, ślubu i zgonu. W GenBazie można znaleźć zdjęcia i skany ksiąg kościelnych oraz innych dokumentów przydatnych w badaniach genealogicznych." Otrzymałem także linki do innych zasobów internetowych i zeskanowanych ksiąg parafialnych i metrykalnych.

Kiedy ponad 20 lat temu zaczynałem swoje poszukiwania genealogiczne to najpierw spisywałem wspomnienia rodziny. Potem, we współpracy z innymi Czachorowskimi, przeszukiwaliśmy archiwa państwowe i diecezjalne w Płocku. Szybko się okazało, że trzeba sięgnąć także do archiwów w innych miastach. A na to nie starczyło czasu i zasobów. Bo trzeba byłoby pojechać i spędzić w archiwach wiele godzin a nawet dni. W internecie było jeszcze dostępnych bardzo mało informacji. Ale niemniej udało się odnaleźć Czachorowskich nie tylko w USA ale i w Brazylii. Brakowało jednak wielu danych by powiązać wszystkie wyłaniające się "gałązki genealogiczne". Udało się natomiast ustalić, że wszyscy Czachorowscy, Czacharowscy, Ciachorowscy pochodzą z Czachorowa w Ziemi Płockiej. Pierwsze ślady i zapiski pochodzą z XV wieku. Niemniej jest sporo luk, wymagających wypełnienia. Swoją linię doprowadziłem do roku 1700, a dalej brakowało pewnych informacji. I na długie lata zarzuciłem poszukiwania genealogiczne. Licząc, ze może kiedyś, może we wspołpracy z innymi itp.

Przesłane zdjęcie z tablica dr F. Czachorowskiego odświeżyło moje zainteresowania genealogiczne i prace archiwizacyjne (zbieram wszystkie dane o jakichkolwiek Czachorowskich i spisuję w jednej bazie danych). Przy okazji zauważyłem, że stworzona 20 lat temu strona www niedawno przestała istnieć. Ktoś wykasował. Utracona strona domowa z danymi, teraz trzeba je jakość inaczej udostępnić, by nie zginęły. Niemniej życzliwych podpowiedzi internautów pokazały, ze znacząco powiększyły się zasoby internetowe. To efekt wieloletniego skanowania i upubliczniania rękopisów archiwalnych. Zainspirowany tablica dra Czachorowskiego znowu sięgnąłem do poszukiwań genealogicznych i spisywania historii rodziny od XV wieku. Zdjęcie  wspomnianej tablicy jest jak kamyk, który uruchomił mała lawinę. A raz wprawione działania będą się toczyć jeszcze długo. Przybywa danych w bazie i udaje się połączyć rozproszone gałęzie. Sam pogłębiłem swój wywód o kilka pokoleń. Teraz archiwalna pamięcią sięgam aż do XVI wieku. 

Jedne mały rekwizyt. Zwykła tablica czy raczej szyld. A wokół niego narasta rozwijająca się opowieść. Liczę, że poznam nie tylko genealogię dra F. Czachorowskiego ale uda się spisać więcej wspomnień rodzinnych. Bo warto namówić współcześnie żyjący, by spisali wspomnienia o swoich bliskich. Wtedy dla przyszłych pokoleń zostaną nie tylko dane metrykalne ale i coś znacznie bogatszego. Kolektywna, konektywna i kumulatywna praca zbierania danych, inspirowania do pamiętnikarstwa, zjazdów rodzinnych, i interpretowania czyli snucia nowych opowieści.

Historia widziana bardzo lokalnie. Na przykładzie jednego przedmiotu, rekwizytu, można powiedzieć znacznie szerszą historię, np. historię rodu Czachorowskich, migracji, życia codziennego w różnych epokach itd. Możliwości jest wiele. I chęci do poszerzania współpracy. Nawet rodzinna genealogia jest kolektywna.

Podsumowaniem tej wstępnej historii są 3 K (niczym jak nauka): konektywna, kumulatycna, i kolektywna. Ciąg dalszy na pewno nastąpi. A kolejne ślady pokażą się także na tym blogu.

PS. Z dokumentów (innych) wynika, że urodził się w Gostyninie. Jeszcze trochę i znajdziemy całą gałąź rodową.

25.04.2025

Czy z AI tworzymy sztukę?

Plener w olsztyńskim Pałacu Młodzieży, w pełni analogowo.


Nowe technologie i sztuczna inteligencja poszerzają demokratyzację sztuki, choć tylko nieliczne obrazki wygenerowane przez AI będą uznane za sztukę wartą kontemplacji. Grafika, tworzona z pomocą AI, powstaje szybko i bardzo łatwo. Wystarczy napisać lub wypowiedzieć kilka zdań. Nie trzeba kończyć specjalnych kursów czy szkół. Tworzyć (?) może niemalże każdy. Dlatego powstaje dużo i szybko nowej grafiki. Ale czy jest ona sztuką, gdy powstaje za pomocą tych nieartystycznych narzędzi?

Fotografia... to też technologia, a przecież nie każdy kto cyka zdjęcia jest fotografikiem artystą. Gdy pojawiła się fotografia to była konkurencją dla rysowników i malarzy. Portrety mogły powstawać szybko i znacznie taniej. Ludowe monidła trafiły pod każdą niemalże strzechę. A święte obrazki stały się dostępne dla wszystkich. Wcześniej druk a teraz fotografia sprzyjały ogromnemu upowszechnieniu różnorodnych reprodukcji. Gdzieś na początku był artysta z oryginalnym dziełem a potem technologia druku i fotografii, korzystając z tych prac, masowo powielała grafiki. Portrety pojawiły sie w każdym domu. 

W szkole setki tysięcy uczniów maluje akwarelkami i plakatówkami. A nawet kredkami i mazakami. Przecież to w pełni manualne ale nie traktujemy jako sztuki. Czyli nie sam sposób: analogowy czy technologiczny, przesądza o wartości powstających wytworów plastycznych. 

Opanowanie narzędzia, nawet jak to jest farba akrylowa, zajmuje wiele setek godzin pracy. Żmudnych ćwiczeń i uczenia się techniki. Bo przecież inaczej maluje się akwarelami, inaczej plakatówkami, akrylami czy farbami olejnymi. W AI uczenie się narzędzia polega na uczeniu się promptów, Jest to tworzenie słowem (wydawaniem poleceń). Nie tyle mieszanie farb i prowadzenie ręką pędzla co słowne tworzenie poleceń dla AI. Trzeba się uczyć wiele godzin, by efekt był zadawalający. Powszechność AI jest jak powszechność kredek i farbek szkolnych. Każdy może coś nagryzać na kartce. I wcale nie uznamy tego za sztukę. A przynajmniej nie za wartościową i cenioną finansowo sztukę.

AI to nowe narzędzie, tworzy jednak człowiek. Przecież nie każdy malarz ścienny to Michał Anioł  choć też czyni ściany ładniejszymi. 

Na koniec mój wniosek i puenta. Tak, z AI też tworzymy sztukę o dużym oddziaływaniu. Ale tak jak nie każdy, kto weźmie pędzel czy ołówek do ręki, a nawet aparat fotograficzny, od razu staje się uznanym i cenionym artystą, tak nie każdy kto wykorzysta AI staje się artystą, tworzącym dzieła sztuki. Jednak jeśli sprawia tworzącemu radość, to nie ważna jest technika. Ważna jest treść artystycznej wypowiedzi . I spędzony czas. Zwłaszcza czas spędzony z ludźmi. Człowiek jest istotą społeczną i sztuka ma wymiar społecznego odbioru. Dlatego o tym, czy coś uznać za sztukę wartościową, decyduje kontekst i odbiór społeczny a nie tylko sama technika wykonania. 

Sam osobiście wolę ołówek i pędzel. Do tego nie zawsze kartka papieru a częściej stara dachówka czy wyrzucona butelka. Ale ja wyrosłem w innych czasach. Być może nowe pokolenie przywyknie do innych narzędzi. Tak samo, jak ja nie maluję ochrą po ścianach jaskiń czy na swoim ciele.

24.04.2025

Ocena zmian biocenoz w okresowych zbiornikach wodnych pod wpływem ocieplenia klimatu

Na dnie wyschniętego zbiornika w lesie.


Subkontynent Indyjski to region, który szczególnie szybko i mocno odczuwa skutki globalnego ocieplenie klimatu. Pod koniec kwietnia 2025 r. na kilkutygodniowy staż naukowy przyjechały do nas studentki z Indii: Jenifa, Himashri i Chandrani. W swoim kraju studiują zoologię. W czasie pobytu studentki realizują krótkie projekty badawcze. jezdnym z tych, które wybrały, jest ocena zmian biocenoz w okresowych zbiornikach wodnych pod wpływem zmian klimatu. Ponieważ zbiorniki takie okazjonalnie badam od blisko 40 lat, była dodatkowa okazja odwiedzić je tej wiosny. 

Eksperyment obejmuje prace terenowe: zebranie materiału i dokumentacja stanu środowiska badanych od wielu lat zbiorników okresowych w Lesie Miejskim, oznaczenie w pracowni zebranego materiału (wodne bezkręgowce, makrobentos), porównanie z danymi z lat ubiegłych. Odwiedziliśmy także miejsce z dziwogłówką wiosenną. Oznaczania materiały było bardzo niewiele z powodu wyschnięcia tych zbiorników. Smutny dla mnie widok. Dzięki wcześniejszym dany, można porównać nie tylko zdjęcia a wiec stan siedliska lecz i dawniejszy skład gatunkowy. Szczegółowe dane mam dla chruścików (Trichoptera). Inne dane są wyrywkowe. Ślady po zbiornikach widoczne są jeszcze w roślinności. Miejsca zdradzają kępy turzyc, ols czy śledziencica skrętolistna. W pozostałościach, dziki urządziły sobie miejsce kąpieli błotnych. 

Wraz z ociepleniem klimatu zanikają okresowe, wiosenne małe zbiorniki wodne. Wcześniej zasilane były głównie wodami roztopowymi. Ale wraz z ociepleniem klimatu zmniejsza się retencja wody w postaci śniegu. Te zbiorniki najszybciej zanikają. Żyjące tam bezkręgowce są zagrożone wyginięciem, jeśli nie znajdą siedlisk zastępczych. Podobnie jak rozmnażające się tam płazy.





Czytaj i obejrzyj też: 

23.04.2025

Mola na uniwersytecie, niby nic wielkiego, jakieś tam cerowanie?



Niby nic wielkiego, takie zwykłe spotkanie na terenie uniwersytetu i dla pracowników. Artystyczne cerowanie? To byłoby duże uproszczenie. Aczkolwiek same patchworki to swoiste cerowanie i szycie z resztek, ze skrawków, ze starej odzieży. Ale mola to nieco inna technika wywodząca sie z Ameryki rodowej, od Indian Kuna. Uczenie się mola z Ameryki Środkowej w ramach spotkania typu "darcie pierza". Pokazywała Pani Maria Fernanda Gothard Satizabal i Patchwork Cokolwiek Pomorski. 

To były nasze pierwsze kroki. Mały krok w budowaniu lokalności i relacji. Takie współczesne darcie pierza czy łuskanie fasoli. I głęboki sens społeczny oraz edukacyjny. A dla pracowników okazja do integracji, poznawania się i budowania dobrych relacji, także z otoczeniem społeczno-gospodarczym. Niby nic wielkiego, takie tam małe kroki w realnym tworzeniu rozwoju zrównoważonego. O sensie można byłoby długo opowiadać. I myślę, że będzie ku temu okazji. Nie tylko w Baccalarium. 

Dawne okazje do wspólnej pracy i bycia społecznego ze sobą zaniknęły,. Nie jestesmy wiejskim społeczeństwem agrarnym, żeby nas wspólna praca wokół aktywności gospodarskich i rękodzielniczych łączyła. Musimy szukać innych, społecznie ważnych i przydatnych aktywności. Może być nią na przykład sztuka. A w zasadzie rękodzieło. A w takich spotkaniach znacznie ważniejsze jest bycie razem i niespieszne rozmowy. 

Zmieniają się okoliczności społeczno-cywilizacyjne. Skazani jesteśmy na wymyślanie społecznego życia od nowa. Trochę poszyliśmy, poznaliśmy nowych ludzi, nowa kulturę, nowa historię dalekiego ludu. Takie szkolne prace ręczne. Jeden raz nie wystarczy,. Trzeba systematycznie i często. A wtedy pocerujemy nie tylko stare szmatki lecz i wymagające pozszywania relacje społeczne.