10.06.2026

Czy kobieta i krasnal mogą się byczyć czyli esej biologiczno-filozoficzny o dwóch porządkach, które nie chcą do siebie pasować

Byczący się wrocławski krasnal


W czasie zajęć ze studentami wielokrotnie doświadczałem faktu, że można jednocześnie funkcjonować w wielu paradygmatach. Np. łono kobiece w języku poezji i macica z jajnikami w paradygmacie anatomiczno-medycznym. Niby chodzi o to samo – miejsce, w którym rozwija się płód w ciele kobiety. Miejsce, z którego wychodzi nowy człowiek. Łono to przykład zaczerpnięty od Ludwika Flecka (polecam książkę "Powstanie i rozwój faktu naukowego"). W historii nauki wiele jest podobnych przykładów. Możemy poruszać się w wielu paradygmatach jednocześnie byleby nie mieszać pojęć z różnych paradygmatów. Bo wtedy powstają potworne hybrydy. Lekarz opowiadający dowcip powie o łonie kobiety ale nie powie nic o łonie, gdy mówi anatomii i fizjologii kobiety w czasie ciąży. Podobnie z pytaniem o byczenie się. Student, stykając się z różnymi pojęciami najczęściej nie wie czy pochodzą z różnych paradygmatów. I próbuje sobie je wszystkie uporządkować w spójny system. sam tak na studiach robiłem. Zgodnie z konwencją zbiorów klasycznych. Dużo więcej czasu zajmuje odkrycie, że czasem pojęcia swoimi znaczeniami zachodzą na siebie a świat bardziej funkcjonuje w kategoriach zbiorów rozmytych. Tak jak na przykład symbioza, pasożytnictwo i mutualizm. 

Zabawa słowna z byczeniem się kobiet jest tylko przykładem, za pomocą którego chcę opowiedzieć o szerszych i bardziej uniwersalnych prawach. Drugi raz już wykorzystuję ten słowny rekwizyt „czy kobieta może się byczyć?”. Ale jeszcze raz chcę opowiedzieć o czymś szerszym i bardziej uniwersalnym. Pozornie jest więc to powtórzenie poprzedniego tekstu na blogu

Z punktu widzenia biologa pytanie „czy kobieta może się byczyć” brzmi jak zaproszenie do małego eksperymentu myślowego, w którym dwa światy, ten biologiczny i ten językowy, próbują się spotkać na jednej łące lub przy jednym stoliku kawiarnianym. I jak to zwykle bywa, każdy z nich przychodzi z własnym zestawem zasad, własną logiką i własnym temperamentem. Biologia przychodzi w woderach, z lupą i notesem. Język przybywa w kapeluszu, z ironicznym uśmiechem i torbą pełną metafor. A kiedy próbujemy ich posadzić obok siebie, natychmiast zaczynają się drobne sprzeczki o to, co jest „naturalne”, co „poprawne”, a co „ładnie brzmi”.

Zacznijmy od biologii, bo ona zwykle zaczyna od konkretów. W świecie ssaków kopytnych byk jest samcem, krowa samicą, a cielę cielęciem. I wszystko jest jasne, uporządkowane, zgodne z kariotypem, cyklem rozwojowym i hormonami. Biologia lubi takie porządki. Gdyby zapytać ją, czy kobieta może się „byczyć”, odpowiedziałaby z lekkim zmarszczeniem brwi: „Nie, bo kobieta nie jest bykiem, tak jak nie jest jeleniem, bobrem ani samcem modliszki”. Biologia jest trzeźwa, rzeczowa i nie ma w niej miejsca na metafory (ale jest za to miejsce na zbiory rozmyte). Ona widzi świat w kategoriach funkcji, adaptacji i ewolucyjnych strategii, a nie w kategoriach żartobliwych czasowników. Język naukowy dąży do precyzji a nie piękna i dowcipu.

Ale język… ach, język to zupełnie inna historia. Język nie ma najmniejszego problemu z tym, że ktoś „zżera książki”, „płonie ze wstydu”, „ma motyle w brzuchu” albo „byczy się na plaży”. Język nie przejmuje się faktem, że motyle nie latają w żołądku, a człowiek nie jest bykiem. Język działa według własnych praw: jest ekonomiczny, obrazowy, kapryśny, a czasem wręcz bezczelny. I właśnie dlatego pozwala kobiecie się „byczyć”, mężczyźnie „leniuchować”, a dziecku „wylegiwać jak kot”. Język nie potrzebuje zgodności z biologią.  Potrzebuje zgodności z poczuciem humoru, intuicją i zwyczajem. I z komunikacją za pomocą znaczeń i odwołań do przeszłości.

A może to nie jest spór między językiem biologii a językiem literatury i dnia codziennego tylko spór między radykalną ortodoksją i sztywnymi granicami a niedookreślonością tworzenia i ewolucją? Między logiką zbiorów klasycznych a logiką zbiorów rozmytych. W gruncie rzeczy język, jako element kultury, bardzo podobny jest do gatunków biologicznych i ewolucji biologicznej. 

W tym miejscu zaczyna się najciekawsze: te dwa porządki - biologiczny i językowy - nie dają się ujednolicić (choć i na to przyrodnicy i matematycy znaleźliby rozwiązanie). Nie ma jednego wspólnego systemu, w którym „byk” jako samiec i „byczyć się” jako leniuchowanie byłyby logicznie powiązane. Biologia mówi: „byk to samiec gatunku Bos taurus”. Język mówi: byczyć się może każdy, kto ma ochotę poleżeć na słońcu i nic nie robić. I oba te stwierdzenia są prawdziwe, ale w swoich własnych światach, w swoich własnych paradygmatach. Bo pojęcia i terminy ściśle związane są z teoriami i paradygmatami, w których powstały i funkcjonują. Wiedza naukowa nie jest prostą sumą faktów i pojęć. To system całościowy. A system (paradygmat) wpływa na znaczenie części-pojęcia. Kontekst całości wiele zmienia.

Próba uporządkowania tego na siłę prowadziłaby do absurdów. Gdybyśmy chcieli, by język był biologicznie (logicznie) spójny, musielibyśmy zakazać „kocich ruchów” u ludzi, „ptasiego móżdżku” u polityków i „wilczego apetytu” u wegetarian. A gdybyśmy chcieli, by biologia była językowo spójna, musielibyśmy wprowadzić do zoologii takie kategorie jak „samica bycząca się” albo „samiec filozofujący”, co mogłoby wywołać konsternację nawet wśród najbardziej wyrozumiałych ekologów.

Dlatego odpowiedź jest prosta i jednocześnie filozoficznie kojąca: tak, kobieta może się byczyć, bo w języku nie obowiązuje logika płci biologicznej. Język rządzi się własną dynamiką, własną historią i własnym poczuciem humoru. A biologia (nauka przyrodnicza) rządzi się własną precyzją i własnym porządkiem. I całe szczęście, że te światy nie są identyczne. Gdyby były, życie byłoby nie tylko bardziej przewidywalne, ale i znacznie mniej zabawne. W końcu to właśnie w tej szczelinie między tym, co biologicznie możliwe, a tym, co językowo dopuszczalne, rodzi się cała poezja codzienności. I cała frajda z byczenia się, niezależnie od płci, gatunku czy kariotypu.

Lubię takie momenty, kiedy język, biologia i ironia zaczynają się splatać w coś żywego. Niczym w nowy, symbiotyczny gatunke lub ekosystem. W całkiem nową konstelację. To właśnie ta „symbioza twórcza”, o której wspomniałem w poprzednim wpisie. Nie tylko metafora, ale i realny proces. Proces symbiozy między człowiekiem a generatywną sztuczną inteligencją. Proces, który po raz kolejny detronizuje człowieka. Najpierw utraciliśmy centralne miejsce w Kosmosie, potem centralne miejsce w ewolucji (lub dziele stworzenia) a teraz centralne miejsce w procesie myślenia i tworzenia treści. Niebawem nie tylko kobieta będzie się byczyć ale i sztuczna inteligencja. I co wtedy zrobimy? O czym porozmawiamy? O byczących się wrocławskich krasnalach z brązu? 

Czy krasnal jako postać fikcyjna i baśniowa, na dodatek z brązu a więc bez odrobiny życia, może się byczyć? Nie myśli, nie metabolizuje a jednak się byczy? Jakim cudem? Co, o tym Czytelniku sądzisz? Może wypowiesz się w komentarzu?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz