8.06.2026

O poszukiwaniu nowej formuły oceniania i egzaminowania

Taką starą szkołę spotkać możemy już tylko w skansenie. Uczy jako przypadek z historii, w konkretnym kontekście społecznym i historycznym. W czasie wycieczek lecz nie na codzień.


Czy angażować się w odwieczną szkolną zabawę w policjantów i złodziei? Zadać uczniom/studentom zadania i uniemożliwiać im ściąganie a raczej śledzenie ich i przyłapywanie ich na ściąganiu lub w drodze na skróty? Co jest istotą tego, że chcą ściągać? Lub czy sprawdzać na wykładzie listę obecności i jak weryfikować czy nie zostały dopisane martwe dusze? Czy wymagać obecności na wykładzie, na ćwiczeniach czy też może wymagać wykonania zadania, opanowania wiedzy i udokumentowania swojego postępu? Bez względu czy ktoś był na wykładzie czy nie? Jaki powinien być egzamin? Ustny, pisemny, testowy? A może projektowy? I jak rzeczywiście sprawdzić przyrost wiedzy a utrudnić ściąganie, podpowiadanie, pisanie gotowców? Różne sposoby ściągania wpisane są w cała historię szkoły i edukacji. To oczywiście temat na inną opowieść. Teraz chcę poświęcić uwagę zmianom, jakie przyniosła sztuczna inteligencja. Czy są to tylko nowe sposoby ściągania? A może coś więcej? Jak wspomniał  Jacek Dukaj: nieunikniona jest sytuacja, gdy nie będzie się dało opowiedzieć czy dany tekst jest autorstwa człowieka czy AI. Co zatem czynić ma wykładowca-policjant uniemożliwiający ściąganie studentowi? Może trzeba uznać zmiany cywilizacyjne i symbiozę kulturową człowieka ze sztuczna inteligencją? 

Żyjemy w epoce, w której tradycyjna definicja erudycji spektakularnie dokonała żywota. Przez stulecia mędrzec czy uczony był chodzącą biblioteką, był rezerwuarem faktów, dat, definicji i schematów. W takim świecie wyrastałem. Dziś ten model runął, przynajmniej częściwo. Smartfon podłączony do internetu, ukryty w kieszeni i algorytmy sztucznej inteligencji, gotowe w ułamku sekundy wygenerować syntezę dowolnego zagadnienia, odebrały ludzkiej pamięci biologicznej monopol na wiedzę. Wcześniej naszą biologiczną pamięć, zmagazynowaną w mózgowych neuronach zastąpiły biblioteczne karty z zadrukowanymi stronami. W dobie AI informacja jeszcze bardziej stała się towarem permanentnie dostępnym, niemal darmowym i wszechobecnym. Ta technologiczna rewolucja postawiła na głowie nie tylko uniwersytecką dydaktykę, ale przede wszystkim zmusiła nas do postawienia fundamentalnego, filozoficznego pytania: kim jest myślący człowiek w świecie, w którym maszyna wie lepiej i szybciej? 

Współczesne narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji ostatecznie obnażyły anachronizm dotychczasowych metod weryfikacji wiedzy. Pierwszym podważeniem była pamięć zewnętrzna w postaci zadrukowanych książek. W szkole uczyłem się jeszcze wierszy na pamięć. Ale już wtedy rodziło się pytanie, po co uczyć się na pamięć, kiedy łatwo znaleźć wierny zapis w książce lub zeszycie? Egzaminy oparte na odtworzeniu materiału, testy wyboru czy nawet klasyczne eseje pisane na zadany temat straciły swoją dawną efektywność i przydatność. Stały się polem potyczek między antyplagiatowymi algorytmami a coraz doskonalszymi modelami językowymi. Próba ścigania się z AI na zapamiętywanie lub mechaniczne kompilowanie faktów jest z góry skazana na porażkę. A przynajmniej na dużo mniejszą efektywność. Dlatego zamiast pytać studenta: „Co wiesz?”, musimy zacząć pytać go: „Jak potrafisz zarządzać wiedzą, którą masz pod ręką?”. Ważne jest więc pytanie jak zarządza wiedzą (dostępną konektywnie) i jak tworzy wypowiedzi. Jak rozumuje w symbiozie nie tylko z książkami ale i ze sztuczną inteligencją. Już dawniej wiele prac tworzonych było zespołowo. Kto jest więc autorem pracy zespołowej? Tu też autorstwo jest z płynną i niewyraźną granicą. Tak teraz powstaje się współautorskie dzieło, tworzone w mutualistycznej symbiozie człowieka z AI. 

Ta zmiana optyki głęboko osadza się w koncepcji konektywizmu – teorii uczenia się na miarę ery cyfrowej. Choć konektywni byliśmy od samego początku życia społecznego, na długo przed epoką pisma. W tym ujęciu wiedza nie jest już monolitem zamkniętym w ludzkim, pojedynczym mózgu, lecz dynamiczną siecią połączeń między ludźmi, papierowymi i cyfrowymi bazami danych i technologiami. Kluczową kompetencją nie jest posiadanie informacji, ale umiejętność jej odszukania, zweryfikowania, przesiania przez sito krytycznego myślenia i zsyntetyzowania. Przecież nie tylko gorliwe AI halucynuje, ale i ludzie od samego swojego zarania. Prawdziwym wyzwaniem dydaktycznym i egzystencjalnym staje się odpowiedź na pytanie: "czy potrafisz dotrzeć do właściwych węzłów tej globalnej sieci i czy potrafisz zrobić z nich realny użytek?" A jeśli tak, to jaki sens i wartość potrafisz z tego wydobyć? I jak to sprawdzić na egzaminie? Testem wielokrotnego wyboru? Pracą pisemną, esejem? Rozmową czy może raczej projektem? Od jakiegoś czasu zadaję sobie takie pytania i próbuję odpowiedzi wcielać w życie. Wiedząc, że są to próby czynione po omacku i że są narażone na różnorodne porażki. Powolne uczenie się na błędach i sukcesach z rozmyślaniem o sensie i celu. Bo przecież dopiero odkrywamy ten nowy świat.

W moich poszukiwaniach nowej formy akademickiego spotkania odrzucam zatem schemat odpytywania z gotowych odpowiedzi. Przenoszę ciężar z rezultatu na proces. I jest to poruszanie się na nieznanym lub mało znanym lądzie. Skoro wiedza jest łatwo dostępna, student musi stać się jej architektem, a nie tylko konsumentem. Sprawdzanie umiejętności konektywnego korzystania z zasobów świata najlepiej realizuje się w formach, które wymagają osobistego zaangażowania i śladu autentycznej obecności. Może to być systematycznie prowadzony dziennik refleksji – zapis intelektualnego dojrzewania i potyczek z chaosem informacyjnym, gdzie widać nie tylko to, co znaleziono, ale jak ewoluował sposób myślenia autora. Mogą to być autorskie e-booki czy interdyscyplinarne projekty, w których luźne fakty zostają spięte w nową, użyteczną całość. Egzamin w formie dziennika refleksji trwa cały semestr a nie tylko w ciągu jednej godziny w czasie sesji egzaminacyjnej. Jest zachęceniem do poszukiwań a nie jedynie sprawdzeniem, co się znalazło.

Co więcej, wkraczamy śmiało w erę nowej mówioności i form postpiśmiennych. Tekst drukowany przestaje być jedynym prawomocnym nośnikiem akademickiego dyskursu. Zdaję sobie z tego sprawę, choć trudno mi otworzyć się na nowe formy komunikacji i społecznego przekazu. Współczesny student może syntetyzować wiedzę w formie wideo opowieści, podcastu, cyfrowego eseju wizualnego czy dynamicznej narracji, która angażuje zmysły i intelekt odbiorcy w zupełnie nowy sposób. To powrót do korzeni ludzkiej kultury, do snucia opowieści, choć innymi formami. Ale jest to powrót wzbogacony o potężne cyfrowe instrumentarium. I to instrumentarium dopiero odkrywamy. Trzeba odwagi by odejść choć na trochę od utrwalonych schematów i własnych przyzwyczajeń. Może ta nowa postpiśmienna mówioność też ma swoje mocne i dobre strony? Trzeba ją odkryć, gdy ona dopiero powstaje. Gdy same siebie odkrywa i poznaje. Ale czyż to właśnie uniwersytet nie powinien być miejscem odkrywania nowości i eksperymentowania ze światem, który dopiero się rodzi? Gdzież jak nie na uniwersytecie powinniśmy ten świat wspólnie ze studentami odkrywać? 

Przemiana ta ma głęboki wymiar humanistyczny. Odciążeni przez sztuczną inteligencję z mozołu mechanicznego pamiętania, zyskujemy przestrzeń na to, co rdzennie ludzkie: na twórczą intuicję, syntezę wartości, etyczną refleksję i estetyczny zachwyt. Nowy uniwersytet, który wyłania się z tych poszukiwań, nie jest już fabryką powtarzalnych dyplomów, ale przestrzenią, w której uczymy się sztuki nawigacji. Egzamin w czasach AI staje się zatem nie sprawdzianem pamięci, lecz dowodem na umiejętność przekuwania informacyjnego szumu w mądrość, opowieść i działanie. Skoro sam człowiek jest biologicznym holobiontem, korzystającym z nie swoich (bo mikrobialnych) genów, to może warto zaakceptować to w kontekście kultury i wiedzy? Tu też jestesmy częścią zespołowej całości. I na dodatek nie tylko ludzkiej. Konektywizm nie jest tylko ekskluzywnym pojęciem filozoficznym. 

Kluczem do zrozumienia współczesnej edukacji jest koncepcja konektywizmu, zaproponowana przez George’a Siemensa i Stephena Downesa. W konektywizmie wiedza nie jest statycznym zbiorem faktów, ale dynamiczną siecią połączeń między ludźmi, ideami i zasobami. Uczeń czy student nie musi już „wiedzieć wszystkiego”, ale musi umieć nawigować w tej sieci, łączyć informacje i tworzyć nowe znaczenia. Tak jak kucharz, który nie musi zapamiętać wszystkich przepisów z książki kucharskiej (podstawy programowej). Bardziej ważne jest to czy i jak wyszukuje przepisy, czy je rozumie, czy potrafi odróżnić dobre i fałszywe (wyhalucynowane) przepisy, czy potrafi je odczytać i zastosować tu i teraz, w konkretnych warunkach i aktualnej dostępności produktów. Dla przykładu przeczytaj tent krótki tekst: Przepisy grzybowe Olgi Tokarczuk, czyli o tym jak czytać powieści i literaturę fikcji.

Nowe formy sprawdzania wiedzy, które wypróbowuję to dziennik refleksji, projekt oraz e-book.  Najlepiej udostępnione publicznie by mierzyć sie z reakcja świata a nie tylko ocena wykładowcy.Jest to jak chodzenie w półmroku - brak oznakowanych ścieżek, liczne bagna i ślepe zaułki. Podejmuję ryzyko potknięć zamiast tkwić z uporem w nieefektywnych coraz bardziej sposobach egzaminowania. 

Tradycyjne egzaminy, oparte na odtwarzaniu faktów, nie sprawdzają już umiejętności, które są naprawdę ważne w erze AI. Zamiast tego, próbuję egzaminować i sprawdzać nie tyle wiedzę, co umiejętności konektywnego korzystania z dostępnej wiedzy. Jak to robię? Od kilku lat eksperymentuję z refleksyjnymi dziennikami rozwoju. Teraz studenci maja łatwy dostęp do sztucznej inteligencji i zautomatyzowanego sposobu tworzenie treści językowej i graficznej. Nie zakazuję dostępu, nie sprawdzam czy korzystali, nie śledzę. Staram się raczej namówić do tego, by pokazywali jak docierają do informacji i jak je wykorzystują. Trudny proces. Studenci prowadzą systematyczne zapiski, w których analizują, jak wykorzystują wiedzę w praktyce. Jakie mają obserwacje i jakie przemyślenia. To nie tylko notatki, ale głębokie przemyślenia na temat procesu uczenia się. Nowszym pomysłem jest przygotowanie tematycznych e-booków, jako forma projektu. Zamiast tradycyjnych esejów, proszę o tworzenie cyfrowych publikacji lub projektów, które łączą różne źródła wiedzy. To pokazuje, jak student potrafi integrować informacje i prezentować je w sposób zrozumiały. I namawiam ich do tego, by byli autorami swojego myślenia. By odkrywali swoją sprawczość. Nawet w kulturowej symbiozie z AI.

Szukam także form postpiśmiennych. W erze cyfrowej tekst nie jest jedyną formą komunikacji. Filmy, podcasty, infografiki – wszystko to staje się narzędziem do przekazywania wiedzy. Sprawdzam, czy uczeń potrafi wybrać odpowiednią formę do przekazania swoich myśli. A raczej nie sprawdzam, lecz projektuję warunki do tego, by sami próbowali i tworzyli. Na razie rezultaty są bardzo różne. Jedne cieszą, inne martwią nieskutecznością. Jestem dopiero na początku tej drogi odkrywania. I chętnie o tych trudach dyskutuję z innymi. Wszak żyjemy w konektywnym społeczeństwie, w konektywnej i rozproszonej wiedzy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz