![]() |
| Współczesna ławeczka, Białowieża. Niby wiejska a jedna wielkoświatowa. |
To właśnie na tej ławeczce przesiadywali dorośli. I my, dzieci, także. Tam toczyły się rozmowy o wszystkim i o niczym. O pogodzie, która zawsze była ważna dla ludzi żyjących blisko ziemi. O tym, czy krowa się ocieliła. Czy deszcz nie zmoczył siana pozostawionego na łące. Co przywieźli do sklepu. Kto odwiedził sąsiadów. Kto zachorował, kto wyzdrowiał, kto się pokłócił, a kto pogodził.
Bliskość sklepu sprawiała, że przy ławeczce często zatrzymywali się dalsi sąsiedzi, bliżsi i dalsi znajomi, krewni odwiedzający rodzinę. Każdy mógł przysiąść na chwilę. Chwila często zamieniała się w godzinę. Nikt się nie spieszył. Nikt nie patrzył nerwowo na zegarek ani w ekran telefonu. Rozmowa była celem samym w sobie. A przy sklepie, na trawie panowie toczyli rozmowy przy butelce wina owocowego lub kuflu piwa. Czasem ktoś jechał na pole traktorem, zatrzymał się przy sklepie niby na chwilę. Po dwóch lub trzech godzinach wracał do ciągnika i wyłączał silnik. A wieczorem wsiadał do maszyny i wracał do domu. Prace polowe poczekają na kolejny dzień. Przecież ważniejsze były rozmowy pod sklepem...
Dopiero po latach zrozumiałem, że najważniejsze nie było przekazywanie informacji. Oczywiście, informacje również miały znaczenie. Nie było jeszcze internetu, a dostęp do wiadomości ograniczał się do radia, telewizji i „Gazety Olsztyńskiej”. Wiejska ławeczka pełniła więc także funkcję lokalnego medium informacyjnego. Jednak jej prawdziwa wartość leżała gdzie indziej. Była narzędziem budowania więzi. Człowiek od zawsze żył w grupie. Ewolucja nauczyła nas współpracy i komunikacji. Potrzebujemy siebie nawzajem nie tylko po to, by wymieniać informacje lecz także po to, by dzielić się emocjami. Na tej skromnej mazurskiej ławeczce odbywało się właśnie takie wspólne przeżywanie świata. Wspólnie martwiono się suszą, deszczem czy brakiem sznurka do snopowiązałki. Wspólnie cieszono narodzinami cielaka lub tym, że wiśnie obrodziły a grzyby pojawiły się w lesie. Wspólnie przeżywano śluby, chrzciny i pogrzeby. Każde wydarzenie było osadzone w konkretnej społeczności i dotyczyło konkretnych ludzi. Mały wielki świat.
Wieś była niewielka. Niewiele się działo. I właśnie dlatego wszystko można było dokładnie omówić. Każdą historię opowiedzieć kilka razy. Każde wydarzenie rozważyć z różnych stron. Każdą emocję wspólnie przeżyć i przetrawić. Dziś mogłoby się wydawać, że było to nudne. Ale może właśnie w tej pozornej monotonii kryła się pewna mądrość życia. Ta nuda była twórcza.
Współczesny człowiek żyje w świecie zupełnie innym. Zamiast niedoboru informacji doświadcza ich nieustannego nadmiaru. Żyjemy w globalnej wiosce. Bardzo dużej globalnej wiosce. Nasza dawna ławeczka rozrosła się do rozmiarów całej planety. Teoretycznie siedzą na niej miliardy ludzi. Każdy mówi jednocześnie. Każdy komentuje. Każdy przekazuje swoje emocje. A dzięki automatycznym translatorom rozumiemy nawet tych, którzy mówią odmiennymi językami. Problem polega na tym, że ludzki umysł nie ewoluował do życia w takim gwarnym środowisku. To zupełnie nowa dla nas społecznie sytuacja. Przez tysiące lat nasi przodkowie funkcjonowali w niewielkich społecznościach. Znali kilkadziesiąt lub najwyżej kilkaset osób. Ich świat był ograniczony do najbliższej okolicy. Wiedzieli, co dzieje się za miedzą lub za rzeczką czy za lasem, ale nie musieli przejmować się katastrofą na drugim końcu kontynentu. Dziś natomiast każdego dnia docierają do nas informacje z całego świata. Wypadki, wojny, katastrofy, kryzysy polityczne, konflikty społeczne. Wszystko to w czasie rzeczywistym. A media nieproporcjonalnie więcej przekazują złych wiadomości, bo to one szybciej wywołują emocje u odbiorców. Mamy więc negatywnie przerysowany świat informacyjny z wyraźnym deficytem dobrych wiadomości.
Na dawnej wsi ile mogło wydarzyć się w ciągu roku pożarów, gradobić, pogrzebów czy wypadków drogowych? Niewiele. Była to liczba zdarzeń, którą można było emocjonalnie objąć. Można było współczuć, pomagać, rozmawiać i wspólnie przeżywać. Dzisiaj każdego dnia ekrany telewizorów, komputerów i smartfonów przynoszą nam dziesiątki, a czasem setki ludzkich tragedii. Oglądamy niekończącą się kronikę nieszczęść. Oglądamy niekończąca się relację złych słów, wypowiedzianych przez różnych przestępców, nacjonalistów, oszołomów. Jesteśmy świadkami cierpienia ludzi, których nigdy nie spotkamy. Nasza empatia zostaje wystawiona na próbę. Próbujemy współodczuwać lecz ilość bodźców przekracza możliwości naszego umysłu.
Być może właśnie dlatego tak wielu ludzi żyje dziś w stanie permanentnego niepokoju. Świat wydaje się bardziej niebezpieczny niż dawniej, choć statystycznie w wielu aspektach jest bezpieczniejszy. Problem nie polega na rzeczywistości lecz na skali informacji, które do nas docierają. Każdego dnia widzimy więcej tragedii niż nasi pradziadkowie przez całe życie.
Zmieniło się także samo miejsce rozmowy. Kiedyś dyskusje toczyły się przy płocie, na ławeczce, przy studni, w mleczarni, podczas majowych nabożeństw pod krzyżem, na polnej drodze. Rozmówcy patrzyli sobie w oczy. Widzieli gesty, mimikę, uśmiech lub smutek. Słowa były tylko częścią komunikacji. Równie ważna była obecność drugiego człowieka. Na wiejskiej ławeczce rozkwitała sztuka konwersacji. Sztuka, której nie uczono w szkole. Trzeba było umieć zagadnąć. Trzeba było umieć słuchać. Trzeba było nauczyć się cierpliwości wobec cudzych opowieści. Trzeba było umieć opowiedzieć historię tak, by zainteresować innych. Trzeba było argumentować i odpowiadać na argumenty. Była to nieformalna szkoła komunikacji społecznej.
Dziś wiele z tych funkcji przejęły media społecznościowe. Tam również opowiadamy o swoim życiu. Tam komentujemy wydarzenia. Tam dzielimy się opiniami. Jednak charakter tych rozmów jest zupełnie inny. A przede wszystkim różna jest skala. Na wiejskiej ławeczce również opowiadaliśmy o tym, jaką rybę złapaliśmy w rzece czy co jedliśmy na obiad. Ale teraz, gdy to przedstawiamy na selfie w social mediach, to skala jest nieporównywalnie większa. Dawniej mogliśmy usłyszeć o jednym śniadaniu, jednej wycieczce. Teraz codziennie słyszymy i widzimy dziesiątki takich relacji. Nadmiar ma znaczenie.
Na dawnej ławeczce liczba uczestników była ograniczona. Rozmowa miała naturalne tempo. Każdy mógł zostać wysłuchany. W mediach społecznościowych uczestników są tysiące, a czasem miliony. Trzeba mówić szybko, krótko i wyraziście. Największą uwagę przyciągają nie argumenty lecz emocje. Nie refleksja lecz reakcja. Nie dialog lecz natychmiastowy komentarz. Nie spojrzysz w oczy, nie pokiwasz głową. Co najwyżej dasz lajka... i to bez czytania całej wypowiedzi. Bo kolejka czeka i nie ma czasu.
Wiejska ławeczka była miejscem budowania wspólnoty. Ekran bywa miejscem rywalizacji o uwagę. Nie oznacza to jednak, że należy idealizować przeszłość. Dawne czasy miały swoje ograniczenia. Ludzie byli mniej mobilni. Dostęp do wiedzy był znacznie trudniejszy. Informacje docierały wolno. Często królowały plotki i przesądy. Nie warto udawać, że przeszłość była doskonała. Warto jednak zastanowić się, czy w pogoni za globalną komunikacją nie utraciliśmy czegoś ważnego. Ale tego procesu nie da sie już odwrócić. Chyba, że na tydzień, dwa, gdy wyjedziemy na wakacje i zapomnimy swojego telefonu,
Technologia pozwoliła nam rozmawiać z ludźmi oddalonymi o tysiące kilometrów. Paradoksalnie coraz trudniej rozmawiać nam z sąsiadem mieszkającym za płotem czy za ścianą Mamy setki znajomych w sieci, a coraz mniej czasu na spotkanie przy kawie. Możemy uczestniczyć w niezliczonych dyskusjach, ale coraz rzadziej doświadczamy prawdziwej rozmowy. Być może dlatego współczesny człowiek coraz częściej tęskni za ciszą, za pustelnią. Za odłączeniem się od nieustannego strumienia informacji. Za chwilą, w której nie trzeba reagować na kolejne powiadomienie.
Może jest w nas ukryta tęsknota za dawną ławeczką. Niekoniecznie za samą wsią, niekoniecznie za przeszłością lecz za pewnym sposobem bycia razem. Za rozmową niespieszną i nieefektywną. Za spotkaniem, które nie prowadzi do żadnego konkretnego celu. Za wspólnym siedzeniem obok siebie i obserwowaniem świata. Ławeczka nie zniknęła całkowicie. Zmieniła tylko formę. Dziś jest nią ekran smartfona, komputera lub telewizora. Problem polega na tym, że ekran doskonale przekazuje informacje, ale znacznie gorzej buduje bliskość. Łatwo przenosi słowa, ale trudniej przenosi obecność. Dlatego czasem warto odłożyć telefon. Wyłączyć telewizor. Zamknąć komputer. Usiąść na prawdziwej ławce przed domem, na balkonie, w parku czy na wiejskim przystanku. I po prostu porozmawiać z drugim człowiekiem.
Bo być może najważniejsza lekcja jaką pozostawiła po sobie stara mazurska ławeczka, brzmi niezwykle prosto: człowiek nie żyje samymi informacjami. Człowiek żyje przede wszystkim relacjami. A relacje rodzą się nie z nadmiaru bodźców lecz z obecności. Teraz powoli uczymy się żyć i współbyć w przegęszczonym świecie social mediów. Uczymy się nowej konwersacji. I też poza szkołą. Bo szkoła nie nadąża za zmianami cywilizacyjnymi. Nauka potrwa długo. W międzyczasie doświadczymy wielokrotnie internetowego hejtu i nauczymy się zarówno emocjonalnie radzić sobie z nim jak i wytworzyć kulturę medialnego savoir vivre. Z czasem wypracujemy społecznie akceptowalne normy i zwyczaje. Póki co męczymy się z nowością, tak jak z nowymi wirusami, gorączkujemy i chorujemy. A po jakimś czasie (liczonym w latach) epidemia minie. Bo my się uodopornimy i wypracujemy zdrowy styl bycia w social mediach i telefonach.
Niemniej ja tęsknię na silgińską ławeczką przy płocie. A jak widać na zdjęciu wyżej - nie tylko ja.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz