07.03.2021

Czy etat dydaktyczny jest ucieczką przed „slotozą”?

 

Etaty dydaktyczne na uczelniach od dawna traktowane są jako gorsza, ślepa ścieżka kariery akademickiej. Takie podejście w jakimś sensie deprecjonuje pracowników dydaktycznych. W tym kontekście warto wyjaśnić dlaczego sam zgodziłem się na przejście na etat dydaktyczny, wiedząc, że jest to swoista marginalizacja. Miałem wybór i świadomie z niego skorzystałem. Wyjaśnię szczegółowo moją motywację do takiego działania. 

Slotoza to nowa, prześmiewcza nazwa dla wcześniejszego terminu – punktoza czyli nastawienia pracowników na zdobywanie punktów (wypełnianie slotów). W szerszym rozumieniu jest to uczenie się dla ocen, znane od dawna w szkołach. W szkole uczymy się dla ocen, w pracy naukowej dla uzyskania punktów, a teraz wypełnienia slotów (inny algorytm wystawiania ocen i liczenia punktów za publikacje). Należę do osób, które wraz z przygotowywaniem się uczelni do nowej parametryzacji (ewaluacji) przeszły na etat dydaktyczny. Po co taki zabieg? To jeden ze sposobów na „ukrycie” części kadry (innym sposobem jest przypisywanie osób do innych dyscyplin naukowych, takich które czasowo nie podlegają ocenie oraz tworzenie nowych wydziałów). Dlaczego ten proces zaistniał na uczelniach? To w miarę racjonalny sposób „uczenia się dla ocen”, taka reorganizacja by w efekcie uzyskać jak najwięcej punktów, a w konsekwencji uzyskać możliwie wysoką dotację (a przynajmniej nie mniejszą niż do tej pory). Czy z takimi ruchami liczyli się autorzy nowego systemu ewaluacji uczelni? 

Tak jak w szkole uczniowie przygotowują się do matury i innych egzaminów, starając się „wpisać w klucz” odpowiedzi, tak uczelnie przygotowują się do nowej ewaluacji. Tak napisać test lub wypracowanie by trafić w oczekiwane klucze pomiaru. Czasem wystarczy jedynie użyć odpowiednich słów i terminów. A na uniwersytetach wprowadzane są różnorakie reorganizacje. By jak najlepiej trafić „w klucz” ewaluacji. 

Po co jest ewaluacja naukowców, uczelni czy placówek naukowych? W większości funkcjonujemy z pieniędzy publicznych bo środki finansowe pochodzą od podatnika, a dystrybucją zawiadują instytucje rządowe. To w pełni naturalne i zrozumiałe, że zarówno podatnik jak i organ nadzorujący, chcą wiedzieć czy pojedynczy naukowcy jak i całe uczelnie dobrze pracują. Łatwo ocenić pracę sprzedawczyni w sklepie – po kilku godzinach czy dniach widać ilu obsłużyła klientów i czy nie zrobiła manka. Praca robotnika w fabryce, składającego samochody, także łatwa jest do szybkiej oceny: widać co i jak zrobił. Podobnie z rolnikiem orzącym pole. Efekty są namacalne i szybko sprawdzalne. A jak jest z pracą naukową i dydaktyczną? Po czym poznać, że nauczyciel dobrze uczy? Albo naukowiec dobrze pracuje? Tutaj na efekty trzeba czekać czasami wiele miesięcy, a najczęściej wiele lat. I nie są one tak łatwe do zaobserwowania, zmierzenia, policzenia i zwartościowania. Liczymy więc nie to, co najważniejsze ale to, co da się policzyć, np. publikacje

Uniwersytety mają trzy misje: badania naukowe, dydaktykę (nauczanie studentów) i misję społeczną upowszechniania wiedzy w szerokich kręgach pozaakademickiej społeczności. W ewaluacji pracy akademickiej tak naprawdę od wielu lat liczą się tylko badania naukowe (jedna z trzech misji). Bo najłatwiej policzyć niektóre efekty, np. publikacje. Dydaktyka, a tym bardziej misja społeczna, praktycznie w ogóle nie są oceniane. Bo nie wiadomo jak. I nawet nie ma za bardzo takich prób. Dotacje dydaktyczne skorelowane są z jakością badań. Im lepsze badania, tym więcej będzie pieniędzy na dydaktykę. W ocenie wewnątrzuczelnianej jest podobnie. Pracowników rozlicza się w zasadzie tylko z badań naukowych: publikacji, awansu naukowego (doktoraty, habilitacje, profesury itd.). A dydaktyka? Wystarczy prowadzić zajęcia i za bardzo nie podpaść. Właśnie z tego powodu od bardzo wielu lat etaty dydaktyczne traktowane były jako gorsze, poboczne. W większości trafiali i trafiają tam pracownicy, którzy nie zrobili awansu naukowego. A teraz ci, którzy mają za mało lub zbyt nisko punktowanych publikacji. Czyli nie wnoszą wiele do oceny (ewaluacji) dyscypliny czy uczelni jako takiej. Są swoistą kulą u nogi, więc się ich „upycha” na gorsze (podrzędne) etaty dydaktyczne lub techniczne. 

Ze względu na moje publikacje naukowe miałem wybór (publikuję, w tym w czasopismach punktowanych), mogłem ale nie musiałem przechodzić na etat dydaktyczny. Dlaczego więc pogorszyłem swoją sytuację zawodową i ? Powody są dwa – praktyczny i strategiczno-filozoficzny

Trudno zajmować się efektywnie zbyt wieloma sprawami na raz. Przeszedłem na etat dydaktyczny by dobrze kierować dwoma grantami dydaktycznymi, finansowanymi z funduszy i grantów ministra nauki i szkolnictwa wyższego: Warmińsko-Mazurski Uniwersytet Młodego Odkrywcy 2.0 (lata 2018-2020) oraz Spotkania z Nauką (2020-2022). Oba dotyczą edukacji pozaformalnej i trzeciej misji uniwersytetu oraz są ważne w kształceniu kapitału naukowego (nawiązują do ważnych celów dawnego Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego a obecnego Ministerstwa Edukacji i Nauki). To właśnie za taką aktywność otrzymałem nagrodę Ministra Edukacji i Nauki w 2021 roku. Te granty dla uczelni też są ważne, ze względu na uzyskiwane punkty w ewaluacji. Nowa ustawa wprowadziła (bardziej wyraziście) dwie ścieżki kariery uczelnianej – naukowo-badawczą i dydaktyczną. Z etatu dydaktycznego, po zakończeniu tych grantów, mogę wrócić na etan naukowo-dydaktyczny. Etat dydaktyczny jest więc czasowym (kilkuletnim) skupieniem się na konkretnych zadaniach. 

A drugi powód? Nie odpowiada mi wyścig szczurów i uczenie się dla ocen. Uważam, że przeszkadza to w swobodzie badań naukowych. Pracujemy i publikujemy na akord oraz by uzyskać punkty i sloty. Na etacie dydaktycznym dalej prowadzę badania w swojej dyscyplinie (ekologia, hydrobiologia, entomologia), uczestniczę jako wykonawca w grantach badawczych, kieruję pracą doktorską i publikuję. Nie muszę, mogę. Publikuję, gdy mam już efekty. Nie czuję presji czasowej, by w danym roku koniecznie zdobyć brakujące sloty. Czyli by opublikować w dobrym, punktowanym czasopiśmie i z odpowiednią konfiguracją współautorów by nie stracić na dzieleniu slotów. Praca dydaktyczna oraz praca naukowa są aktywnościami twórczymi. Tu nie da się pracować na ilość w równym tempie. W badaniach naukowych najczęściej odnotowujemy porażki i zaliczamy błędy (ale nie znaczy, że trwamy w błędzie). Przełomowe odkrycia zdarzają się bardzo rzadko. W mojej dyscyplinie, w badaniach środowiskowych, rytm pracy wyznaczają sezony wegetacyjne i często lata badań terenowych (tu nie da się niczego przyspieszyć, nawet przy większym zaangażowaniu). Badania terenowe powinny trwać przynajmniej 3 lata. W zakresie sukcesji ekologicznej i zmian środowiskowych na sensowne analizy trzeba czekać czasem przez kilka dziesięcioleci zbierania danych. Najczęściej zespołowo i w sztafecie. A tu co roku trzeba mieć publikacje. Jedynym wyjściem jest prowadzenie wielu tematów równocześnie… albo przekwalifikowanie się na biologię molekularną albo „kreatywna księgowość” – publikowanie dla samego publikowania. Stąd chyba nadmiar miałkich publikacji, czasem nawet fałszerstw lub zbyt wczesnego publikowania danych (za mało sprawdzonych). 

Kiedyś liczyła się liczba publikacji i liczba stron (bo wtedy tylko to można było zmierzyć). Łatwa do wykazania. Potem zaczęto wartościować publikacje, na te lepsze, bardziej poczytne (notabene słusznie) i te mniej wartościowe, publikowane w lokalnych czasopismach, do których mało kto zaglądał. A w ocenie dydaktycznej liczono… liczbę studentów. Jak do tej pory nie wymyślono prostych systemów oceny, dedykowanych do ewaluacji pracy dydaktycznej i naukowej. Wykorzystuje się inne narzędzia, stworzone do zupełnie czegoś innego. Punktacja czasopism (bibliometria) to pomysł bibliotekarzy – chcieli wiedzieć jakie czasopisma zamawiać do uniwersyteckich bibliotek, bo wszystkich papierowych nie dało się sprowadzać, zarówno z przyczyn finansowych jak i lokalowych. Za najlepsze uznano te, które są najczęściej czytane. Trudno sprawdzić globalnie liczbę czytelników ale można policzyć cytowania. Te które są częściej cytowane w innych pracach, te z pewnością są i częściej czytane. Stworzono instytucje do przeglądania zawartości czasopism, ciągle udoskonalane i coraz bardziej zautomatyzowane. Teraz bazujemy na instytucjach amerykańskich (bo nie mamy własnych). 

Czy naukowcy i nauczyciele akademiccy powinni być oceniani? Tak, bezwarunkowo. Czy uczelnie powinny przechodzić ewaluację. Tak. Jeśli jednak sprawozdawczość wiąże się ze zbyt dużym wysiłkiem czasowym i emocjonalnym, wtedy zbyt dużo czasu tracimy na sprawy administracyjne, a zbyt mało na dyskusje i prowadzenie badań. Czyli robimy nie to, do czego uniwersytety zostały powołane i dla których podatnicy je utrzymują. 

Pytanie o slotozę (punktozę) to szersze pytanie o edukację i zaufanie, o uczenie się dla ocen. Zbyt czasochłonny system oceny krępuje kreatywnych naukowców i zabiera ich czas oraz energię. Cwaniacy i migający się zawsze sobie poradzą. Dostosują się do systemu oceny. Będą tak jak uczniowie w szkole, którzy nie uczą się dla siebie tylko dla ocen. Robią tylko to, co przyniesie piątkę czy szóstkę. Już wcześniej dostrzeżono „spółdzielnie publikacyjne” – wzajemne dopisywanie się do publikacji. Każdy zyskiwał punkty dla siebie… Ale globalnie nie przybywało publikacji i wartościowych badań. Nowy sposób ewaluacji prowadza zmiany, co innego się teraz opłaca. Powstaną inne „spółdzielnie”. Przecież na uczelniach nie pracują idioci czy intelektualne miernoty - dość szybko pracownicy dostosują swoje strategie (jak i wydziały czy całe uczelnie) by uzyskiwać na papierze jak najlepsze rezultaty. Papier wszystko przyjmie (dokumenty elektroniczne także). Od takiego mieszania herbata się stanie się słodsza. Trzeba po prostu dosypać cukru, czyli zwiększyć fundusze na naukę i edukację. 

W swojej ponad 30-letniej praktyce najmilej wspominam okres, gdy nie byłem zbyt często oceniany. Prowadziłem badania i publikowałem, bo cieszyłem się z wyników i chciałem dzielić się rezultatami swoich odkryć. Po przejściu na etat dydaktyczny czuję ulgę i tamtą atmosferą. Moim zdaniem praca naukowa pod presją nie przynosi dobrych rezultatów. Szybko doprowadza do wypalenia zawodowego. Tu mała dygresja, nawiązująca do zamieszczonej wyżej ilustracji. Na stole stoi malowana butelka. Malowanie dla mnie jest arteterapią, wyciszeniem i rozmyślaniem. A obok kawa w filiżance. Nie w kubeczku jednorazowym z automatu, ale w w filiżance. Pita powoli, bez pośpiechu. Z czasem na przemyślanie i refleksje.

Bezwarunkowo naukowcy powinni publikować. To jedna z form dyskusji naukowych, niezwykle ważna dla rozwoju osoby jak i dyscypliny. Mówienie i pisanie ułatwia... myślenie. Żeby dopracować swoje odkrycie nie wystarczą liczne eksperymenty (najczęściej nieudane). Wiedza naukowa to konstrukt konektywny, kumulatywny i kolektywny. Potrzebny jest dialog słowny i pisemny. W ten sposób każdy porządkuje swoje myśli, zmuszony jest do słuchania i czytania innych naukowców. To bardzo ważny proces. Z tego powodu nie ma znaczenia gdzie naukowiec opublikuje i czy nawet będzie czytany. Zabrzmiało to trochę paradoksalnie. Ale pisanie jest potrzebne dla samego naukowca, ułatwia mu rozmyślania i rozważania. Owszem, ważny jest także efekt wywierania wpływu i oddziaływania na innych uczonych. Ale przy setkach tysięcy naukowców na całym świecie… nie wszyscy mogą siedzieć obok kierowcy (znacie tę anegdotę, że najszersze autobusy są w Wąchocku?). 

Na sukces tych najlepszych pracują latami tysiące tych zwykłych, przeciętnych. To tak jak z rolnikiem, im więcej zasieje ziaren, tym więcej wzejdzie i większy będzie plon. Niektóre nie wzejdą, inne padną na kamień, inne zostaną wydziobane przez ptaki. Czy warto marnować ogromną energię na preselekcję ziaren? Czas zmarnowany na złożone i absorbujące selekcjonowanie zmniejszy czas na siew. Mniej zasieje. Bardzo słusznie etaty dydaktyczne na uczelniach powiązane są z badaniami naukowymi. Bo jakżeż można uczyć innych tego, czego samemu się nie doświadczyło? Opowiadać studentom o tym, co się w książkach wyczytało? Czy oni są analfabetami, sami nie potrafią? Lepszym dydaktykiem jest ten, który w badaniach danej dyscypliny uczestniczył, spotykał się z innymi naukowcami, brał udział w międzynarodowej dyskusji ustnie, pisemnie i elektronicznie. 

I jeszcze jeden aspekt mojej decyzji: czy ważniejsza jest moja osobista kariera czy efekt społeczny? Najpierw stopień magistra - to przepustka do pracy akademickiej. Potem doktorat. Potem habilitacja. Nastawienie na własny rozwój, inwestycja w siebie samego i kolekcjonowanie wzbudzających szacunek tytułów przed nazwiskiem. Pozostała jeszcze profesura (tytuł naukowy). Ale można i dalej, kolejne zaszczyty w awansowaniu. A kiedy skorzystam z tych inwestycji i kiedy one zaowocują w praktyce? Za kilka lat emerytura. I co, całe życie akademickie wypełnione pięciem się w górę? Z jednej strony potrzebny jest nieustanne rozwój, nieustanne eksperymentowanie, dyskutowanie, rozmyślanie. A co ze studentami, co z dydaktyką, co z dzieleniem się zdobytymi kompetencjami i umiejętnościami? Kiedy na to będzie czas? W swoim życiu naukowym nauczyłem się wielu rzeczy, które dość szybko przestały być potrzebne. Bo zmienił się świat i narzędzia. To zarówno nauka pisania na maszynie, programowania i wielu, wielu innych umiejętności. Zrozumiałem, że warto wykorzystywać je od zaraz, nie zostawiać na później, bo to później nigdy nie raczej nie nadejdzie. Chcę wykorzystać to, czego się nauczyłem, czego doświadczyłem, zanim przestanie to być aktualne i użyteczne. Musi być na to czas. To tak jak z zakupoholikami - kupują dużo ładnych ubrań, butów, torebek i często nie mają okazji ich założyć. Oddają po jakimś czasie z metkami....

Jeśli się nie mylę, to nowa ewaluacja ma na celu podniesienie poziomu (prestiżu?) polskiej nauki i zwiększania oddziaływania (wpływu) na naukę światową. Na to jednak trzeba czasu i konsekwentnych działań. Ocenianie edukacji i nauki jest trudne, bo efekty widać dopiero w długim dystansie czasowym. Sporządzanie raportów do oceny nie powinno być zbyt czasochłonne by nie odciągać naukowców i nauczycieli od pracy. Z tymi różnymi parametryzacjami problem w Polsce jest taki, że ... nie są konsekwentne w stosowaniu. Najpierw ustala się zasady... a potem tworzy wyjątki. I to demoralizuje. Kiedyś obowiązywał czas 8 lat na zdrobnienie doktoratu i na habilitację. Ale nieustannie robiono wyjątki i zerowano licznik przy nowych ustawach. Punktacja czasopism? Teraz też mamy tego wyraźny przykład. Najpierw ustala się jakieś normy... a potem ręcznie zmienia. Dla niektórych (stąd słuszne oburzenie środowiska akademickiego). Efektem będzie kolejna frustracja i złość w środowisku akademickim. Podobnie mamy w szkołach - uczenie się dla ocen....

Coś na pewno warto zmienić. A jeśli chcemy, żeby polska nauka zajęła lepsze, bardziej prestiżowe miejsce w świecie... trzeba po prostu zwiększyć nakłady finansowe na naukę. Od samego mieszania herbata nie zrobi się słodsza, nawet jak będziemy szybciej kręcić łyżeczką. Trzeba po prostu dosypać więcej cukru... 

Wybrałem etat dydaktyczny by zdążyć wykorzystać moją wiedzę, umiejętności i kompetencje w kształceniu studentów oraz edukacji pozaformalnej, nastawionej na upowszechnianie wiedzy. Co więcej, uważam, że jest to przyszłość, że tak zmieniać będą się szkoły i uniwersytety. 

Rzeczy nowe nigdy nie mieszczą się w starych schematach, tabelkach i algorytmach. W szkole nie uczyłem się dla ocen (czasem były kiepskie, czasem dobre, nie one mną kierowały). W pracy na uniwersytecie nie kieruję się punktami i slotami. Przejście na etat dydaktyczny dało mi wolność i swobodę robienia tego, co uważam za wartościowe i sensowne. Nie boję się ryzyka, że mój wybór źle się dla mnie skończy (bo taka możliwość cały czas istnieje). W badaniach naukowych najczęściej ponosimy porażki, a eksperymenty się nie udają. Ale ucząc się na błędach wprowadzamy zmiany, optymalizujemy i w ten sposób dokonujemy ważnych odkryć. Nie dzieje się to każdego dnia. Tylko raz na jakiś czas, okupione wytrwałością, konsekwencją i uporem. Ryzyko wpisane jest w każdy eksperyment naukowy i każdą działalność kreatywną. Na ogół dostrzegamy tylko te, które odniosły sukces. Nie dostrzegamy natomiast tych, które umożliwiły osiągniecie tego sukcesu, mimo że zakończyły się porażkami. 

Poszerzona i nieco zmieniona wersja artykułu, wysłanego do e-czasopisma „PWN Nauka”

1 komentarz:

  1. Piękny tekst! Zgadzam się z Panem. O wrotkach (i wtorkach...) też podobało mi się. W Nowej Erze jednak ten schemat nie bardzo im się udał. Pozdrawiam - Krzysztof, akwarysta, popularyzator

    OdpowiedzUsuń