14.07.2026

Słoik, który przestał być słoikiem

Warsztaty i spotkanie z malowaniem dachówek, Jeziorany, Warmia.


Biologia może wydać się dziwną profesją. Przez lata człowiek uczy się rozpoznawania gatunków, zależności ekologicznych i procesów ewolucyjnych, a potem jedzie daleko pociągiem, siedzi w skansenie i maluje na słoiku fruczaka gołąbka, łęczycką świteziankę albo głuszca w roli kłobuka. Albo żabę, która wygląda jak filozof po nieprzespanej nocy. Jaki to ma mieć sens?

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że nauka i sztuka wcale nie stoją po przeciwnych stronach rzeki Bzury. One płyną tym samym nurtem. Jedna odpowiada na pytanie jak, druga na pytanie po co. A człowiek od tysięcy lat próbuje jednocześnie zrozumieć świat i go opowiedzieć. Dlatego lubię takie wydarzenia jak Biennale w Kwiatkówku. Nie dlatego, że można coś namalować. Pędzel jest tylko pretekstem. Najważniejsze jest to, że przy okazji można porozmawiać. W świecie, który coraz częściej komunikuje się emotikonami, możliwość wspólnego siedzenia przy stole zaczyna przypominać dobro luksusowe.

Dawniej ludzie darli pierze. Łuskali fasolę. Międlili len. Obierali ziemniaki lub przewracali siano ma łące. Praca była ważna, ale jeszcze ważniejsza była rozmowa. Wiedza nie mieszkała w bibliotekach. Mieszkała pomiędzy ludźmi. Opowieści przechodziły z pokolenia na pokolenie niczym nasiona padające na glebę. Dzisiaj nazwalibyśmy to siecią społecznościową. Tyle że działała bez prądu, bez reklam i bez konieczności ładowania telefonu.

Może właśnie dlatego tak bardzo podoba mi się pomysł malowania na słoikach. Słoik jest przedmiotem niezwykle demokratycznym. Nie udaje dzieła sztuki. Nie ma w sobie muzealnego zadęcia. Przez całe życie wykonywał ciężką pracę w kuchni, cierpliwie przechowując ogórki, kompoty i dżemy. A teraz nagle okazuje się, że może zostać dziełem sztuki. Trochę przypomina emerytowanego nauczyciela, który odkrył, że po przejściu na emeryturę ma więcej energii niż w czasach pracy zawodowej. Ja jeszcze do emerytury mam niecałe 2 lata...

Kiedyś słoiki były solidne, trwałe i wielorazowego użytku. Dawniej słoiki były pieczołowicie gromadzone i wielokrotnie wykorzystywane. Zmieniano tylko gumki w słoikach Wecka lub metalowe nakrętki od współczesnych twistów. Teraz słoiki są dla nas jednorazowym opakowaniem na dżem, majonez, musztardę, sałatkę warzywną, ogórki konserwowe itp. Z biologicznego punktu widzenia jest to zresztą całkiem naturalne. Ewolucja uwielbia zmieniać funkcje róznych organów organizmu. Pióra najpierw służyły termoregulacji, a dopiero później nauczyły się latać. Płetwy stały się nogami a potem znowu płetwami. Kości szczęki gadów zamieniły się w kosteczki słuchowe ssaków. Natura od milionów lat prowadzi nieustanny recykling pomysłów. Dlaczego więc słoik nie miałby przestać być słoikiem? A przynajmniej słoikiem "inaczej".

W tym roku będziemy malowali zwierzęta. Ale nie tylko takie, które można znaleźć w atlasie zoologicznym lub w Dolinie Bzury. Pojawią się zwierzęta z pogranicza biologii i wyobraźni. Te, które od wieków mieszkają w ludowych opowieściach. Zwierzęce demony. Zwierzęce anioły. Opiekunowie domostw. Towarzysze czarownic. Zwiastuny szczęścia. Posłańcy nieszczęść. Jako biolog wiem, że kruk jest po prostu krukiem. Jako człowiek kultury wiem jednak, że nigdy nie był tylko krukiem. Podobnie jest z wilkiem, sową, kotem, żabą czy bocianem. Zoologia opisuje ich anatomię. Etnografia opisuje ich drugie życie. I właśnie to drugie życie jest niezwykle ciekawe. Przynajmniej w czasie wakacji.

Bo człowiek od początku swojego istnienia nie patrzył na przyrodę obojętnie. Nazywał i nadawał jej znaczenia. Trochę z konieczności, a trochę z wyobraźni. Tam, gdzie brakowało wiedzy, pojawiały się opowieści. Tam, gdzie kończyła się obserwacja, zaczynała się metafora. Wbrew pozorom nie był to przejaw głupoty. Był to bardzo skuteczny sposób porządkowania świata. Nauka zresztą robi coś podobnego do dzisiaj. Różnica polega jedynie na tym, że zamiast demonów wymyślamy modele matematyczne, modele zachodzących zjawisk, np. klimatu, tworzymy uogólnienia i teorie.

A skoro mowa o wymyślaniu... Na tegorocznym biennale pojawi się jeszcze jeden współtwórca. Sztuczna inteligencja. Już słyszę pytania, czy AI nie zabije ludowej twórczości? Mam na ten temat inne zdanie. Czy wynalezienie ołówka zniszczyło poezję? Zmieniło, to fakt, ale nie zniszczyło. Czy aparat fotograficzny zakończył malarstwo? Też zmienił lecz nie unicestwił. Każde nowe narzędzie wywoływało podobne lęki. A potem okazywało się, że człowiek po prostu znalazł kolejny sposób opowiadania o sobie. AI nie zastąpi wyobraźni. Ona ją prowokuje. Czasem irytuje. Czasem inspiruje. Czasem podpowiada coś absurdalnego. I właśnie dlatego bywa twórcza. Podejrzewam, że gdyby Boruta żył dzisiaj, zamiast podpisywać cyrografy kruczym piórem, generowałby je w chmurze.

Najbardziej fascynuje mnie jednak coś zupełnie innego. Każdy pomalowany słoik stanie się małym depozytem pamięci. Do środka będzie można włożyć kamyk znaleziony nad Bzurą, muszlę przywiezioną znad morza, guzik po dziadku, kawałek starej ceramiki z rozbitego talerza, zapisane życzenie albo kod QR prowadzący do opowieści filmowej lub tekstowej. Kiedyś ludzie zakopywali skarby. Dzisiaj coraz częściej zakopujemy informacje. To znamienne. Przez miliony lat ewolucji najcenniejszym zasobem była energia. Potem żywność. Potem surowce. Dzisiaj najcenniejsza staje się informacja.

Ale człowiek pozostaje człowiekiem. Nadal chce zostawić po sobie ślad. Nadal chce powiedzieć komuś, kogo nigdy nie pozna: „Byłem tutaj. Myślałem. Zachwycałem się światem. Trochę się go bałem. Trochę próbowałem go zrozumieć.” Właśnie dlatego tak bardzo lubię skanseny. Nie są muzeami przeszłości. Są laboratoriami pamięci. To tutaj można zobaczyć, że kultura działa podobnie jak ekosystem. Nieustannie coś zanika, coś się rodzi, coś przystosowuje, coś migruje. Dawne opowieści spotykają smartfony. Legendy poznają kody QR. Diabeł Boruta zaczyna współpracować ze sztuczną inteligencją. A biolog opowiada o ewolucji, siedząc przy stole z malarzami, dziećmi, mieszkańcami okolicznych wsi i przypadkowymi turystami. I wtedy okazuje się, że nie uczestniczymy w plenerze malarskim. Uczestniczymy w ewolucji kultury. Kultura przecież nie rozwija się wyłącznie w salach konferencyjnych ani na uniwersytetach. Znacznie częściej dzieje się to przy stole, gdzieś w plenerze, na tak zwanej prowincji. Pod drzewem. Nad rzeką. W czasie wspólnego śmiechu. W rozmowie, której nikt nie zaplanował. Może dlatego najbardziej czekam nie na te biennalowe słoiki.

Czekam na rozmowy. Bo obrazy z czasem blakną. Szkło może pęknąć. Kody QR kiedyś przestaną działać. Ale dobrze opowiedziana historia ma niezwykłą właściwość. Potrafi przeskoczyć z jednego umysłu do drugiego i żyć tam własnym życiem. Biolodzy nazwaliby to replikacją informacji. Folkloryści powiedzieliby: tradycja. A ja po prostu powiem, że właśnie dlatego warto czasem pomalować zwykły słoik. Nigdy nie wiadomo, kiedy przestanie być zwykłym słoikiem i stanie się fragmentem czyjejś pamięci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz