27.03.2022

Referat i pozory własnej ważności


Chciałbym zachęcić do spojrzenia na referat z nieco innej perspektywy. Z perspektywy hierarchii i poczucia ważności prelegenta. Przemawianie publiczne czasem daje pozory własnej ważności i wartości wypowiedzi. Mówca chce się czuć ważny i słuchany, bo słuchamy liderów, przywódców i kogoś ważnego. Mówca z liczby słuchaczy obecnych na sali, z frekwencji na wykładzie czerpie dobre samopoczucie i odnosi wrażenie ważności przekazu. Jego poczucie satysfakcji odbija się w publiczności jak w zwierciadle. Jednak nie każde wystąpienie da tyle samo satysfakcji. Bo są takie na pierwszym planie i takie z dalszego planu, w odczuciu prelegenta (i słuchaczy) uważane za podrzędne.

Duża sala z dużą liczbą słuchaczy i referat plenarny daje poczucie ważności osoby prelegenta lub ważności przekazu, ważkości wypowiadanych słów. Ta sama zasada sprawdza się w odniesieniu do kontaktów zdalnych i  innych mediów, w tym słowa pisanego i przekazu internetowego. A jak zobaczyć publiczność, gdy są nimi czytelnicy? A więc mamy komunikację zdalną i fizycznie nadawca nie widzi swojej odbiorcy. Wnioskuje po nakładzie lub ważności wydawnictwa lub tytułu prasowego albo po liczbie odwiedzić witryny internetowej. 

Zarówno liczba słuchających jak i uprzywilejowane, wyróżnione miejsce w programie takie jak referat plenarny (czyli z podkreśloną ważnością) czy duża frekwencja na wykładzie akademickim daje poczucie ważności. Mogą to być jednak tylko pozory bo nie jest ważne do ilu mówi, ważne do ilu treść wypowiedzi rzeczywiście dociera. Ważne ilu rzeczywiście słucha i na ilu mówca wywiera wpływ. 

Publikacje i książki to nieco inna forma przemawiania - zdalna. Druk nobilituje bo kiedyś książki było drogie i nie warto było drukować czegokolwiek. Jak wydrukowane, to znaczy, że jest ważne, doniosłem cenne. Napisanie własnej książki czy podręcznika dawało i być może daje poczucie satysfakcji, że jest duża publiczność a przekaz jest ważny i wartościowy.  Teraz się to trochę zmieniło bowiem druk jest znacznie tańszy, namnożyło się wydawnictw a nawet można w prosty sposób wydać książę samemu. Ważniejszy byłby nakład i prestiż wydawnictwa, czyli jak ono dociera do czytelników. 

Publikacje nobilitują, zwłaszcza te o dużym zasięgu (tak jak liczna publiczność na sali). Ważniejsza jest jednak poczytność. Cytowalność jest efektem czytania prac naukowych i wywieranego wpływu (doniosłości wypowiedzianych słowem treści). Poza tradycyjnymi "zliczarkami" cytowań są całkiem nowe, np. Google Scholar. A w przypadku stron internetowych i blogów można zwracać uwagę na liczbę odsłon (kliknięć). To, że ktoś był na sali wykładowej/konferencyjnej to nie znaczy , że słuchał i wypowiedziane słowa wywarły na niego wpływ> To , że jest wydrukowane w książce lub czasopiśmie, to nie znaczy, że jest czytane. To, że ktoś wszedł na daną stronę internetową, to nie znaczy jeszcze że przeczytał i że opublikowana treść wywarła wpływ na odbiorcę.

A gdy wygłaszamy referat lub piszemy artykuł to szukamy splendoru i własnej satysfakcji czy empatycznie szukamy satysfakcji i zadowolenia słuchaczy? Idziemy przekazać treść czy własny splendor obwieścić wśród publiczności i ogłosić światu? W odpowiedzi na te pytania znajdziemy własny stosunek do świata, i to czego oczekujemy. Przeżycia czegoś w dialogu, adrenaliny ze spotkania z zaciekawionymi słuchaczami czy może oklasków i dobrego samopoczucia, wynikającego z wrażenia wywierania wpływu?

Referaty wygłaszamy czasem z obowiązku... wypełniania (zapełniania) czasu u odczyniania rytuału społecznego.

Jako ilustrację do niniejszego tekstu zamieściłem zdjęcie z plenerowego spotkania i opowieści w formie kamishibai. To było w czasie Olsztyńskiej wystawy Dalii, roku nie pamiętam. Publiczności jeszcze nie widać (bo przed i wynika z ujęcia). Odpowiednia ilustracja by zadać sobie ważne pytanie: po co i dlaczego?

26.03.2022

Wiosenne wypalanie traw

 


Jak co roku ten temat powraca wczesną wiosną. I to co coraz wcześniej. Najpierw zadzwoniła pani redaktor z Radia Olsztyn, potem redaktor z Gazety Olsztyńskiej. Pytali o to samo. jakie są skutki wypalania traw. Co roku odpowiadam podobnie ale problem chyba się pogłębia ze względu na widoczne skutki globalnego ocieplenia klimatu Ziemi.

Dla zobrazowania skali problemu redaktor z Gazety Olsztyńskiej przesłał mi dane o liczbie pożarów traw i "nieużytków" rolnych dla powiatu olsztyńskiego:  2022. 28.02-06.03 - 9 pożarów, w dniach 07-13.03 - 22 pożary,   14-20.03 - 64 pożary,   21-24.03 - 36 pożarów. Najliczniej w drugiej połowie marca - ponad 60 pożarów. Ile jest w skali całego kraju? I całej Europy?

"Dlaczego ludzie decydują się na wypalanie traw?"
Najprościej można by napisać - z głupoty. Ale ta zdawkowa odpowiedź niewiele wyjaśnia. W większości podpalamy z niewiedzy co do skutków. Podpalanie jest także efektem wątpliwej zabawy, że coś się dzieje i przyjedzie straż pożarna, będzie jakaś „zabawa”. Drugim powodem są dawne stereotypy. Bo wypalanie to pozostałość po archaicznej formie użytkowania terenu: wypalenie trawy powoduje „sprzątniecie" zeschniętych traw i stwarza wrażenie „porządku”, odsłania i użyźnia glebę. Można nawet sochą zaorać i posiać zboże. Przed wiekami ludzie wykorzystywali gospodarkę żarową. Ale wtedy było nas zdecydowanie mniej, więc i skutki dla przyrody były mniejsze. Nasi przodkowie wypalali fragment lasu, a na powstałej polanie zakładali swoje pola uprawne. Po kilkunastu latach, gdy ziemia się wyjałowiła, porzucali to miejsce i przenosili się gdzie indzie. A na dawnym polu powoli, w wyniku sukcesji ekologicznej, odrastał las. Teraz jest zbyt dużo ludzi na Ziemi, nie ma wolnych miejsc, gdzie moglibyśmy się przenosić. A na Saharę i tak się nie przeniesiemy, bo tam nie ma warunków dla rolnictwa. Po drugie ludzi jest tak dużo, że potrzebujemy dużo żywności i dawne, ekstensywne sposoby uprawy są dalece niewystarczające. W wyniku wojny na Ukrainie wiele żyznych czarnoziemów nie zostanie w tym roku obsianych, w skali ludzkości wyprodukujemy mniej zboża i to już  spowoduje głód w wielu regionach, do których eksportowano zboże z Ukrainy. 

Wypalanie traw daje iluzję "porządku" bo znikają suche trawy (za to uwidaczniają się liczne śmieci). Ale ten porządek to bardzo krótkotrwały efekt. Trudniej nam dostrzec długofalowe, negatywne stuki pożarowej aktywności. 

"Jakie skutki dla ekosystemu przynosi wypalanie traw i nieużytków rolnych?"
Po pierwsze węgiel, zdeponowany w biomasie (roślinach), trafia do atmosfery w postaci dwutlenku węgla. Powiększa się jego ilość w atmosferze. Jest więc jedną z przyczyn zwiększającej efekt globalnego ocieplenia klimatu. Cieplejsze zimy i brak trwałej pokrywy śnieżnej, powoduje, że wiosną szybko następują okresy suszy (już przez miesiąc u nas nie padało), co znacząco sprzyja pożarom. Zatem nawet jeśli kiedyś wypalanie traw nie przynosiło tak wielkich strat, to teraz przynosi. Obserwujemy sprzężenie zwrotne dodatnie. Przy zmianach klimatu wypalania są groźniejsze w skali globalnej jak i lokalnej.

Po drugie w ogniu giną nasiona roślin, uszkadzane są krzewy i drzewa oraz ginie wiele małych i średnich zwierząt. To są bardzo wymierne straty w różnorodności biologicznej i tak już przetrzebionej działalnością człowieka.. Giną małe zwierzęta, takie jak jeże, drobne ssaki (nie mają szansy uciec przed ogniem), płazy, gady, ptaki, ginie bardzo dużo małych bezkręgowców: owadów, pajęczaków, ślimaków itd. Te, które zimują w stadium jaja, larwy, poczwarki lub te które obudziły się ze snu zimowego i są aktywne. Bezsensowna śmierć i osłabianie homeostazy ekosystemów. Po glebie z wypaloną trawą woda szybciej będzie spływać a nam powinno zależeć na zatrzymaniu w krajobrazie jak najwięcej wody. Żeby w jakiś sposób rekompensować zanikającą, zimową retencję w postaci śniegu. Dodatkowo biogeny szybciej spłukiwane są do rzek a potem do morza. W jednym miejscu gleby jałowieją, a w jeziorach i w Bałtyku borykamy się ze szkodliwą eutrofizacją.

Pojęcie nieużytku rolnego jest bardzo mylące. Lepiej nazywać je użytkami ekologicznymi. Bo nie są wykorzystywane rolniczo w danym momencie lecz spełniają funkcje przyrodnicze. Nie są to niepotrzebne „nieużytki”, lecz bardzo potrzebne i użyteczne ekologicznie tereny. Spełniają różnorodne usługi ekosystemowe.

Niedostrzeganie wymienionych wyżej zjawisk wskazuje na dużą niewiedzę szerokich kręgów społecznych. Wskazuje na braki edukacyjne. Można skrótowo nazwać to głupotą.

Edukacja jest niezwykle ważna nie tylko dla naszego, ludzkiego dobrostanu ale także dla naszego przetrwania. W procesie szeroko rozumianej edukacji udział muszą brać także media. Bo to ważny, potencjalny sektor edukacji nieformalnej. Teoretycznie media publiczne mają taką misję. Jednak obecne władze zdemolowały także media, co najbardziej widać po TVP - zamiast misji edukacyjnej jest destrukcyjna, polityczna, tandetna propaganda. Żywię nadzieję, ze szybko się to zmieni.

PS. Innym efektem pożarów łąk są spalone domy i inne budynki czy maszyny. To są wymierne straty gospodarcze. Nie mówiąc o pracy strażaków i zużytym na dojazdy paliwie (surowce nieodnawialne, w dużej części sprowadzane z Rosji).



25.03.2022

Jak, komu i dlaczego pokazywać przyrodę?

Chmura słów, kojarzących się z pokazywaniem przyrody, jeden z efektów spotkania ze Stowarzyszeniem Edukatorów Leśnych w dniu 17 marca 2022 r.


Tytułowe pytanie zadaję sobie już co najmniej od 35 lat. A nawet trochę wcześniej, gdy przygotowywałem się do zawodu nauczyciela biologii. Potem były zajęcia ze studentami biologii, w tym zajęcia terenowe. A potem okazjonalne zajęcia z uczniami i osobami dorosłymi. Od kilkunastu lat poszerzam swoje doświadczenie przez udział i organizację różnorodnych projektów edukacyjnych i festiwali naukowych. Wiele lat doświadczania, próbowania, refleksji i słuchania innych specjalistów oraz czytania książek i artykułów. Powinienem być już "kuty na cztery nogi" a jednak ciągle czuję luki w wiedzy i umiejętnościach. Między innymi dlatego, że świat się zmienia i nie da się wejść ponownie do tej samej wody w rzece. Z dostrzegania tych zmian rodzi się pytanie "dlaczego" a nie tylko "jak" i "komu" przyrodę pokazywać.

Dlaczego pokazywać przyrodę? A nie może każdy sam sobie poobserwować, tak jak przez tysiąclecia? Ja przyrodę poznawałem na wakacjach, spędzanych na wsi. Pokazywał mi dziadek i wujek. I sam obserwowałem, czytałem książki oraz były lekcje biologii w szkole. Można było konfrontować swoją wiedzę z tą szkolną, podręcznikową, i książkową. Czy coś się zmieniło? Tak. Współcześni ludzie w coraz większym stopniu poznają przyrodę z telewizji, komputera i szkolnego podręcznika. Większość z nas żyje w mieście i tylko rzadko wybiera się na wycieczki do lasu czy nad jezioro. Częściej obserwujemy przyrodę przez szkło monitora niż szkło lornetki czy szkło mikroskopu. A przecież dostęp do sprzętu badawczego jest bez porównania łatwiejszy niż w czasach mojej młodszości. Na co dzień przebywamy z urządzeniami i sztuczną, medialną rzeczywistością: kupując bilety w automacie, kontaktując się ze znajomymi przez portale społecznościowe, przeglądając filmiki na Facebooku, You Tube czy Tik Toku. Przebywamy coraz więcej w świecie techniki i świecie cyfrowym a coraz mniej w kontakcie z przyrodą, nawet tą miejską. 

Przez tysiąclecia żyliśmy w bezpośrednim kontakcie z przyrodą. Filozofowie piszą, że człowiek odznacza się biofilią - potrzebą kontaktu z przyrodą. Wypoczywamy na łonie natury, potrzebujemy częstego kontaktu z roślinami i zwierzętami. Jest to nasza głęboka i pierwotna potrzeba. Czy jedynie szkoła ma tę potrzebę zaspokajać i przy okazji rozwijać wiedzę przyrodniczą, wiedzę o świecie? A co z reszta życia? 8 lat podstawówki, 4 liceum i 3-5 lat studiów, w sumie maksymalnie 15-17 lat nauki a przecież żyjemy kilka razy dłużej. Edukacja formalna nie wystarczy. Odpowiadając na pytanie jak i komu warto wskazać, że potrzebującemu tego społeczeństwu trzeba pokazywać przyrodę ustawicznie, nie tylko w szkole i nie tylko uczniom lecz i dorosłym. Stąd ogromne znaczenie różnorodnych form edukacji pozaformalnej i nieformalnej w pokazywaniu przyrody i edukowaniu biologicznym. 

Jak pokazywać i opowiadać? Kto i gdzie ma to robić? Czy tylko pokazywać? A może również objaśniać? Czy skupić się na programie i treści czy również na tworzeniu środowiska edukacyjnego? 

Opowiadanie o przyrodzie w terenie jest trudne. Także i z tego powodu nauczyciele niezbyt chętnie wychodzą z klasy. Obawiają się, że nie będą znali nazw spotkanych roślin i zwierząt. Zbudowanie opowieści z rzutnikiem multimedialnym, podręcznikiem, eksponatami w klasie wydaje się bezpieczniejsze. Wszystko można przygotować, zapamiętać, nauczyć się i przekazać. W terenie jest trudniej bo warunki są bardzo zmienne. O ile rośliny są w tym samy miejscu to ze zwierzętami znacznie trudniej. A i pogoda bywa zmienna. Do tego dochodzi zmienność fenologiczna - niektóre zjawiska można pokazać tylko w określonym czasie - nie są dostępne cały czas. I jak sobie poradzić z tak dużą liczbą gatunków roślin, grzybów i zwierząt? Nie wiesz dokładnie co spotkasz danego dnia i o co zapytają uczniowie/słuchacze. Za każdym razem trzeba mniej lub bardziej improwizować. Dlatego właśnie zwłaszcza młodsi nauczyciele boją się wychodzić na zajęcia terenowe.  Rozwiązaniem jest zaakceptować swoją niewiedze i odkrywać wspólnie z uczniami. Przy okazji można ich nauczyć jak posługiwać się kluczami do oznaczania gatunków czy prostymi aplikacjami na telefon komórkowy. I pokazać na czym polega proces naukowy z weryfikacją własnej wiedzy.

Kto odpowiadał na pytania w czasie spotkania
ze Stowarzyszeniem Edukatorów Leśnych?
Kto więc edukacja przyrodnicza powinien się zajmować? Na pewno nie tylko nauczyciele. I jak wspierać czy współpracować z nauczycielami? 

Edukatorów przyrodniczych jest wielu. I często goszczą oni na szkolnych lekcjach lub prowadzą zajęcia wyjazdowe na swoim terenie. Coraz liczniejsze są zespoły edukacyjne w parkach krajobrazowych i narodowych, w Lasach Państwowych, w różnego rodzaju centrach nauki, co raz więcej jest naukowców, edukujących na otwartych zajęciach w uczelniach wyższych w ramach różnego rodzaju festiwali i pikników naukowych oraz jest wielu "wolnych strzelców". Oferta kierowana jest nie tylko do uczniów w ramach zajęć, wycieczek czy zielonych szkół. Oferta edukacyjna kierowana jest do każdego, niezależnie od wieku. Zatem jest to dostarczanie doświadczenia i kontaktu z przyrodą w ramach edukacji pozaformalnej i ustawicznej, w małych, niezależnych porcjach wiedzy. 

Edukacja staje się coraz bardziej procesem ustawicznym i realizowanym poza szkołą. Dotyczy to także wiedzy przyrodniczej. W pewnym sensie szkoła staje się coraz bardziej rozproszona. 

Jak? Po pierwsze przygotować adekwatną (dla danej publiczności, miejsca i czasu) opowieść, po drugie przygotować teren, po trzecie wykorzystać nauczanie zdalne i po czwarte zaangażować poznawczo słuchaczy i wdrożyć ich w odkrywanie (dać wędkę a nie tylko rybę). W teren można zabrać różne lupy, lornetki, pojemniki, tacki i inne przyrządy, ułatwiające obserwowanie istot dużych i małych. Po drugie można mniej lub bardziej przygotować teren, budując wiaty, ławeczki, przygotowując różne obiekty do obserwacji. Tak od dawna dzieje się w ogrodach zoologicznych, ogrodach botanicznych, arboretach, leśnych szkołach czy ścieżkach dydaktycznych. Drzewa i rośliny można opatrzyć etykietami z nazwami a w ogrodach zoologicznych także zwierzęta na wybiegu czy w klatce. Zawsze tam będą, nie uciekną. Oglądający będzie wiedział co obserwuje, poczyta być może więcej o danym gatunku. Duże tablice czasem szpecą i zasłaniają. Ale od czego jest przenośny czytnik treści w postaci smartfonu. Wystarczy więc umieścić qr kod, który przeniesie do tekstu, obrazu, audio przewodnika czy filmu. Widz zobaczy to, czego nie widać. A rzeczywistość cyfrowa zastąpi żywego przewodnika. Te treści trzeba jednak wcześniej nagrać, przygotować. To element nauczania na odległość. Indywidualnie można w dowolnym terenie rozmieścić czasowo np. kamienie lub karteczki z nawami i qr kodami. 

Tablice z grafiką i tekstem to stara i powszechna metoda opowiadania o przyrodzie. Łatwo je rozmieścić w terenie a turysta czy uczestnik wycieczki sam się z tę treścią zapozna. Nie tylko ułatwi rozpoznawanie gatunków ale zaznajomi się w procesami, które czasem długo trwają np. sukcesja ekologiczna. W czasach taniego relatywnie druku wielkoformatowego pojawiło się sporo ładnych i ciekawych merytorycznie tablic na różnych ścieżkach edukacyjnych. Znacząco można je wzbogacić przez zamieszczanie qr kodów, linkujących do krótkich filmów. Dlaczego krótkich? Bo zwiedzający nie skupi się na czymś dłuższym.

Poza prostymi tablicami są już różnego rodzaju ścieżki edukacyjne, w tym sensoryczne i z prostymi zgadywankami (nie tylko ogląda i czyta ale musi coś zrobić). Umiejętności pokazywania przyrody sprowadzają się więc także do zdalnego nauczania (autor nie widzi swoich odbiorców i nie może zmodyfikować swojego przekazu, dostosowując do bardzo zróżnicowanego odbiorcy). Tworzymy więc środowiska edukacyjne, zarówno jako pomoc dla edukatorów, oprowadzających słuchaczy jak i do samodzielnego zapoznawania się z treścią. Edukacja bez kontaktu ze słuchaczem. 

W różnych ośrodkach edukacyjnych, w tym w muzeach przyrodniczych, pojawiają się nie tylko wypchane zwierzęta, zasuszone rośliny, diaporamy, przedstawiające różne siedliska i florą i fauną lecz także specjalne wystawy, pokazujące świat w koronach drzewa, w glebie czy powiększony model mrowiska, do którego można wejść. Coraz częściej pojawiają się krótkie audioprzewodniki czy filmy, tak aby zwiedzający mógł we własnym tempie i własną ścieżką zapoznać się z wcześniej przygotowanymi tekstami, nagraniami audio czy wideo. Czasem wystarczy telefon użytkownika, czasem oferowane są przenośne zestawy ze słuchawkami. Z takiej przestrzeni edukacyjnej korzystają także szkoły w czasie wycieczek. Ale częściej wykorzystywane sa w ramach wycieczek rodzinnych czy turystycznych. Dwa w jednym: wspieranie edukacji szkolnej i zapewnianie edukacji ustawicznej, pozaformalnej i nieformalnej. Zastępują dziadka czy wujka, który w czasie wakacji pokazywał i opowiadał o przyrodzie. 

Jeszcze lepszym rozwiązaniem są przygotowane miejsca do aktywności, różnego rodzaju czatownie, punkty obserwacyjne, wiaty i urządzenia, oferujące proste quizy czy zadania badawcze. Im bardziej zaangażujemy ucznia/słuchacza tym pełniejsza będzie jego wiedza przyrodnicza i jego zaangażowanie. Tu już nie wystarczy przygotowanie ścieżki czy tablicy ani nawet jedno spotkanie z edukatorem, potrzebne jest długie, stałe wsparcie 9może być także zdalne). Zapewniają to m.in. uczelnie wyższe lub zespoły naukowo-edukacyjne w różnych placówkach. Ornitolodzy organizują liczenie ptaków na przelotach lub przylatujące zimą do karmników. Entomolodzy proponuję np. letnie liczenie motyli na krótkich transektach. Uczestnik - przyrodnik wolontariusz (uczeń lub dorosły) najpierw musi się nauczyć rozpoznawać zwierzęta lub rośliny (ma jednak silną motywację i nie jest  oceniany na stopnie), potem zbiera informacje, notuje, przesyła do jednostki koordynującej. Ktoś innych zbiera liczne dane i opracowuje wyniki. Uczestnik ma satysfakcję uczestnictwa w potrzebnych badaniach naukowych, dokumentujących różnorodne zjawiska, np. zmiany zasięgu występowania gatunków w procesie globalnego ocieplania klimatu, obserwowania sukcesji, rozprzestrzeniania się gatunków obcych i inwazyjnych itd. W takim procesie jest się nie tylko "uczniem" ale i naukowcem, prowadzącym ważne obserwacje. 

Edukacja systematycznie się zmienia. Nie ogranicza się tylko do szkoły i podręczników szkolnych. Edukacja jest naszą wspólną sprawą (a nie tylko nauczycieli w szkole). Ośrodki akademickie coraz szerzej włączają się w ten proces. I w coraz większym stopniu wykorzystywane są metody edukacji zdalnej. Dla edukatorów oznacza to, że muszą uczyć się zupełnie nowych umiejętności: nie tylko przygotowania opowieści, jakieś historii ale jeszcze przygotować ją w zupełnie nowej formie: tekstu, infografiki, filmu, gry terenowej czy zaprojektowania interaktywnej przestrzeni do edukacji z lub bez edukatorem. 

Bez rozumienia zjawisk przyrody trudno jest funkcjonować nawet we współczesnych, stechnicyzowanym świecie. Potrzebujemy licznych edukatorów przyrodniczych i przygotowanych przez nich miejsc.


Opowiadanie i pokazywanie tego, co żyje w rzece w trakcie pozaszkolnego pikniku Święto Łyny w Olsztynie.

24.03.2022

Świat widziany przez szkło jest inny niż myślisz (widzisz)

Malowane butelki z pleneru w w Reszlu.
 

Często na świat spoglądamy przez szkło. Na przykład przez szybę w oknie (w tym przypadku szkło chroni nas przed światem zewnętrznym), przez szkło lornetki, teleskopu lupy czy mikroskopu (pozwala zobaczyć niewidoczny mikro świat lub świat odległy i daleki). Czasem przez szkoło telewizora, monitora komputerowego czy ekran smartfona. Albo spoglądamy w lustro, które jest szkłem pokrytym srebrem lub innym odbijającym światło materiałem. Inni często zaglądają do szklanego kieliszka i do butelki. W tych przypadkach szkło jest opakowaniem. A zaglądanie tam jest metaforą uzależnienia od alkoholu etylowego i jakiejś tam ucieczki od świata i jego problemów.

Szkło jest zarazem sztuczne jak i naturalnie. Podobnie z odbiciem lustrze, niby to samo a jednak nieco inne od oryginały w barwie i symetrii. Zwykłe szkło w lustrze zmienia nieco barwy (choć nie każde). Ponadto widzimy obraz o odwróconej symetrii - świat podobny ale nieco inny. Nie każdy od razu to zauważy. W przyrodzie wiele organizmów poprzez zjawisko mimikry udaje kogoś innego – podszywa się pod obraz innego gatunku lub własnego otoczenia. Niczym odbicie w lustrze.

Szkło jest pierwszym tworzywem sztucznym wynalezionym przez ludzkość. Najpierw wytwarzane dla ozdoby, potem w celach użytkowych, jako opakowanie dla innych produktów (butelki, złoje, flakoniki, wazony, szklanki i kufle). Powstaje z naturalnych składników: piasku (tlenek krzemu), sody (węglan sodu) i wapienia (węglan wapnia), wypalanych i przemieniających się w temperaturze 1500 stopni Celsjusza, a więc w ogniu. Ten także może mieć źródło naturalne lub sztuczne. 

Szkło jest twarde i przypomina kryształ lecz jest cieczą. Trochę nie mieści się to w naszym potocznym rozumieniu tego, czym jest ciecz i czym jest kryształ (bo przecież są i wazony "kryształowe" za szkła - ale wynika to z techniki szlifowania a nie natury obiektu jako takiego). Pisząc o tworzywie sztucznym mam na myśli to, że wytworzone jest przez człowieka. W tym kontekście człowieka stawiamy poza przyrodą. Kultura kontra natura - kiedyś było to upragnioną chlubą teraz wydaje się nam unikaną zmorą i nieszczęściem. Kiedyś natura byłą w naszym rozumieniu dzika i powszechna. Dopiero kultura była pożądaną zmiana, ujarzmieniem natury. Kultura jako wartość dodana i przetworzona natura. Skoro muszla małża (ozdoba lub guziki), perła (biżuteria), wosk pszczeli, są wytwarzane przez różne zwierzęta i traktujemy jako elementy naturalne, to dlaczego wytwory innego gatunku - Homo sapiens - traktujemy jako sztuczne? To w jakimś stopniu wyróżnianie człowieka i jego kultury. Ale jednocześnie stawianie człowieka poza przyroda obok jako coś innego. Subiektywne wyróżnienie a jednocześnie wyobcowanie, wypchnięcie z natury... Gdy kultura dominuje nad naturą ta druga nabiera coraz większego znaczenia (bo jest rzadsza i coraz bardziej niedostępna?).

Jesteśmy częścią przyrody i częścią ziemskiego ekosystemu. Cokolwiek byśmy nie powiedzieli i jak byśmy nie stawiali się obok i próbowali ujarzmiać przyrodę, panować nad nią. Podlegamy tym samym prawom i procesom. A gdy za bardzo postawimy się obok przyrody to tracimy wiele, łącznie z doprowadzaniem do samozniszczenia. Może więc lepiej nie stawiać się obok i w konfrontacji do natury?

Szkło w postaci butelek jest stosunkowo duże. Szybko się rozbija i zmienia w drobne kawałki niczym oszlifowane erozją ziarna piasku. Z piasku powstało, w piasek się obraca. Są już nawet kolorowe plaże, utworzone z kawałków butelek, naturalnie oszlifowanym przez morską erozję. Wyrzuca się na brzeg stłuczkę szklaną (śmieci) i czeka aż przyroda zrobi swoje. Jest to sposób na recyklingowe wykorzystanie odpadów świata kultury i chronić brzegi morskie przed erozją. Stępione ostre krawędzie butelek i słoików już nikogo nie zranią. Powracają do natury. Trzeba tylko czasu.

Butelka porzucona w lesie lub wrzucona do jeziora nie tylko szpeci i rani ludzkie poczucie estetyki lecz także zabija. Wywołuje pożary lasu i łąki (niszczone są zasoby ludzkie ale giną w płomieniach liczne rośliny, grzyby i zwierzęta) lub jest śmiercionośną pułapką dla małych zwierząt. Duże zwierzę może się skaleczyć ostrą krawędzią potłuczonej butelki. Do butelki małemu owadowi, płazowi, zwierzęciu łatwo wejść. Dodatkowo taka butelka (szklana, plastikowa czy puszka aluminiowa) zwabia małe owady pozostałością słodkiego napoju lub później padliną z rozkładających się bezkręgowców i małych zwierząt. Zwierząt, które wcześniej do niej weszły i zginęły. Padlina zwabia trupojady. Przez wąską szyjkę trudniej jest wyjść. Mali mieszkańcy Ziemi uwięzieni w butelce niczym ludzie w bombardowanym schronie.

Butelka w środowisku przyrodniczy jest czymś nienaturalnym, szpecącym. Podkreśla to, że jest już niepotrzebna, że jest efektem konsumpcji i złych nawyków śmiecącego człowieka. Wcześniej, gdy stała na półce wraz ze swoją zawartości, wyglądała ładnie, zachęcająco. Ale po opróżnieniu i wyrzuceniu do lasu szpeci i drażni patrzących na nią ludzi. Należę do ludzi, którzy na spacerze lub w bardziej zorganizowanych akcjach zbierają wyrzucone w lesie butelki. Większość wraca do recyklingu jako odpady szklana, nadające się do powtórnego przerobienia. Niektóre czyszczę i maluję by w ten sposób przywrócić im piękno, sens i użyteczność. Dostrzec piękno kształtu i nieutraconą wartość użytkową jako opakowania czy tylko ozdoby. Malowanie podkreśla unikalność i dodatkowy wkład ludzkiej pracy. 

Mimikra jest niczym lustro by oszukać drapieżcę czy pasożyta. Być niewidocznym przez upodobnienie się do otoczenia, niczym kameleon. Lub do innego groźnego, trującego lub jadowitego zwierzęcia. Są gatunki jadowite lub trujące dla swoich prześladowców. Lepiej więc ich nie atakować i nie zjadać, lepiej omijać z daleka. Produkcja trujących toksyn jest kosztowna. Trzeba przeznaczyć część swojej energii i zasobów. Ale leniwi mogą się kształtem i kolorem upodobnić do trującego gatunku. Niczym lustrzane odbicie stwarzać wrażanie bycia kimś innym. I nie trzeba przeznaczać energii na własną broń chemiczną. Żądlące osy mają dobrze widoczne żółte i czarne pasy na swym ciele. Podobnie wyglądają niektóre motyle lub muchówki. Nie mają żądeł lecz są niczym lustrzane odbicie swoich pierwowzorów. Inne owady mają wzór na skrzydłach, przypominający oczy dużego zwierzęcia (np. rusałka pawie oczko). I nagłym pokazaniem fałszywych oczu straszą swojego napastnika, który zaskoczony pomyśli, że zamiast smacznej ofiary pojawił się groźny drapieżnik i trzeba zmykać by samemu nie być zjedzonym. Nawet pod mrówki podszywają się niektóre chrząszcze czy gąsienica ćmy – potwory buczynówki. Nie wszystko jest tym, czym się na pierwszy rzut oka wydaje. Trzeba nam wnikliwości i uważności w obserwowaniu świat by odróżnić oryginał od odbicia dosłownego lub tylko w przenośni. 

Szkło jest zarazem prawdziwe jak i fałszywe, złudne. W tej samej butelce dostrzeżesz pociągające piękno i szpecące śmieci. Mimikra jest jak lustro czyli szkło ze srebrem – pokazuje obraz niby prawdziwy a jednak oszukany. Mimikra tworzy iluzję groźnego świata.  Świat wokół nas wymaga uważności w obserwowaniu i interpretowaniu. Świat widziany przez szkło, także mikroskopu, jest inny niż widzimy i myślimy. Potrzebna jest nam uważność i krytyczne myślenie.


Zmieniona i poszerzona wersja felietonu Kij w mrowisko dla VariArt

22.03.2022

Być influencerem - to dobrze czy źle?

 W zasadzie mówi i pisze się dla innych (komunikuje do innych, mówić dla i do to jednak mała różnica), czasem tylko dla (do) siebie samego. W tym pierwszym przypadku ważne są informacje zwrotne. W kontakcie bezpośrednim widzimy mowę ciała naszych słuchaczy i możemy szybko reagować, uzupełniać, sprostować, dokładniej wyjaśnić własną myśl. W przypadku tekstu pisanego reakcja zwrotna jest znacznie trudniejsza i zazwyczaj opóźniona. Internet przyspieszył i rozszerzył informacje zwrotne do tekstów pisanych (dawniej to książki i czasopisma, teraz teksty na stronach www i mediach społecznościowych). Przykładem jest blog. Mogę zaglądać w statystyki odwiedzin. Licznik odwiedzin daje informacje czy ktoś zagląda ale nie czy czytał i co z tego czytania wyniósł. Czasem pojawiają się komentarze, to już pełniejsza informacja zwrotna. Aczkolwiek znaczna większość czytelników tylko czyta i nie zostawia żadnego śladu, żadnej informacji zwrotnej. Czasem przypadkowo dowiaduję się, że ktoś mojego bloga czyta i sobie chwali. Są też i cisi czytelnicy - czytają choć nie sprawia im to przyjemności (czytają z obowiązku czy z ciekawości mimo wszystko?). Niemniej jest to także jakieś wywieranie wpływu i na takich czytelników.

Informacje zwrotne i różnorodne reakcje mniej lub bardziej wskazują czy np. ten blog jest czytany. I czy jest sens pisać. Bardzo wiele wskazuje, że najwyraźniej nie piszę tylko dla siebie... Pośrednio o wpływie informuje również różnorodne zainteresowanie, np. badawcze i przeprowadzane wywiady. Lub propozycja patronatu przedsięwzięć edukacyjnych. Nie prosi się o patronat medialny "niemych" witryn. Jeszcze inną informacją zwrotną było umieszczenie mojego blogu wśród dziesięciu najlepszych polskich blogów i kanałów naukowych roku 2017, 2018, 2019, 2020. A ostatnio zaskoczyła mnie informacja, że magazyn regionalny Warmia & Mazury, w numerze marcowo-kwietniowym  (https://l.facebook.com/l.php...), wymieniła mnie pośród regionalnych influencerów. Nie wiem czy to dobrze, czy źle ale się cieszę. Czy to dobry wpływ na innych? Czy udaje się przekazać jakieś wartościowe lub tylko przydatne treści? To staram się wyczytać w informacjach zwrotnych, tych bezpośrednich jak i tych pośrednich.

Influencer (osobowość opiniotwórcza, osoba wywierająca wpływ) czy to coś dobrego czy niekoniecznie? Czy rzeczywiście treści, zamieszczane na moim blogu są opiniotwórcze? Influencer to jednak coś innego niż celebryta znany z tego, że jest znany... I tego będę się trzymał. W opinii magazynu Warmia & Mazury jestem influencerem regionalnym. Bardzo mi to odpowiada.

Blog jest dla mnie formą edukacji pozaformalnej i trzeciej misji uniwersytetu. Jest wolną katedrą do przekazywania przemyśleń i wiedzy. Także do pokazywania różnorodnych aspektów pracy akademickiej. Nie tylko tych ugładzonych i w pełni zakończonych w treści przekazu. Staram się pokazywać naukowca, akademika w jego "środowisku naturalnym", z problemami, dylematami, wątpliwościami, w połowie roboty.

Dziękuję za wszystkie informacje zwrotne, tu na blogu, na Facebooku i w realu. Internet ma to do siebie, że znacznie łatwiej przekazuje się złe emocje, zwłaszcza anonimowo. O tych dobrych zapominamy, bo wydają się oczywiste...


20.03.2022

Modraszka, list z Rosji i skutki wojny dla nauki

Modraszka, fot. Kathy Büscher z Rinteln Wikimedia Commons
 

Tego pięknego ptaka znałem jako sikorkę modrą. Teraz nazywana jest modraszką lub modraszką zwyczajną. Zupełnie od niedawna wykorzystywana jest w Rosji jako wyraz sprzeciwu przeciwko wojnie w Ukrainie i jako symbol wparcia dla Ukrainy. Dlaczego? Bo ma barwy niebiesko-żółte niczym flaga Ukrainy. A w Rosji wszelkie przejawy sprzeciwu lub nawet tylko braku akceptacji dla zbrodniczej napaści zbrojnej na Ukrainę, są przez władze karane. Władze aresztują nawet nie tylko za napisy „niet wajnie” (нет войне)  czy symbolicznie zapisane jako 8 gwiazdek (zupełnie podobnie jak w Polsce pisowskie władze uznają za nielegalne i szkodliwe dla państwa pisanie 8 gwiazdek, różnica jest tylko w kolejności: w Polsce 5 + 3, w Rosji 3 + 5) ale nawet za trzymanie pustej, białej kartki. Jednym ze sposobów przekazywania niechęci do wojny jest umieszczanie fotografii właśnie modraszki. Czy w swym cenzorskim szale władze putinowskiej Rosji zakażą upubliczniania wizerunku tego ptaka? A może zaczną aresztować lub zabijać te ptaki? Jako "piąta kolumnę" podważającą nacjonalistyczny patriotyzm?

Sankcje, jako wyraz międzynarodowego sprzeciwu wobec rosyjskiej agresji na Ukrainne i przeciw zbrodniom wojennym armii rosyjskiej, to sposób by zatrzymać wojnę. Problemem nie jest  tylko sam putin (nazwisko tego zbrodniarza umyślnie piszę małą literą), autokratyczny, zbrodniczy dyktator. Przecież w Ukrainie strzela i walczy coś około 150 tysięcy żołnierzy rosyjskich. To oni bombardują domy, szpitale i szkoły, to oni strzelają do cywilów. Nie da się tego zrzucić na „taki miałem rozkaz”. To są synowie, bracia, ojcowie, znajomi wielu Rosjan. A jak wynika z sondaży i różnych opinii bardzo wielu obywateli Rosji popiera tę wojnę, bardziej ufa telewizyjnej propagandzie niż swoim znajomym i krewnym z Ukrainy.  Problemem jest więc rosyjski imperializm i usprawiedliwianie zbrojnej agresji w imię jakieś wydumanej „większej sprawy”.

Sankcje dotyczą także współpracy naukowej. Osobiście żałuję, że w wyniku sankcji ucierpi także program badań kosmicznych i obsługa międzynarodowej stacji kosmicznej, że ucierpi wymiana naukowa i obieg informacji czysto badawczych. Ale słaby jest protest rosyjskich środowisk naukowych. Ba, niektóre gremia naukowe wspierają oficjalnie putina i wojnę w Ukrainie. Mam znajomych w Rosji, Białorusi i Ukrainie w kręgu środowisk naukowych. Informacje przedostają się do społeczeństwa rosyjskiego, mimo blokady Facebooka czy Instagrama. Czy wobec zbrodni wojennych podtrzymywać współpracę? A może odłożyć i poczekać aż sami rosyjscy naukowcy i rosyjskie społeczeństwo doprowadzi do zmian we własnym kraju? Czym ryzykują? Aresztowaniem i karą finansową? A cóż to za wyrzeczenia, gdy w Ukrainie giną od rosyjskich bomb cywile, dzieci, gdy bombardowane są szpitale, szkoły, teatry, muzea, gdzie niszczona z premedytacją jest infrastruktura? 

Co sądzą o sytuacji sami rosyjscy naukowcy? „Echa dzisiejszych wydarzeń zagościły w nauce. Obserwujemy jak kończy się współpraca naukowa z Rosją i zaczynają się zrywać stosunki z zagranicznymi kolegami. Web of Science, największa baza danych artykułów naukowych w Rosji, przestaje działać [w Rosji]. 16 marca ponad 1000 artykułów rosyjskich i radzieckich herpetologów zostało usuniętych z internetowej bazy danych, dotyczących gadów. Drzwi się zamykają... Następny przystanek średniowiecze?... (…) Sytuacja obecnie jest niezwykle trudna. Jest bardzo silna propaganda, przede wszystkim w telewizji. Wielu ludzi rozumie, że to destrukcyjna wojna w każdym sensie. Ale ludzi straszy masowo - prokuratura o wypowiedziach o wojnie - do 15 lat więzienia. Rośnie nienawiść Ukraińców do Rosjan, to też jest zrozumiałe (tracą krewnych). Mój przyjaciel i kolega (….) jest teraz pod ostrzałem w Charkowie. Napisał do mnie: Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś porozmawiamy o ważkach. To smutne... Też nie chciałbym stracić kontaktu z Tobą”.

W Rosji w aresztach jest już ponad 15 tys. osób zabranych z ulicznych, antywojennych protestów. Tylko nieco mniej jest zabitych na ukraińskim froncie rosyjskich żołnierzy. To społeczeństwo rosyjskie, w tym naukowcy, muszą wybrać jaki chcą mieć kraj i to, czy do niedawna koledzy i przyjaciele z Ukrainy mają o Rosjanach myśleć jako o znienawidzonych wrogach. Być może podsyceni imperialnym myśleniem Rosjanie niebawem napadną na Finlandię, kraje nadbałtyckie czy Polskę. I wtedy na nas spadną bomby. Przecież sam putin tego nie zrobi lecz tysiące Rosjan i obywateli Federacji Rosyjskiej...

Sankcje i zamykanie współpracy, także tej naukowej, to są z pewnością jakieś straty w nauce. Ale większą stratą byłoby udawanie, że nie ma zbrodni wojennych i że nic się nie stało. Środowiska naukowe z Rosji powinny aktywnie sprzeciwić się wojnie. I to nie tylko nieśmiałymi i strachliwymi, niewidocznymi na zewnątrz, wyrazami dezaprobaty. Bo rzecz idzie o przyszłość także Rosji. Wiele lat temu Niemcy wsparli Hitlera i zbrodnicze wojskowe podboje. Potem zwykli Niemcy mówili, że o obozach koncentracyjnych i zbrodniach nic nie wiedzieli…Jako naród Niemcy przez flirt z hitleryzmem, stracili ogromnie dużo, w tym życie 10 milionów własnych obywateli, stracili spory kawałek terytorium a na wiele lat stracili moralnie i wizerunkowo w oczach świata. Przed tamtą wojną nauka niemiecka była wiodąca na świecie, a przez wojnę znacznie podupadła, zmarginalizowała się. Nie warto więc milczeć i siedzieć cicho. Zapobieganie jest tańsze niż naprawianie szkód. I dotyczy to każdego narodu. Bo i w Polsce środowiska prawicowe zaczadzone są putinizmem i zmilitaryzowanym państwem autorytarnym.  

Wróćmy do pięknej sikorki modrej. Modraszka (Cyanistes caeruleus) zamieszkuje całą Europę z wyjątkiem północnej Skandynawii i północnej Rosji. Modraszka preferuje głównie świetliste lasy liściaste i mieszane, rzadziej iglaste. Gniazduje w  starych, opuszczonych dziuplach dzięciołów oraz w budkach lęgowych, przygotowanych przez człowieka. W Polsce jest to stosunkowo liczny gatunek. Sam widywałem wielokrotnie w Olsztynie u siebie na balkonie.

Zimą modraszki często odwiedzają karmniki, zjadają nasiona słonecznika, orzeszki ziemne i mieszanki tłuszczowo-nasienne. W środowisku „naturalnym” zjadają owady, pajęczaki i inne małe bezkręgowce oraz małe nasiona roślin (również drzew). Wiosną oprócz pokarmu roślinnego zjadają także pączki wierzbowe i soki drzew, a jesienią jagody. W miastach odwiedzają kasztanowce i zjadają larwy szrotówka kasztanowcowiaczka.

I coś z mediów społecznościowych na podsumowanie.



19.03.2022

Nowe lekcje PO od września to przykład myślenia magicznego i działań pozorowanych

Dawna klasa w skansenie...
 

Minister Edukacji i Nauki zapowiedział, że od pierwszego września br. do polskich szkół powróci przysposobienie obronne (PO) w formie zbliżonej do tej sprzed lat. Zdaniem ministra, dzięki temu Polacy będą umieli obronić się w sytuacji realnego zagrożenia. Przysposobienie obronne, które realizowano w polskich szkołach dawniej (i ja również to przechodziłem), obejmowało także tematykę typowo wojskową, a więc między innymi ogólne informacje o rodzajach broni, zasadach służby wojskowej, konfliktach zbrojnych oraz topografii. Było także szkolenie strzeleckie, rzucanie granatem, szkolenie sanitarne itp.

Odnowione lekcje PO w szkole to przykład myślenia magicznego i pozorowanie działań. Myślenie magiczne to wypowiadanie zaklęć słownych z nadzieją, że się zmaterializują.  Poza poprawą samopoczucia „rzucającego zaklęcie” nic w realnym świecie się nie dziele. Czyli jest to tylko działanie pozorne, propagandowe. Na dodatek szkodliwe dla i tak wymęczonej i przeciążonej szkoły. Zapowiedziane lekcje PO żadnych problemów nie rozwiążą. Bardziej zaszkodzą przy okazji szkołom i uczniom.

Dlaczego miałyby wejść lekcje PO (z których z jakiegoś powodu już dawno zrezygnowano w szkołach)? Bo w obliczu obecnej wojny w Ukrainie oraz agresywnego imperializmu Rosji poczuliśmy się zagrożeni. Jest także możliwość, że wojna dotrze i do Polski, potrzebujemy więc umiejętności postępowania w obliczu zagrożenia wojennego. Potrzebujemy sprawnej armii i sprawnej obrony cywilnej. Żadnego z tych problemów nowe lekcje PO w szkole nie rozwiążą.

W szkołach już dawno wprowadzono szkolenia i próby praktyczne (ćwiczenia) z alarmami i to bez wprowadzania nowych przedmiotów. Bo ważne jest aby nauczyciele z klasami wiedzieli jak zachować się w czasie pożaru i jak zareagować na alarm oraz jak przeprowadzić bezpieczną ewakuację. Po drugie, prowadzone były szkolenia i konkretne działania jak się zachować w przypadku ataku terrorystycznego w szkole. Wprowadzono nowe treści bez wprowadzania nowego przedmiotu. Czy trzeba czegoś więcej? Medialnego bicia piany?

Jeśli bomby spadną na nasze domy to obroną cywilną zajmować się będą dorośli a nie kilkuletnie czy kilkunastoletnie dzieci. Uczyć ewakuacji do schronu? Najpierw te schrony muszą być. Tak więc umiejętności te są potrzebne… ale obecnym dorosłym. Jeśli więc chcemy dać poczucie bezpieczeństwa społeczeństwu w obliczu możliwej wojny, to uczmy dorosłych (edukacja ustawiczna przez całe życie). To nawet jest przewidziane w postaci obrony cywilnej w zakładach pracy. Wystarczy tylko zwiększyć liczbę szkoleń i treningów. Potrzebni są być może nowi instruktorzy lub nowe, dodatkowe programy takich ćwiczeń. Potrzebne jest kształcenie ustawiczne i… umiejętność uczenia się. Przykład wojny w Ukrainie pokazuje, że robienie koktajli Mołotowa nie wynosi się ze szkoły ale z krótkiego szkolenia w kontakcie lub online. Jak uruchomić czołg i wóz bojowy? Wystarczy znaleźć tutorial w sieci. Obsługa drona czy przeciwdziałanie wrogim fake newsom jest niezwykle potrzebna ale czy to też znajdzie się w programie PO? A może wystarczy to, co i tak już nauczyciele robią w ramach swoich przedmiotów? Lub mogliby robić. Znacznie ważniejsza jest umiejętność uczenia się. Tak, by nauczyć się szybko czegoś nowego i aktualnie potrzebnego w dowolnym momencie życia, a nie tylko na potrzeby klasówki. Jak się samemu nauczyć i jak nauczyć innych. Te kompetencje są w szkole potrzebne. I będą przydatne zawsze, w każdej sytuacji. Przydają się również w warunkach wojennych czy w czasie katastrof różnego rodzaju (powodzie, susze, pożary lasów itd.).

To, co minister Czarnek chce wprowadzić do szkół w formie lekcji przysposobienia obronnego, powinno być nauczane poza szkołą w zupełnie innej formie kształcenia ustawicznego.

Ja miałem lekcje PO w szkole podstawowej, w liceum a potem wojsko na studiach. Zmarnowany czas i całkowicie nieskuteczne. Mieliśmy lekcje strzelania na strzelnicy. To był kbks (karabinek sportowy). Zatem, gdyby mi przyszło wziąć do ręki współczesny karabin, musiałbym się uczyć wszystkiego od nowa, a wiedza szkolna byłaby nieprzydatna. Mądrzej byłoby zorganizować bezpłatne kursy strzeleckie dla wszystkich chętnych jako zajęcia pozaszkolne. Jeśli ojciec chce poćwiczyć z synem czy córką, niech ma taką możliwość pod okiem induktora i w odpowiednich warunkach. W szkołach strzelnic nie ma. Minister Czarnek wybuduje do września? A może to ma być wiedza teoretyczna i oglądanie ilustracji w książce?

Na lekcjach PO mieliśmy musztrę i dużo teorii wojskowej. Umiejętności do szybkiego opanowania i najlepiej w wieku dorosłym. Moim zdaniem to były wypełniacze czasu. Bo jak jest np. 1 godzina tygodniowo przez cały rok, to coś trzeba robić, zająć czymś czas uczniom. Zwłaszcza, że uczyli często byli wojskowi na emeryturze. Z zajęć wojskowych na studiach niczego nie pamiętam. Przydatne mogło być tylko dla tych, którzy wybierali się do wojska na stałe. Ale jak doświadczenie światowe pokazuje lepsze i skuteczniejsze jest rekrutowanie do akademii wojskowych i służby kontraktowej ludzi już wykształconych niż tworzenie wojska od szkoły kadetów i przebieranie dzieci w mundury (np. klasy wojskowe). Chyba, że chodzi o armię defiladową – ale jak mało jest skuteczna taka armia to widzimy na przykładzie porażek armii rosyjskiej, ponoć drugiej armii na świecie i pięknie wyglądającej na defiladach, z licznymi szkołami kadetów w całym kraju.

Na pewno przydatne były wszelkie zajęcia sanitarne i związane z ratownictwem: bandażowanie, udzielanie pierwszej pomocy. Przydatne na co dzień, a nie tylko w czasie wojny. A czy tego aby nie uczy się już w szkole? Na innych przedmiotach? A jeśli nie, to może jako jednorazowe lub cykliczne akcje szkolne? Takich projektów jest wiele w naszych szkołach, żadnego nowego przedmiotu nie potrzeba.

Czego jeszcze można się nauczyć na PO? Posługiwania się mapą i kompasem. To mi się przydało. Tylko, że nauczyłem się tego w harcerstwie i podczas wypraw turystycznych. Wystarczy zaplanować takie tematy na lekcjach geografii. Oczywiście, jeśli skoncentrujemy się na rzeczywistych kompetencjach a nie propagandowym biciu piany i pozorowanych działaniach.

Czego potrzeba żołnierzowi? Kondycji i sprawności fizycznej. Mamy już zajęcia z wychowania fizycznego, żadne nowe (lub odgrzebywane z lamusa) PO nic tu nie wniesie. A wiedza teoretyczna o rodzajach broni nie zastąpi kondycji. Bardziej więc zadbamy o narodową obronność dbając o zdrowie fizyczne i odpowiednie żywienie. Mamy epidemię otyłości, która rodzi wiele kosztów zdrowotnych, spadek wydajności pracy jak i jest przeszkodą w czasie wojny.

A wiedza o rodzajach broni? To, czego się w szkole dzieci nauczą za kilka lat będzie nieaktualne i jak przyjdzie potrzeba to trzeba się będzie uczyć na nowo. Bo świat tak szybko się zmienia. Iluzoryczna przydatność. Przydatne byłyby za to treści jak działać by do wojny nie dochodziło. W medycynie ważne nie tylko leczenie ale i zapobieganie czyli profilaktyka.

Czy pomysł wprowadzenia lekcji PO jest przemyślany i zaplanowany, czy to tylko nagłe olśnienie z sufitu? Bo jeśli będzie nowy przedmiot to trzeba zwiększyć liczbę godzin ucznia w szkole albo zmniejszyć liczbę godzin np. biologii, matematyki, geografii, chemii itd. Program jest w wielu klasach przeładowany. Nie da się bez strat dla ucznia wcisnąć czegoś kolejnego. I kto będzie tego przedmiotu uczył? Czy są nauczyciele przygotowani? Może zwykli żołnierze z WOT lub leśnicy będą uczyć? A czy ministerstwo ma przygotowane dodatkowe pieniądze na te dodatkowe godziny i etaty? Będzie program napisany na kolanie, czy wyciągną coś z muzeum, sprzed kilkudziesięciu lat?

Podsumowując: nowy przedmiot w szkole w postaci PO ani nie rozwiąże żadnych problemów społecznych i przygotowania do działania w warunkach wojny ani nie będzie sensownie wdrożony. Będzie przeszkadzająca atrapą.

Gdy władze i społeczeństwo dostrzegają jakiś problem i społeczną potrzebę od razu pojawiają się pomysły wprowadzenia nowych przedmiotów. Chcemy rozbudzić patriotyzm? No to nowy przedmiot o takiej nazwie lub zbliżonej. Wynika to z niekompetencji i ignorancji edukacyjnej. Potrzebne są umiejętności, a nie nowe nazwy przedmiotów. Nowe treści można prowadzać do programu nauczania bez żadnej rewolucji i zmian organizacyjnych. Najpierw trzeba sprawdzić czy i co jest w już istniejącym programie na różnych przedmiotach, czy nie są realizowane lub mogłyby być realizowane. A jeśli nie ma to można nieco uzupełnić program lub realizować metodą projektową. Ważne jest więc pytanie o program nauczania i zaplanowane umiejętności oraz kompetencje, a nie nazwy przedmiotów. Może zamiast w nowy przedmiot wystarczy zainwestować w drużyny harcerskie, letnie obozy czy turystykę pieszą i survival. Dla chętnych i pod okiem kompetentnych instruktorów/edukatorów.

PS. W polskiej szkole istnieje przedmiot "edukacja dla bezpieczeństwa". Został wprowadzony (w miejsce przysposobienia obronnego) od 1 września 2009 roku jako jedna godzina na tydzień w roku szkolnym w gimnazjum, a od 1 września 2012 obowiązuje w tym samym wymiarze w szkole ponadgimnazjalnej. Najwyraźniej pan minister nie orientuje się co jest w szkole.... I wymyśla koło od nowa.