13.11.2023

Skąd się wziął łańcuszek św. Antoniego na Facebooku i czy ma już historię liczącą 4 mld lat?

Zdjęcie ze skansenu, posterunek policji z pierwszej połowy XX w.

Ostatnio pisałem o ciągłości kultury w kontekście sztucznej inteligencji. Na tablicach Facebooka pojawiła się kolejna odsłona łańcuszka szczęścia. Niby nowa rzecz a jednak bardzo archaiczna. W niniejszym tekście będę chciał wykazać, że korzenie są bardzo, bardzo odległe i że można zauważyć pewne podobieństwa między ewolucją kulturową i ewolucją biologiczną.

Już po raz kolejny w przestrzeniach mediów społecznych, takim jak Facebook, pojawiły się na tablicach wielu osób takie teksty: 

"Nie zezwalam na korzystanie z moich zdjęć, informacji, wiadomości lub postów z przeszłości i przyszłych. Tym oświadczeniem informuję Facebooka, że jest surowo zabronione ujawnianie, kopiowanie, dystrybucja lub podejmowanie jakichkolwiek innych działań przeciwko mnie na podstawie tego profilu i/lub jego treści. Naruszenie prywatności może być karane przez prawo".

A nawet w wersji bardziej rozbudowanej, ze zmutowanym fragmentem z kwotą pieniężną (konkret finansowy bardziej przemawia?). 

"Nie zezwalam Facebookowi na obciążanie 4,99 USD miesięcznie na moje konto; wszystkie moje zdjęcia są moją własnością, a NIE Facebook!! Facebook Meta jest teraz podmiotem publicznym. Wszyscy członkowie muszą opublikować taką notatkę. Jeśli nie opublikujesz oświadczenia chociaż raz, technicznie zezwolisz na użycie swoich zdjęć, a także informacji zawartych w aktualizacjach statusu profilu. NIE DAJĘ FACEBOOKU MOJEGO POZWOLENIA NA WYKORZYSTANIE ŻADNEJ Z MOICH. Skopiuj i wklej proszę nie udostępniać. Dostaję więcej reklam sprzedażowych niż postów znajomych. Trzymaj palec w dowolnym miejscu w tym poście i kliknij „kopiuj”. Przejdź na swoją stronę, tam jest napisane „Co masz na myśli. "Naciśnij palec gdziekolwiek w pustej przestrzeni. " Kliknij i wejdź. To jest aktualizacja systemu. Pamiętajcie jutro o nowej zasadzie Facebooka (czyli.. ) zaczyna nową nazwę META), gdzie mogą wykorzystać Twoje zdjęcia. Pamiętajcie, że termin mija dziś!! Nie daję Facebookowi ani żadnym podmiotom powiązanym z Facebookiem pozwolenia na korzystanie z moich zdjęć, informacji, wiadomości lub publikacji, z przeszłości. Tym oświadczeniem powiadamiam Facebooka, że jest surowo zabronione ujawnianie, kopiowanie, dystrybucja lub podejmowanie innych działań przeciwko mnie na podstawie tego profilu i/lub jego treści. Naruszenie prywatności może być karane przez prawo. Jeśli wolisz, możesz skopiować i wkleić tę wersję. Jeśli nie opublikujesz oświadczenia przynajmniej raz, użycie swoich zdjęć, a także informacji profilowych i aktualizacji statusu będą w milczeniu dozwolone." [wytłuszczenie S.Cz.]

Nie będę zajmował się sensownością tych wpisów (szczegółowe wyjaśnienia są już w wielu miejscach). Wystarczy przecież odrobina namysłu i odrobina znajomości prawa oraz działania mediów społecznościowych, by zauważyć całkowitą nieskuteczność i absurdalność takich oświadczeń. A mimo to są upowszechniane. I przecież to nie pierwszy raz. Już kilka razy podobne teksty, niczym wirusy, rozprzestrzeniały się na Facebooku. Można powiedzieć, że to nowa, zmutowana forma starczych (co najmniej od 2017 roku) wcieleń tego kulturowego "wirusa". Sam taki łańcuszek jest jeszcze starszy. Nie pamiętam dobrze czy podobne przesłania rozchodziły się za pomocą poczty elektronicznej. Chyba tego też na mailu doświadczyłem. Zatem nastąpił kulturowy przeskok z mailingu do Facebooka (prawdopodobnie obecny jest taki łańcuszek także w innych mediach internetowych).

Osobiście z łańcuszkiem szczęścia o podobnym przesłaniu skopiuj i wyślij dalej w większej liczbie egzemplarzy spotkałem się jakieś..... 50 lat temu. W epoce papierowych listów i pocztówek. Jako młody chłopak. Gdy zbierałem znaczki i pocztówki. Kilka razy dałem się w to wciągnąć. Napisz sześć listów (lub 6 kartek pocztowych), dopisując swój adres na końcu i wyślij. Łatwo przewidzieć, że jeśli każdy zrobi tak samo to otrzymam bardzo dużo listów czy pocztówek (zasada działania piramidy). Niewielki wkład finansowy w znaczek i pocztówkę a w efekcie otrzymać można dużą kolekcję pocztówek czy znaczków pocztowych. Odwołanie do chęci zysku. Wysłałem... i nie ziściło się. Łańcuszek był przerwany, spodziewanego zysku w postaci pocztówek nie było. W jaki sposób łańcuszek szczęścia z papierowych listów przeskoczył do listów elektronicznych i Facebooka? Niczym wirus z jednego gatunku na inny gatunek. Warto wspomnieć, że podobny schemat działania mają różnego rodzaju piramidy finansowe....

Czym jest taki łańcuszek szczęścia, zwany także łańcuszkiem świętego Antoniego? "zjawisko polegające na rozsyłaniu za pomocą poczty tradycyjnej lub elektronicznej listu z prośbą o jego dalsze rozpowszechnienie do określonej lub jak największej liczby odbiorców, czego zaniechanie obwarowane jest groźbą utraty szczęścia lub innych korzyści ." Coś jak piramida finansowa.

Skąd nazwa? Pierwotna, bardzo stara wersja zawierała modlitwę do św. Antoniego z Padwy. Zrób to, co w liście i przekaż dalej, a spotka cię szczęście, coś dobrego (może nawet finansowego). Nie przerywaj łańcuszka bo spotka cię nieszczęście. Niczym klątwa, jakieś magiczne tabu. W Polsce znany z okresu przed II Wojną Światową, a prawdopodobnie już w XIX wieku. Z całą pewnością nie jest to wyłącznie polski wynalazek. 

Listowny łańcuszek św. Antoniego z pewnością jest prekursorem wersji internetowych, także tych, znajdowanych na Facebooku. Zmienia się treść lecz stały pozostaje mechanizm: wykonaj jakąś czynność, powiel i roześlij przesłanie/wiadomość do kilku osób. Coś zyskasz. Albo jeśli nie zrobisz to stracisz. Odwołanie do zysku osobistego lub interesu zbiorowości. Nic dziwnego, że ciągle znajduje mniej lub bardziej gorliwych wykonawców. Wymaga niewielkiego nakładu sił, czasu i środków a zyskać można bardzo wiele (lub ocalić wiele przed utratą).

Kiedy się narodził ten łańcuszek szczęścia o dużej sile mutowania niczym wirus grypy? Czy w czasach, gdy pojawiła się zorganizowana poczta? Bo w tym czasie potaniały usługi pocztowe? Wcześniej wysyłali listy tylko możni, specjalnym kurierem. Czy była królewska lub magnacka wersja takiego łańcuszka szczęścia? Chyba zbyt mała populacja by taki "wirus mentalny" miał szanse na rozpowszechnienie i trwanie. Ciekawe co na to historycy.

A może łańcuszek szczęścia narodził się jeszcze w kulturze słowa? Nie był przepisywany tylko opowiadany? Może w formie modlitwy ustnej? I stąd św. Antoni Padewski? A może istniał jeszcze w kulturach przedchrześcijańskich, jako zaklęcie, działalność magiczna? Czy są jakieś tego kulturowe ślady? Może ktoś już to zagadnienie analizował? Ten sam mit czy raczej mechanizm, samopowielającego się i rozprzestrzeniającego się przekazu ustnego. Czyli to, co upowszechnia się teraz (w kolejnej fali) na Facebooku, ma rodowód nie tylko kilku stuleciu ale wielu tysięcy lat?

Łańcuszek szczęścia teraz ma postać internetowego, nieszkodliwego (?) spamu. A czy są odpowiedniki biologiczne takiego zjawiska? Bez wątpienia. Tak samo działają wirusy, wnikają do organizmu, dostają się do wnętrza komórki i ... są przepisywane i namnażane, a potem rozsyłane dalej. Mechanizm bardzo podobny ale przecież niemożliwe, żeby z biologicznego wirusa przekaz dostał się do kultury słownej Homo sapiens. Może jednak istota funkcjonowania systemów żywych i ludzkiej kultury podlega takim samym prawom ogólnym? Wtedy Facebookowy łańcuszek, niczym wirus, miałby swoje odpowiedniki w układach żywych pod postacią wirusów.  Wirusy są pozostałością z początków życia na Ziemi. Możemy więc powiedzieć, że ich początki sięgają około 4 miliardów lat

Są osoby, które dają się uwieść, "zarazić" wirusem łańcuszka szczęścia i rozsyłają go dalej, niezależnie od sposobu (słownie, listem papierowym, listem elektronicznym czy w mediach społecznościowych). Są osoby, które są całkowicie odporne i nigdy nie uległy. W każdej populacji są osobniki odporne na wirusy (odporność wrodzona, systemowa). To one ocaleją w przypadku epidemii. Ale łańcuszek szczęścia nie jest śmiertelny. Są także osoby, które raz dały się wrobić w taki łańcuszek a potem na całe życie są uodpornione. Jak większość populacji w kontakcie z wirusami. Część osób, która w swej życzliwej naiwności teraz dała się nabrać na Facebookowy łańcuszek, później pewnie już nie zareaguje, nawet jak będzie się rozprzestrzeniało w innych mediach i innymi kanałami. Kulturowa odporność nabyta. Ja do nich należę. A może te osoby nawet przy okazji nabiorą większej odporności na internetowy spam i bardziej się zastanowią, zanim coś rozpowszechnią? Co nas nie zabije to nas wzmocni.

Otwarte pozostanie pytanie dlaczego niektóre zjawiska kulturowe mają swoje analogi w świecie ożywionym? Może miał racje Bertalanffy, poszukując praw w postaci ogólnej teorii systemów? Jeśli świat jest całością, co z jednego okrucha można dowiedzieć się więcej o całym wszechświecie. Patrzeć przez Facebook na cały Kosmos. 

12.11.2023

Czy narzędzia AI to jeden wielki plagiator i złodziej praw autorskich ?

Zdjęcie z Torunia, wykonałem albo aparatem cyfrowym albo telefonem, kilka lat temu. Budynek z cegły zbudowali ludzie dawno temu. Nie wiem kto. Ceramiczne figurki w oknach wykonał jakiś artysta (nie wiem kto), umieścił w przestrzeni publicznej. Zrobiłem zdjęcie autorskie lecz czerpałem z zasobów kultury i przyrody, tworzonej przez tysiąclecia przez wielu ludzi. Bo ktoś wynalazł wypalane cegły, ktoś budynki ceglane, ktoś fotografię cyfrową. Ktoś innych internet i stronę z blogami. A ja teraz umieszczam podpisane swoim nazwiskiem. Jako jedyny twórca? Ile jest tu mojego, twórczego wkładu?


To już rok, od kiedy pośród nas jest Chat GPT. Obserwujemy dystans do AI i podkreślamy wyższość ludzkiej twórczości. Trochę tak jak kultura elit (ta wyższa) i kultura ludowa, kultura mas – gorsza, prymitywna, nie dorastająca do tej elitarnej, arystokratycznej? Może to obawy ze strachu przed nowością i nieznanym? 

Co zmienia AI? Poszerza krąg naszego plemienia, jako wcale nie pierwszy taki rozszerzający wynalazek. Homo sapiens przez dziesiątki tysięcy lat żył w małych grupach. A od jakichś 8-10 tysięcy lat żyje w coraz liczniejszych plemionach, z powiększającą się liczbą kontaktów i koniecznością włączania do swoich kolejnych grup, w jakimś stopniu podrzędnych społecznie. Tak jak kiedyś emancypacja niewolników i służby. Trwa dyskusja o kulturze, a może bardziej o dostępnie do społecznej hierarchii i zasobów (pieniędzy)? Podzielić się zasobami, ważnością, czasem i uznaniem z kolejnymi rzeszami współplemieńców?

Na Facebooku znalazłem taki oto fragment, z którym się nie zgadzam (wbrew pozorom Chat GPT bardzo dobitnie pokazał nam jak sami funkcjonujemy w kulturze):.

„O sztucznej inteligencji mówi Noam Chomsky „Umysł ludzki nie jest, jak ChatGPT i jego podobni, statystyczną, żarłoczną maszyną składającą się z setek terabajtów danych, aby uzyskać najbardziej wiarygodną odpowiedź na rozmowę lub najbardziej prawdopodobną na pytanie naukowe”. Wręcz przeciwnie... "Umysł ludzki jest zaskakująco efektywnym i eleganckim systemem, który działa na ograniczonej ilości informacji. Nie próbuje uszkodzić korelacji z danych, ale próbuje stworzyć wyjaśnienia. [... ] Przestańmy więc nazywać ją „sztuczną inteligencją” i nazywajmy ją po imieniu i tworzy „oprogramowanie do plagiatu”, ponieważ „Nic nie tworzy, ale kopiuje istniejące dzieła istniejących artystów, zmieniając je na tyle, aby uciec przed prawem autorskim. Jest to największa kradzież własności intelektualnej od czasu przybycia kolonistów na ziemie rdzennych Amerykanów " Noam Chomsky, New York Times - 8 marca 2023 r.” [wytłuszczenia S.Cz.]

Oprogramowanie do plagiatu? Chyba się tej definicji wymyka, bo tworzy nową kompozycję słowną lub kompozycję graficzną. Przetwarza. W sumie podobnie jak ludzie. Ale czy te słowa rzeczywiście padły z ust (pióra) Chomsky’ego? Internet i halucynowanie GPT jeszcze mocniej wyczuliły nas na wiarygodność i prawdziwość. Trzeba sprawdzać, bardziej niż kiedyś. AI uczy nas więcej ostrożności. Zatem i ja zacząłem od sprawdzania. A wprzągłem w to Bing, Chat GPT 3,5, wyszukiwarkę you.com. Nie udało się. Dotarłem do źródeł (z pomocą AI) ale artykuł w New York Times był w płatnym serwisie. Ani ja, ani bezpłatne AI nie mieliśmy dostępu do tekstu oryginalnego. Jedyne co udało się jako tako potwierdzić, że artykuł się ukazał w tym czasopiśmie. Nie miałem jednak możliwości potwierdzić lub zaprzeczyć zapisanych tam kwestiom ani sprawdzić kontekstu.

Mniejsza o to, skoro cytat jest przetwarzany w mediach społecznościowych, to niezależnie od jego autentyczności oddaje uczucia i przemyślenie udostępniających go ludzi. W tym sensie na pewno jest prawdziwy.

Że AI nic nie tworzy tylko wykorzystuje twórczość innych artystów (i ci się czują okradzeni z praw autorskich) do plagiatowania?. Ale przecież i ludzie tworzą głównie kompilacje i przetwarzają zastaną kulturę. Mniej lub bardziej przetwarzają (zazwyczaj mniej). Nie tworzą od zera. Bo byłoby niezrozumiałe. Najpierw chłoniemy, wrastamy, uczymy się kultury: czytamy książki, słuchamy rozmów, opowieści, oglądały dzieła malarskie, filmy itp., dyskutujemy o nich nie tylko w czasie szkolnego „przerabiania” lektur. Baśnie braci Grimm czerpały z istniejącego już skarbca kultury. Baśnie są autorskim wkładem konkretnych pisarzy – braci Grimm, lecz czerpią i „przywłaszczają” dorobek kulturowy wielu pokoleń, wielu anonimowych ludzi, wielu ustnych i przetwarzanych opowieści. Niektóre schematy opowieści mają korzenie wielu tysięcy lat (można nawet porównywać baśnie i legendy pomiędzy historycznymi kulturami). Wkład Wilhema i Jakuba Grimmów jest niewątpliwy, zebrali, przetworzyli i skomponowali utwory słowne, stworzyli kompozycję słowną. Innym przykładem są mity i odkrycia naukowe. W przypadku wielu nie znamy nawet autorów, nie pamiętamy a na co dzień wykorzystujemy do tworzenia… dzieł autorskich z naszymi nazwiskami. A końcu AI tworzy… z człowiekiem a nie samodzielnie i w izolacji. Bo to człowiek wprowadza mniej lub bardziej oryginalny prompt. Często o twórczości bardziej świadczą postawione pytania niż udzielone odpowiedzi. Efekt powstaje w interakcji człowieka i narzędzi AI (algorytmy językowe itp.). To wszystko uznać za plagiat, nie twórczość tylko gorsza odtwórczość o znamionach niewłaściwego plagiatu? Na marginesie dodam, że zjawisko plagiatu powstało na długo przed powstaniem jakiejkolwiek AI… W środowisku 100% ludzkim (jeśli pominąć skład maszynowy i prasy drukarskie).

Czy maluje malarz czy pędzel i farby? Samodzielnie żadne z nich. Ale przecież faktura i materia pędzla, farb też wpływa na artystę. Wie to każdy, kto próbował malować farbami akrylowymi, akwarelami czy olejnymi lub w sprayu. Technika narzuca styl pracy samego artysty i ten sam pomysł w różnej technice będzie inaczej wyglądał. Niezależnie od umiejętności technicznych samego artysty i jego umiejętności odwzorowania malowanej rzeczywistości.

W kulturze od zawsze niewiele jest nowego. Decyduje liczba ludzi uczestniczących w tej kulturze. Jest nas teraz więcej a więc jest więcej kompilacji i nawet malutki wkład (w skali populacji) jest już widoczny wśród żyjących obecnie 8 miliardów ludzi. Większa moc przerobowa. 1 % z 8 miliardów jest znacznie większy niż 1 % ze 100 tysięcy a tym bardziej 300 osób. Stąd możemy mieć wrażenia, że więcej nowego dzieje się w kulturze niż niegdyś. A wtedy było po prostu mniej ludzi kontaktujących się ze sobą i mniejsze zasoby kultury, z której czerpaliśmy i do której się odwoływaliśmy.

Tworzymy kompilacje, czasem świadomie zaznaczając źródła inspiracji czy informacji (schematów opowieści, głównych idei itd.), czasem ukrywamy (plagiat), czasem nieświadomie pomijamy bo zapominamy co przyswojone a co nasze. Kultura ma ciągłość i wiele wzorców jest mniej lub bardziej wiernie przetwarzana i odwzorowana (inaczej w kulturze słowa, inaczej w kulturze pisma, inaczej w czasach z prawem autorskim czyli od ponad zaledwie wieku). Znaczenie ma zapewne skala oraz obecność takiego a nie innego prawa autorskiego i patentowego.

Nowe rodzi się w dyskusji (znakomicie pisał o tym Ludwik Fleck w odniesieniu do powstawiania nowych pomysłów i wiedzy w nauce). A my przecież z Chat GPT i AI dyskutujemy. Zadajemy pytania, komentujemy, wnosimy uwagi i poprawki, komentujemy. Tak jak z innym człowiekiem. Jedni lepiej inni gorzej, jedni bardziej oryginalne i nowatorskie stawiamy pytania i zadania, jedni banalne i trywialne. Z tych drugich dialogów trudno, żeby powstawały oryginalne treści. A jak jest w życiu codziennym? Wszystkie rozmowy wszystkich ludzi kończą się oryginalnymi i wartościowymi podsumowaniami, wnioskami, odkryciami? Zdecydowana większość jest jedynie odtwórczym przetwarzaniem. Może podobnie jest z wytworami AI? Są bardziej ludzkie niż moglibyśmy sądzić? Lub to ludzie są mniej oryginalni niż chcielibyśmy to przyznać.

Bo czy fotografowanie jest twórczością? Zautomatyzowało wcześniejsze malowanie ręczne. Przecież fotografia to tylko odwzorowanie istniejącej rzeczywistości. Fotografujący wybiera moment, kadruje, wybiera fragmenty, wybiera kompozycję. A malowanie portretów czy pejzaży? Niedokładnie odwzorowanie rzeczywistości, gorsze czasem od zdjęcia (w zakresie realizmu). Teraz mamy dodatkowe narzędzia do przetwarzania fotografii: filtry, obróbkę po itd. Jeszcze bardziej przetwarzając zapisany obraz. Tworzymy czy tylko przetwarzamy (kompilujemy)? Czy przetwarzanie obrazów lub nawet ich generowanie od zera (zwerbalizowanego pomysłu i przyjętych parametrów) nie jest jedynie kolejnym krokiem w rozwoju fotografii? Na początku przecież była tylko czarno-biała….

Pomysły literackie, filmowe czy radiowe biorą się z życia, z obserwacji życia wokół nas (i przetwarzania tych obserwacji). Z życia i relacji międzyludzkich (emocji itp.) A nauka? Zbieramy dane, analizujemy, kompilujemy, wyciągamy wnioski,. Dostrzegamy coś w tych danych.

AI jest naszym współobywatelem w kulturze. Tak samo tworzy/kopiuje jak i my. A może to my, tak jak i AI, tak niewiele indywidualnie wnosimy? Tylko chcemy uważać się za coś/kogoś lepszego w tworzeniu i przechowywaniu kultury. Nie da się AI wymazać z kultury. AI do generowania grafiki jest jak produkcja farb, tuszu i pędzli, podobrazia, papieru itd. Kiedyś artysta uczył się wykonywać to wszystko samodzielnie. Był więc kimś wyjątkowym, musiał się długo uczyć wyrobu farb, podobrazia, pędzli, werniksów itp. Teraz wszystkie te materiały i narzędzia dostępne są w sklepie. I są stosunkowo tanie. Tworzyć może niemalże każdy, bariera technologiczna i finansowa jest niewielka. AI zmniejszył dodatkowe te bariery.

A jak jest z fotografowaniem? Kiedyś był drogi sprzęt i trudna sztuka wywoływania zdjęć. Trzeba było się uczyć (wiem, bo sam się tego uczyłem). Bariera sprzętowa i umiejętności. Kiedyś był fotografik, artysta fotografik w odróżnienia od zwykłego fotografa. Teraz aparaty fotograficzne ma prawie każdy, w telefonie. I przybywa mnóstwa zdjęć. Zdjęcia różnych sytuacji, obiektów przyrodniczych. Kto teraz wydawać będzie drukiem albumy ze zdjęciami? Powszechny użytek i łatwy dostęp. Artystą fotografikiem może zostać niemalże każdy. I może publicznie pokazywać swoje prace. Podobnie z filmowaniem i produkcją małych i dużych form wideo. Nawet radio w formie podcastów może tworzyć prawie każdy. Umiejętności trzeba mniej (łatwiej się ich nauczyć w dowolnym miejscu!) a dostęp do niezbędnego sprzętu jest stosunkowo tani.

To samo z narzędziami AI. Twórczość o dobrej jakości dostępna jest dla mas. Tak jak dostęp do literatury w społeczeństwie alfabetyzacji (umiejących czytać). Teraz przybywa nie tylko czytających ale i piszących. Pisarz nie jest już zawodem elitarnym i limitowanym, reglamentowanym. Wracamy w jakimś stopniu do kultury oralnej – każdy może opowiadać, byleby znalazł się jakiś słuchacz. Tyle tylko, że to jest nowa oralność, z nowymi narzędziami do tworzenia, odtwarzania i przetwarzania opowieści.

Internet otworzył zasoby wiedzy i biblioteki dla miliardów a nie tylko jednostek. Nieco wcześniej przemysłowy, tani druk zwiększył zasoby książek a szkoła, która nauczyła czytać, stworzyła rzesze czytelników książek i gazet. A teraz algorytmy AI otworzyły twórczość dla mas. Dzięki esemesom jeszcze nigdy tak wielu ludzi nie posługiwało się na co dzień pismem. Media społecznościowe jeszcze to spotęgowały. Wracamy do początków ludzkości. W pierwotnych społecznościach łowców-zbieraczy i samowystarczalnego rolnictwa (w małych grupach rodzinnych) każdy sam mógł wszystko co potrzebuje zrobić: i koszyk wiklinowym, i ubranie, i opowieść. Nie zrobiłeś sam to nie miałeś (chyba, że napadłeś i zabrałeś innemu). Teraz ten proces się nasila: możesz napisać książkę i wydać w Amazonie (czy innym serwisie), możesz napisać tekst i publikować w mediach społecznościowych. Dotyka nas zalew podaży treści kulturowych we wszystkich formach i związany z tym spadek cen. Inflacja. Na literaturze nie zarobisz już kroci tak jak kiedyś. Chyba, że bardzo nieliczni.

Tak jak z wprowadzenie maszyn tkackich zabiło domową wytwórczość na sprzedaż. Teraz AI dostarcza dużo treści, we współpracy z konkretnymi ludźmi. Dla siebie dalej możesz utkać tkaninę na domowym warsztacie. Będzie to tkanina artystyczna z definicji bo niepowtarzalna.

AI uczy się na tekstach i obrazach już istniejących tak jak ludzie (oczywiście to pewne uproszczenie bo algorytmy - komputerowe modele językowe - nie są wierną kopią ludzkich mózgów. Zakazać dostępu do dzieł literackich czy plastycznych, by ni korzystały z nich różne AI? A czy fotografia zabiła sztuki plastyczne? Żądać honorariów? Moim zdaniem to w gruncie rzeczy walka o pieniądze i częściowy monopol. Muzea z zamkniętym dostępem do zbiorów?

I na koniec przykład jak powstał ten autorski tekst (chroniony prawem audytorskim na licencji Creative Commons). Przeczytałem notatkę gdzieś na FB. Podaną przez kolejną osobę (czyli treść przekazywana z komputera do komputera, między kolejnymi czytelnikami). Zgubił się ślad, moje cytowanie jest niedokładne. Ale o samej AI czerpałem przez cały rok różne wypowiedzi, relacje, artykuły z wielu różnych źródeł. Czytałem, słuchałem, coś zostawało w głowie na krótko, coś na dłużej, wkomponowywałem w mój indywidualny system wiedzy (może w sposób zniekształcony, fragmentaryczny?). Nie pamiętam już kto i co. W końcu przez te kilka miesięcy sam pracowałem z AI, sprawdzałem na sobie jak to działa. Rozmawiałem (dialog i dyskusja) z innymi. Potem pojawiły własne (czy do końca własne?) refleksje lecz mocno osadzone w kulturze, w której żyję. Moje? W kompozycji słownej tak. Może we wnioskach także. Ale podobne wnioski i przemyślenia zapewne mają i inni ludzie, bo żyją w tej samej kulturze, stykają się z podobnymi wypowiedziami, doświadczeniami, uczestniczą w podobnych dyskusjach. Już dawno zauważyłem, że podobne do moich pomysłów i przemyśleń wyczytuję u innych autorów. A przecież ich jeszcze nie publikowałem (a nawet jak publikowałem to wątpliwe by do wszystkich dotarły). Jak to więc jest, że różni ludzie w różnych miejscach w podobnym czasie odkrywają to samo? Bo żyjemy w tej samej kulturze i przetwarzamy podobne dzieła i wytwory? Bo przeżywamy podobne emocje i doświadczamy tej samej rzeczywistości?

Podsumowując: nie uznaję AI za gorszą „sztuczną” inteligencję. Uważam za kolejnego współtwórcę kultury, współplemieńca. Nie zgadzam się ze słowami, że AI „Jest to największa kradzież własności intelektualnej od czasu przybycia kolonistów na ziemie rdzennych Amerykanów”. Być może czasami za bardzo indywidualnie zawłaszczamy wspólny dorobek szeroko rozumianej kultury, wytwarzanej w zbiorowości i w relacjach między członkami społeczności. Jedno jest pewne, teraz w kulturze uczestniczyć czynnie będzie jeszcze więcej osób i obiektów nieludzkich. Co z tego wyniknie? Jak szybko AI się w naszej hybrydowej kulturze wyemancypuje?

9.11.2023

Bieluń dziędzierzawa czyli dużego nie ruszą

Kortowo, listopad 2023

O bieluniu swego czasu coś niecoś słyszałem. Był jednak rośliną z książkowych opowieści. Kilka lat temu, po raz pierwszy spotkałem w Burczenie, małym warmińskim miasteczku. Rosła gdzieś na ugodzie między starymi domami nad rzeczką. Zdziwiła mnie niezwykłym wyglądem. A, że nie potrafiłem rozpoznać, to zrobiłem zdjęcia i szukałem w kluczach. Potem czytałem o niej przy okazji poznawania etnografii Hucułów i różnych praktyk magicznych.

Późnym latem 2023 r. spotkałem w Kortowie, na często wykaszanym trawniku przy parkingu. Głośny dźwięk kos spalinowych nie wróżył niczego dobrego. Żal mi było roślin ledwo co wyrosłych ponad niska trawa. Ale gry przechodziłem obok ze zdziwieniem zobaczyłem ocalałego bielunia. Nie wiem skąd się tam wziął. Obok są małe poletka Łąk kwietnych, które obserwują od dawna. Bielunia nigdy wcześniej tam nie było. Ktoś podrzucił nasiono lub przepadkiem jakoś się siłami natury znalazło? Nie wiem. Obok budynek Wydziału nauk o Żywności, to może pozostałość po jakichś zajęciach?

W każdym razie kosiarze ominęli. Bo duża roślina i wyglądała na uprawną-ozdobną? A może zadziałała jakaś siła magiczna, co odstraszyła kosiarzy? W każdym razie przetrwała i ma się dobrze.  Wydała owoce. Ciekawe czy w przyszłym roku się pokaże ponownie.

Bieluń dziędzierzawa (Datura stramonium L.) to roślina z rodziny psiankowatych (Solanaceae), która ma wiele interesujących właściwości, ale jednocześnie jest bardzo trująca. Bieluń fascynuje naukowców i badaczy ze względu na swoje niezwykłe właściwości i historię wykorzystywania. Jednak warto pamiętać, że ta roślina jest również bardzo trująca i niebezpieczna, co sprawia, że należy do jednych z najbardziej kontrowersyjnych roślin w świecie botaniki.

Bieluń dziędzierzawa pochodzi z tropikalnych rejonów Ameryki, Indii lub Azji Mniejszej, ale obecnie występuje na całym świecie. W Polsce pospolity jest na niżu, rzadziej widywany w niższych położeniach górskich. Dość często spotykany w siedliskach ruderalnych. W Europie pojawił się w 1584 roku, a w Polsce stwierdzony w 1613vi 1652 roku. Jest uważany za epikenofita (nie wkracza do zbiorowisk naturalnych).  Jest to gatunek rośliny z rodziny psiankowatych, do której należą również takie rośliny jak ziemniak, pomidor czy papryka. Bieluń jest rośliną jednoroczną, wysokości 20-100 cm. Na kortowskim trawniku pojawił się dość późno. Wcześniej był ten fragment od wiosny często koszony. Kwitnie od lipca do września. Kortowski egzemplarz kwitł jeszcze w październiku.

Roślina ma duże, białe lub fioletowe kwiaty w kształcie lejka, które otwierają się wieczorem i zamykają się rano. Kwiaty te oraz liście wydzielają silny, nieprzyjemny zapach, co sprawia, że roślina jest łatwa do zauważenia. Na często strzyżonym trawniku z niskimi roślinami bieluń wygląda na dużego i okazałego. Zapewne kosiarze uznali za gatunek ozdobny, którego nie wolno wykaszać...

Bieluń dziędzierzawa produkuje charakterystyczne kolczaste owoce, które zawierają wiele czarnych nasion. Co ciekawe, z jednego owocu tej rośliny może wyrosnąć nawet kilka tysięcy nowych roślin, co przyczynia się do jej szybkiego rozprzestrzeniania się.

Jednym z najbardziej interesujących aspektów bieluń dziędzierzawa są jej właściwości chemiczne. Roślina ta zawiera alkaloidy tropanowe, takie jak atropina, skopolamina czy hioscyjamina. Te substancje mają różnorodne działania, w tym rozkurczające, przeciwbólowe, przeciwskurczowe, uspokajające i halucynogenne. W przeszłości były one wykorzystywane w medycynie oraz w praktykach magicznych i wróżebnych.

Jednak bieluń dziędzierzawa jest również rośliną trującą. Kontakt z nią może prowadzić do zatrucia, a objawy mogą być bardzo poważne. Wśród typowych objawów zatrucia bieluniem dziędzierzawą wymienia się suchość w ustach, rozszerzenie źrenic, zaburzenia widzenia, wzrost ciśnienia krwi, tachykardię, gorączkę, drgawki, halucynacje, utratę przytomności i niewydolność oddechową.

Bieluń dziędzierzawa ma długą historię wykorzystywania w różnych kulturach. Był używany w starożytności i średniowieczu jako środek znieczulający, narkotyczny, magiczny i wróżebny. Był także składnikiem maści czarownic do latania. Maść ta miała zapewniać loty astralne i kontakt z demonami. Ta roślina pełna była tajemnicy i mitologii, co tylko zwiększało jej fascynację.

Bieluń dziędzierzawa to roślina o niezwykłych właściwościach, ale także o niebezpiecznym potencjale trującym. Jej historia i wykorzystanie w różnych kulturach czynią ją fascynującym obiektem badań botaników i etnobotaników. Jednak ze względu na ryzyko toksyczności, należy traktować ją z najwyższą ostrożnością i unikać kontaktu z nią. Dla ciekawskich badaczy i miłośników botaniki może to być roślina, która kusi swoją tajemniczością, ale należy pamiętać, że bez odpowiedniej wiedzy i doświadczenia, eksperymentowanie z nią jest ryzykowne.

Tymczasem rośnie sobie koło rektoratu w centrum UWM w Olsztynie, przy samym parkingu i małych łąkach kwietnych. Łąki zostały wczesną jesienią skoszone. I tylko bieluń teraz dominuje. Oraz inne rośliny ozdobne z pobliskich klombów. Inne :”chwasty” nie miały tyle szczęścia, zostały dokumentnie wykoszone.

Kwitnący bieluń, Kortowo, październik 2023
 

Źródła:

Owoc bielunia, październik 2023

Owoc, listopad 2023 r.


8.11.2023

Prezentacja publiczna - jeszcze jedna, dobra książka i poradnik

 

Prezentacjami publicznymi w formie referatów, prezentacji multimedialnych, krótkich wystąpień czy wykładów zajmuję się już blisko 40 lat. Przeczytałem wiele książek i poradników, uczestniczyłem w kilku szkoleniach, praktykowałem w różnych sytuacjach a nawet szkolę innych, w tym studentów. Mam duże doświadczenie, dużo wiem.... a mimo to sięgam po kolejne książki? Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że warto się rozwijać i szukać nowych inspiracji. Po drugie by powtarzać. A najlepiej przetwarzać, korzystając z innych niż utarte ścieżki. I w końcu autora książki znam osobiście i wiem, że zna się na rzeczy. 

Książka jako poradnik dla uczących się mówić by być słuchanym jest znakomita. Dobra treść podana w dobrej formie. I do tego znakomita edytorska praca. W sam raz, książka nie za długa, nie za krótka, dobrze opowiedziana, z wypunktowaniami i rysunkami. Dobrze się czyta i łatwo powtarza ważniejsze fragmenty. Mam możliwość porównania z innymi, podobnymi opracowaniami. I na tym tle licznych poradników "Mów komunikatywnie" wypada bardzo korzystnie. Przede wszystkim właściwa treść i skupienie się na na prawdę potrzebnych i ważnych informacjach. I jest to treść znakomicie opowiedziana. Czuć wieloletnie doświadczenie trenerskie szkoleniowca. Jakkolwiek najbardziej przydatne są zawarte w tej książce porady osobom, pracującym w biznesie, to wykładowca akademicki, student czy naukowiec znajdzie dużo dobrych wskazówek dla siebie. Wspominałem już o dobrej formie edycyjnej. Powtórzę, krótkie i skondensowane porcje informacji, okraszone anegdotami i dobrym rozłożeniem treści w ramkach, w wypunktowaniach oraz schematycznych rysunkach. Dobrze się czyta i jeszcze lepiej przypomina (łatwo odszukać w książce). Są także propozycje ćwiczeń i przykładów do odszukania w internecie. To cechy dobrego podręcznika. 

Znalazłem kilka przykładów, które na dłużej zostają mi w pamięci. Na przykład  akronim KOP komunikatywnie, oryginalnie, przekonująco. Akronim łatwiej zapamiętać. A co w pamięci to łatwiej na co dzień wykorzystywać. 

Marek Stączek, Prezentacja publiczna. Mów komunikatywnie, oryginalnie, przekonująco! Wydanie szóste poprawione, Warszawa 2019, wyd. Edison Team,  199 str. ISBN 978-83-61485-05-6

7.11.2023

Osobisty asystent uczenia się czyli jak będzie wyglądał uniwersytet

Ilustracja wygenerowana w aplikacji Bing


Jedyne co pewne i stałe to zmiana. Nieustanna i głęboka zmiana. Od roku w nasze życie wdzierają się różne modele sztucznej Inteligencji, różne algorytmy. Co zmieni w dydaktyce akademickiej powszechne stosowanie AI? Owszem, na razie sprawdzają ją edukacyjni zwiadowcy, ale już niebawem zagości na stałe. Jak teraz, w czasach powszechnego dostępu do AI,  mogą być prowadzone zajęcia uniwersyteckie? I czego ja, jako wykładowca, muszę (powinienem) się szybko nauczyć? I jak?

Dawno, dawno temu, uczyliśmy się w bezpośrednim kontakcie z osobistym nauczycielem. I wtedy każdy mógł być nauczycielem. W epoce, gdy przekazywanie wiedzy odbywało się głównie poprzez mowę i bezpośrednie uczestnictwo, źródłem wiedzy był wyłącznie osobisty kontakt i obserwacja. Jednak rewolucja przemysłowa i powszechna alfabetyzacja przyczyniły się do powstania instytucji edukacyjnych takich jak szkoły, a wykłady na uniwersytetach stały się główną formą nauczania, gdzie jednocześnie uczestniczyło wielu studentów. Niczym na fabrycznej taśmie.

W erze komputerowej i internetowej, pojawiło się nauczanie zdalne i e-learning, które kolejny raz zrewolucjonizowały proces nauczania. Dłużej trwa przygotowanie przekazu lecz za to odbierać go może znacznie więcej odbiorców. A teraz jesteśmy świadkami kolejnego przełomu w dydaktyce akademickiej. Jakie zmiany przynosi powszechne wykorzystanie AI na uczelniach? Kto zyska a kto straci?

AI umożliwia personalizację edukacji w sposób nieosiągalny wcześniej dla dużej liczby osób jednocześnie (indywidulany, personalny kontakt z dużą liczbą uczących się). Liczba naukowców i specjalistów, zatrudnionych na uniwersytecie, nie jest już limitującym ogranicznikiem. Ani wielkość sal dydaktycznych. Systemy AI mogą analizować postępy i zachowanie każdego studenta, dostosowując materiały i sugestie do ich indywidualnych potrzeb. A to oznacza, że studenci będą mogli uczyć się w swoim tempie, koncentrując się na obszarach, w których potrzebują większego wsparcia. Uczyć się ze swoim osobistym asystentem uczenia się niczym spersonalizowanym tutorem. 

Po drugie, AI może znacząco usprawnić zarządzanie uczelniami. Od zbierania i analizy danych, odnoszących się do studentów, po automatyzację rejestracji i planowanie zajęć. W rezultacie pracownicy uczelni mogą skupić się na bardziej kreatywnych aspektach swojej pracy. A czy ćwiczeni byli w kreatywności?  Zatem zmiany dotyczą nie tylko kadry naukowo-dydaktycznej ale także (a może przede wszystkim?) personelu wspomagającego i administracji. Czy zmieni się też struktura organizacyjna uniwersytetu?

Czy to oznacza, że tradycyjne wykłady i ćwiczenia laboratoryjne stracą na znaczeniu? Odpowiedź jest bardzo złożona. Choć AI ma potencjał do znaczących zmian, to tradycyjne formy nauki i nauczania nie znikną całkowicie. Ludzie potrzebują kontaktu z ludźmi i oryginalnymi treściami oraz wspólnego doświadczania i odkrywania. Nadal istnieje potrzeba interakcji społecznej, uczenia się od doświadczonych naukowców oraz budowania umiejętności interpersonalnych. Ale czy wykład zachowa swój podający i monologowy charakter? 

Wykorzystanie AI jako osobistego asystenta uczenia się na uczelniach wyższych ma potencjał do zrewolucjonizowania dydaktyki akademickiej. To prawda. Ale jak szybko ten potencjał zmaterializuje się na dalekiej, europejskiej prowincji? Na przykład nad warmińską rzeką Łyną. I jak będzie wyglądał niebawem osobisty asystent uczenia się? Z jakim udziałem realnego, żywego człowieka a z jakim udziałem algorytmów sztucznej inteligencji? I w jakim stopniu tradycyjne metody nauczania nadal pozostaną ważne. Wyzwanie polega na znalezieniu równowagi między nowoczesnymi narzędziami a tradycyjnym podejściem do nauczania. I zastosowania tego w praktyce tu i teraz.

Skoro pojawiają się nowe możliwości to wymagają one szybkiego rozpoznania. By wiedzieć czy są  przydatne czy nie. I do czego. W tym momencie rodzą się kolejne pytania. Czy korzystania z AI :1. nauczę się sam, metodą prób i błędów (niczym poszukujący naukowiec), 2. nauczę się na szkoleniu w kontakcie lub online z człowiekiem, 3 a może przez tutorial przygotowany przez człowieka, 4. lub całkowicie przez kurs opracowany przez AI? 5. a może w kontakcie z zaoferowanym przez uniwersytet osobistym asystentem uczenia się zarządzanym przez AI? Umiejętność ustawicznego uczenia się w zmiennych warunkach jest rzeczywiście ważną i przydatną kompetencją XXI wieku.

Za 25 lat, gdy będziemy świętowali kolejny jubileusz UWM, nasz uniwersytet i nasza dydaktyka z pewnością będą wyglądały inaczej. O ile będziemy istnieli…


Rozszerzona wersja felietonu dla Wiadomości Uniwersyteckich, z Kłubukowej dziupli 2.0

Ilustracja wygenerowana w aplikacji Bing

PS. Na razie dla mnie bardzo przydatna okazuje się umiejętność generowania grafik jako ilustracji do tekstów na blogu i w mediach społecznościowych.

6.11.2023

Patriotyzm dnia codziennego - listopad

Fotograficzna dokumentacja jesiennych działań, przykład z Przedszkola Miejskiego nr 36 w Olsztynie


Świętować można na różne sposoby. 9 listopada o 9.30 pod Pomnikiem Bohaterów Walk o Wyzwolenie Narodowe i Społeczne Warmii i Mazur w Parku Jakubowo w Olsztynie odbędzie się podsumowanie jesiennej akcji pt. Jestem Przyjacielem Ziemi. Poza przypomnieniem okoliczności powstania Święta Niepodległości 11 listopada podsumujemy akcję, w której brały po raz kolejny przedszkola olsztyńskie. Jako przedstawiciel Wydziału Biologii i Biotechnologii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie wręczę dyplomy pamiątkowe uczestnikom jesiennej edycji kampanii, w której poruszyliśmy dwa ważne tematy: małą retencję w mieście oraz czy opadłe liście są śmieciami i co z nimi zrobić? W działaniach wezmą udział przedszkola miejskie : Nr 1, Nr 13, Nr 19, Nr 36, Nr 39, Stokrotka i Ośrodek Wsparcia Dla Dzieci i Młodzieży. Dbanie o Ziemię to też wyraz patriotyzmu! To taki patriotyzm dnia codziennego.

Patriotyzm to uczucie miłości i lojalności wobec swojego kraju. Jednak patriotyzm nie ogranicza się jedynie do wielkich uroczystości narodowych, akademii ku czci, defilad wojskowych czy rekonstrukcji historycznych wydarzeń. Może on być obecny w naszym codziennym życiu, w naszych małych gestach i działaniach, które przyczyniają się do rozwoju i dobrobytu naszej ojczyzny. To nie tylko myślenie o przeszłości i historii lecz także  myślenie o przyszłości. 

11 listopada to wyjątkowe święto narodowe w Polsce, obchodzone na cześć odzyskania niepodległości w 1918 roku. To dzień, w którym składamy hołd bohaterom i bohaterkom walk o niepodległość naszego kraju. Jednak patriotyzm dnia codziennego nie ogranicza się do jednego dnia w roku. To także troska o naszą ojczyznę w życiu codziennym, tę małą, lokalną, jak i tę dużą. Warto pamiętać, że zachowanie i rozwijanie swojej tożsamości narodowej oraz dbanie o przyrodę, kulturę, język, i historię kraju to część patriotyzmu dnia codziennego.

Wspomniana kampania "Jestem Przyjacielem Ziemi" to przykład tego, jak możemy wykazywać patriotyzm poprzez działania na rzecz środowiska naturalnego. Kampania skupia się na dwóch ważnych kwestiach: małej retencji oraz zagadnieniu, czy opadłe liście są śmieciami. A przecież nie są. Są biomasą, wykorzystywaną jako pokarm przez wiele organizmów. Także jako schronienie w czasie zimy dla jeży czy motyli cytrynków latolisktów.

Mała retencja to zatrzymanie wody deszczowej, która mogłaby inaczej szybko spływać do kanalizacji lub rzek. To istotny element dbania o środowisko, ale także o zasoby wodne kraju. Patriotyzm dnia codziennego objawia się tu w prosty sposób - poprzez przekształcanie naszych przestrzeni miejskich i ogrodów tak, aby woda deszczowa nie była marnowana, a zasilanie i odnawianie zasobów wód gruntowych było efektywne. To działa na korzyść całego społeczeństwa i przyczynia się do ochrony środowiska. I tego uczą się najmłodsi pod troskliwym okiem nauczycielek z przedszkoli i we wspołpracy z uniwersytetem.

Pytanie, czy opadłe liście są śmieciami, dotyka kwestii dbałości o przyrodę w naszym otoczeniu. W rzeczywistości, opadłe liście to naturalny materiał organiczny, który może służyć jako kompost, zasilając glebę i wspierając rozwijające się rośliny. Wyrzucanie ich do śmieci to nie tylko marnotrawstwo, ale także nieodpowiedzialne postępowanie wobec przyrody. To kolejny sposób, w jaki można wyrażać patriotyzm dnia codziennego - dbając o naszą planetę i ucząc innych, jak to robić. Najlepszym nauczycielem jest osobisty przykład i bezpośrednie działania. Patriotyzm dnia codziennego to nie tylko składanie hołdu narodowemu dziedzictwu, ale także troska o nasze otoczenie i wspólne dobro. Wszystkie te działania, takie jak mała retencja czy odpowiednie zarządzanie opadłymi liśćmi i łąkami kwietnymi, przyczyniają się do poprawy jakości życia w Polsce, na Warmii, w Olsztynie, czy w jeszcze szerszym kontekście w Europie i na Ziemi. Dlatego warto pamiętać, że patriotyzm nie jest jedynie kwestią symbolicznych gestów, ale także praktycznych działań, które oddają hołd naszej ojczyźnie każdego dnia.

Wspomniane spotkanie w parku to dla mnie kolejne okazja by doskonalić się w terenowych formach edukacji przyrodniczej i ekologicznej. To praktyczna realizacja trzeciej misji uniwersytetu. 

Fotograficzna dokumentacja jesiennych działań,
przykład z Przedszkola Miejskiego nr 19 w Olsztynie

3.11.2023

W którym miejscu jesteśmy, jeżeli chodzi o dydaktykę uniwersytecką?

Konferencja "Trendy i wyzwania edukacyjne dla uczelni wyższych", wykład dr Małgorzaty Miśniakiewicz z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, pt. "Dobre praktyki wspierania dydaktyki".

Najgorsze są zmiany pogody, nie wiadomo jak się ubrać by nie było ani za zimno ani za ciepło. Patrzymy na ludzi na ulicy jak są ubrani i na tej podstawie podejmujemy decyzje. Wybieramy jak większość. I nie zawsze jest to trafne. Podobnie jest ze zmianami społecznymi w czasach dużych rewolucji technologicznych. Chcemy (bo musimy) zmieniać dydaktykę na uniwersytetach bo otoczenie uniwersytetów i samo środowisko edukacyjne mocno się zmienia. Tak jak z ubraniami jesienią - zmieniamy na cieplejsze nie dlatego, że te letnie były źle uszyte lub się zniszczyły - zmieniamy by lepiej pasowało do aktualnej pogody. Edukacja także na uniwersytetach musi się zmieniać. Dzieje się to w różnym tempie w różnych miejscach. Heterogenność sytuacji jak w ekosystemie. Jutro już jest, tylko nierównomiernie rozłożone. 

Co i jak zmienia się w społeczeństwie i technologiach? Sprawdzamy niczym pogodę w serwisach lub wyglądając za okno. I ja sprawdzam by zrozumieć sytuacją i świat wokół mnie. By wiedzieć jak się adekwatnie dostosować z działaniami. W październiku miałem dużą przyjemność uczestniczyć w konferencji we Wrocławiu (czytaj streszczenie mojego wykładu oraz relację nr 1), poświęconej właśnie dydaktyce na uczelniach wyższych. 

Mój uniwersytet obchodzi 25-lecie swojego istnienia. Oczywiście, historia jest dłuższa, bo obejmuje uczelnie, które 25 lat temu utworzyły Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie (znamienne, że w tym samym czasie powstał Google). Integracja instytucji i połączenie sił przyniosły dobre rezultaty. Powstanie uniwersytetu dobrze wpisało się w zmiany tamtego okresu. Pod względem integracji środowisk z jednego ośrodka byliśmy wtedy liderami. Później podobne procesy nastąpiły w kilku innych miastach. Świętujemy, bo jest co. Z drugiej jednak strony następują ogromne zmiany cywilizacyjne i organizacyjne na uniwersytetach na całym świecie. I gdzie my teraz będziemy? Gdzie jesteśmy w zakresie zmian dydaktyki? 

Górne zdjęcie, pochodzące z wystąpienia dr Małgorzaty Miśniakiewicz z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, zawiera bardzo ważne spostrzeżenie. Nie żyjemy już w czasach deficytu dostępu do wiedzy. A wszystko za sprawą cyfryzacji, powszechnego dostępu do internetu oraz rozwoju sztucznej inteligencji. Kiedyś najważniejszy był dostęp do wiedzy, zarówno w zakresie szkolnictwa elementarnego, średniego jak i wyższego. O znaczeniu politycznym i sile gospodarczej państw i społeczeństw decydowała możliwość edukacji i kształcenia się, jak i dostęp do książek. Liczyły się biblioteki publiczne, szkolne i uniwersyteckie. Przez wiele lat wydrukowano mnóstwo książek a druk potaniał i znacznie przyspieszył. Przewaga w zasobach bibliotecznych zmalała. Inni dogonili tych najbardziej zasobnych. Dla zapewnienia szerokiego dostępu do międzynarodowych czasopism, wydawnictwa uczelniane publikowały własne czasopisma naukowe i na drodze wymiany z innymi kompletowały swoje, uczelniane zasoby wiedzy (dostęp do czasopism na miejscu). O jakości i znaczeniu uniwersytetu decydowała kadra (zgromadzona na miejscu i wizytująca gościnnie) jak i zasoby biblioteczne. To właśnie kadra i księgozbiór w bibliotece przesądzały o jakości studiowania i znaczeniu danej uczelni. Inwestowano więc w powstawanie uniwersytetów, zatrudnianie najlepszej kadry jak i kompletowanie jak najlepszych księgozbiorów. W tym się ścigano. Pod te cechy ustawiano wskaźniki i rankingi (włączając znaczenie w postaci liczny cytowań). 

Teraz, przez digitalizację zbiorów, w tym  nawet starodruków, rozwój czasopism elektronicznych jak i nawet zdalny dostęp do kadry (kontakt online nie tylko w formie konsultacji ale i postaci webinariów czy nawet kształcenia zdalnego lub hybrydowego), przestrzeń fizyczna przestała mieć takie znaczenie jak kiedyś. A na wirtualnej sali zgromadzi się więcej studentów niż nawet na największych aulach. I to jest zasadnicza zmiana, jaka dokonała się w otoczeniu uniwersytetów. Zmiana warunków, która wymusza zmianę dydaktyki. I to zmianę rewolucyjnie głęboką. Jedni to dostrzegają, inni są ślepi lub psychologicznie wypierają, by nie tracić dobrego samopoczucia. Ci ostatnio ciągle wierzą, że przyszłość jest prostym przedłużeniem przeszłości. Może boją się wysiłku zmian? Bo każda zmiana wiąże się z wysiłkiem. Najpierw wysiłkiem intelektualnym by zrozumieć co i jak się dzieje wokół nas, potem wysiłku dostosowania i nauczenia się nowych standardów. Każda zmiana chodzi w niewygodnych butach, wiąże się z wysiłkiem i niewygodą. Lecz niewzruszone stanie w miejscu wiąże się ze znacznie większymi kosztami i jeszcze większą niewygodą. Tak jak wyjście w letnim ubraniu na zimną, deszczową, jesienną pogodę. Nieprzyjemnie i rozchorować się można.

Trzeba pamiętać jeszcze o trzecim elemencie - studentach. To oni współdecydują i jakości uniwersytetów. Ich motywacje, ambicje i predyspozycje jak i wcześniejsza edukacja. Im lepsi studenci tym lepsze efekty kształcenia (podobnie piekarzowi łatwiej upiec dobry chleb z dobrej jakościowo mąki). Dobrzy absolwenci przyciągają na uczelnie lepszych studentów, Chcą być w elicie a dyplom renomowanej uczelni otwiera znacznie więcej możliwości niż mało znanej uczelni. Dlatego rozpoczął się ogromny wyścig o talenty. A zasadzie tylko zintensyfikowała, bo już wcześniej był. Nawiązuję do drugiego zdania ze slajdu (górne zdjęcie). Nie ścigamy się w globalnym i krajowym świecie o dostęp do wiedzy - bo ta jest już bardzo łatwo dostępna. Ścigamy się o talenty (kapitał ludzki studentów), i to jak je wykorzystamy.

Darmowe szkolenia online dla uczniów sprzyjają wyławianiu talentów. W taki sposób odbywa się drenowanie mózgów z całego świata. Bo wartościowanym, dobrze zmotywowanym i ambitnym studentom można ufundować stypendia by zasoby finansowe nie ograniczały im dostępu nawet z dalekiego kraju. Ta ambitna śmietanka podnosi jakość kształcenia wszystkich studentów z danej uczelni. Czy zwabi na naszą uczelnię piękne jezioro, park z ławeczkami, zasobna biblioteka, przestronne sale i laboratoria? Tak, ale tylko wtedy jeśli podnosić będą dobrostan studiowania.  

Wiedza jest w zasięgu ręki,.. z telefonem. Wąskim gardłem są właśnie studenci. Lepiej mieć dobrych niż przeciętnych czy słabych. A w populacji różnie jest to rozmieszczone. Kształcenie online ułatwia znacząco dostęp do najlepszych uniwersytetów. Jest więc selekcja, jest z kogo wybierać. Korzysta także kraj i miasto. Bo ambitni studenci zostawiają swój kapitał ludzki, tworzą i pomnażają go w ciągu kilku lat studiowania, wielu z nich zostaje na stałe (jest to więc długotrwały drenaż najlepszych mózgów) w mieście uniwersyteckim czy w danym kraju. Tak jak kiedyś  importowano surowce tak teraz importuje się najlepsze mózgi i charaktery. Rabunkowo dla zapóźnionych społeczności.

Trwa już wyścig  międzynarodowy, trwa wyścig w kraju między miastami a więc i regionami, a w odniesieniu do szkół średnich także w obrębie miasta, gminy czy powiatu. 

Slajd z wykładu dr. Grzegorza Grzegorczyka pt. Dydaktyka akademicka: kula u nogi, czy okazja do podniesienia atrakcyjności uczelni? Refleksje na podstawie praktyk wdrożeniowych w Uniwersytecie Gdańskim.

A w którym miejscu jest UWM w zakresie zmian dydaktyki, dostosowanej do nowej, społecznej i cywilizacyjnej sytuacji? Na pewno UWM nie jest jeszcze liderem innowacji. Może choć jest w grupie wczesnych naśladowców, a nie maruderów? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. 

UWM, tak jak każda duża instytucja, to wielowymiarowa przestrzeń, w jednych aspektach jestesmy bardziej innowacyjni, w innych mniej, w jednych z przodu w i innych z tyły. Przykładem są badania naukowe - wiele dyscyplin i wiele różnych sytuacji. Wynik uśredniony uwzględnia tych najlepszych, tych przeciętnych i tych najsłabszych. Decydujące są proporcje. Są profesorowie z czołówki światowej lub przynajmniej krajowej i dużo innych. Po czym sądzić? Tak samo jest w dydaktyce. Czy w zakresie dydaktyki są u nas liderzy i innowatorzy zmian? Może wcześni naśladowcy, podpatrujący innych i przenoszący te wzorce na nasz olsztyński grunt? Ilu ich jest? 

Smerf Maruda, jako symbol marudzenia, jest w każdej grupie. Są, liderzy i są naśladowcy. Wolałbym widzieć UWM wśród liderów. Do bycia liderem potrzebny jest duży kapitał ludzkiej innowacyjności. Działania to wypadkowa wszystkich postaw, i tych co inicjują, i tych co konserwują stan obecny i dawny, i tych co blokują zmiany (pies ogrodnika, sam nie zje i drugiemu nie da, sam nic innowacyjnego nie robi i drugiemu przeszkadza). Efekt zależy od proporcji. Za jakiś czas poznamy po efektach. 

Świętujemy 25 lat. Jest co. UWM jest ważny dla regionu, dla miasta. Czy świętowaniu będzie towarzyszyć jedynie celebrowanie czy także rozwijające dyskusje, wybiegające w przyszłość? Ja dyskutuję bo tym klimatem nasiąkłem za młodu. Dyskutuję, mimo że jestem uczestnikiem z tylnego rzędu, mimo że mój wpływ jest niewielki. Do dużego oceanu chcę dołożyć i swoja kropelkę. Czym skorupka za młodu na siąknie tym na starość traci. Także w czasie jubileuszu.