13.03.2026

Chodzenie – cichy sabotażysta światowej gospodarki

Gdy się chodzi pieszo, to więcej dostrzegamy, np. na podwórku.


Prawo jazdy zrobiłem jeszcze w szkole średniej. Wydawało mi się dobrą inwestycją w przyszłe, dorosłe życie. Koniec końców samochodu nie kupiłem a do pracy codziennie chodzę pieszo. W dalsze podróże wybieram transport publiczny, zwłaszcza pociągi. I teraz dowiaduję się, że jestem "ekonomicznym szkodnikiem?. Ale tylko w myśleniu o nieustanym wzroście PKB. A czy człowiek całe życie rośnie?

Chodzenie to powolna śmierć… dla gospodarki opartej na konsumpcji. Tak, dobrze czytasz. Gdyby istniał ranking najbardziej szkodliwych aktywności dla współczesnego systemu ekonomicznego, spacerowanie zajęłoby miejsce na podium, tuż obok zdrowego odżywiania i czytania etykiet na produktach. Pieszy to prawdziwy dramat dla finansów państwa. Nie kupuje samochodu, nie bierze kredytu na jego spłatę, nie wykupuje ubezpieczenia AC/OC, nie tankuje, nie płaci za myjnię, nie odwiedza mechanika, nie potrzebuje parkingu podziemnego ani parkingu w miejscu parku ani aplikacji do płacenia za parkowanie. Nie generuje korków, więc nie napędza rynku kawy na wynos. Nie kupuje nawet roweru - a to już absolutna katastrofa. Uff. Mam chociaż rower. To przynajmniej jest jakaś mała nadzieja. Co gorsza, pieszy rzadko powoduje wypadki. A przecież wypadki to cały sektor gospodarki: lawety, blacharze, lakiernicy, ubezpieczyciele, prawnicy, lekarze, rehabilitanci. Spacerowicz jednym ruchem nogi podcina im wszystkim źródło dochodu.

Największa tragedia? Chodzenie jest zdrowe. A zdrowy obywatel to ekonomiczny koszmar. Nie kupuje leków na nadciśnienie, nie odwiedza kardiologa, nie zasila statystyk otyłości, nie potrzebuje kosztownych terapii. Nie generuje PKB swoimi chorobami. Jest niemal niewidzialny dla systemu, który przecież żyje z tego, że my żyjemy… trochę gorzej. Na szczęście się starzeje, i prędzej czy później zasili przemysł farmaceutyczny. A jak podatny na sugestie, to także przemysł parafarmaceutyków.

Dla porównania każdy nowy fast-food to prawdziwy motor rozwoju: dziesiątki miejsc pracy dla dietetyków, diabetologów, kardiologów, dentystów, farmaceutów i oczywiście pracowników samej restauracji. To dopiero jest gospodarcza synergia. I wtedy pojawia się niewygodne pytanie: co wybierzesz: spacer czy kebaba? Bo za tą ironią kryje się smutna prawda. W świecie, w którym choroba napędza gospodarkę, zdrowie staje się aktem nieposłuszeństwa obywatelskiego.

A tak przy okazji, chodzenie jest jeszcze gorsze niż jazda na rowerze. Rowerzysta przynajmniej kupił rower i liczne akcesoria do niego. Pieszy nie kupił nic (ewentualnie różne gadżety do chodzenia „profesjonalnego”. Zdziera tylko buty. Przynajmniej choć trochę w ten sposób wspomoże przemysł tekstylny. Nie daj Boże, żeby taki pieszy latem chodził boso. Toż to będzie ekonomiczna tragedia!

Na wszelki wypadek na koniec wyjaśnię, że to tekst satyryczny. Bo trochę humoru i radości przyda się każdego dnia. Niemniej ten humor nawiązuje do idei rozwoju poprzez nieustanny wzrost. Świat w kształcie piramidy: PKB musi rosnąć, ludzi musi być coraz więcej, bo w każdym pokoleniu musi być więcej młodych niż tych starszych, aby więcej pracowało niż pobierało emerytury. W konsekwencji nacisk na duży wskaźnik urodzeń i wzrost demograficzny. W końcu musimy konsumować dużo, nawet towarów jednorazowego użytku. A urządzenia mają postarzaną przydatność do użytku by je szybko wyrzucać, nie remontować tylko kupować nowe (znane jako spisek żarówkowy). I wydobywać surowce. Bo tylko wtedy dajemy prace wielu ludziom. Jednym słowem nieustanny wzrost i rosnąca konsumpcja. W takim modelu katastrofy i wojny są zbawienne: bo niszczą i można znowu dużo produkować. Wszak są potrzeby na całkiem nowe rzeczy.

Ale bez obaw, pieszy to też konsument tylko innych usług i innych towarów. Wymaga przecież innego planowania przestrzennego i innej komunikacji. Gdy idziemy pieszo to częściej zachodzimy do sklepów i kawiarni. Tam też wydajemy pieniądze. 

Czy można inaczej? Czu możliwy jest rozwój bez wzrostu ilościowego? Jest możliwy! A czy my, jako ludzie, nieustannie rośniemy jak w dzieciństwie? Przecież przez większą część życia nie rośniemy ani nie przybywamy na wadze.  A czyż w tym czasie się nie rozwijamy? Ludzkość także w zdecydowanie dłuższych okresach nie przezywała szybkiego rozwoju. Szybki rozwój to epizody. Tak jak młodzieńczy wzrost i regeneracja ran. 

Wojna to nie jest dobry sposób na nakręcanie koniunktury. W tym czasie wiele tracimy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz