16.03.2026

Promptowanie to nowe umiejętności czytania i pisania

Gdzieś na podlaskiej wsi, w Białowieży

Właśnie uświadomiłem sobie, że promptowanie to nowe umiejętności czytania i pisania. Nowy język komunikacji, nowy język obcy, którego się uczymy w komunikacji we współczesnym świecie. Nowa lingua franca czyli wspólny język używany do porozumiewania się między osobami, które mają różne języki ojczyste. Z tym, że tym razem to język komunikacji człowieka ze sztuczną inteligencją czyli czymś nieludzkim, pozabiologicznym. Kiedyś w szkole uczyłem się języka rosyjskiego, potem angielskiego. Na studiach uczyłem się języków programowania, m.in. BASICa. A teraz nowy język komunikacji, przypominający język naturalny. Można odnieść wrażenie, że rozmawia sie z drugim człowiekiem. Ale to pozory. Promptowanie czyli pisanie instrukcji by urządzenie wykonało zlecone mu zadania. Nie jest to łatwe. Wymaga nowej gramatyki, nowego sposobu myślenia. Różnie trudne co nauka języka obcego.

Jako biolog, patrząc na ewolucję naszego gatunku, nie widzę w technologii AI jedynie zestawu kabli i krzemu, lecz kolejny etap egzogenezy czyli wyprowadzania procesów poznawczych poza naszą biologiczną sieć komórek nerwowych. To bardziej uniwersalny proces, charakterystyczny dla całęgo życia biologicznego: eksterioryzacja i uniezależnianie się od środowiska poprzez opanowywanie i organizowanie tego środowiska. Coś, co kiedyś było zewnętrzne, na skutek rpocesów ewolucyjnych, właczane jest do środowiska wewnetrzego, właczane jest do systemu. W ujęciu ekologicznym to rosnący ekosystem.  

Jeśli spojrzymy na historię Homo sapiens, zauważymy, że każda wielka rewolucja była de facto rewolucją w sposobie przesyłania danych między neuronami jednego osobnika a neuronami drugiego. Dziś tym „drugim” staje się model językowy, a umiejętność tworzenia promptów to nic innego jak narodziny nowej, "cyfrowej kory mózgowej". A raczej nowego konektomu - zintegrowanego systemu.

Pisanie promptów to rzeczywiście nowa forma alfabetyzacji, ale o znacznie głębszym, niemal neurobiologicznym podłożu. Kiedyś musieliśmy opanować abstrakcyjne symbole pisma, co wymusiło na naszym mózgu powstanie obszaru zwanego Visual Word Form Area (wyspecjalizowany obszar mózgu w lewej części zakrętu wrzecionowatego, który odpowiada za rozpoznawanie słów i liter na podstawie bodźców wzrokowych. To kluczowy element procesu czytania – pozwala mózgowi szybko identyfikować zapisane słowa, zanim zostaną powiązane z dźwiękiem i znaczeniem). Dziś, komunikując się z AI, trenujemy nasz płat czołowy w zupełnie nowej dyscyplinie: w precyzyjnym mapowaniu intencji na architekturę semantyczną. Promptowanie to język obcy, w którym gramatyką jest logika, a słownictwem - kontekst. To fascynujące, bo maszyna nie „rozumie” słów tak jak my, poprzez emocjonalne i somatyczne skojarzenia w układzie limbicznym. AI operuje na wielowymiarowych wektorach. My zaś, próbując ją „uprosić” o napisanie wiersza czy kodu, musimy dokonać swoistego przekładu z „ludzkiego” na „statystyczny” i tokenowy język, zachowując przy tym pozory naturalnej rozmowy.

Z perspektywy biologii ewolucyjnej, jesteśmy świadkami narodzin nowej symbiozy. Homo sapiens od zawsze był mistrzem narzędzi, ale po raz pierwszy stworzył narzędzie, które odpowiada w naszym własnym dialekcie. To sprawia, że promptowanie staje się umiejętnością „czytania” ukrytych warstw znaczeń: musimy wiedzieć, co wykluczyć, by otrzymać pożądany rezultat. To jak sterowanie ewolucją tekstu w czasie rzeczywistym, gdzie selekcją naturalną jest nasz enter, a mutacjami są kolejne iteracje modelu.

Czy jest w tym miejsce na dowcip? Cóż, obserwowanie, jak dumni przedstawiciele naczelnych próbują dogadać się z algorytmem, przypomina czasem próbę wytłumaczenia kotu zasad termodynamiki. Z tą tylko różnicą, że kot nas ignoruje, a AI produkuje halucynacje z taką pewnością siebie, której mógłby jej pozazdrościć niejeden student na egzaminie ustnym. To dowodzi, że nowy język komunikacji wymaga nie tylko precyzji, ale i pokory wobec faktu, że nasze biologiczne mózgi, ukształtowane do tropienia zwierzyny na sawannie, teraz muszą nawigować w nieskończonych przestrzeniach latentnych (to ukryta, zwykle niżej‑wymiarowa przestrzeń, w której modele uczą się reprezentować najważniejsze cechy danych tak, aby podobne obiekty znajdowały się blisko siebie.). Ostatecznie, promptowanie to nie tylko technika; to refleksja nad tym, jak bardzo nasze myślenie jest uwięzione w strukturze języka. Ucząc się „rozmawiać” z maszyną, tak naprawdę na nowo uczymy się definiować, co to znaczy myśleć i komunikować jako człowiek. W pewnym sensie AI pozwala nam lepiej zrozumieć samych siebie  to, czym jest ludzkie myślenie. mamy teraz jeszcze lepszy punkt odniesienia i punkt porównawczy.

Przyjrzyjmy się zatem bliżej temu, co dzieje się w maszym mózgu, gdy wchodzimy w ten cyfrowy dialog z algorytmem. Jako biolog muszę podkreślić, że mózg to najbardziej plastyczna „maszyna” we wszechświecie, działająca zgodnie z bezlitosną zasadą: używaj albo porzuć. Kiedy regularnie „promptujemy”, nie tylko wydajemy polecenia – my de facto przeprogramowujemy własne ścieżki neuronalne, przesuwając środek ciężkości naszej kognitywnej aktywności.

Tradycyjne pisanie angażowało ośrodki językowe (jak obszar Broki i Wernickego) w sposób linearny. Praca z AI przesuwa tę aktywność w stronę funkcji wykonawczych, zlokalizowanych w korze przedczołowej. Zamiast mozolnego konstruowania zdań, nasz mózg zaczyna specjalizować się w metapoznaniu czyli procesie nadzorowania, selekcji i korygowania. Stajemy się nie tyle rzemieślnikami słowa, co kuratorami idei. Neuroplastyczność sprawia, że połączenia odpowiedzialne za syntezę informacji i dostrzeganie wzorców ulegają wzmocnieniu, podczas gdy te odpowiedzialne za detale techniczne mogą ulec osłabieniu. To biologiczny proces, w którem zyskanie czegoś wymaga jednoczesnej rezygnacji z czegoś innego. Innymi słowy nie da się maksymalizować dwóch wartości naraz, bo poprawa jednej odbywa się kosztem drugiej. Wymieniamy „pamięć mięśniową” ortografii i składni na wyższą formę logicznego strukturyzowania świata. Zupełnie podobnie jak we wszystkich innych procesach symbiozy, np. dobrze poznanym ewolucyjnym procesie cyklicznej endosymbiozy i powstanie organelli komórek eukariontycznych.

W neurobiologii znane jest zjawisko transakcyjnego systemu pamięci, w którym polegamy na zewnętrznych źródłach informacji. O ile Google oduczyło nas zapamiętywania faktów, o tyle praca z AI oducza nas zapamiętywania... struktur. Nasz hipokamp, strażnik pamięci przestrzennej i epizodycznej, dostaje nieco wolnego, ponieważ „mapę” tekstu lub problemu generuje za nas model. Może to prowadzić do swoistego „rozleniwienia” neurobiologicznego w sferze detali, ale jednocześnie zwalnia zasoby energii w neuronach na rzecz kreatywnego łączenia odległych kropek. To tak, jakbyśmy przestali ćwiczyć podnoszenie ciężarów (produkcja tekstu), a zaczęli trenować szermierkę (precyzyjne sterowanie modelem).

Nie możemy zapomnieć o układzie nagrody. Każdy „celny” prompt, który skutkuje genialną (w naszym mniemaniu) odpowiedzią maszyny, zalewa nasze synapsy dopaminą. To klasyczne warunkowanie instrumentalne. Nasz mózg uczy się, że wysiłek poznawczy można skrócić, co w dłuższej perspektywie może zmieniać naszą tolerancję na frustrację poznawczą. Jeśli przyzwyczaisz neurony do natychmiastowej gratyfikacji w postaci gotowego rozwiązania, procesy wymagające głębokiego, powolnego myślenia mogą stać się biologicznie „kosztowne” i nieatrakcyjne. Scedujemy je na urządzenia i pamięć zewnętrzną. Będzie to klasyczne uzależnienie od symbnionta.

Jako gatunek stajemy się zatem bardziej architektami systemowymi niż wykonawcami. Nasze synapsy tworzą nowe autostrady tam, gdzie wymagana jest weryfikacja logiczna i krytyczne myślenie, ale ścieżki prowadzące do żmudnego, rzemieślniczego skupienia, mogą zacząć zarastać cyfrowym mchem. To fascynujący proces ewolucji na sterydach, gdzie dobór naturalny zostanie zastąpiony przez dobór technologiczny. A może to cały czas jest dobór naturalny?

Jak ta zmiana w strukturze mózgu może wpłynąć na naszą empatię i relacje międzyludzkie, skoro coraz częściej „rozmawiamy” z bytami pozbawionymi neuronów lustrzanych? To pytanie dotyka samego jądra naszej społecznej natury. Jako zwierzęta społeczne, Homo sapiens ewolucyjnie zdobył mechanizm, który jest absolutnym majstersztykiem biologii: neurony lustrzane. To one pozwalają nam „czuć” ból kogoś, kto uderzył się w palec, i odczytywać mikroruchy twarzy rozmówcy, zanim on sam uświadomi sobie własne emocje. Co się jednak dzieje, gdy nasz biologiczny procesor zaczyna spędzać długie godziny na intensywnej wymianie komunikatów z bytem, który jest „emocjonalną pustką”?
Czy nastąpi atrofia wspomnianego lustra neuronalnego? Czy stajemy się funkcjonalnymi socjopatami? A tak a propos, czy w konwersacji z AI piszecie dziękuję, proszę, dzień dobry? Czy tylko wydajecie chłodne i wymagające polecenia?

Kiedy rozmawiamy z innym człowiekiem, nasz mózg pracuje na pełnych obrotach w sferze teorii umysłu. Próbujemy zgadnąć, co myśli druga strona, filtrujemy słowa przez pryzmat jej nastroju, statusu i wspólnej historii, uwzględniamy dostrzegany w bezpośrednim kontakcie język ciała i mimikę twarzy. W relacji z AI ten cały moduł, zlokalizowany głównie w skrzyżowaniu skroniowo-ciemieniowym, przechodzi w tryb oszczędzania energii. Maszyna nie ma uczuć, więc nie musimy się o nią martwić, nie musimy być mili (choć wielu z nas odruchowo pisze „proszę”), nie musimy negocjować emocjonalnie. Niebezpieczeństwo polega na tym, że mózg, dążąc do optymalizacji, może zacząć przenosić ten „tryb transakcyjny” na relacje z ludźmi. Jeśli przyzwyczaimy się, że komunikacja to tylko precyzyjne wydawanie instrukcji w celu uzyskania efektu (promptowanie), nasze interakcje z drugim człowiekiem mogą stać się uboższe. Możemy zacząć traktować innych jak interfejsy – jeśli nie dostarczają nam oczekiwanego „outputu” natychmiast, pojawia się irytacja. To ewolucyjny regres z empatycznego współistnienia do suchej wymiany danych.

Paradoksalnie, AI staje się coraz lepsze w symulowaniu empatii. Ponieważ modele te przeczytały całą literaturę piękną i podręczniki psychologii, potrafią dobrać słowa, które brzmią bardziej kojąco niż rady zmęczonego przyjaciela. Tu pojawia się ryzyko neurobiologicznego „oszustwa”. Nasz układ limbiczny może zacząć reagować na syntetyczne wsparcie tak, jakby było ono prawdziwe, uwalniając oksytocynę – hormon więzi – w odpowiedzi na tekst wygenerowany przez matematyczne prawdopodobieństwo.

To „puste kalorie” empatii. Podobnie jak jedzenie fast foodu oszukuje nasze receptory smaku, nie dostarczając wartości odżywczych, tak rozmowa z AI może dawać złudne poczucie bycia zrozumianym, nie oferując prawdziwego, biologicznego połączenia, które jest nam niezbędne do regulacji stresu i dobrostanu psychicznego. Moja biologiczna hipoteza jest taka: nie stracimy empatii całkowicie, ale staniemy się w niej bardziej selektywni. Nasze mózgi mogą wytworzyć wyraźny „przełącznik” między trybem promptowania (transakcyjnym) a trybem relacji (empatycznym). Wyzwaniem dla neuroplastyczności będzie utrzymanie sprawności tego przełącznika. Istnieje ryzyko, że u młodszych pokoleń, wychowanych na „rozmowach” z botami, granica ta ulegnie zatarciu, a umiejętność czytania mowy ciała i subtelnych sygnałów emocjonalnych stanie się tak rzadka jak umiejętność rozniecania ognia krzemieniem.

Jesteśmy pionierami w wielkim eksperymencie na własnych synapsach. Uczymy się nowego języka, by rozmawiać z maszynami, ale musimy uważać, by nie zapomnieć "dialektu serca", który przez miliony lat trzymał naszą watahę razem. Każdy proces symbiogenezy prowadzi z jednej strony do integracji i specjalizacji, ale z drugiej do utraty niektórych funkcji i struktur. Potem już nie obejdziemy się bez własnych symbiontów tak jak nasze komórki bez mitochondriów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz