9.03.2026

O twórczym trudzie i dylematach intelektualnego recyklingu

Dawno temu w Dobrym Mieście, w czasie spotkań w kawiarni naukowej. Warsztaty malowania na starych butelkach i słoikach. Bo wykłady to nie tylko mówienie lecz także czas na aktywność słuchaczy.
 

Temat ten jest bliski sercu każdego, kto kiedykolwiek próbował wycisnąć z metaforycznego kamienia choćby kroplę wartościowego soku, kto sam doświadczył trudu tworzenia. Szanujemy to, co przychodzi w trudzie.

Urodziłem się w dawnych czasach, sporego niedostatku i samowystarczalności. W moim domu rodzinnym nic się nie marnowało. Słoik po dżemie był wykorzystany do domowych przetworów. W ostateczności stawał się wazonem – na klej wikol przyklejaliśmy nasiona i pestki a potem lakierowaliśmy. Ubrania się nosiło po starszym barcie, przerabiało na nowe, cerowało i łatało. W paczkach z Ameryki przysyłane były czasem ubrania. Teraz nazwalibyśmy je z ciucholandu lub szmateksu. Były jednak skarbami, które po krawieckich przeróbkach stawały się modnymi i pożądanymi ubraniami. Na podwórku robiliśmy zabawki z patyków i tego, co się znalazło.  Gwoździe prostowało się młotkiem na kowadle, bo przecież „jeszcze się przydadzą”. Ten wrodzony wręcz przymus odzyskiwania rzeczy wrastał w mojej głowie. Uczył także kreatywności.

Polubiłem  notatki na odzyskiwanych kartkach, starych plakatach, niezapisanych zeszytach. Moje notesy to nie są eleganckie zbiory poezji z pięknie wykaligrafowanym pismem, to składowiska luźno zapisywanych słów, najpierw na kartkach, potem w komputerze. Dalej jednak uwielbiam zapiski na drugiej, jeszcze nie wykorzystanej, stronie starych kartek. Trzymam tam wszystko: od genialnych (moim zdaniem) metafor, po niedokończone analogie i zestawienia słów, które wyglądają jak porzucone zardzewiałe lodówki. Tworzę z trudem. I może dlatego właśnie gromadzę niewykorzystane pomysły lub odrzucone i niewykorzystane zdania, czasem pojedyncze słowa. Zazwyczaj te zapiski leżą latami, zanim znowu po nie sięgnę, lub ostatecznie wyrzucę.

Tworzenie zawsze było dla mnie formą rękodzielnictwa. Sklejałem zdania z resztek, jak modelarz budujący galeon z zapałek i wykałaczek. Było w tym coś szlachetnego – ta mozolna dłubanina, gdzie każde słowo miało swoją wagę, bo było „wychodzone”. Trud tworzenia polegał na tym, że materiału wiecznie brakowało, więc szanowało się każdą myśl po raz kolejny ukształtowaną.

I wtedy, cała na biało (choć w sumie to w kolorach RGB), wchodzi Sztuczna Inteligencja. I tu zaczyna się mój dramat lub wyzwanie. Jako człowiek wychowany w twórczym nawyku „przyda się”, nagle zostałem wrzucony do gigantycznego magazynu, w którym wszystko jest za (niby) darmo i dostarczane w trzy sekundy. Wcześniej były w nadmiarze produkty w sklepie. I w nadmiarze oferowanie różnorakich ofert wszelakich. Teraz zaczęło dotyczyć moich notatek i pomysłów na pisanie...

AI nie pisze ręcznie zdań, piórem które trzeba często maczać w kałamarzu lub ołówkiem, który trzeba często temperować. Ona je wypluwa z prędkością karabinu maszynowego. Dla kogoś, kto potrafi przez pół godziny wymyślać jedno zdanie o świteziance dziewicy lub niprzyrówce rzecznej, nagłe otrzymanie dziesięciu gotowych akapitów jest jak próba wypicia oceanu przez słomkę. Koślawy i nieposkładany w piękne zdania pomysł, AI szybko rozwinie w spójne i ładnie wyglądające zdania. Ale często te zdania nie są takie, jakbym chciał. Nadmuchany balom nie zwiększa swej ilości gumy, tylko powiększa to zo już jest. Pozorny wzrost, w środku jest pustka. I z tego nadmiaru trzeba coś wybrać a resztę odrzucić. Ale odkładam a nie wyrzucam, bo przecież są tam fragmenty, które mogą mnie ciągle zainspirować do zupełnie innej opowieści. Bo ciągle można z tego odrzuconego coś przydatnego wygrzebać. Więc niech leży i czeka...

Mój dylemat: Jak mam pielęgnować swoje stare przyzwyczajenie do zbieractwa, skoro AI produkuje tyle „towaru”, że moje własne, wypracowane w pocie czoła notatki, giną pod zwałami cyfrowego gruzu? Zmieniło się środowisko i warunki. Od ponad trzech dziesięcioleci zmagam się z kulturą nadmiaru rzeczy materialnych w sklepach i w otoczeniu, w darmowo rozdawanych gadżetach, koszulkach (przecież do końca swojego życia tego nie znoszę), długopisów, notesów, kubków, smyczy czy pendrivów. I teraz dochodzi nadmiar dopracowanych tekstów. 

Czy warto wyrzucić pomocnika? To paradoks, bo marzyliśmy o maszynach, które będą za nas pracować, a teraz cierpimy, bo pracują za dobrze i za szybko. Robią rzeczy proste a nam ciągle zostają te najtrudniejsze. I to na dodatek skondensowane. Bo jeśli zautomatyzować „grę wstępną”, swoiste wprowadzanie się w nastrój, to pozostaje tylko wyczerpująca praca twórcza non stop.  AI generuje słowa z taką łatwością, że tracą one swoją wartość rynkową w moich oczach. To już nie jest rękodzieło, to produkcja taśmowa. A może to uczynni asystenci, podchwytujący i rozwijający w lot moje pomysły?

Moje stare notatki – te „zardzewiałe gwoździe” z notesu – mają jednak coś, czego AI nie wygeneruje, Mają historię ich znalezienia. Wiedzą, przy jakiej kawie czy zimnej wodzie ze studni powstały, na jakich starych kartkach zostały zapisane, w jakich notesach,  i jaki smutek lub radość im wtedy  towarzyszyły. AI daje mi lśniące, nowe śruby, ale ja wciąż mam słabość do tych starych, odzyskanych z rozbiórek dawnych myśli.

Może rozwiązaniem nie jest całkowita rezygnacja z pomocy AI, ale traktowanie jej jak... dostawcy surowca, który i tak musimy przesiać przez własne, „recyklingowe” sito? W końcu nawet w najnowocześniejszej fabryce recyklingu to człowiek na końcu decyduje, co jest skarbem, a co tylko plastikiem. Muszę się nauczyć żyć w tym świecie nadmiaru, punktozy, wskaźników klikalności. Muszę się także nauczyć korzystać z nowych narzędzi. Tak jak niegdyś strugania scyzorykiem, rysowania ołówkiem czy malowania na butelkach. Bo cóż z licznych książek na półce, gdy się ich nie przeczytało?

Tak, jak musimy się nauczyć by nie kupować rzeczy w nadmiarze, tak musimy się nauczyć korzystania z narzędzi AI, oferujących szybko i dużo. Uczę się swojego minimalizmu od lat. Czasem odnoszę sukcesy, czasem doświadczam porażek. Żyję w przeświadczeniu, że to, co wymyśle, ma jakąś wartość i trzeba tylko dopracować, doszlifować. A kreatywny umysł dużo produkuje. Tak dużo, że nie starczy czasu na doszlifowanie. I odkładam do kufra na strychu. Czy AI pomoże dopracować te odłożone pomysły? A może nie trzeba aż tylu dobrze dopracowanych pomysłów i ładnie dopieszczonych zdań? Może im mniej, tym wartościowsze, rzadsze i cenniejsze? Bo któż ten nadmiar przeczyta? Zamiast ludzi czytać będą boty i jakieś narzędzia AI? Zastąpią zapracowanych ludzi w czytaniu treści, które wspólnie wytworzyliśmy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz