
Od blisko pięćdziesięciu lat noszę okulary. To proteza dla moich oczu. Dzięki nim widzę świat wyraźniej i lepiej, rozpoznaję twarze z daleka, i napisy na tablicy czy ekranie. Oczywiście, okulary mają swoje wady. Ograniczają pole widzenia. W czasie deszczu pokrywają się kroplami, zimą po wejściu do ciepłego pomieszczenia natychmiast zaparowują. Czasem się gubią, czasem spadają z nosa. Mimo to nie rozważam rezygnacji z nich. Zrosłem się z nimi jak w symbiozie. Bilans korzyści jest oczywisty.
Podobnie jest z uzębieniem. Natura wyposażyła mnie w komplet zębów, ale czas zrobił swoje. Są plomby, są implanty. To również swoiste protezy a więc ciała obce, nieorganiczne. Nie są idealne, wymagają troski i kosztują niemało, ale dzięki nim mogę normalnie jeść, a moje zdrowie jest lepsze. I z ust nie wydobywa się niemiły zapach, co ma znaczenie w kontaktach międzyludzkich. I mogę się bez skrępowania uśmiechać. Gdybym mógł wybierać, wolałbym oczywiście mieć własne, doskonałe zęby. Jednak życie nie pyta o nasze preferencje. Ewolucja nie tworzy organizmów idealnych – tworzy organizmy wystarczająco dobre. A cywilizacja i zmiana sposobu jedzenia przyniosły ze sobą próchnicę. Teraz stomatologia niweluje te mankamenty cywilizacyjno-ewolucyjne. Bez tych protez ocznych i uzębieniowych moje życie byłoby gorsze, krótsze, mniej komfortowe. Inni mają sztuczne zastawki, szyny i śruby w złamanych kończynach, czasem całe protezy kończyn, itp.
Od dzieciństwa zmagam się z dysleksją. Pisanie nigdy nie było dla mnie tak łatwe jak mówienie. Literówki, błędy, przestawione litery – to moi długoletni towarzysze. Przez lata pomagały mi słowniki (te nie zawsze są pod ręką), później komputer z korektą pisowni (czasem poprawia nie na to słowo, które powinien). Dziś pojawiło się kolejne narzędzie – sztuczna inteligencja (AI). I coraz częściej zastanawiam się, czy nie jest ona po prostu kolejną protezą. Tym razem nie dla oczu ani zębów, lecz dla języka.
To określenie może brzmieć prowokująco. Słowo „proteza” kojarzy się z ubytkiem, z niepełnosprawnością, z czymś sztucznym. Tymczasem biolog patrzy na protezy trochę inaczej. Każde narzędzie rozszerzające możliwości organizmu jest w pewnym sensie przedłużeniem jego fenotypu. Bobry budują tamy, ślimaki noszą muszle, chruściki budują przenośne domki, pustelniki wykorzystują porzucone muszle innych gatunków, a teraz fragmenty butelek, i innych ludzkich artefaktów, które jako śmieci trafiają do morza. Ludzie od tysięcy lat posługują się ubraniem, ogniem, pługiem, od setek lat książką i od niedawna komputerem. Wszystkie te wynalazki zmieniają relacje organizmu ze środowiskiem. I zmieniają relację między ludźmi. Ewolucja pełna jest przykładów takich rozszerzeń. Co więcej, często przestają one być jedynie narzędziami, a stają się częścią nowej całości.
Biologicznym przykładem jest symbioza. A początki jej czasem bywają pasożytnitwem, drapieżnictwem i tylko czasem protokooperacją lub komensalizmem. Dawno temu pewne bakterie nie zostały strawione przez większe komórki. Czy to one napadły na dużo większą od siebie komórkę preeukariotyczną, czy to raczej duży chciał zjeść małego? Niezależnie jakie były początki i "intencje" z czasem zaczęły żyć razem. A same bakterie z czasem przekształciły się w mitochondria – nasze komórkowe elektrownie. A komórka-gospodarz stała się w pełni eukariontem z organellami. Inne bakterie (sinice) stały się chloroplastami roślin. Bez tych dawnych symbiontów nie byłoby zwierząt, roślin ani grzybów w obecnej postaci. Te nowe organizmy powstały nie tyle przez rywalizację, lecz przez współpracę. A na pewno przez integrację swojego z tym obcym, zewnętrznym.
Podobne zjawiska obserwujemy w całych ekosystemach. Porost nie jest ani samym grzybem, ani samym glonem. Jest nową jakością. Mrówki hodują mszyce niczym pasterze bydło. Przeżuwacze nie mogłyby trawić celulozy bez miliardów mikroorganizmów, zamieszkujących ich żołądkowe żwacze. Rafy koralowe istnieją dzięki współpracy koralowców z glonami. W przyrodzie granice między „ja” i „nie-ja” okazują się znacznie mniej ostre, niż zazwyczaj nam się wydaje.
Czy podobny proces zaczyna zachodzić między człowiekiem a sztuczną inteligencją? Nie twierdzę, że AI jest żywym organizmem. Nie jest. Jest ludzkim narzędziem. Nie ewoluuje biologicznie, nie rozmnaża się, nie odczuwa. Ale w relacji z człowiekiem zaczyna pełnić funkcję przypominającą biologiczną symbiozę. Ja dostarczam doświadczenia, wiedzy, intencji i pytań. AI pomaga mi formułować zdania, porządkować argumenty, dostrzegać alternatywy językowe. Osobno jesteśmy czymś innym niż razem. Ołówek czy pióro, pozwalające zapisywać myśli i zdania osłabia naszą pamięć. Bo wystąpienia już nie musimy wymyśleć i w pełni zapamiętać by je potem wygłosić. Możemy zapisywać, poprawiać i dopiero potem wygłosić. Albo odczytać.
Pytanie tytułowe jest szczególnie interesujące w przypadku osób takich jak ja. Dyslektyk przez całe życie inwestuje ogromną ilość energii w poprawność zapisu. Tak jak osoba zacinająca się, męcząca się z dłuższą wypowiedzią. Ta energia mogłaby zostać wykorzystana gdzie indziej. Na spokojne leżenie na sofie lub na myślenie, analizę, tworzenie nowych idei. Jeśli proteza językowa przejmuje część mechanicznej pracy (jest swoistym służącym lub asystentem), nie musi oznaczać intelektualnego lenistwa. Może być raczej przesunięciem zasobów poznawczych na wyższy poziom. Choć może uzależnić. Tak jak panicz z arystokratycznej rodziny, który nie potrafi sam się ubrać czy zrobić sobie śniadania.
Oczywiście każda proteza ma swoją cenę. Okulary mogą się stłuc a na pewno zawężają pole widzenia. Implant może wymagać wymiany (a na pewno jego zakładanie wiążą się z bólem i wkładem finansowym). AI również ma ograniczenia. Potrafi się mylić, konfabulować, tworzyć pięknie brzmiące, lecz fałszywe zdania. Kto bezkrytycznie zaufa tej protezie, szybko przekona się, że ostre widzenie nie zawsze oznacza prawdziwego obrazu świata.
Dlatego nie chodzi o zastąpienie człowieka przez AI. Chodzi o nauczenie się nowej współpracy. Tak jak współpracy z innymi ludźmi, ze zwierzętami gospodarskimi. A nawet z narzędziami – wytworami człowieka. Być może za kilkadziesiąt lat korzystanie z AI będzie równie zwyczajne jak noszenie okularów. Nikt nie będzie pytał, czy tekst został napisany z pomocą sztucznej inteligencji, tak jak dziś nikt nie pyta, czy autor pisał w okularach albo używał edytora tekstu zamiast maszyny do pisania. Lub czy pisał ręcznie w zeszycie a potem dał do przepisania swojej asystentce.
Najciekawsze pytanie brzmi jednak inaczej. Nie: „Czy AI odbierze nam umiejętność pisania?”. Lecz: „Jakim gatunkiem staniemy się dzięki tej nowej relacji?”. Może już trzeba używać innej nazwy, nie Homo sapiens tylko Homo sapientissimus lub Homo artificialis? Ewolucja wskazuje nam, że czasem największe przełomy nie rodziły się z doskonalenia pojedynczego organizmu, lecz z tworzenia nowych związków między różnymi organizmami. Być może jesteśmy właśnie świadkami narodzin kolejnej formy współpracy. Jeszcze nie biologicznej, ale już poznawczej. A jeśli historia życia czegoś uczy, to tego, że dobrze funkcjonujące symbiozy potrafią przetrwać setki milionów lat.
Dawno temu opanowanie ognia spowodowało, że nasz mózg się powiększył a jelita skróciły. I przy ognisku narodziły się opowieści. Opanowanie węgla i maszyny parowej spowodowało rozwój cywilizacji i znowu wywarło biologiczny skutek na naszych ciałach i społecznościach. Żyjemy w czasach kolejnej, wielkiej zmiany zarówno ewolucyjnej jak i technologicznej. A co z tego wyniknie, to się za jakiś czas nasi potomkowie dowiedzą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz