6.08.2026

Jagiellonka i zjazd absolwentów – spotkanie z przeszłością czy rozmowa o przyszłości?

 

Na zjazd absolwentów Liceum im. Władysława Jagiełły w Płocku, zorganizowany z okazji 120-lecia szkoły, jechałem z autentyczną radością. Nie był to tylko sentymentalny powrót do miejsca młodości. Lata licealne należą do tych okresów życia, które w dużej mierze nas ukształtowały. To wtedy rodzą się przyjaźnie na całe życie, pojawiają się pierwsze miłości, pierwsze fascynacje nauką, literaturą czy sztuką, dojrzewają marzenia o przyszłości. Nic więc dziwnego, że zjazd miał dla mnie znaczenie szczególne. Do mojej ukochanej Jagiellonki zawsze wracam z dużą radością i sympatią. Nawet jak tylko przechodzę obok budynku. Wspominam bardzo często.

Jeszcze przed przyjazdem skrzyknęliśmy się internetowo z dawną klasą. Nie wszyscy zdążyli się zapisać, bo chętnych na jubileusz było więcej niż miejsc na auli. Dodatkowo rozstawiono duże ekrany i transmitowano uroczystość do dodatkowych sal. Spotkało się nas kilkanaścioro z dawnej klasy. Rozmowy zaczęły się jednak wcześniej – już w pociągu. Okazało się, że do Płocka jedzie wiele osób, jedni samotnie, inni całymi grupami. W moim przedziale była starsza pani. Jak się szybko w czasie rozmowy okazało to koleżanka ze starszego rocznika. Po kilku minutach rozmowy zniknęła bariera wieku. Łączyło nas przecież to samo miejsce, niektórzy nauczyciele, podobne wspomnienia. Pomyślałem wtedy, że zjazd absolwentów zaczyna się nie w szkolnej auli, lecz już w drodze, kiedy przypadkowi współpasażerowie odkrywają, że należą do tej samej wspólnoty pamięci.

Samo spotkanie klasowe było wspaniałe. Czas nie wymazał dawnych więzi. Wystarczyło kilka minut, by wrócił dawny sposób żartowania, wspominania nauczycieli, szkolnych wycieczek czy pierwszych młodzieńczych sukcesów i porażek. Oczywiście każdy z nas przyjechał już z własnym życiorysem: jedni zostali lekarzami, inni nauczycielami, prawnikami, przedsiębiorcami, naukowcami, inżynierami. Niektórzy mieszkają daleko, inni pozostali blisko rodzinnego miasta. Łączyło nas jednak poczucie, że wszyscy wyrastamy z tego samego korzenia. To nie było tylko wspomnienie młodości.

Zjazd pozostawił we mnie wiele ciepłych wspomnień, ale także kilka refleksji krytycznych. Piszę o nich nie po to, by kogokolwiek oceniać. Sądzę raczej, że dotyczą one wielu podobnych uroczystości organizowanych w Polsce. Może ktoś z takiego feed backu skorzysta. Jednym z głównych punktów programu była oficjalna akademia. Według programu miała trwać dwie i pół godziny. Był upalny czerwcowy dzień, aula wypełniona po brzegi, a uczestnicy siedzieli bez przerwy na auli (w moich czasach powstała i pamiętam jak wnosiliśmy foteliki). Długie przemówienia przeplatały się z wręczaniem odznaczeń, dyplomów i podziękowań. Dopiero później zaplanowano występy młodzieży. Zabrakło choćby krótkiej przerwy i wyraźne wydzielenie występów artystycznych młodzieży. A na pewno napracowali się sporo. Może pomyśleli, że absolwenci zajęli się sami sobą i o nich zapomnieli, że nie byli zainteresowani występami młodzieży? A przecież to nie jest prawda!

Nie dotrwałem do końca akademii. Widziałem, że wielu absolwentów również wychodziło wcześniej. Było gorąco i już nudno. Ile można słuchać ważnych przemówień? Szkoda było zwłaszcza uczniów przygotowujących program artystyczny. To oni ponieśli konsekwencje zmęczenia publiczności, choć przecież nie oni byli jego przyczyną. Pomyślałem wtedy, że dobra organizacja wymaga nie tylko sprawnego scenariusza, lecz przede wszystkim empatii. Organizator powinien stale zadawać sobie pytanie: dla kogo właściwie przygotowuję to wydarzenie? Jak odbiorą je uczestnicy? Czy tylko dla władz, by miała swoje 5 minut przed dużą publicznością?

Jeszcze większe refleksje wzbudziła we mnie narracja historyczna obecna podczas uroczystości. Było bardzo dużo martyrologii. Wojna, ofiary, bohaterstwo, poświęcenie – wszystko to jest ważnym elementem historii Polski i naszej szkoły (powstała w wyniku buntu i opuszczenia carskiej szkoły - to zawsze było dla mnie powodem do dumy). Problem pojawia się wtedy, gdy staje się niemal jedynym sposobem opowiadania przeszłości. Owszem, byliśmy bardzo dumni z naszych starszych kolegów i tablic z nazwiskami ochotników wojny roku 1920. Wiszą i codziennie są oglądane przez uczniów, i wszystkich tych, którzy odwiedzają szkołę. Jesteśmy także dumni z nauczycieli roku 1980 i roku 1981.

Ale przecież sto dwadzieścia lat historii szkoły nie składa się wyłącznie z wojen. To również tysiące zwyczajnych dni nauki. To nauczyciele cierpliwie tłumaczący matematykę, biologię czy historię. To absolwenci, którzy później zostawiali ślad jako lekarze, naukowcy, artyści, przedsiębiorcy, urzędnicy, społecznicy czy rodzice wychowujący kolejne pokolenia. Historia buduje się przede wszystkim z codzienności. Patriotyzm nie wyraża się jedynie w chwytaniu za broń. Znacznie częściej polega na uczciwej pracy, płaceniu podatków, prowadzeniu badań naukowych, pisaniu książek, leczeniu ludzi, budowaniu mostów czy wychowywaniu dzieci. Większość naszego życia upływa właśnie w takim codziennym patriotyzmie. Paradoksalnie nadmiar martyrologii osłabia jej siłę. Gdy wszystko sprowadza się do wojennych symboli, zaczynają one działać jak zbyt słodki deser podawany na każdy posiłek. Nawet najlepszy tort nie zastąpi pełnego obiadu. Przesyt rodzi znużenie, a znużenie odbiera należny szacunek sprawom naprawdę ważnym.

Nasze pokolenie dorastało w czasie pokoju. Najbardziej dramatycznym doświadczeniem był stan wojenny. Nie biegaliśmy z karabinami po lasach ani barykadach. Czy to znaczy, że nasze życie jest mniej wartościowe? Przecież także budowaliśmy Polskę – pracą, nauką, działalnością społeczną i zawodową. To również jest historia. Ważna i istotna historia.

Zastanowiło mnie także, do kogo właściwie adresowano oficjalną część uroczystości. Chwilami odnosiłem wrażenie, że absolwenci byli jedynie tłem dla prezentacji sukcesów instytucji i wystąpień zaproszonych gości. To naturalne, że szkoła chce pokazać swoje osiągnięcia i pochwalić się rozwojem. W taki sposób zabiega o niezbędne fundusze. Jednak podczas zjazdu głównymi bohaterami powinni być właśnie absolwenci – ludzie, którzy przez dziesięciolecia tworzyli historię tej szkoły swoim późniejszym życiem.

Drobiazgi organizacyjne również mają znaczenie. Dawne główne wejście do szkoły było zamknięte z powodu remontu elewacji. Dla obecnych uczniów nowe wejście jest oczywistością, ale dawni absolwenci nie mieli o tym pojęcia. Wielu błądziło wokół budynku. Wystarczyłaby czytelna informacja na stronie internetowej albo kilka tabliczek kierunkowych. To drobiazg, ale pokazuje, że organizując spotkanie ludzi wracających po kilkudziesięciu latach, warto spojrzeć na szkołę ich oczami. I warto wykorzystać siłę mediów społecznościowych, bo tam informacje szybko się roznoszą. Nawet z takim drobiazgami gdzie jest od kilkunastu lat wejście główne do szkoły.

Ogromną przyjemność sprawiło mi zwiedzanie budynku. W wielu miejscach odnajdywałem ślady własnej pamięci, choć jednocześnie widziałem, jak bardzo szkoła się zmieniła. Zniknęły stare stoły laboratoryjne (pracownia chemii), inaczej wyglądają pracownie chemiczne i fizyczne. Stary barak z pracownią biologiczną został wyburzony ale powstało nowe skrzydło. Szkoła wypiękniała. To już nie jest dokładnie ta szkoła, którą pamiętam. I dobrze. Szkoła musi się zmieniać wraz z rozwojem wiedzy i technologii. Najważniejsze jest jednak to, aby zachowała swoją tożsamość jako wspólnota ludzi uczących się od siebie nawzajem.

Coraz częściej myślę o szkole jak o ekosystemie edukacyjnym. Nie tworzą go jedynie nauczyciele i programy nauczania. Ważni są uczniowie i ich kontakty także poza lekcjami. Uczyliśmy się od siebie bardzo dużo. I to nie tylko biologii, chemii, fizyki czy matematyki. Ważną częścią tego ekosystemu są również absolwenci. Każdy z nich zabiera ze sobą cząstkę szkoły do świata, a później może przynieść z powrotem własne doświadczenia. W takim obiegu wiedzy i pamięci szkoła naprawdę żyje. O niektórych absolwentach przypominają tablice pamiątkowe. Ale może poza typową martyrologią warto pokazać zwykłych ludzi? Pozornie zwykłych. Bo to oni mogą być inspirującym wzorem dla młodego pokolenia.

Być może właśnie dlatego najcenniejszym efektem naszego spotkania nie były oficjalne uroczystości, lecz rozmowy prowadzone przy kawie, oglądanie dawnych klas, podczas spacerów po mieście i klasowych spotkań. Wyjechaliśmy z pomysłem napisania wspólnego e-booka – zbioru wspomnień o licealnych latach. Nie po to, by idealizować przeszłość, lecz by pokazać, jak szkoła wpływa na ludzkie losy. Mieliśmy poczucie, że dorastaliśmy w czasach szczególnych: między światem analogowym a cyfrowym, między PRL-em a wolną Polską. Warto tę pamięć zachować, zanim stanie się jedynie przypisem w podręcznikach historii.

Zjazd absolwentów przypomniał mi, że szkoła nie kończy się wraz z odebraniem świadectwa maturalnego. Trwa w naszych wspomnieniach, wyborach, przyjaźniach i sposobie patrzenia na świat. A jeśli tak jest, to jej historia również nie powinna ograniczać się do opowieści o wojnach. Powinna być przede wszystkim historią ludzi, którzy dzięki niej nauczyli się żyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz