
W pracy naukowca, biologa, ale i blogera popularyzującego naukę, najcenniejszą walutą są pomysły. Najpierw trzeba mieć coś do powiedzenia a potem dopiero pracować nad stylem i formą. Bo z pustego to i Salomon nie naleje. Jako dyslektyk zawsze miałem problemy z pisaniem „na czysto”. Może w jakiś sposób kreatywność łączy się z dysleksją? Albo obie mają wspólną przyczynę? Nie wiem. Żyję z tym od lat. Paradoksalnie zmagam się nie tylko z dysleksją ale i z kreatywnością. Bo cierpię, gdy nie mogę dokończyć cieszących mnie pomysłów. A pomysły pojawiają się często niespodziewanie, np. podczas terenowych badań, czytania literatury naukowej czy wieczornych rozmyślań. Albo w czasie spacerów i obserwowania świata. Lub w pociągu i na dworcowej ławce, gdy czekam. W ciszy i w „nudzie” rodzą się szybciej i obficiej. Problem polega jednak na tym, że od subiektywnie rozumianego genialnego błysku w głowie do gotowego artykułu, eseju czy książki wiedzie niezwykle długa i wyboista droga. Pomysł trzeba „domyśleć”, przemyśleć szczegóły i strukturalno-logiczne powiązania między argumentami i elementami całej konstrukcji. Wszystko to wymaga dużego nakładu pracy, czasu oraz rzemieślniczej wręcz cierpliwości przy przelewaniu myśli na papier. Albo na klawiaturę. Wielu z nas, w tym ja sam, gromadzi setki takich niedokończonych konceptów. Notatek odłożonych na później jako rokujących i ciekawych pomysłów, wartych wypowiedzenia. A liczne notatki kończą swój żywot jako chaotyczne szkice na luźnych kartkach lub zapomniane pliki tekstowe w czeluściach twardego dysku. Sam już nie wiem, co bardziej się gubi: papierowe kartki w mnożących się teczkach i zeszytach, czy może pliki w różnych folderach? Zastanawiam się często, jak uratować te intelektualne zarodki przed bezpowrotnym zniknięciem w szufladzie. I niepamięci.
W młodości dużo czytałem książek Stanisława Lema. Były bardzo inspirujące. Na długo w mej pamięci zapadł przewrotny wzór, jak poradzić sobie z tym problemem. Stanisław Lem słynął z umysłu wyprzedzającego swoją epokę. Nieustannie generował fascynujące koncepcje filozoficzne, technologiczne i naukowe. Mnie swoimi myślami zapłodnił na długie dziesięciolecia. Lem zapewne wiedział jak wielkim wysiłkiem jest rozwijanie każdego pomysłu do rozmiarów pełnej powieści. Zamiast jednak pozwolić im przepaść, wpadł na rewolucyjny pomysł, który zrealizował głównie w swoich dwóch niezwykłych książkach: „Próżni doskonałej” oraz „Wielkości urojonej”. Zamiast pisać tradycyjne, wielostronicowe dzieła, stworzył zbiory recenzji i wstępów do fikcyjnych, nigdy nienapisanych książek. Zamiast kilkunastu książek powstawała książka z kilkunastoma rozdziałami. A każdy był pomysłem, który można byłoby rozbudować do opasłej powieści. A Lem potrafił pisać znakomicie, filozoficznie i dowcipnie. Może teraz ktoś napisze te nienapisane i zrecenzowane przed powstaniem, książki? Ogromne wyzwanie intelektualne i literackie. Najpierw recenzja a potem dopiero książka.
W ten sposób, na zaledwie kilkunastu stronach, potrafił skondensować monumentalne idee, które normalnie wymagałyby wielu miesięcy pracy nad fabułą i konstrukcją świata wymyślonego. Wśród tych fikcyjnych dzieł znalazły się tak głębokie koncepty jak „Non serviam”, poruszające temat personoidy, czyli tworzenia myślących istot wewnątrz komputera (czy nie jest to prorocze w stosunku do agentów AI?). Oraz „Kosmogonia”, przedstawiająca teorię, według której znane nam prawa fizyki są efektem gry zaawansowanych cywilizacji kosmicznych. Dzięki formie literackiej recenzji te błyskotliwe, filozoficzne wizje nie zostały zapomniane w szufladzie autora, lecz ujrzały światło dzienne i do dziś prowokują do dyskusji naukowców oraz pasjonatów futurologii. I teraz dylemat: czytać ponownie (powielokroć) książki Stanisław Lema czy generować ciąg dalszy, być może z pomocą generatywnej sztucznej inteligencji? Tak jak dalsze przygody Pana Samochodzika, pisane już przez innego autora,
Dzisiaj, żyjąc w epoce cyfrowej, stajemy przed podobnym wyzwaniem, ale dysponujemy zupełnie nowymi narzędziami. Jako bloger i felietonista regularnie mierzę się z syndromem niedokończonego szkicu, gdzie dobre intencje przegrywają z brakiem czasu na dopracowanie formy. W tym miejscu pojawia się jednak sztuczna inteligencja. Współczesne narzędzia AI stają się dla twórców tym, czym dla Lema była forma fikcyjnej recenzji – sposobem na ocalenie i zagospodarowanie niedokończonych koncepcji. AI pomaga mi ubrać surowe myśli w precyzyjne zdania, uporządkować chaotyczną strukturę notatek i znacznie szybciej nadać tekstowi ostateczny kształt. A przede wszystkim pozwala szybciej dotrzeć do informacji i sprawdzić interesujące mnie pojęcia. Dzięki temu proces przechodzenia od luźnego pomysłu do gotowego wpisu na bloga przebiega sprawniej. Jednocześnie autorskie idee zyskują szansę na dotarcie do czytelników, zamiast umierać w zapomnieniu. Owszem, nic w moim procesie twórczy się nie skraca. Paradoksalnie mam więcej czasu na myślenie. Bo mam swoją sekretarkę i swojego asystenta. Tak, nie warto zbytnio ufać temu asystentowi. Ale jest pomocny. Najpierw mój szkic w iluś krokach nabiera kształtów, potem we współpracy z AI nabiera zdań. A na koniec pracuję już nad częściowo sformułowanymi zdaniami i mogę je rozbudowywać, uzupełniać przeoczone aspekty, dopisywać nowe wątki. Łatwiej mi się myśli w czasie pisania. I mam mniej błędów do poprawiania (już Word wyszukuje najczęściej przeze mnie popełniane błędy literowe). Gdy szybko publikuję swój tekst to mimo kilkukrotnego czytania i tak jest sporo błędów (taka dola dyslektyka). Po jakimś czasie , gdy je zauważam, poprawiam na blogu. Niniejszy tekst przeleżał pond miesiąc w poczekalni na blogu i kilkukrotnie do niego wracałem, poprawiałem, skracałem, uzupełniałem.
W tym miejscu warto zadać sobie intrygujące pytanie, które łączy przeszłość z teraźniejszością. Czy gdyby w czasach Stanisława Lema istniały zaawansowane narzędzia sztucznej inteligencji, to napisałby on znacznie więcej tradycyjnych książek, mając cyfrowego asystenta do żmudnego dopracowywania fabularnych szczegółów? A może jego eseje filozoficzne i fikcyjne recenzje były czymś znacznie głębszym – świadomym i celowym sposobem dyskusji o literaturze oraz barierach ludzkiego poznania? Skłaniam się ku tej drugiej odpowiedzi. Ale może moje założenia (ukryta teza) o tym, że te fikcyjne recenzje są niedokończonymi pomysłami na książki, jest po prostu fałszywa? Dla Lema ta forma była być może ucieczką od ograniczeń klasycznej beletrystyki i pozwalała na czystą, intelektualną grę. Nawet z najpotężniejszym AI u boku, Lem być może i tak wybrałby formę skondensowanego eseju, gdyż to właśnie w niej mógł najpełniej i bez zbędnych ozdobników testować granice ludzkiego umysłu. A może byłby zadowolony z automatycznego pisarza rodem z Cyberiady? Czy w czasach nadmiaru długie teksty nie przegrywają z krótkimi formami? więc może lepiej pisać krótko? A może uzupełniać tekst infografikami lub mapami myśli? Postpiśmienna "literatura" nowej mówioności dopiero się wyłania i nabiera kształtów. Jeszcze nie bardzo wiemy jak będzie wyglądała. Tak jak kiełkująca roślina, gdy widzimy wychodzące z gleby liścienie to jeszcze nie wiemy czy to bylina czy drzewo z tego wyrośnie.
Czy wracam do starych pomysłów i notatek? Czasem tak. Ale i tak ciągle rodzą się nowe. Pisanie spala emocjonalnie, za dużo się nie napisze. Bo czas nie jest z gumy, dodatkowo potrzebna regeneracja umysłowa. Do tego myślenie i szukanie informacji i danych też zabiera czas. AI może być pomocne choć bywa też groźną pułapką. To oczywiście pomysł na zupełnie nowy tekst na tym blogu. Może kiedyś ten mglisty pomysł się zmaterializuje?
Gdybyśmy jednak spróbowali pójść krok dalej i wyobrazili sobie, że te Lemowskie miniatury z „Próżni doskonałej” były zaledwie nasionami, z których przy pomocy sztucznej inteligencji mogłyby wyrosnąć potężne, rozłożyste rośliny, stajemy przed fascynującym dylematem. W przyrodzie każde nasiono niesie w sobie pełny kod genetyczny przyszłego drzewa, ale do jego wzrostu potrzeba czasu, odpowiedniej gleby i ogromu energii. Dla pisarza tą energią jest żmudny proces przelewania myśli na papier (albo klepiąc w klawiaturę przenosi do cyfrowego dokumentu). To rzemiosło, które Lem w przypadku tych konkretnych pomysłów chyba świadomie porzucił. Gdyby dysponował AI, mógłby potraktować algorytmy jak zautomatyzowaną szklarnię – wrzucić tam esencjonalny szkic i patrzeć, jak maszyna w kilka chwil (to oczywiście duża przenośnia bo promptowy dialog z algorytmem i poprawianie tekstu zajmuje także wiele tygodni) generuje z niego wielusetstronicową powieść, dbając o opisy, dialogi i strukturę. I nawet przewidział to w Cyberiadzie. Pytanie tylko, czy z perspektywy ekologii literatury taka nadprodukcja wyszłaby nam na dobre. Z biologii wiemy, że monokultury i nagły, niekontrolowany rozkwit jednego gatunku, potrafią zubożyć cały ekosystem. Gdyby każdy genialny, surowy pomysł Lema został maszynowo napompowany do rozmiarów tradycyjnej książki, moglibyśmy utonąć w nieprzejrzystym gąszczu słów, w którym unikalna esencja myśli zostałaby rozmyta przez literacką watę. I zgubić wątek tak jak w 4587 odcinku jakiegoś serialu typu "Luczija z ubogiej chatki".
Ten tok rozmyslania prowadzi nas bezpośrednio do pytania o to, jak właściwie powinniśmy dziś konsumować literaturę i czego od niej oczekiwać. Czy mamy nieustannie wypatrywać nowości, żądając od ulubionych autorów kolejnych tomów i sequeli, niczym widzowie czekający na nowy sezon serialu na platformie streamingowej? Metafora dziecięcej lalki z ubrankami do przebierania jest tu jak najbardziej na miejscu. Styl, język i fundamentalna filozofia pisarza są jak ta sama, dobrze nam znana lalka, a każda kolejna książka to po prostu nowe ubranko, w które autor ją stroi. Zmieniają się dekoracje, fabularne wątki i imiona bohaterów, ale pod spodem dotykamy wciąż tej samej intelektualnej konstrukcji. W dobie kultury instant przyzwyczailiśmy się do ciągłego zmieniania tych ubranek, do pogoni za rzekomą nowością, która w gruncie rzeczy jest tylko powieleniem znanego schematu. Tymczasem o wiele większą wartość może mieć powrót do książek już przeczytanych. Podobnie jak w badaniach terenowych, gdzie powrót w to samo miejsce po latach pozwala dostrzec subtelne zmiany w ekosystemie, tak ponowna lektura wybitnego dzieła ujawnia warstwy, których wcześniej nie byliśmy w stanie zauważyć. Czytając Lema po raz drugi czy trzeci, nie odkrywamy nowej fabuły, ale odkrywamy nowych siebie w zderzeniu z jego tekstem. Podobnie jest z oglądaniem dawnych filmów czy słuchaniem znanych już sobie utworów muzycznych.
Sztuczna inteligencja zapewne zmieni literaturę i już teraz to chyba robi, rewolucjonizując proces twórczy. A może to nie jest rewolucja tylko mała zmiana? Przecież dawni pisarze wynajmowali czasem ghostwriterów a dzieła sławnych malarzy w dawnych czasach malowali ich uczniowie. Mistrz dawał nazwisko, pomysł i wykańczał dzieło. A uczniowie wykonywali mniej ważne podmalunki. Pisarz z narzędziami AI z łatwością stworzy dużą liczbę nowych „ubranek” dla literackich lalek, generując seryjne opowieści idealnie skrojone pod gust swojego odbiorcy, powielając swój styl i swoją filozofię patrzenia na świat. Jednak w tym świecie algorytmicznej obfitości szybko przekonamy się, że „więcej” wcale nie oznacza „lepiej”. Gdy rynek zostanie zalany rzekomo nowymi, a w rzeczywistości wtórnymi historiami, ludzki umysł zacznie odczuwać przesyt. Coraz więcej osób pisze a proporcjonalnie nie przybywa czytelników. W reakcji obronnej przed tym cyfrowym szumem możemy paradoksalnie zacząć uciekać ku starym, sprawdzonym tekstom. Tak jak w nieskończoność potrafimy słuchać ulubionej piosenki, za każdym razem zachwycając się innym przejściem tonalnym, albo oglądać klasyczny film, by wyłapać ukryte w tle smaczki. Być może tak samo będziemy wracać do tradycyjnej literatury. AI może dać nam iluzję nieustannego postępu i nieskończonej nowości, ale prawdziwą głębię i smak odnajdziemy tam, gdzie ludzki intelekt zmierzył się z ograniczeniami własnego czasu i formy, pozostawiając nam dzieła, które nie potrzebują kolejnych sezonów, by wciąż na nowo nas definiować. Felieton może być poczytniejszy niż opasła książka.
Nie wiem jak będzie z literaturą. Ja niniejszy pomysł zrealizowałem we współpracy z Gemini i Copilotem. Nie wiem kiedy pomysł pojawił się w mojej głowie. Możliwe, że kilka razy się w mózgu odzywał. Rozważałem go w cichym mówieniu do siebie w czasie pieszego spaceru do pracy. Po jakimś dwóch tygodniach od ostatniego razu, spisałem na jednej kartce. Szybko i nieskładnie. Byleby pozostał ślad myślowy. Podobnych kartek mam wiele. Zdania były nielogiczne, poszarpane. Niektóre słowa są nieczytelne i domyślam się ich z kontekstu zdania. W wersji kartkowej powędrował do teczki z pomysłami roboczymi. Leżał jakieś 1-2 tygodnie i gryzł sumienie. Bo teczka pęczniała. Trzeba było albo dokończyć albo odłożyć do jeszcze innej teczki z archiwum na dnie szuflady. Siadłem jednak przed komputerem. Nakreśliłem kontekst i przepisałem szkic nieco go modyfikując. Odszukałem tytuł książki Lema, bo nie pamiętałem. Zadałem cztery (może sześć) pytania i polecenia. Dostałem kilka różnych fragmentów. Niektóre odrzuciłem, inne przerobiłem do własnych potrzeb. Ile trwało pisanie? W sumie 2-3 godziny rozmyślań nad tekstem przy komputerze. Szybciej? Pewnie tak. Ale na pewno jest to duża pomoc w procesie myślenia. Może dzięki AI mniej moich pomysłów na zawsze przepadnie w otchłani archiwum z pomysłami. Aha, i jeszcze tekst dojrzewał w wersji roboczej na blogu blisko miesiąc, z kilkukrotnym zaglądaniem do niego i poprawianiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz