Określenie, które usłyszałem od studentów, bardzo mi się spodobało przez swoją trafność.
Karaoke - wykład czytany z ekranu (treść wyświetlana na ekranie). Niestety często (?) się zdarza w salach uniwersyteckich (i innych szkół wyższych, czasem na odczytach i różnego typu kursach). Sam doświadczam czasem a na pewno doświadczają studenci. I w różny sposób komunikują swoje zniesmaczenie. Na przykład napis na blacie na sali wykładowej
"Pan doktor się nie postarał. Czytać umiałem już w podstawówce". Mazania i bazgrania na meblach w sali wykładowej nie pochwalam.
Co mówią w ten sposób studenci?
Karaoke - to prześmiewczo wrażone poirytowanie. Wiedza odtwórcza, nieautentyczna, gorszej jakości i poniżej oczekiwań. Piszę o tej tajemnicy poliszynela bo
jeszcze mi zależy na jakości nauczania uniwersyteckiego i po to, by wyraźnie podkreślić "to widać!". Jest to także
głos w dyskusji nad współczesnym uniwersytetem i edukacją. Musimy dużo zmienić bo i świat się zmienił. Jednocześnie przy różnych zmianach i "punktozach" zatraciliśmy istotę uniwersyteckiego poszukiwania. Często pozostał pusty rytuał (forma bez należytej treści).
Uniwersytet trzeba przemyśleć na nowo. Nie dlatego że był zły, tylko zmieniły się cywilizacyjne i społeczne okoliczności. Do tego niezbędna jest otwarta dyskusja. I ja dorzucam malutki kamyczek.
Dlaczego razi taki sposób wykładania i dlaczego jest uprawiany? Problem jest złożony i uwarunkowany historycznie. Świat się niewątpliwie bardzo zmienił, także z zakresie komunikacji i przekazywania wiedzy. Niektóre archaizmy rażą swoją nieadekwatnością i nieefektywnością. Mimo, że być może kiedyś był to poprawne i funkcjonalne. Tak jak w ewolucji biologicznej trzeba się ciągle zmieniać i dostosowywać do środowiska... by pozostać w tym samym miejscu (dostosowania). A teraz zmiany tego środowiska gwałtownie przyspieszyły. Za sprawą globalizacji i trzeciej rewolucji technologicznej.
W odniesieniu do przyczyn "karaoke" warto postawić pytanie:
przekazywanie wiedzy czy zagospodarowywanie przydzielonego czasu (jakoś go wypełnić i dotrwać do końca)? Chcę w ten sposób powiedzieć, że nie są winni tylko tak wykładający nauczyciele akademiccy. Szwankuje coś w systemie. Podkręcane normy i wymagania czynią z uczonych naukowców-rzemieślników, starających się "wyrobić normę". A w awansie liczą się tylko publikacje i granty a nie jakość dydaktyki. Jednym z efektów jest karaoke (tak specyficznie rozumiane). I wbrew pozorom nie jest to zjawisko nowe. Być może śmielej teraz o tym mówimy.
Punktoza i uszkółkowienie, brak zaufania do kadry akademickiej i dlatego trzeba jej narzucać rozwiązania i kontrolować? Skala powszechności kształcenia na poziomie wyższym wymaga zapewne szeregu uregulowań. Kształcenie uniwersyteckie nie jest już elitarne, jest od kilku dziesięcioleci egalitarne, powszechne. I to jest pierwsza przyczyna koniecznych zmian. Nierozsądnym byłby powrót do przeszłości czyli ograniczanie i limitowanie wykształcenia. A takie głosy często się słyszy. Nowoczesna gospodarka oparta na wiedzy potrzebuje ludzi wykształconych. I to nie po siedmiu klasach szkoły podstawowej ale po studiach.
Z powodu powszechności kształcenie uniwersyteckie utraciło funkcję elitotwórczą. Ale jeszcze dawnej elity także były wyłaniane i kształtowane inaczej. Więc nie ma co na siłę upierać się, że uniwersytety mają być elitarne. Skala powszechności i udział osób także przeciętnych wymusza z pewnością różnorodne zmiany, w tym standaryzację, programy itd. Warto się jednak zastanowić co powinno być wystandaryzowane i co jest największą wartością kształcenia akademickiego.
Dawniej środowiska akademickie posiadały dużą autonomię. Teraz brak jest zaufania, stąd bardzo szczegółowe regulacje i konieczność sporządzania dużej liczby dokumentów, przed, w trakcie i po. Ten brak społecznego i instytucjonalnego zaufania bierze się zapewne z powodu braku jasnych celów - po co jest wykształcenie wyższe. Czy jest kształceniem zawodowym, czy kulturotwórczym, czy formacyjnym? Jeśli nie ma czytelnego sensu, przeradza się to w wadliwą i uśmiercającą biurokrację. A uniwersytety przekształcają się w szkółki. Przynajmniej te niektóre.... Stanowczo brakuje mi otwartej, szerokiej i społecznej dyskusji o edukacji w ogóle, w tym o edukacji uniwersyteckiej (lokalnie i ogólnopolsko). Po co i dlaczego. A wtedy łatwiej będzie odpowiedzieć na pytanie jak.
Zjawisko karaoke jest przynajmniej w części spowodowane ubytkiem wybieralnych wykładów na rzecz programu. Sztywnego programu z pozorami wyboru zajęć przez studentów. Wybór jest bardzo ograniczony, czasem iluzoryczny. Nie przedstawiamy swoich odkryć naukowych a realizujemy programy nauczania (przekazujemy wystandaryzowaną wiedzę, ujednoliconą). I skupiamy się na wiadomościach a nie umiejętnościach i kompetencjach społecznych. Z założenia mądry i wartościowy pomysł Krajowych Ram Kwalifikacji by ujednolicić studia w całej Unii Europejskiej (by dyplomy były równoważne i niosły to samo) a przede wszystkim skupić się na analizie celów i efektów, przynajmniej w Polsce w dużym stopniu ugrzązł w tabelkowym wypełnianiu sylabusów. Sztuka dla sztuki. Zabrakło na początku długiej i pogłębionej dyskusji o celach i sensie, skupiło się na programie komputerowym. Źle zaprojektowany program (bo nie były jasne cele) generuje papierologię a to co najważniejsze (analiza celów i efektów) gdzieś się zagubiło.
W rezultacie mamy dużo różnych, poszatkowanych zajęć i plan lekcji jak w szkole. Efektem tego jest brak czasu na własne, samodzielne poszukiwania studentów i na dobry dialog z naukowcami. Gdzieś wspólnota uczących i nauczanych, a wspólnie poszukujących, się zagubiła jeszcze bardziej. Oczywiście różnie jest to na różnych uniwersytetach, wydziałach czy szkłach wyższych. Bo różny był i jest tam kapitał ludzki oraz kapitał społeczny.
Jaki realizujemy model kształcenia? Nie liczy się przyjazne środowisko akademickie a program nauczania (w papierach ma się zgadzać i ładnie wyglądać).
Studia to przede wszystkim ludzie, których się spotyka. To nie tylko wykłady i ćwiczenia, ale i realizacja projektów, pomysłów z innymi studentami, z innych wydziałów. Zanik wspólnoty, zamieszkującej jeden teren kampusu uniwersyteckiego jest groźny dla samej istoty kształcenia wyższego. Bo przecież nie chodzi o przekazanie wiadomości (to można i samemu w wieku XXI). Chyba ważniejsze jest uczestnictwo w poszukiwaniach, w rozumieniu świata, dyskutowaniu itd. Przyjeżdżamy jak do szkoły. I wyjeżdżamy. Co w świecie cyfrowym on-line, z dostępem do wiedzy z całego świata, staje się coraz bardziej anachronizmem. Dlatego teraz rażą wykłady typu karaoke.
Po co jest wykład?
Znaczenie wykładu zmienia się w historii ludzkości, bo zmieniają się formy komunikacji i przekazywania wiedzy. Ale nawet w wieku XXI wykłady są potrzebne. Nic nie zastąpi bezpośredniego kontaktu człowieka z człowiekiem. Człowiekiem, naukowcem a nie kiepskiej jakości czytnikiem. Jest więc niezbędny i wartościowy kontakt studenta z wykładowcą, naukowcem, uczonym. Nie musi to być tradycyjny wykład. To może być dialog, rozmowa, ćwiczenia, wspólny spacer. Każdy naukowiec ma coś cennego do przekazania.
Ale czy ma do tego warunki i możliwości? To, co w kontaktach uniwersyteckich najcenniejsze, zostało zastąpione sztywnymi programami. Na czym się skupić we współczesnych uniwersytetach?
Skąd to się wzięło. Odczyt i przemówienie.
Dawno temu, żeby się czegoś od innych dowiedzieć, to trzeba było pójść i porozmawiać. Porozmawiać z mistrzem, nauczycielem, autorytetem. I tak było przez kilkadziesiąt tysięcy lat w kulturze mówionej. Pierwsze akademie i licea powstawały wokół osób. Wiedza przechowywana była w mózgach ludzi. I nie było innego sposobu jak spotkać się twarzą w twarz i rozmawiać. Wtedy wykład był opowieścią i jedyną formą zdobywania wiedzy (nie licząc własnego doświadczenia i obserwowania). Za każdym razem, każdego dnia trzeba było ten "wykład" wygłosić.
Gdy pojawiło się pismo - pierwsza pamięć zewnętrzna ludzkich mózgów - wykład można było spisać w sposób uporządkowany, zaplanowany. Tekst można samodzielnie przeczytać... nawet kilkaset lat po śmierci autora. Tak powstały uniwersytety-biblioteki: w jednym miejscu zgromadzeni ludzie i zasoby biblioteczne. Jeszcze długo sercem uniwersytetu była biblioteka i zgromadzony w niej księgozbiór. Poza rozmowami, dyskusjami ważna była umiejętność czytania i interpretowania treści. Zatem sensem wykładu było także objaśnianie pism i ksiąg - jak je rozumieć. Czytanie na wykładzie miało sens podwójny: raz że rękopisy i księgi były trudno dostępne, dwa chodziło o ich objaśnianie i interpretowanie.
Pismo jako pamięć zewnętrzna wpłynęło trochę na sztukę retoryki. Sokrates to przewidział... Gdy upowszechnił się druk i łatwość dystrybucji, odczyt jako taki traci sens. Kiedyś był bardzo potrzebny i wartościowy (zgrabne ułożenie tekstu, przygotowanie kompozycji i odczytanie), jednak w czasach pospiechu i nadmiaru docierających informacji, stał się mało efektywną formą przekazywania informacji.
Po wojnie w Polsce brak książek i podręczników. Wykład był głównym kanałem komunikacji i upowszechniania wiedzy. Nawet jeśli wtedy ktoś czytał podręcznik... to miało to jakiś sens. Nie było alternatywy. Lepsze jednak zawsze jest mówienie i przedstawianie swojej wiedzy, swoich pomysłów i przemyśleń niż czytanie (inna jest dynamika i logika przemówienia, inna tekstu do samodzielnego odczytania). Brak książek sprawiał, że studenci mogli korzystać tylko z własnej pamięci i notatek. Notatki czasem uwspólniano - studenci notowali, składali w całość, poprawiali i powstawały skrypty. Czasem były autoryzowane przez profesorów. Wspólne,
konektywne utrwalanie i upowszechnianie. Te czasy już minęły. Nie brakuje podręczników. Można samodzielnie przeczytać. Są podręczniki w bibliotekach. Zatem po co być na karaoke, jeśli można przeczytać samemu? A konektywna wiedza powstaje on-line, w różnych strefach internetu.
Czytanie z kartki jest tak samo nudne jak czytanie z ekranu. Rzutnik multimedialny daje duże możliwości poszerzenia przekazu werbalnego. Można wyświetlić słowa, by dłużej były obecne i łatwiej zapamiętywalne. Można pokazać obrazy, schematy i animacje, można pokazać ruch. Kiedyś na wykładzie można było pokazywać doświadczenia (teraz można to zrobić na ćwiczeniach), można było wcześniej przygotować plansze i schematy i je pokazywać i omawiać. Można było schematy, nawet kolorowe, rysować kredą na tablicy (wymagało umiejętności i treningu). A teraz bardzo łatwo i szybko to samo można przygotować w Power Poincie (lub innym programie). I łatwo skopiować, upowszechnić, wykorzystać. Łatwo wziąć cudze i... odczytać. Żeby dobrze wykład przygotować, trzeba wiele czasu na przygotowania. Przede wszystkim na przemyślenie treści i dobranie pomocy. Po drugie trzeba to technicznie przygotować. A co, jeśli nie starcza czasu? Bo liczą się publikacje naukowe, punkty a zajęć jest dużo i to bardzo różnych (narzuconych a nie samemu wymyśłonych i zaproponowanych)? I to nie my wybieramy tematykę zajęć a dostajemy w formie programu, siatki godzin itd.? Skoro dydaktyka nie jest ważna (nie liczy się w dorobku i do awansu, wykład zniknął nawet z postępowania habilitacyjnego), to kusi droga na skróty. Poza studentami i tak nikt wysiłku albo jego braku nie zauważy, nie doceni... Klimat dla karaoke...
"Czytać to ja umiem - wystarczyło przesłać mailem albo podać teraz wnioski" - to karteczka z zebrania naukowego, ważnego. Wyświetlanie dokumentów tekstowych (dokument Word) na akranie i czytanie treści. Kiedy mamy tak mało czasu, to czemu takim brakiem profesjonalizmu jesteśmy bombardowani?
Naukowcy naukowcom to robią, akademicy akademikom. To dlaczego się dziwić, że i studentom? Nie staram się usprawiedliwiać karaoke wykładowego, staram się zrozumieć przyczynę. A wtedy łatwiej będzie o sensowne i skuteczne działania naprawcze.
Nieadekwatność niektórych standardów widoczna jest w wielu aspektach życia akademickiego. Na przykład obrona doktorska lub kolokwium habilitacyjne (teraz postępowanie). Doktorant napisał pracę, przeczytali ją recenzenci. Teoretycznie inne osoby na sali także mogły się z pracą zapoznać. Doktorat w krótkiej prezentacji przedstawia główne elementy swojej pracy: wstęp, cel, materiał, wyniki, dyskusję i wnioski. A recenzenci odczytują swoje recenzje. Przecież recenzje można rozesłać mailem do członków komisji czy rady wydziału (i teraz się rozsyła). Czy nie lepiej, gdyby recenzent przedstawił swoje stanowisko, np. w formie kilkuminutowej prezentacji? Do posłuchania i zastanowienia się. Jego stanowisko i uzasadnienie. Szczegóły są przecież w spisanej recenzji.
Kiedyś i owszem, było inaczej i czytanie miało sens. Recenzje pisało się na maszynie do pisania. Ile może być czytelnych kopii? 3-4 egzemplarze. Członkowie rady wydziału nie mieli więc fizycznie możliwości wcześniej zapoznać się z recenzją. Jej odczytanie (słowo w słowo) miało sens. Ale od tego czasu dużo się zmieniło. Są kserokopiarki. Recenzja przesyłana jest także w formie pliku, można ja rozesłać do wszystkich zainteresowanych w dowolnej liczbie kopii. Nie ma ograniczających uwarunkowań technicznych. Odczytywanie traci sens. Może więc zamiast odczytywania krótka prezentacja? Nawet i z użyciem rzutnika mutimedialnego, by wyraźniej pokazać i uzasadnić swoje, recenzenckie zdanie?
Dawna tradycja i standardy najwyraźniej nie nadążają za szybko zmieniającą się rzeczywistością trzeciej rewolucji technologicznej. Stąd i karaoke na wykładach.... Pora to szybko zmienić. A wcześniej zastanowić się nad celem i sensem komunikacji i pod tym kątem zmienić dotychczasowe, akademickie rytuały.
Zmienić formę a zachować sens.
Niżej fragmenty anonimowej ankiety sprzed 14 lat, pośrednio wskazujące na wybieralność zajęć kontra ich narzucanie. I jak to studenci czują. Znalazłem stare ankiety ewaluacyjne w szpargałach.