10.05.2018

Dzień Bociana Białego i malowanie dachówek w Mazurskim Parku Krajobrazowym

(Dzień Bociana Białego w 2016 roku, z malowaniem butelek, dachówek i kamieni.)

Zadzwonił telefon, Pan Dyrektor zaprosił do udziału w Dniu Bociana Białego. Żeby znowu przyjechać i wspólnie pomalować, może stare dachówki, może butelki, może kamienie. Czyli, żeby się włączyć w piknik edukacyjny, organizowany corocznie przez Mazurski Park Krajobrazowy. Zaproszenie z chęcią przyjąłem. Z kilku powodów. Współpraca badawcza i edukacyjna z Parkiem dobrze się układa od wielu już lat. A ostatnio się zintensyfikowała. I jest jeszcze szansa zauczestniczyć w czymś kreatywnym i inspirującym. Spotkać ludzi i rozmawiać o dziedzictwie przyrodniczym i kulturowym regionu.

W tym roku Dzień Bociana Białego odbędzie się 1. czerwca 2018, tradycyjnie w Krutyniu, siedzibie  Mazurskiego Parku Krajobrazowe. Będziemy malowali stare dachówki. Warsztaty edukacyjno-artystyczne otwarte są dla wszystkich chętnych. Park co roku organizuje swoje święto z licznymi atrakcjami edukacyjnymi i kulturalnymi. Bocian biały to symbol parku. A jednocześnie 1. czerwca przypada także Dzień Dziecka. Ale przecież bocian mocno kulturowo związany jest z dziećmi - według ludowego porzekadła dzieci przynoszone są przez bociany (w innych regionach znajdowane są w kapuście). Skąd się wzięła ta kulturowa tradycja? Może warto się nad tą kwestią etnograficznie i kulturowo zastanowić.

Zapraszam do wspólnego malowania starych dachówek i polnych kamieni. A przy malowaniu będą rozmowy o dziedzictwie kulturowym (dlaczego bociany wiążą się z przynoszeniem dzieci i duszą wg dawnych Słowian), o ochronie przyrody o samym bocianie i jego siedlisku. Porozmawiamy także o dzikich pszczołach, zapylaczach i kwiatach. I o metodach aktywnej edukacji. I o łąkach kwietnych w miastach.

Malowanie w uroczych okolicznościach przyrody i w towarzystwie licznych pokazów edukacyjnych i przyrodniczych to forma wykładu i dyskusji poza murami szkoły/uniwersytetu. Zapraszam - przyjedź, odwiedź Mazurski Park Krajobrazowy, posłuchaj przyrodniczych i kulturowych, niespiesznych opowieści, zapytaj, podyskutuj. W czasie malowania można milczeć, można rozmawiać, można dyskutować. To takie współczesne spotkanie i "darcie pierza" i filozoficzne dyskusje przy łuskaniu fasoli.

Tematem pleneru malarsko-edukacyjnego będzie bocian biały i jego środowisko, zatem i podmokłe łąki i wszystko co tam żyje. Cała bioróżnorodność łąki z bogactwem roślin i zwierząt. Potem dachówki będą użyte jako daszek w hotelu dla owadów w Parku (wymienimy na nowe, bo stare się już trochę zużyły). Owady zapylające i hotele dla owadów tematycznie wiążą się z siedliskiem bociana białego.

Być może udałoby się także porozmawiać o wyzwaniach współczesnej edukacji i uniwersytetu? W okolicznościach bardzo a propos edukacji pozaformalnej i poza murami szkoły.

A jeśli pomalujemy tych dachówek więcej (minimum 20) to wtedy przywieziemy te dachówki do Olsztyna i w formie wystawy pokażemy (kilka miesięcy wystawy plenerowej) przed budynkiem Wydziału Biologii i Biotechnologii lub Biblioteki Uniwersyteckiej (są tam już stelaże i dachówki, zmienimy wystawę). A jeśli pomalujemy ze 40, to w obu miejscach będzie wystawa. Można zatem wystawę przygotować na wrześniowe Olsztyńskie Dni Nauki lub/i na Noc Biologów 2019 w styczniu.

Więcej szczegółów i (a potem relacji) na Facebooku (wydarzenie). Tam też pojawią się bezpośrednie relacje z malowania, zdjęcia, filmy, wideo transmisje, pokażemy powstające prace.

Z różnych przyczyn nie wszyscy będą mogli osobiście zjawić się 1. czerwca w Krutyniu. Ale malują z nami - swoje dachówkowe prace dołączą później i razem stworzymy wystawę w Olsztynie. Obowiązuje tylko jedna tematyka: bocian biały i jego siedlisko, łącznie z bioróżnorodnością łąki.

W 2016 r., w czasie Dnia Bociana Białego malowaliśmy butelki, kamienie i dachówki ze studentami dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Tu zdjęcia. Teraz też będzie uroczo, edukacyjnie i refleksyjnie.

8.05.2018

Karaoke na sali wykładowej? Rzecz o współczesnym uniwersytecie.

Określenie, które usłyszałem od studentów, bardzo mi się spodobało przez swoją trafność. Karaoke - wykład czytany z ekranu (treść wyświetlana na ekranie). Niestety często (?) się zdarza w salach uniwersyteckich (i innych szkół wyższych, czasem na odczytach i różnego typu kursach). Sam doświadczam czasem a na pewno doświadczają studenci. I w różny sposób komunikują swoje zniesmaczenie. Na przykład napis na blacie na sali wykładowej "Pan doktor się nie postarał. Czytać umiałem już w podstawówce". Mazania i bazgrania na meblach w sali wykładowej nie pochwalam.

Co mówią w ten sposób studenci? Karaoke - to prześmiewczo wrażone poirytowanie. Wiedza odtwórcza, nieautentyczna, gorszej jakości i poniżej oczekiwań. Piszę o tej tajemnicy poliszynela bo jeszcze mi zależy na jakości nauczania uniwersyteckiego i po to, by wyraźnie podkreślić "to widać!". Jest to także głos w dyskusji nad współczesnym uniwersytetem i edukacją. Musimy dużo zmienić bo i świat się zmienił. Jednocześnie przy różnych zmianach i "punktozach" zatraciliśmy istotę uniwersyteckiego poszukiwania. Często pozostał pusty rytuał (forma bez należytej treści). Uniwersytet trzeba przemyśleć na nowo. Nie dlatego że był zły, tylko zmieniły się cywilizacyjne i społeczne okoliczności. Do tego niezbędna jest otwarta dyskusja. I ja dorzucam malutki kamyczek.

Dlaczego razi taki sposób wykładania i dlaczego jest uprawiany? Problem jest złożony i uwarunkowany historycznie. Świat się niewątpliwie bardzo zmienił, także  z zakresie komunikacji i przekazywania wiedzy. Niektóre archaizmy rażą swoją nieadekwatnością i nieefektywnością. Mimo, że być może kiedyś był to poprawne i funkcjonalne. Tak jak w ewolucji biologicznej trzeba się ciągle zmieniać i dostosowywać do środowiska... by pozostać w tym samym miejscu (dostosowania). A teraz zmiany tego środowiska gwałtownie przyspieszyły. Za sprawą globalizacji i trzeciej rewolucji technologicznej.

W odniesieniu do przyczyn "karaoke" warto postawić pytanie: przekazywanie wiedzy czy zagospodarowywanie przydzielonego czasu (jakoś go wypełnić i dotrwać do końca)? Chcę w ten sposób powiedzieć, że nie są winni tylko tak wykładający nauczyciele akademiccy. Szwankuje coś w systemie. Podkręcane normy i wymagania czynią z uczonych naukowców-rzemieślników, starających się "wyrobić normę". A w awansie liczą się tylko publikacje i granty a nie jakość dydaktyki. Jednym z efektów jest karaoke (tak specyficznie rozumiane). I wbrew pozorom nie jest to zjawisko nowe. Być może śmielej teraz o tym mówimy.

Punktoza i uszkółkowienie, brak zaufania do kadry akademickiej i dlatego trzeba jej narzucać rozwiązania i kontrolować? Skala powszechności kształcenia na poziomie wyższym wymaga zapewne szeregu uregulowań. Kształcenie uniwersyteckie nie jest już elitarne, jest od kilku dziesięcioleci egalitarne, powszechne. I to jest pierwsza przyczyna koniecznych zmian. Nierozsądnym byłby powrót do przeszłości czyli ograniczanie i limitowanie wykształcenia. A takie głosy często się słyszy. Nowoczesna gospodarka oparta na wiedzy potrzebuje ludzi wykształconych. I to nie po siedmiu klasach szkoły podstawowej ale po studiach. Z powodu powszechności kształcenie uniwersyteckie utraciło funkcję elitotwórczą. Ale jeszcze dawnej elity także były wyłaniane i kształtowane inaczej. Więc nie ma co na siłę upierać się, że uniwersytety mają być elitarne. Skala powszechności i udział osób także przeciętnych wymusza z pewnością różnorodne zmiany, w tym standaryzację, programy itd. Warto się jednak zastanowić co powinno być wystandaryzowane i co jest największą wartością kształcenia akademickiego.

Dawniej środowiska akademickie posiadały dużą autonomię. Teraz brak jest zaufania, stąd bardzo szczegółowe regulacje i konieczność sporządzania dużej liczby dokumentów, przed, w trakcie i po. Ten brak społecznego i instytucjonalnego zaufania bierze się zapewne z powodu braku jasnych celów - po co jest wykształcenie wyższe. Czy jest kształceniem zawodowym, czy kulturotwórczym, czy formacyjnym? Jeśli nie ma czytelnego sensu, przeradza się to w wadliwą i uśmiercającą biurokrację. A uniwersytety przekształcają się w szkółki. Przynajmniej te niektóre.... Stanowczo brakuje mi otwartej, szerokiej i społecznej dyskusji o edukacji w ogóle, w tym o edukacji uniwersyteckiej (lokalnie i ogólnopolsko). Po co i dlaczego. A wtedy łatwiej będzie odpowiedzieć na pytanie jak.

Zjawisko karaoke jest przynajmniej w części spowodowane ubytkiem wybieralnych wykładów na rzecz programu. Sztywnego programu z pozorami wyboru zajęć przez studentów. Wybór jest bardzo ograniczony, czasem iluzoryczny. Nie przedstawiamy swoich odkryć naukowych a realizujemy programy nauczania (przekazujemy wystandaryzowaną wiedzę, ujednoliconą). I skupiamy się na wiadomościach a nie umiejętnościach i kompetencjach społecznych. Z założenia mądry i wartościowy pomysł Krajowych Ram Kwalifikacji by ujednolicić studia w całej Unii Europejskiej (by dyplomy były równoważne i niosły to samo) a przede wszystkim skupić się na analizie celów i efektów, przynajmniej w Polsce w dużym stopniu ugrzązł w tabelkowym wypełnianiu sylabusów. Sztuka dla sztuki. Zabrakło na początku długiej i pogłębionej dyskusji o celach i sensie, skupiło się na programie komputerowym. Źle zaprojektowany program (bo nie były jasne cele) generuje papierologię a to co najważniejsze (analiza celów i efektów) gdzieś się zagubiło.

W rezultacie mamy dużo różnych, poszatkowanych zajęć i plan lekcji jak w szkole. Efektem tego jest brak czasu na własne, samodzielne poszukiwania studentów i na dobry dialog z naukowcami. Gdzieś wspólnota uczących i nauczanych, a wspólnie poszukujących, się zagubiła jeszcze bardziej. Oczywiście różnie jest to na różnych uniwersytetach, wydziałach czy szkłach wyższych. Bo różny był i jest tam kapitał ludzki oraz kapitał społeczny.

Jaki realizujemy model kształcenia? Nie liczy się przyjazne środowisko akademickie a program nauczania (w papierach ma się zgadzać i ładnie wyglądać). Studia to przede wszystkim ludzie, których się spotyka. To nie tylko wykłady i ćwiczenia, ale i realizacja projektów, pomysłów z innymi studentami, z innych wydziałów. Zanik wspólnoty, zamieszkującej jeden teren kampusu uniwersyteckiego jest groźny dla samej istoty kształcenia wyższego. Bo przecież nie chodzi o przekazanie wiadomości (to można i samemu w wieku XXI). Chyba ważniejsze jest uczestnictwo w poszukiwaniach, w rozumieniu świata, dyskutowaniu itd.  Przyjeżdżamy jak do szkoły. I wyjeżdżamy. Co w świecie cyfrowym on-line, z dostępem do wiedzy z całego świata, staje się coraz bardziej anachronizmem. Dlatego teraz rażą wykłady typu karaoke.

Po co jest wykład?
Znaczenie wykładu zmienia się w historii ludzkości, bo zmieniają się formy komunikacji i przekazywania wiedzy. Ale nawet w wieku XXI wykłady są potrzebne. Nic nie zastąpi bezpośredniego kontaktu człowieka z człowiekiem. Człowiekiem, naukowcem a nie kiepskiej jakości czytnikiem. Jest więc niezbędny i wartościowy kontakt studenta z wykładowcą, naukowcem, uczonym. Nie musi to być tradycyjny wykład. To może być dialog, rozmowa, ćwiczenia, wspólny spacer. Każdy naukowiec ma coś cennego do przekazania. Ale czy ma do tego warunki i możliwości? To, co w kontaktach uniwersyteckich najcenniejsze, zostało zastąpione sztywnymi programami. Na czym się skupić we współczesnych uniwersytetach?

Skąd to się wzięło. Odczyt i przemówienie.
Dawno temu, żeby się czegoś od innych dowiedzieć, to trzeba było pójść i porozmawiać. Porozmawiać z mistrzem, nauczycielem, autorytetem. I tak było przez kilkadziesiąt tysięcy lat w kulturze mówionej. Pierwsze akademie i licea powstawały wokół osób. Wiedza przechowywana była w mózgach ludzi. I nie było innego sposobu jak spotkać się twarzą w twarz i rozmawiać. Wtedy wykład był opowieścią i jedyną formą zdobywania wiedzy (nie licząc własnego doświadczenia i obserwowania). Za każdym razem, każdego dnia trzeba było ten "wykład" wygłosić.

Gdy pojawiło się pismo - pierwsza pamięć zewnętrzna ludzkich mózgów - wykład można było spisać w sposób uporządkowany, zaplanowany. Tekst można samodzielnie przeczytać... nawet kilkaset lat po śmierci autora. Tak powstały uniwersytety-biblioteki: w jednym miejscu zgromadzeni ludzie i zasoby biblioteczne. Jeszcze długo sercem uniwersytetu była biblioteka i zgromadzony w niej księgozbiór. Poza rozmowami, dyskusjami ważna była umiejętność czytania i interpretowania treści. Zatem sensem wykładu było także objaśnianie pism i ksiąg - jak je rozumieć. Czytanie na wykładzie miało sens podwójny: raz że rękopisy i księgi były trudno dostępne, dwa chodziło o ich objaśnianie i interpretowanie.

Pismo jako pamięć zewnętrzna wpłynęło trochę na sztukę retoryki. Sokrates to przewidział... Gdy upowszechnił się druk i łatwość dystrybucji, odczyt jako taki traci sens. Kiedyś był bardzo potrzebny i wartościowy (zgrabne ułożenie tekstu, przygotowanie kompozycji i odczytanie), jednak w czasach pospiechu i nadmiaru docierających informacji, stał się mało efektywną formą przekazywania informacji.

Po wojnie w Polsce  brak książek i podręczników. Wykład był głównym kanałem komunikacji i upowszechniania wiedzy. Nawet jeśli wtedy ktoś czytał podręcznik... to miało to jakiś sens. Nie było alternatywy. Lepsze jednak zawsze jest mówienie i przedstawianie swojej wiedzy, swoich pomysłów i przemyśleń niż czytanie (inna jest dynamika i logika przemówienia, inna tekstu do samodzielnego odczytania). Brak książek sprawiał, że studenci mogli korzystać tylko z własnej pamięci i notatek. Notatki czasem uwspólniano - studenci notowali, składali w całość, poprawiali i powstawały skrypty. Czasem były autoryzowane przez profesorów. Wspólne, konektywne utrwalanie i upowszechnianie. Te czasy już minęły. Nie brakuje podręczników. Można samodzielnie przeczytać. Są podręczniki w bibliotekach. Zatem po co być na karaoke, jeśli można przeczytać samemu? A konektywna wiedza powstaje on-line, w różnych strefach internetu.

Czytanie z kartki jest tak samo nudne jak czytanie z ekranu. Rzutnik multimedialny daje duże możliwości poszerzenia przekazu werbalnego. Można wyświetlić słowa, by dłużej były obecne i łatwiej zapamiętywalne. Można pokazać obrazy, schematy i animacje, można pokazać ruch. Kiedyś na wykładzie można było pokazywać doświadczenia (teraz można to zrobić na ćwiczeniach), można było wcześniej przygotować plansze i schematy i je pokazywać i omawiać. Można było schematy, nawet kolorowe, rysować kredą na tablicy (wymagało umiejętności i treningu). A teraz bardzo łatwo i szybko to samo można przygotować w Power Poincie (lub innym programie). I łatwo skopiować, upowszechnić, wykorzystać. Łatwo wziąć cudze i... odczytać. Żeby dobrze wykład przygotować, trzeba wiele czasu na przygotowania. Przede wszystkim na przemyślenie treści i dobranie pomocy. Po drugie trzeba to technicznie przygotować. A co, jeśli nie starcza czasu? Bo liczą się publikacje naukowe, punkty a zajęć jest dużo i to bardzo różnych (narzuconych a nie samemu wymyśłonych i zaproponowanych)? I to nie my wybieramy tematykę zajęć a dostajemy w formie programu, siatki godzin itd.? Skoro dydaktyka nie jest ważna (nie liczy się w dorobku i do awansu, wykład zniknął nawet z postępowania habilitacyjnego), to kusi droga na skróty. Poza studentami i tak nikt wysiłku albo jego braku nie zauważy, nie doceni... Klimat dla karaoke...

"Czytać to ja umiem - wystarczyło przesłać mailem albo podać teraz wnioski" - to  karteczka z zebrania naukowego, ważnego. Wyświetlanie dokumentów tekstowych (dokument Word) na akranie i czytanie treści. Kiedy mamy tak mało czasu, to czemu takim brakiem profesjonalizmu jesteśmy bombardowani? Naukowcy naukowcom to robią, akademicy akademikom. To dlaczego się dziwić, że i studentom? Nie staram się usprawiedliwiać karaoke wykładowego, staram się zrozumieć przyczynę. A wtedy łatwiej będzie o sensowne i skuteczne działania naprawcze.

Nieadekwatność niektórych standardów widoczna jest w wielu aspektach życia akademickiego. Na przykład obrona doktorska lub kolokwium habilitacyjne (teraz postępowanie). Doktorant napisał pracę, przeczytali ją recenzenci. Teoretycznie inne osoby na sali także mogły się z pracą zapoznać. Doktorat w krótkiej prezentacji przedstawia główne elementy swojej pracy: wstęp, cel, materiał, wyniki, dyskusję i wnioski. A recenzenci odczytują swoje recenzje. Przecież recenzje można rozesłać mailem do członków komisji czy rady wydziału (i teraz się rozsyła). Czy nie lepiej, gdyby recenzent przedstawił swoje stanowisko, np. w formie kilkuminutowej prezentacji? Do posłuchania i zastanowienia się. Jego stanowisko i uzasadnienie. Szczegóły są przecież w spisanej recenzji.

Kiedyś i owszem, było inaczej i czytanie miało sens. Recenzje pisało się na maszynie do pisania. Ile może być czytelnych kopii? 3-4 egzemplarze. Członkowie rady wydziału nie mieli więc fizycznie możliwości wcześniej zapoznać się z recenzją. Jej odczytanie (słowo w słowo) miało sens. Ale od tego czasu dużo się zmieniło. Są kserokopiarki. Recenzja przesyłana jest także w formie pliku, można ja rozesłać do wszystkich zainteresowanych w dowolnej liczbie kopii. Nie ma ograniczających uwarunkowań technicznych. Odczytywanie traci sens. Może więc zamiast odczytywania krótka prezentacja? Nawet i z użyciem rzutnika mutimedialnego, by wyraźniej pokazać i uzasadnić swoje, recenzenckie zdanie? Dawna tradycja i standardy najwyraźniej nie nadążają za szybko zmieniającą się rzeczywistością trzeciej rewolucji technologicznej. Stąd i karaoke na wykładach.... Pora to szybko zmienić. A wcześniej zastanowić się nad celem i sensem komunikacji i pod tym kątem zmienić dotychczasowe, akademickie rytuały.

Zmienić formę a zachować sens.

Niżej fragmenty anonimowej ankiety sprzed 14 lat, pośrednio wskazujące na wybieralność zajęć kontra ich narzucanie. I jak to studenci czują. Znalazłem stare ankiety ewaluacyjne w szpargałach.



7.05.2018

Nartniki – siądź nad wodą i popatrz


Nie sposób ich nie zauważyć. Małe, czarne, biegające po wodzie owady – nartniki. Co prawda na powierzchni pływają takie inne czarne i jajowate owady … ale to chrząszcze z rodziny Gyrynidae - krętakowate. W razie zagrożenia nurkują pod wodę i tyle ich było widać. Metalicznie czarne, błyszczące i szybsze od nartników.

Nartniki to grupa wodnych owadów, pluskwiaków różnoskrzydłych (Heteroptera), należących do rodziny nartnikowatych (Gerridae) i rodzaju nartnik (Gerris). W Polsce występuje kilkanaście podobnych do siebie gatunków. Wielkość ciała dorosłego owada wynosi od pół do jednego centymetra (larwy są mniejsze). Ciało mają wydłużone, koloru szaro-czarnego, czasem z białawymi bokami. Strona brzuszna jest jaśniejsza. Charakterystyczne są ich długie odnóża oraz nawodny sposób życia: poruszają się (biegają, ślizgają się) po powierzchni wody – wykorzystują napięcie powierzchniowe wody. Jak wszystkie owady mają trzy pary odnóży, jednak zazwyczaj wyraźnie widzimy dwie pary. Pierwsza para odnóży jest nieco krótsza i skierowana do przodu, wzdłuż głowy, przez co jest mniej widoczna (można pomyśleć że to czułki) i możemy odnieść wrażenie, że nartnik ma 4 odnóża (dwie pary). Na głowie mają oczy i czułki. Pierwsza para odnóży pomaga w chwytaniu i przytrzymaniu ofiary.

Podobny, nawodny tryb życia prowadzi inny pluskwiak nawodny: poślizg (Hydrometra) – jest jednak dużo bardziej smukły i mniejszy. Spotkać go można na torfowiskach. I znacznie trudniej zauważyć. 

W Afryce są chruściki (Trichoptera), które w stadium imago biegają po wodzie jak nartniki (ale narządy gębowe są proste, typu liżącego, nie są  drapieżnikami - jak to dorosłe chruściki). W Polsce też można spotkać dorosłe chruściki, które uciekając biegną czasem po wodzie na małym dystansie (np. rodzaj Cyrnus).

Nazwa nartników wywodzi się od sposobu poruszania po wodzie, tak jakby ślizgały się po wodzie niczym narciarz poruszający się po śniegu. Dawniej mówiono także na nartniki: miernik, mierzek – co wywodzi się od skojarzenia z mierniczym, mierzącym grunt za pomocą drewnianego trójkąta. Albo kogoś, mierzącego odległość szeroko stawianymi krokami.

Nie ma wyraźnego dymorfizmu płciowego u nartników, różnice są więc jedynie w wielkości (samce są zazwyczaj nieco mniejsze) oraz w budowie aparatu kopulacyjnego (a to zobaczyć można jedynie pod powiększeniem). W czasie kopulacji samiec jest na grzbiecie samicy. Zatem, gdy na wodzie zobaczymy parę nartników, to ten na górze (jak "na barana") to samiec.

Nartniki są owadami drapieżnymi. Żywią się przede wszystkim owadami, które wpadły do wody. W przenośni można powiedzieć, że nartniki to takie małe, nawodne hieny, Owady, które wpadły do wody (np. muchówki, pszczoły, ważki, chrząszcze, dorosłe chruściki), szamoczą się. W ten sposób wytwarzają fale na powierzchni wody, wyczuwane przez nartniki dzięki specjalnym receptorom, znajdującym się na ich odnóżach. Pozwala to zlokalizować ofiarę a także jej potencjalną wielkość. W tym podobne są do pająków, wyczuwających ofiarę po drganiach sieci łownej. Nartniki podbiegają do ofiary, wbijają swoją kłujkę (aparat gębowy w typie ssąco-kłującego) i wysysają swoją ofiarę (typowe dla wszystkich pluskwiaków różnoskrzydłych). Mogą polować także na larwy i poczwarki komarów oraz rozwielitki (skorupiaki wodne), które podpływają do powierzchni wody (a więc sięgają po ofiarę spod wody).

Siądź na pomoście nad jeziorem lub rzeką i popatrz na nartniki. Co robią, jak się zachowują. A jak masz telefon z mobilnym internetem, to poszukaj opisów i wiadomości o tych ciekawych owadach wodnych. Wtedy dostrzeżesz więcej. I zrozumiesz co się dzieje i dlaczego.

(Para nartników w czasie kopulacji)
W Polsce nartniki zasiedlają wody stojące (jeziora, stawy), torfowiska, wolno płynące fragmenty czek (zatoki, zastoiska, tam gdzie nurt jest wolniejszy), strumienie i źródła. Zazwyczaj występują przy brzegu, czasami w bardzo licznych zgrupowaniach. Można je spotkać od wiosny aż do późnej jesieni. Zimę spędzają na lądzie, w pobliżu wód, ukryte pod zeschłymi liśćmi lub mchem. U niektórych gatunków obserwuje się brachypterię - krótkoskrzydłość. Niektóre populacje tego samego gatunku mają skrócone skrzydła, inne populacje nie. Brachypteryczne samice redukują także mięśnie skrzydłowe, dlatego mogą więcej energii przeznaczyć na składanie jaj. W rezultacie składają więcej jaj ale tylko w jednym zbiorniku. Długoskrzydłe samice więcej energii przeznaczają na lot (migracje, dyspersję) i utrzymanie mięśni skrzydłowych. W rezultacie mogą złożyć mniej jaj (mniej liczne potomstwo). Ale za to składają jaja w różnych zbiornikach. Która strategia jest lepsza? W środowisku stabilnym, niezmiennym opłaca się być krótkoskrzydła samicą. Ale w środowisku astatycznym, zmiennym, nieprzewidywalnym lepiej ulokować swoje mniej liczne potomstwo w różnych zbiornikach i siedliskach. Któreś zawsze ma szanse trafić na bogate zasoby pokarmowe i przyjazne warunki. Obserwując nartniki biegające po wodzie można się wiec zastanawiać nad strategiami ewolucyjnymi.

Na odnóżach (nogach) nartnika znajdują się mikroskopijne włoski około 50 mikrometrów długości, dodatkowo mającymi wyżłobienia. Ta mikrostruktura umożliwia wnikanie powietrza, co zwiększa możliwość owada utrzymywania się na powierzchni wody. Wzmacnia to działanie pokrywającego nogi hydrofobowego (odpychającym wodę) wosku. Dodatkowo całe ciało nartnika pokryte jest od spodu gęstymi, srebrzystymi włoskami. Między tym włoskami gromadzą się pęcherzyki powietrza, wykorzystywane przez nartniki do oddychania w zanurzeniu oraz bezpieczne wyjście na powierzchnię w przypadku przypadkowego (lub celowego) zanurzenia. Samice składają jaja pod wodą, przymocowując je do podwodnych roślin, kamieni, kawałków drewna. Młode, wylęgające się z jaj larwy (w pokroju podobne do dorosłych) wypływają na powierzchnię i prowadzą nawodny tryb życia.

Na niektórych nartnikach widać czerwone kropki. To larwy wodopójek, pasożytujących na tych owadach. Larwy wodopójek (Hydrachnidia, dawniej Hydracarina – wodne kleszcze) wylęgają się w wodzie. Jak więc dostają się na ciało dorosłego owada, biegającego po wodzie? Korzystają z momentu zanurzenia się pod wodę? I wchodzą na larwę czy dopiero na dorosłego? To muszę doczytać lub najlepiej dopytać się specjalistów.

(Nartnik z widocznymi wodopójkami - czerwone kropeczki na ciele)

5.05.2018

Przyroda w mieście – lepiarka wiosenna


W połowie maja, gdy pachną bzy lilaki, zaczyna kwitnąć kasztanowiec a słowik pięknie śpiewa po drugiej stronie ulicy, wspominam jeszcze wczesną wiosnę. Gdy w połowie kwietnia podglądałem pszczolinkę trójbarwną (Moja sąsiadka z trawnika - pszczolinka trójbarwna (Andrena clarkella) ) przy okazji zauważyłem nieco mniejszą pszczołę. Najpewniej była to lepiarka wiosenna (Colletes cunicularius). Pewności nie mam, ale okoliczności i zdjęcia wskazują na ten gatunek.

Nawet w mieście przyroda jest bogata. Wystarczy tylko się przyglądać. Zwolnij, przysiądź na ławce lub na trawie i patrz. Nie ma potrzeby nieustannie ścigać się z innymi. Wystarczy wykonywać swoją pracę najlepiej jak się potrafi. I czerpać z tego przyjemność. I jeszcze zatrzymać się, by cieszyć się światem wokół nas, jego bogactwem. Te przyjemności są za darmo, dla każdego.

O pszczołach można w uproszczeniu powiedzieć, że są to osy, które przeszły na wegetarianizm. A że procesy w przyrodzie zachodzą powoli i z dużą różnorodnością, to można zobaczyć ogniwa przejściowe (tak w uproszczeniu). Można więc w mieście obserwować ślady ewolucji. Ba, w mieście ewolucja zachodzi cały czas – nie tylko człowiek dostosowuje się to tego nowego dla biosfery środowiska, ale i inne gatunki. Możemy mówić o synurbizacji.

Lepiarkowate (Colletidae) to rodzina owadów, skupiająca najprymitywniejsze pszczoły (najmniej wyspecjalizowane, niejako na początku „upszczołowienia”). Mają krótkie narządy gębowe co upodabnia je do grzebaczowatych (Sphecidae). Wśród nich są przedstawiciele o ciele nieowłosionym (samotka) i przenoszą pyłek w wolu (samotka) lub w owłosieniu na tylnych nogach choć nie mają na nich wyraźnie wykształconych szczoteczek (lepiarka). Lepiarkowate gnieżdżą się w ziemi lub w pustych łodygach roślin. Samice powlekają ścianki norek lub łodyg (ścianki komórek) wydzieliną swoich gruczołów. Po wyschnięciu wydzielina ta tworzy jedwabistą błonkę. Takie wyścielenie komórek sprawia, że mogą magazynować pokarm o półpłynnej konsystencji.

W Polsce występują dwa rodzaje z rodziny lepiarkowatych: samotka (Hylaeus) i lepiarka (Colletes). Pośród 13 gatunków lepiarek, żyjących w Polsce, jest i lepiarka wiosenna. Samotki zakładają swoje gniazda w pustych łodygach roślin: ostrożenia, bylicy, szczawiu, malin, bzu, róży lub w drewnianych ścianach. O ile drewnianych, nie impregnowanych ścian, nie ma już praktycznie w miastach, to przecież na niewykaszanych zbyt często trawnikach mogą pozostać byliny, jakże ważne także i dla samotek. Lepiarki budują swoje gniazda w ziemi. Lepiarki są bardziej owłosione od samotek.


Lepiarka wiosenna - Colletes cunicularius (Linnaeus 1758) - jest największą z naszych krajowych lepiarek. Długość ciała waha się w granicach: 13-15 mm. Owady dorosłe (imaniges) spotkać można od marca do maja. Pojawia się najwcześniej ze wszystkich lepiarek. Pszczoła w pełni wczesnowiosenna. Tułów lepiarki wiosennej pokryty jest gęstymi włoskami, wygląda to jak futerko Lepiarkę wiosenną spotykać można w miejscach o piaszczystym podłożu i skąpej szacie roślinnej, na wydmach nadmorskich, śródlądowych i w dolinach rzecznych. Pod moim blokiem żyją na lekko pochyłej, piaszczystej skarpie, pod drzewami i z ubogą roślinnością. W Europie Środkowej zasiedla doliny rzek i okolice przybrzeżne. Z mojej trawnikowej skarpy ma niedaleko do rzeki Łyny. Jej obecność to pozostałość po krajobrazie doliny rzecznej, systematycznie przekształcanej w ostatnich latach.

Po zapłodnieniu samica wykopuje norki gniazdowe w luźnej, piaszczystej glebie, zazwyczaj w miejscach o powierzchni poziomej lub lekko pochyłej. Takie warunki znajdują na moim osiedlowym, przyulicznym trawniku. Odżywiają się nektarem i pyłkiem wierzb (głównie wierzby iwy i łozy). Także i w dolinie rzeki Łyny tych krzewów nie brakuje. Mam nadzieję, że w ramach porządkowania zieleni miejskiej i zakładania parku, nie zabraknie tej naturalnej, wiosennej bazy pokarmowej i dla "moich” lepiarek wiosennych. Gatunek zimuje w komorze lęgowej, w norce, tak jak większość latających wczesną wiosną pszczołowatych.

Samica wykopuje norkę o głębokości 30 - 50 cm. Od tego głównego korytarza odchodzą odgałęziania z bocznymi komorami. Może być ich nawet 12. W każdej komorze składa jajo i umieszcza kulkę z nektaru i pyłku. Jest to zapas pożywienia dla rozwijającej się larwy. W komorach położonych płycej rozwijają się samce, w tych głębszych - samice. Dlatego wczesną wiosną najpierw pojawiają się samce, a dopiero potem samice. W ciągu roku rozwija się jedno pokolenie.

Na południu Europy lepiarka wiosenna zapyla dwulistniki: Ophrys sphegodes i Ophrys exaltata. Kwiaty te naśladują samice pszczół i zwabiają samce, które próbują kopulować. O tych niezwykłościach roślin już pisałem: Smukwa i storczyki czyli jak kwiaty na dwa sposoby bałamucą (kulinarnie i seksualnie). Zwodząca na pokuszenie roślina nie jest jedynym problemem tych wiosennych pszczołowatych. Pasożytem gniazdowym jest nęczyn lepiarkowiec (Sphecodes albilabris), znacznie rzadziej nęczyn czerwonobrzuchy (Sphecodes gibbu). Takie pszczele kukułki (kleptopasożytnictwo).

Lepiarka wiosenna jest gatunkiem o zasięgu palearktycznym, spotykanym niemal w całej Europie. W Polsce lepiarka wiosenna dawniej występowała pospolicie na całym obszarze kraju. Teraz jest znacznie rzadsza, przede wszystkim na skutek antropogenicznego przekształcenia krajobrazu. Może zatem w miastach, przynajmniej takich jak Olsztyn, tworzyć przyjazne siedliska dla tego gatunku (jak i innych pszczół samotnic)? Wystarczy zadbać o odpowiednie siedlisko do zakładania norek gniazdowych i wiosenny pokarm w postaci nektaru i pyłku. Zatem nie wszechobecne tuje a wierzby niech zdobią nasz krajobraz.

(Skarpa z licznymi gniazdami lepiarki jedwabniczki - letniej lepiarki, kuzynki "mojej" wiosennej)

4.05.2018

A w Silginach kwitną leśne tulipany


I już kwitną, leśne tulipany w Silginach. Tylko kilka kilometrów od pałacu w Drogoszach. Dużo jest ich przy dawnej szkole, na boisku, po rowach i na dawnym siedlisku. I są tu "od przedwojny".

Fot. Elżbieta Sołodyna

Czytaj także:




W trosce o krajobraz i przyrodę - wycięte drzewa nad jeziorem Podkówka


Niedawno przeczytałem wypowiedź prominentnego pracownika dużego koncernu spożywczego o tym, że woda powinna być sprywatyzowana... Czyli koniec z prawem ludzi do wody? Ograniczony dostęp do wody, może i powietrza? Nie jest nam obojętny, na szczęście, stan otaczającej nas przyrody. Nie mamy zapasowej Ziemi.... Dlatego upowszechniam, zgodnie z prośbą.  To dobrze, że interweniujemy, pytamy, gdy coś nas niepokoi. To wyraz troski i dostrzegania rzeczy ważnych.


Dzień dobry Panie Profesorze, 
Piszę w związku Pana aktywnością blogową, w tym podejmowana tematyką ekologiczną i troską o lokalne środowisko. Chciałam zwrócić Pana uwagę i prosić o rozpowszechnienie informacji o degradacji terenu na południowym brzegu jeziora Podkówka objętego ochroną krajobrazu. Otóż wczoraj, 2.05 miała tam miejsce masowa wycinka drzew, w tym wycięto stare, kilkudziesięcioletnie sosny, które były ozdobą tego terenu. Wycięto tam może 2-3 ha lasu. Powalone drzewa leżą jeszcze dzisiaj. Wycinka miała miejsce od wejścia nad jezioro ze strony ulicy Leśnej. To jest ostatnie wejście przed drogą rowerową, żwirową prowadzącą na Redykajny. 

Z pewnością to nie były Lasy Państwowe. Nie była to także wycinka sanitarna. Udało mi się dowiedzieć, że jest to teren prywatny. Ale nawet dla terenów prywatnych istnieją zasady. W MPZP (2012, obowiązujący) teren ten funkcjonuje jako ZL lub ZN czyli tereny leśne lub zieleni naturalnej. Skala tej wycinki jest katastrofalna. Dlatego od wczoraj staram się zaalarmować każdego, kto jest zaangażowany w ochronę środowiska. W załączeniu przesyłam kilka zdjęć ze wczorajszej "rzezi drzew" oraz mapę MPZP.

Ze swojej strony, jako Stowarzyszenie na rzecz ochrony bioróżnorodności i dziedzictwa kulturowego (e-Gene Tatry) wysłałam już skargę do RDOŚ, ale obawiam się, że działania urzędnicze mogą być niewystarczające. Dlatego moja prośba aby zwrócić uwagę jak najszerszego grona na to co się stało i ewentualnie nie dopuścić do zabetonowania tego cennego obszaru. 

Serdecznie pozdrawiam 
Kornelia Polok

3.05.2018

Ławki w mieście - rzecz o wyobraźni i mieście dla ludzi szczęśliwych


Niby wszystko jest, ale coś jest nie tak. A przynajmniej mogłoby być znacznie lepiej. Niektórzy twierdzą, że wyobraźnia jest ważniejsza od wykształcenia. Zgodzę się z tym, jeśli uznać, że wykształcenie to znajomość faktów, regułek i szczegółów. Ważna jest jednak również umiejętność umieszczenia tych reguł i szczegółów w kontekście całości, powiązanie z innymi zasadami, relacjami i elementami większego systemu. Do tego potrzebna jest wyobraźnia czyli modelowanie w myśli - wybieganie w przyszłość, myślowe sprawdzanie jak to będzie działało. To także empatia wczucia się w innego człowieka, na przykład odbiorcę dedykowanej usługi. Uważam, że wyobraźnia i empatia też są elementem wykształcenia. Dobrego i pełnego wykształcenia, gdzie obok wiem jest jeszcze rozumiem (i działam). Być może to także kwestia rzetelności (solidności). Nie tylko zrobić dobre rzeczy, ale zrobić dobrze.

Na powyższym zdjęciu wydaje się, że wszystko jest prawidłowo. Jest chodnik, jest ścieżka rowerowa i postawione obok ławki. Co prawda na zdjęciu nie widać, ale ci, którzy chodzą to wiedzą i widzą. Na tych ławkach siadają ludzie, czasem chodzący z kijkami, czasem inni - bez wyraźnych, zewnetrznych oznak długiego spaceru. Ławka jest po to, żeby zmęczony człowiek usiadł i chwilę odpoczął. Albo żeby posiedział tak w ogóle. Z samej przyjemności obserwowania świata i ludzi.

No to teraz sobie wyobraź, drogi czytelniku, że siadasz na tej ławce. I co, jest przyjemnie? Co widzisz? Dwupasmowa ulica i jeżdżące samochody. Mało atrakcyjny widok - tylko dla bardzo specyficznych koneserów. A przecież wystarczy tę ławkę postawić prostopadle do ulicy (przestawić o 90 stopniu), by być bokiem do ruchliwej ulicy i widzieć ludzi na chodniku. Ludzie są istotami społecznymi, lubią obserwować życie społeczne, także i w mieście. A jeszcze lepiej postawić dwie ławki na przeciw siebie (bokiem do chodnika). Wtedy tworzy się naturalną sytuację sprzyjającą rozmowie. Pierwotna i główna funkcja zostanie zachowana: ławki do odpoczynku w tych samych praktycznie miejscach.

Ławka postawiona nieco inaczej, ten sam koszt, ten sam wysiłek ale inne już efekty. Do tego trzeba szerszej i bardziej interdyscyplinarnej wiedzy, nie tylko technicznej, dotyczącej stawiania ławek, lecz i rozumienia człowieka. Człowieka w mieście. Ludzie są szczęśliwsi gdy chodzą. To po pierwsze ruch, z którego biorą się endorfiny. Ale także ten ruch, który przeciwdziała chorobom cywilizacyjnym, np. nadciśnienie, otyłość. Dodatkowo, gdy chodzimy to znacznie łatwiej nawiązywać niezaplanowane relacje społeczne. A że człowiek jest istotą społeczna, to od tego też jest szczęśliwszy (od tych interakcji międzyludzkich). I w końcu gleba. To za sprawą wąchania (wdychania) zapachu gleby (a nie asfaltu czy betonu) i za sprawą żyjących tam bakterii, wydziela się w naszym organizmie serotonina. I jesteśmy szczęśliwsi. Możemy nawet to uzasadnić fizjologicznie.

Wracając do górnego zdjęcia - przestawić ławkę i otoczyć ją zielenią. Posadzić drzewko przy ławce, by latem rzucała cień a czasem chroniła od deszczu. Być może trochę kwiatów - nie muszą być kupowane i dosadzenie, wystarczy pozwolić rosnąć "chwastom".


Drugie zdjęcie, z tego samego miasta, z tego samego czasu. Niby to samo - ławki przy ulicy. Ale przecież jest zupełnie inaczej. Usytuowanie ławki nie wymusza mało przyjemnego obserwowania samochodów. Można patrzeć na ludzi. Na dodatek  zasadzono drzewa i dodano ukwiecone klomby. A przecież jeszcze niedawno było tu inaczej, typowo. Chodnik do samego asfaltu, w rezultacie samochody parkujące głęboko na chodniku. Piesi ocierający się (i wąchający) i maski samochodów, czasem trudno przejść. To wszystko w śródmieściu, centrum sporego miasta. A jednak ograniczono powierzchnię parkingową, oddzielono ulicę od pieszych zielenią, postawiono ławki i dosadzono kwiaty. Zamiast betonu i parkujących samochodów trochę zieleni i miejsca, gdzie można usiąść. I porozmawiać lub tylko pomilczeć. Tak powstaje miasto, gdzie ludzie są szczęśliwsi.

Miasto dla ludzi czy dla samochodów? To pytanie ma głęboki sens. Bo odnosi się do ważnych, ludzkich potrzeb. I dostrzegania zdrowia człowieka, zarówno tego fizycznego jak i psychicznego. Na świecie przećwiczono wiele różnych rozwiązań. Nie musimy popełniać tych samych, kosztownych błędów, nie musimy odkrywać Ameryki po raz kolejny. Wystarczy skorzystać z wiedzy i doświadczenia innych. I sprawdzić jak równe rozwiązania funkcjonują. W miastach żyje już 75% Europejczyków. Istotne jest wiec jak te miasta urządzimy. I czy będziemy w nich szczęśliwsi. I zdrowsi.

Tak, ławki przy ulicach są potrzebne. Nawet przy tych ruchliwych. Bo ludzie chodzą i potrzebują interakcji społecznych. I to potrzeby ludzi powinny wyznaczać kształt inwestycji, tych dużych i tych małych. Tak jak z kupowaniem butów. Jeśli będą niedopasowane, to chodzenie sprawiać będzie ból. Tak, buty są potrzebne. Ale niech będą wygodne - wydatek ten sam....

Zaledwie poruszyłem problem. Po dużo więcej odsyłam do lektury książki "Miasto szczęśliwe" Charlesa Montgomery'ego. Podtytuł - "Jak zmienić nasze życie, zmieniając nasze miasta." Czasem wystarczy ławkę ustawić bokiem. Bardzo niewielki wysiłek fizyczny, ale przyznaję - bardzo duży wysiłek wyobraźni i sposobu patrzenia na miasto.