17.06.2018

Uczonym jest tylko ten, kto naukę traktuje jako życiowe powołanie

(Nauczyciel ze swoimi uczniami w czasie Europejskiej Nocy Naukowców)
„W niektórych grupach badawczych i instytutach naukowych działających w Polsce zauważyłem nadzwyczaj brzydką i krótkowzroczną praktykę ukrywania tematów lub swoich dotychczasowych wyników przed kolegami i współpracownikami, „żeby mi ktoś nie ukradł problemu lub nie wyprzedził w jego rozwiązaniu”. (…) taka praktyka świadczy zwykle o miernych zdolnościach delikwenta (zdolny naukowiec ma zwykle w zanadrzu więcej interesujących tematów), jest ona naprawdę krótkowzroczna.”
Michał Heller „Jak być uczonym” Wyd. Znak, Kraków 2009 r.

Proces naukowy to wspólna przygoda w odkrywaniu nieznanych lądów, nauka jest procesem społecznym, wymagającym dialogu, rozmowy. Słuchanie to nie tylko przerwa w mówieniu, ale także zrozumienie interlokutora. Słuchanie to nie bierność w mówieniu a przede wszystkim rozumienie. Słuchanie i czytanie wymaga aktywności i otwartości, chęci zrozumienia.

„Nowe wielkie idee powstają zawsze we wnętrzu jednego człowieka, z jego pasji, przemyśleń, wielu osobistych kryzysów. Mimo twardych reguł konkurencji uprawianie nauki nie przestało być sprawą egzystencjalną, sprawą sięgająca samych trzewi ludzkiej osobowości.” (ibidem)

Nowe idee moim zdanie powstają także w dialogu, konektywnie. Zatem przemyślenia i dialog, to one są źródłem nowych, wielkich idei. Owszem, ktoś to indywidualnie zbiera, w swoim wnętrzu porządkuje, scala i artykułuje. Autorstwo wydaje się pojedyncze lecz powstaje konektywnie.

"Uczonym jest tylko ten, kto naukę traktuje jako życiowe powołanie. Względy koniunkturalne muszą być wtórne; trzeba się z nimi liczyć – życie bywa brutalne – ale nie można im pozwolić, by zapanowały nad wszystkim.”  Poza uczonymi są także „rzemieślnicy nauki”. Równie potrzebni i wartościowi ale wypełniają zupełnie inną rolę.

We współczesnym świecie uczonych zastępują naukowcy. Albo jest tez i tak, że uczonych jest tak wielu (mało) jak kiedyś. Teraz tylko powszechność uprawiania nauki sprawiła, że bardzo dużo jest naukowców, rzemieślników. Też bardzo potrzebni. Przede wszystkim dla gospodarki. 

15.06.2018

Współpraca - słaba strona polskiej nauki ?


„Umiejętność współpracy nie jest mocną stroną polskich pracowników nauki. (…) a winę za ten stan rzeczy ponosi polskie wybujałe poczucie indywidualności. Każdy w grupie musi mieć swój pomysł i nikt z niego nie zrezygnuje. Ten prosty mechanizm powoduje, że grupy naukowe żyją krótko i rozpadają się, tonąc w morzu indywidualnych i mało znaczących programów. Efekty często są wzmacniane zazdrością i koniecznością dorabiania gotówki „na boku”."

Michał Heller „Jak być uczonym” Wyd. Znak, Kraków 2009 r.

Pracownicy naukowi są tacy, jakie jest całe społeczeństwo.... Myślę, że to nie tylko efekt indywidualizmu. Raczej przyczyną jest kultura pracy i nieumiejętność pracy zespołowej, w grupie. W jednych dyscyplinach praca zespołowa jest koniecznością, w innych możliwa jest praca indywidualna. W jednych dyscyplinach publikację liczą kilkanaście czy kilkadziesiąt współautorów, w innych nie wypada pisać inaczej niż samodzielnie. Ideałem jest życzliwa współpraca bez zbytniego zapatrzenia na [punkty czy oceny. Ale do tego potrzeba silnej motywacji i poczucia misji. By pracować z sensem a nie tylko "na ocenę". Zaczyna się już w szkole....

14.06.2018

50 historii niezwykłych kobiet, które przyczyniły się do podboju kosmosu

W ostatnim czasie przeczytałem kilka biografii niezwykłych Polek. Żyły tak niedawno a czasy były diametralnie inne. Niekorzystne dla kobiet.  Maria Skłodowska-Curie musiała wyjechać na studia do Paryża (Francja), malarka Zofia Stryjeńska do Monachium (Niemcy). Ta ostatnia w przebraniu męskim. Inaczej nie mogłaby studiować. Ja żyję w znacznie lepszych czasach. Kobieta naukowiec nie jest niczym dziwnym. Jest najzwyklejszą normalnością. Dziwić może jedynie propozycja w nowej, planowanej ustawie o nauce, szybszego przechodzenia na emeryturę kobiet na uniwersytetach. Marnowanie wiedzy, talentu i potencjału (kapitału ludzkiego). Mam nadzieję, że to tylko efemeryczna i przypadkowa propozycja, wynikająca z niedopatrzenia.

W maju ukazała się intrygująca książka pt. „Kosmiczne dziewczyny” z podtytułem  "50 historii niezwykłych kobiet, które przyczyniły się do podboju kosmosu". Autorką jest Libby Jackson  (przekład: Ewa Borówka), a pozycję wydało Wydawnictwo Kobiece. Podbojem kosmosu interesuję się już od lat szkolnych. I nie przypuszczałem, że tak duży wkład mają kobiety. Co prawda Libby Jackson przytoczyła życiorysy głównie Amerykanek (z Europy tylko kilka życiorysów), ale wynika to z oczywistego dostępu do informacji i kręgu zainteresowań.

Czytam z dużym zainteresowaniem. Słowa Nichelle Nichols "Nauki ścisłe nie są dla chłopców, nie są też dla dziewczynek. Są dla wszystkich. Tłumaczą, na czym stoimy i dokąd zmierzamy." są niezwykle trafne i uniwersalne. W XXI wieku w Polsce powinny być często przywoływane. Mam wrażenie, że w powszechnej edukacji mamy wyraźny niedosyt wiedzy i rozumienia zjawisk przyrodniczych. Wiedza i nauka są uniwersalne, nie przynależą do płci, rasy, statusu społecznego. Dostęp do wiedzy powinien być szeroki i powszechny, zrównoważony i bez jakichkolwiek wykluczeń.

Znakomicie ilustrują istotę poznania naukowego słowa Katherina Johnson "Jeśli chcesz wiedzieć, pytaj. Nie ma głupich pytań. Głupio jest nie pytać." A wiele odpowiedzi znaleźć można w książkach. Więc czytaj. A jak masz okazję spotkać się z naukowcem lub innym specjalista, to pytaj. "Kto pyta, wstydzi się raz, kto nie pyta, wstydzi się całe życie."

„Inteligencja nie ma płci, a kosmos może zachwycać w każdym wieku” - z tym stwierdzeniem Libby Jackson w pełni się zgadzam. Ze względu na planowane loty na Marsa kosmos ponownie można przykuwać uwagę wielu ludzi. Dzieje się coś epokowego i fascynującego. 50 inspirujących biografii, które nie traktują w sposób tradycyjny ról dziewczynek i chłopców. Kobiet, które wytyczyły drogę podróżom kosmicznym udowodniając, że nauki ścisłe nie są zarezerwowane tylko dla mężczyzn. Biografie łączy wspólny wątek - niewiasty, które "bez względu na epokę, w której się wychowywały oraz chciały osiągnąć sukces, nie dały się powstrzymać ograniczeniom, jakie nakładało na nie społeczeństwo, i nie słuchały nikogo, kto by sugerował, że nie mogą czy nie powinny dążyć do zaspokajania swoich ambicji. Szły za wewnętrznym pragnieniem, korzystały z każdej nadarzającej się okazji, nie dawały się zniechęcić i zawsze starały się wypaść jak najlepiej. Na całym świecie – astronautki, matematyczki, inżynierowie, fizyczki, pilotki – wciąż przesuwają granice, do których dociera ludzkość i pomagają zrozumieć Wszechświat oraz miejsce, jakie zajmuje w nim człowiek."

Libby Jackson obecnie koordynuje pracę brytyjskich naukowców, specjalizujących się w lotach załogowych i problemach związanych z mikrograwitacją i to ona wspierała misję pierwszego Brytyjczyka w kosmosie – Tima Peake (pisałem o jego książce niedawno). Jej kariera w branży kosmicznej rozpoczęła się, gdy w wieku 17 lat złożyła podanie o pracę w NASA. Od 2014 do 2016 r. udało jej się zrealizować niezwykle udane programy dotyczące edukacji i agencji kosmicznych, które wspierały misję Tima Peake’a.

Ciekaw jestem czy udałoby się znaleźć Polki, które w jakimś stopniu przyczyniły się do eksploracji kosmosu. Przynajmniej żona naszego kosmonauty - Hermaszewskiego (bo w biografiach znalazły się także żony amerykańskich kosmonautów). Jestem przekonany, że ten wkład - w pełni merytoryczny - udałoby się znaleźć. Tylko kto pod kosmicznym kątem przyjrzy się pracom badawczym Polek?

Podpisałem apel poparcia i solidarności ze strajkującymi środowiskami akademickimi w Polsce

Wydawać by się mogło, że konsultacje trwały bardzo długo. Ale dopiero strajkujący studenci wybudzili z marazmu środowiska akademickie w Polsce. Długo konsultowany projekt ustawy... w sumie nie wiadomo jaki będzie. Kluczowe są rozporządzenia wykonawcze (nie są w całości znane). Zmiany - jeśli sejm uchwali - wejdą szybko, już od jesieni i w ciągu roku ma być przebudowany diametralnie system szkolnictwa wyższego. Wobec wielu niewiadomych jak i skali oraz tempa zmian, tylko cud uratuje przed ogromnym chaosem. Zmiany w edukacji są na pewno potrzebne bo diametralnie zmieniły się warunki społeczne. Ale w moim odczuciu, mimo wielu wartościowych propozycji, całość nie jest szczęśliwy rozwiązaniem. Ustawa nie podniesie ani jakości polskich badań ani jakości kształcenia wyższego. Wprowadzi "kreatywną księgowość" i mocno wymęczy nowymi papierami polskie uczelnie.  Środowiska akademickie nie są głupie, dostosują się do wszelkich wskaźników, rankingów i wytycznych. Ale od tego mieszania herbata nie stanie się słodsza, moim zdaniem. Coś ważnego z tradycji akademickiej niewątpliwe stracimy.

Dlaczego do tej pory środowiska akademickie były bierne? Socjolodzy zapewne za jakiś czas wyjaśnią. Wątpię, aby udało się zatrzymać ten walec (i chaos na uczelniach wyższych po uchwaleniu tej ustawy). Dzisiaj rano podpisałem poniższy apel, by dać świadectwo, że przynajmniej niektórzy (a jest nas niestety mniejszość - przynajmniej na razie) nie stoi obojętnie i próbuje głośno się sprzeciwić. Nie będę się w przyszłości wstydził, że milczałem i byłem bierny. Razem z olsztyńskim środowiskiem akademickim.
 


Olsztyn, 13 czerwca 2018 r.


Apel poparcia i solidarności ze strajkującymi środowiskami akademickimi w Polsce

My, społeczność akademicka Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, studenci, doktoranci, wykładowcy oraz wszyscy, którym na sercu leży dobro polskiej nauki, powodowani troską o dobro olsztyńskiej Alma Mater, solidarni z protestującymi na Uniwersytecie Warszawskim oraz w innych polskich uczelniach chcielibyśmy wyrazić stanowczy sprzeciw wobec przygotowywanej przez obecny rząd Rzeczypospolitej Polskiej reformy nauki i szkolnictwa wyższego. Naszym zdaniem procedowany akt prawny, nazywany szumnie „Konstytucją dla Nauki”, stanowi poważne zagrożenie dla polskiego szkolnictwa wyższego, godzi bowiem w podstawowe wolności akademickie, autonomię uniwersytetów, narusza także zasady sprawiedliwości społecznej. Jesteśmy świadomi tego, że polska nauka i szkolnictwo wyższe wymaga głębokich reform, chcemy w tym procesie uczestniczyć. Minister Jarosław Gowin nie daje nam takiej szansy; prowadząc fasadowe konsultacje społeczne nie liczy się z głosem środowisk akademickich, które protestują przeciwko ustawie mogącej doprowadzić do dalszej zapaści Akademii. Nie bronimy korporacyjnych interesów, działamy ponad podziałami politycznymi, mając na uwadze jedynie dobro nauki i uniwersytetów, a co za tym idzie, dobro naszych miast, regionów i naszego kraju.

Protestujemy przeciwko degradacji uniwersytetów regionalnych
W ustawie mającej zreformować naukę i szkolnictwo wyższe szczególnie szkodliwe dla UWM w Olsztynie, a także innych uniwersytetów, jest dzielenie uczelni na elitarne, usytuowane w dużych metropoliach, i te, które tracąc status prawdziwego uniwersytetu staną się obumierającymi szkołami wyższymi drugiej kategorii. Godzi to w podstawowe zasady sprawiedliwości społecznej, gdyż utrudnia lub całkowicie uniemożliwia niezamożnym młodym ludziom, mieszkającym na polskiej prowincji, realizację marzeń o wykształceniu akademickim. Po faktycznej likwidacji uczelni akademickich dostęp do uniwersytetów będą mieli tylko ci, których będzie stać na studiowanie w dużych i drogich miastach. Degradacja uniwersytetów regionalnych narusza zasady zrównoważonego rozwoju Polski. W Olsztynie, jak również w innych stolicach polskich regionów, uniwersytety pełnią istotną rolę jako placówki naukowe i dydaktyczne, kształcąc na potrzeby regionalnych rynków pracy. Pełnią także ważne funkcje kulturotwórcze. Są miejscem kształcenia lokalnych i regionalnych elit, artystów i badaczy, których aktywność skupia się w regionach właśnie. Niemożność ich kształcenia zuboży regiony położone na peryferiach Polski, skaże je na los uzależnionej od kaprysów bogatego centrum smutnej i zapóźnionej w rozwoju prowincji.

Sprzeciwiamy się próbie zamachu na akademicką autonomię i wewnętrzną samorządność

Ustawa mająca usprawnić funkcjonowanie polskich uniwersytetów, zakłada całkowitą zmianę logiki ich zarządzania. W miejsce demokratycznych reguł wyboru rektora, nawet jeżeli te nie są doskonałe, wprowadza się tylnymi drzwiami możliwość jego faktycznego mianowania przez polityków i środowiska biznesowe. Kandydat na rektora nie będzie musiał poddawać się pełnej weryfikacji wyborczej, będzie wyłaniany przez rady uczelni składające się z osób spoza Akademii. W ustawie nie zagwarantowano, że w radzie nie będą mogli zasiadać politycy, rodzi to więc niebezpieczeństwo wprowadzania faktycznej kontroli politycznej autonomicznych dotychczas uniwersytetów. Rektor zgodnie z zapisami nowej ustawy będzie sprawował władzę niemal absolutną, likwiduje się bowiem wewnętrzną samorządność akademicką. Zniesienie samodzielnych wydziałów, mianowanie kierowników katedr, dyrektorów instytutów i dziekanów bezpośrednio przez rektora bez konieczności zasięgania opinii i uzyskania zgody społeczności uniwersyteckiej zmieni uniwersytet, będący dotychczas wspólnotą nauczających i nauczanych, w hybrydę instytucji autorytarnej i korporacyjnej.

Nie zgadzamy się na ograniczenie wolności badań naukowych

Procedowana ustawa de facto zmierza do ograniczenia wolności badań naukowych. Rady uczelni, w których zasiadać mogą politycy, opiniując plany i strategię rozwoju uczelni, mogą wpływać na to, czym uczeni powinni lub nie powinni w ich mniemaniu się zajmować. Działalność badawcza i dydaktyczna powinna być wolna od jakiejkolwiek presji politycznej, reforma 2.0 taką presję umożliwia. Biznesowi członkowie rad uczelni, mając uprawnienia recenzowania działalności uczonych, mogą starać się ograniczać te dyscypliny, które ich zdaniem są niepraktyczne. Dotyczy to w szczególności humanistyki i nauk społecznych, które  często nie są w stanie przekonwertować wyników swoich badań na bezpośrednią korzyść ekonomiczną. Ustawa w tych zapisach uderza w wolność postępowania badawczego. Tej wolności zagrażają także nowe zasady parametryzacji działalności naukowej. Oto bowiem naukowcy będą przymuszani do publikowania wyników swoich badań w czasopismach i wydawnictwach wskazywanych przez ministerstwo, prowadzonych niejednokrotnie przez bogate uczelnie i komercyjne firmy wydawnicze z USA i Europy Zachodniej, wydawanych w języku angielskim. Deprecjonuje się tym samym język ojczysty, w szczególności istotny w humanistyce i naukach społecznych, oraz utrudnia dostęp do wyników badań obywatelom naszego kraju, którzy utrzymując z podatków polską naukę i polskie uniwersytety będą zmuszeni w wielu przypadkach płacić za dostęp do artykułów tam publikowanych.

Żądamy wykreślenia z ustawy zapisów:

1.      Degradujących uniwersytety regionalne.
2.      Wprowadzających niemal absolutne rządy rektorów na uniwersytetach.
3.      Zmieniających uniwersytety w biznesowe korporacje.
4.      Godzących w autonomię i samorządność uniwersytetów.
5.      Wprowadzających polityczną kontrolę uczelni wyższych.
6.      Deprecjonujących język polski, polskie czasopisma i wydawnictwa.

Chcemy prawdziwej reformy
Możliwe to będzie wówczas, kiedy:

1.      Zwiększy się nakłady na naukę do 2% PKB.
2.      Zdemokratyzuje zarządzanie nauką i szkołami wyższymi.
3.      Wzmocni się prawa pracownicze.
4.      Podniesie się uposażenia, które wbrew obiegowym opiniom są niskie.
5.      Nie będzie się deprecjonować języka polskiego jako formy komunikacji naukowej.
6.      Wprowadzi się jasne i transparentne zasady uzyskiwania stopni i tytułów naukowych.
7.      Utrzyma się wewnątrzuniwersytecką samorządność opartą o strukturę wydziałową.
8.      Wprowadzi się długoterminowe i stabilne finansowanie badań, gdzie krótkoterminowe granty nie będą podstawowym źródłem pozyskiwania funduszy w nauce.


13.06.2018

Kto chce a kto nie chce łąk kwietnych w mieście (Olsztynie) i dlaczego?


W ubiegłym roku poproszony zostałem o opinię w sprawie przystąpienia Olsztyna do projektu „miasto przyjaznego pszczołom”. Pomysł był dobry, znakomicie pasuje do koncepcji "Miasto Ogród" , dlatego gorąco rekomendowałem przystąpienie Olsztyna do tej inicjatywy, wskazując kilka prostych i możliwych rozwiązań. Nadmienię od razu że urzędy w ratuszu, różne działy, komórki, zespoły działają… niezależnie. Inicjatywy jednych często są chłodno torpedowane przez innych. Nie jest więc tak, że to tylko inicjatywy obywatelskie (mieszkańców) są chłodno i często niechętnie przyjmowane.

Wróćmy jednak do ubiegłorocznych pomysłów na miasto przyjazne pszczołom (Olsztyn chyba uzyskał taki status, bo znalazłem odpowiednie wpisy na ratuszowych stronach - na dole tekstu są linki). Sugerowałem, że można do projektu przystąpić i działania zacząć od zaraz, bezkosztowo lub przy niewielkich kosztach (bo przecież miasto w budżecie wcześniej nie zaplanowało na dany rok). A proponowane przeze mnie pomysły mogą stanowić punkt wyjścia do starania się o fundusze z różnych źródeł, zarówno na projekty edukacyjne, fundusze na ochronę środowiska (bioróżnorodność) jak i różne formy rewitalizacji przestrzeni miejskiej. Wspominałem także o parkach kieszonkowych. Część z moich propozycji spotkało się z zainteresowaniem, przynajmniej werbalnym. Liczyłem więc, że zostaną wdrożone. A swoją, zadeklarowaną współpracę potraktowałem poważnie i długoterminowo.

Po pierwsze rekomendowałem tworzenie miejskich łąk (zamiast bezkwiatowych, wygolonych trawników). Baza z kwiatowym nektarem jako pokarmem dla pszczół (przede wszystkim dziko żyjących, samotnych itd.) to pozostawianie dużych fragmentów (w wielu miejscach wykaszane są bezsensownie i niepotrzebnie) łąki miejskiej, z kwitnącymi dzikimi roślinami. To baza pokarmowa dla owadów, w tym pszczołowatych. Kosić zatem rzadziej, czyli 1- 2 razy do roku góra. Sugerowałem, że będą potrzebne spotkanie z DZiT, będą mieli mniej pracy, niższe koszty, a fundusze i energię można przeznaczyć na świadome pielęgnowanie zieleni (w tym właśnie łąki miejskiej). W skali roku w Olsztynie to kwota około miliona złotych. Uznałem, że łąki miejskie to sprawa kluczowa w przystąpieniu do projektu "miasto przyjazne pszczołom". Od razu zaznaczałem, że konieczne będzie wsparcie edukacyjne, to znaczy uświadamianie, informowanie i przekonywanie także mieszkańców. Widok ładniejszy, zdrowsze powietrze i ochrona bioróżnorodności.

Pora na małą dygresję. Dla mnie łąka miejska to przede wszystkim ochrona różnorodności biologicznej, nie tylko owadów (w tym zapylających pszczołowatych) ale i samych roślin. Dlatego ważne jest preferowanie rodzimych gatunków, typowych dla naszego krajobrazu. W tym roku staraliśmy się ze studentami (o tym szczegółowo za chwilę) o zainicjowanie takiej łąki w Parku Centralny. W Parku z dużą starannością wykaszane są duże fragmenty roślinności zielnej, ale konsekwentnie pozostawiany jest nad rzeką Łyną rdestowiec – roślina obca i innowacyjna. Dlaczego? Pewnie wygląda na „hodowlaną, ogrodniczą” więc kosiarze zostawiają (brakuje kompetentnego nadzoru). Przykład ignorancji przyrodniczej. Wrócę do tego jeszcze kilkakrotnie (nie wycinajcie „chwastów”, wytnijcie gatunki inwazyjne, np. tenże rdestowiec).

Co jeszcze rekomendowałem rok temu, w ramach działań dla miasta przyjaznego pszczołom? Uznając, że kluczową będzie edukacja (bo wiedza zarówno szerokich kręgów społeczeństwa jak i samych urzędników w zakresie ekologii i przyrody jest bardzo powierzchowna i nieaktualna) i przekonywanie co do łąki miejskiej i ochrony zapylaczy, zaproponowałem kilka działań. Po pierwsze gra miejska, terenowa i edukacyjna w czasie Green Festiwalu. Ta propozycja została odrzucona. Po drugie konkurs dla szkół i osiedli, którego tematem i celem byłoby zakładanie hoteli dla owadów i miejskiej łąki. Połączone oczywiście z akcją edukacyjną. Wskazywałem, że można zainteresować media do współpracy - dla nich temat nowy i atrakcyjny, mogliby by pisać o owadach i roślinach w mieście. W sumie będzie to podnoszenie jakości życia mieszkańców. Nie słyszałem o takich działaniach. Sam więc na moim blogu opisuję życie miejskich pszczół samotnych, roślin itd. Coś na pewno dociera. Ale to bardzo mała i indywidualna skala działań.

W ubiegłym roku sugerowałem, że można przygotowywać cykliczne (coroczne) konferencje naukowe i popularnonaukowe, poświęcone tej tematyce. Niech spotkają się naukowcy ze społecznikami i samorządowcami. Razem można więcej i synergiczniej. A sama konferencja jest już formą promocji Olsztyna, jako miasta ogrodu i miejsca dobrego do życia (mieszkańców jak i owadów zapylających). Na pewno warto łączyć to z recyklingiem, transportem przyjaznym dla środowiska (np. tramwaje) itp. Problem recyklingu i odpadów ciągle jest bardzo aktualny. Nie wiem, czy miasto podjęło temat corocznych konferencji we współpracy z UWM. Ja byłem chętny i wyraziłem wolę współpracy. Nic nie wiem, ale może aktywność jakaś jest, we współpracy z innymi osobami, wydziałami UWM.

Przekonywałem, że można tematykę miejskiej łąki i owadów w mieście umieścić w programie Olsztyńskich Dni Nauki i Europejskiej Nocy Naukowców (koniec września 2017). Może to być wykład, wystawa, może jakiś konkurs. Wystawę z dachówkami i malowaną łąką udało się zrealizować, ze strony miasta dostaliśmy trochę nagród w grze z molami książkowymi. Powtórzyliśmy grę w styczniu 2018 w czasie Nocy Biologów. Czyli coś się udało (we współpracy).

Moim marzeniem, wyartykułowanym przed rokiem, był zielony wolontariat... tak przyszłościowo, z większym włączeniem mieszkańców w dbałość o naszą, wspólną zieleń w przestrzeni publicznej. Temat nie został podjęty.

Konsultacje z miastem potraktowałem poważnie. W sumie od tego jest UWM by był uniwersytetem mocno osadzonym na Warmii i Mazurach (wliczając skrawki Powiśla, Ziemi Michałowskiej i Suwalszczyzny, które znajdują się w naszym województwie). Tematykę łąki miejskiej włączyłem do wykładów z „ekologii miasta”, który prowadzę dla studentów dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu studenci zareagowali bardzo pozytywnie na wiedzę o łące miejskiej i ochronie bioróżnorodności na terenach zurbaniozwanych. Postanowili od razu taką łąkę miejską zrobić. Zasugerowałem fragment w Parku Centralnym od strony ul. Niepodległości, na tyłach „Komina”. Tam zawsze była „łąka”, niepotrzebnie i często koszona. Studenci skierowali pismo do ratusza z prośbą o zgodę i wsparcie (na samodzielne przygotowanie i uzyskanie grantu było za mało czasu i sił). Odpowiedź była chłodna i „zamęczająca” (zniechęcająca). Bardzo mnie to dziwi, bo dostrzegam dużą zbieżność inicjatywy oddolnej z działaniami i planami samego ratusza. Ale jak wspomniałem, ratusz nie jest monolitem i składa się z wielu niespójnie działających jednostek organizacyjnych i osób...

Po pierwszym piśmie z miasta, pojawiła się prośba o konkrety – powiało nieco optymizmem: „(….) w odpowiedzi na Pani zapytanie z dnia 27.03.2018 r. nadesłane drogą emailową, w sprawie udostępnienia skrawka zieleni miejskiej w celu zagospodarowania go na dziką łąkę w mieście, uprzejmie informuję, że przedmiotowy wniosek będzie mógł zostać rozpatrzony dopiero po przedstawieniu przez Państwa szczegółowych informacji odnośnie proponowanej inicjatywy. Proszę o określenie powierzchni obszaru który chcielibyście Państwo zagospodarować na ww. cel, podanie osoby która będzie odpowiedzialna za organizację projektu oraz przedstawienie koncepcji wykonania i utrzymania łąki.”

A jak dosłaliśmy niezbędne dane, to uwagi były m.in. takie. Z pisma z urzędu dowiedzieliśmy się, że "inicjatywa sadzenie łąki kwietnej w naszym mieście nie jest nowa. Wiele lat temu podejmowane były takie próby, jednak nie spotkały się one z przychylnym nastawieniem ze strony mieszkańców." Wychodzi na to, że to sami mieszkańcy niby nie chcą. To stwierdzenie przewija się w kilku wypowiedziach, także publikowanych w mediach.

(Fragment pisma z ratusza)
Pozytywnie opiniują naszą inicjatywę, ale nie w Parku Centralnym, bo „zdjęcie istniejącej, nie tak dawno założonej w Parku Centralnym darni, byłoby marnotrawstwem.” Tyle tylko, że we wskazanej lokalizacji (od ul. Niepodległości) nie była zakładana żadna darń. Zakładano w innych miejscach Parku. Czyli albo osoba pisząca się nie orientuje… albo to tylko pretekst do zgrabnej odmowy. Możliwe, że są tam planowane jakieś inwestycje…

Studenci proponowali rozwiązanie szybkie i radykalne (ale bez stosowania herbicydów, jak można w różnych "poradnikach" spotkać), czyli z zaoraniem tej murawy by posadzić nowe rośliny i efekt kwietnej łąki byłby natychmiastowy (już w tym roku). Można oczywiście wybrać inną wersję, stopniowego dosiewania i rzadszego koszenia – dochodzenie do łąki kwietnej trwałoby trochę dłużej (kilka lat) ale nie wiązałoby się ze zrywaniem podobno niedawnej położonej darni. Zatem albo brak wiedzy albo zwykłe „spławianie”.

Odpowiedni dział w ratuszu sugeruje jednocześnie inne lokalizacje, np. w Parku im. Kusocińskiego. Z innych wypowiedzi rzecznika wynika, że to w tamtym parku podobno miasto zakładało łąkę kwietną i mieszkańcy protestowali. Z pisma wynika, że Gmina Olsztyn wspiera inicjatywę łąki kwietnej ale nie podejmie się współpracy. Na dodatek wymagać będzie wielu różnych danych, łącznie z tym, skąd pochodzić będą nasiona, jakie gatunki itd. Zatem kolejne pisma trzeba składać, i czekać na pozwolenia. Moim zdaniem jest to zwykłe „spławianie”. Niby tak, jesteśmy za, ale zamęczymy was formalnościami i w niczym nie pomożemy. Dziwi mnie to tym bardziej, że pomysł studentów wpisuje się w strategię rozwoju Olsztyna i już podejmowanych projektów, np. miasto przyjazne pszczołom. Co do kosztów, to spore pieniądze kierowane na coroczne, częste koszenie, w części można przeznaczyć na tworzenie i utrzymanie łąk kwietnych. Zleceniobiorcy (od koszenia) nie byliby stratni, tylko musieliby wykonywać inne czynności.

Dlaczego Park Centralny? Bo wspólnie ze studentami planowaliśmy okresowy wypas owiec lub kóz, jako „kosiarek” (zagadnienie na dłuższą opowieść, dlaczego okresowy wypas w mieście). Nie jest to już żaden innowacyjny wymysł, bo w miastach amerykańskich i europejskich już tak się dzieje. Przy okazji dodatkowa atrakcja dla mieszkańców. Trudne logistycznie? Tak, ale możliwe. Potrzebna byłaby jednak otwarta i życzliwa współpraca urzędu… z mieszkańcami. I okazja do powolnego budowania zielonego wolontariatu.

Z łąkami miejskimi jest trudno, potrzebna edukacja, współpraca i chęć do działania. Póki co próbuję nie tylko mówić i pisać ale i działać pod własnym blokiem, na skrawku kilkunastu metrów kwadratowych. Spotykam się z dużą życzliwością i wsparciem okolicznych mieszkańców, w tym sąsiadów. A teren jest trudny, bo zacieniony, między drzewami. Wybrałem wersję ewolucyjną, stopniową.

Do poczytania, wybrane z mediów
„W stolicy Warmii i Mazur w lipcu w Parku Centralnym zorganizowane zostało śniadanie na trawie. Przy jego okazji prezentowana była specjalna bajka o ochronie pszczół.” To akurat działania moje wspólne ze studentami dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego.
„— Czy w Olsztynie są miejsca, w których mogłyby powstać łąki? — Tak — parki. To miejsce, gdzie jest sporo przestrzeni i gdzie można idealnie wkomponować łąkę kwietną. Zresztą kilka lat temu próbowaliśmy wcielić w życie taki pomysł, łąki kwietne powstawały choćby w parku Kusocińskiego. Mieszkańcy są jednak przyzwyczajeni do koszonych trawników, a łąkę kosimy raz do roku, żeby ładnie wyglądała. Olsztynianie dzwonili do ZDZiT-u i skarżyli się, dlaczego teren nie jest koszony. Takie propozy — A czy były już zgłaszane w ramach piątej edycji Olsztyńskiego Budżetu Obywatelskiego? — Nie, jeszcze taki pomysł nie wpłynął. OBO rzeczywiście może być doskonałym narzędziem do tego, żeby wprowadzić do Olsztyna łąki kwietne. Zachęcamy olsztynian, żeby składali wnioski do OBO."
"Kwietne łąki absolutnie poprawiłyby atrakcyjność turystyczną Olsztyna, miasta-ogrodu — nie ma wątpliwości Marta Kruk, przewodnik turystyczny. — A czy łąki kwietne zwiększyłyby atrakcyjność turystyczną Olsztyna? — Myślę, że tak. Osobiście, jako przewodnik, chętnie pokazałabym przyjezdnym olsztyńskie łąki kwietne, wychwalając ich zalety. Przecież nie chodzi tylko o to, żeby było kolorowo i inaczej, ale też o pojawienie się roślin miodnych, które dają pożywienie owadom zapylającym. Jest to więc ogromny plus w chwili, gdy obserwuje się masowe ginięcie tych insektów, co z kolei w perspektywie stawia pod znakiem zapytania istnienie ludzkości!"

Jakie kwiaty znajdziesz na łąkach? Mieszanka nasion kwiatów polnych jest następująca:
  • Złocień zwyczajny (Leucanthemum vulgare ) 
  • Wyka ptasia (Vicia cracca) 
  • Wyka brudnożółta (Vicia grandiflora) 
  • Chaber driakiewnik (Centaurea scabiosa) 
  • Komonica zwyczajna (Lotus corniculatus) 
  • Świerzbnica polna (Knautia arnvensis) 
  • Żmijowiec zwyczajny (Echium vulgare) 
  • Cykoria podróżnik (Cichorium intybus) 
  • Krwawnik pospolity (Achillea millefolium) 
  • Chaber łąkowy (Centaurea jacea) 
  • Dziewanna wielkokwiatowa (Verbascum thapsiforme) 
  • Rumian barwierski (Anthemis tinctoria) 
  • Ślaz dziki (Malva sylvestris) 
  • Mydlnica lekarska (Saponaria officinalis) 
  • Marchew dzika (Daucus carota) 
  • Rzepik pospolity (Agrimonia eupatorium) 
  • Bukwica pospolita (Betonica officinalis) 
  • Dziewanna pospolita (Verbascum nigrum) 
  • Szałwia okółkowa (Salvia verticillata) 
  • Wiesiołek, przynajmniej dwa gat. – (Oenothera sp.) 
  • Czarcikęs łąkowy (Succisa pratensis) 
  • Brodawnik zwyczajny (Leontodon hispidus) 
  • Złocień polny (Chrysanthemum segetum) 
  • Mak polny (Papaver rhoeas) 
  • Maruna bezwonna (Tripleurospermum maritimum) 
  • Rumian polny (Anthemis arvensis) 
  • Chaber bławatek (Centaurea cyanus) 
  • Kąkol (Agrostemma githago)
*   *   *   *   *
PS. (7 lipca 2018 r.) Początek lipca 2017 roku. Na miejsce w Parku Centralnym, tam gdzie mniej więcej planowana była łąka kwietna, wjechały maszyny i ryją. Wycięto mały zagajnik. Wcześniejsza odmowa pod pretekstem zachowania darni wygląda teraz karykaturalnie. Czy nie mądrzej byłoby od razu napisać, że w związku z planowaną inwestycją nie ma sensu zakładać łąki kwietnej, bo zostanie zniszczona przez maszyny? 
Lipiec 2018.

Wiosna 2018, zaznaczony zagajnik z drzewkami został całkowicie wycięty.

11.06.2018

Medytacja z lekturą


„Medytacja w naturalny sposób związana jest z lekturą. Nie zawsze mamy umysł tak twórczy, by medytować bez pomocy tekstu. Myśl trzeba zapładniać nowymi treściami.” 

Michał Heller „Jak być uczonym” Wyd. Znak, Kraków 2009 r.

Medytacja z tekstem jest jak rozmowa z drugim człowiekiem. Przenikanie się własnymi myślami. W przypadku zapisanego tekstu myślowy przekaz przenika tylko do czytelnika. Sam autor nie wie o naszych wrażeniach, pytaniach, odpowiedziach. Ale my korzystamy. Cudze, zapisane myśli są katalizatorem i inspiracją dla naszych. A odczytujemy  przez pryzmat tego, co już wiemy i znamy. Przez pryzmat naszego paradygmatu.

Tekst zapisany jest bardzo cierpliwym rozmówcą. Nie przerywa naszego wątku, cierpliwie powtarza to samo (gdy kilkakrotnie odczytujemy jeden fragment lub po latach do tej samej lektury wracamy). A my wybiórczo i czasem kreatywnie przetwarzamy wyczytywane treści i wbudowujemy we własny system wiedzy. Z czasem zapominamy co i od kogo zaczerpnęliśmy i w jaki sposób zmodyfikowaliśmy. Wiedza – ta ogólnoludzka jak i indywidualna – jest systemem całościowym, spójnym. Także ta indywidualna musi być bardzo spójna. Nawet jak ta spójność dla osoby postronnej wygląda karkołomnie i nieprawdopodobnie.

"(...) myślenie, które zawdzięczamy pismu: analityczne, linearne, polegające na obracaniu w głowie idei. Zastępuje je myślenie emocjonalne, polegające na utożsamianiu się z człowiekiem - twarzą, głosem; na oddziaływaniu przez kumulację anegdotycznych danych zamiast logicznego wnioskowania. Przechodzimy do kultury postpiśmiennej." 

Jacek Dukaj, "Lustro coraz mniej czarne", Tygodnik Powszechny nr 23 (3595) 3 czerwca 2018.

Tu może nie ze wszystkim się zgodzę. Wcześniej, w epoce przedpiśmiennej, ludzie myśleli w dialogu i samotnych rozmyślaniach w przyrodzie. Myślenie osadzone było w kulturze słowa mówionego. Słowo pisane w stosunku do rozmowy z człowiekiem (a więc z gestami, mimiką, mowąa ciała) jest w jakiś sposób ograniczone i upośledzone. Właśnie odarte w części z kontekstu i emocji. I ten z pozoru mankament umożliwił nieco inny sposób myślenia. Być może stymulując analizę i wielokrotne, spokojne "obracanie" cudzych słów. Słowo pisane jest cierpliwym rozmówcą... ułatwia medytację.

Wartością słowa pisanego jest to, że ułatwia "rozmowę" z wieloma ludźmi, odległymi w czasie i przestrzeni. Szybciej docieramy do swojej "bańki informacyjnej", odnajdując się w sieci powiązań i interakcji międzyludzkich. Teraz patrzymy na kulturę internetu z jego multimedialna treścią z pewnym przerażeniem, z obawami. Ale przecież i słowo pisane wiele w cywilizacji, i naszym sposobie rozmyślać, zmieniło. Sokrates uważał, że pismo niszczy pamięć. W dużym stopniu miał rację. Ale przecież ta "ułomność" zaowocowała wieloma pozytywnymi aspektami. Być może i z internetowymi i smarfonowymi mediami tak będzie. Mimo, że na razie narzekamy na nie , jakie one szkodliwe.

Tymczasem uwolnij książkę  i pozwól innym pomedytować intelektualnie. Podziel się wiedzą przez rozmowę, tekst, komentarz i... bookcrosssing.

9.06.2018

Łąka w mieście i pszczoła samotk(n)a



Łąka kwietna w mieście może wydawać się jakąś fanaberią „nawiedzonych ekologów”. Po co to komu? Zatem wspólnie odkryjmy relacje i powiązania między kwietnymi łąkami, owadami, kleptopasożytnictwem i jakością życia w mieście. W opowieść przyrodniczą wplotę kilka bardzo społecznych aluzji.

Całość to więcej niż suma części, to także relacje między tymi częściami. Ważny jest więc nie tylko skład (prosta suma) ale i organizacja czyli jak te elementy składowe są „poukładane” i jakie między nimi zachodzą relacje. Na gruncie biologii wydaje się to bardzo oczywiste. Ale w ramach ogólnej teorii systemów można poszukiwać takich prawidłowości i w innych obszarach życia. Na przykład na gruncie społecznym. Ważne jest nie tylko z jakich ludzi składa się dana społeczność ale ważne są także relacje między nimi. Nawet – a może przede wszystkim – wobec tych najsłabszych, niepełnosprawnych, innych. Całość składa się z bardzo różnorodnych elementów, które wyjęte z tej całości mogą się wydawać znakomite lub wręcz przeciwnie. Może dla przykładu takie przytoczę porównanie: kiedy kupujemy mięso kurczaka na obiad to pewne części są bardziej atrakcyjne dla konsumenta (np. pierś, udka), inne mniej. Jeszcze inne od razu odrzucamy (pióra, wnętrzności). Ale czy kurczak mógłby żyć i być „całością” bez tych mniej pożądanych konsumencko elementów? Oczywiście, że nie. Zmierzam do tego, aby uwypuklić prosty fakt: to, co czasem wydaje się mniej atrakcyjne lub ważne, jest niezbędne dla całości.

Wspólnota to także relacje a więc i umiejętność nawiązywania współpracy z innymi. Uważam, że to kluczowa kompetencja społeczna w wieku XXI. Ten długi wstęp potrzebny mi był, aby wprowadzić w przygotowywaną, drugą edycję Malality. Cóż to takiego? Dość niekonwencjonalny plener malarski z mocnym wątkiem charytatywnym i z myśleniem o tych słabszych.

Inny przykład. Samotna matka. Zwłaszcza z dzieckiem autystycznym czy niepełnosprawnym. Dlaczego samotna? Bo mężczyźni szybciej „wymiękają” i odchodzą…. Nie radzą sobie z trudnościami i codziennym znojem. Ważna jest cała społeczność, jako sobie wszyscy radzimy i czy się wspieramy. Pora na kilka przykładów przyrodniczych, nawiązujących przy okazji do tego, co się dzieje na miejskiej łące.

Czy lepiej żyć samotnie czy jednak w społecznej gromadzie? Życie samotnej matki nie jest łatwe. Nie dość, że sama dba o potomstwo, to jeszcze jedzenia brakuje, miejsc do zamieszkania ubywa a na dodatek jej pracę niweczą liczne kleptomańskie pasożyty (wykradają z trudem zgromadzone zasoby, przeznaczone dla potomstwa). A może królowej jest lepiej? Też nie jest łatwo. Niby królowa a jednak bardziej samica rozpłodowa. Ma patriotycznie (raczej matriotycznie) zadbać o jak najliczniejsze potomstwo. Owłosiona, zapracowana, samotna matka… pszczoła. Znamy w zasadzie tylko te społeczne czyli pszczoły miodne i trzmiele. Jednak te samotne pszczołowate znacznie liczniejsze są gatunkowo i równie ważne w przyrodzie, ze względu na zapylanie roślin. Bez zapylaczy nie tylko rośliny by sobie nie poradziły ale i ludzkość.

Pszczoły to takie osy, które przeszły na wegetarianizm (oczywiście w długim procesie ewolucyjnym). Zrezygnowały z pokarmu mięsnego dla swoich larw. Znoszą pyłek kwiatowy (źródło białka) i nektar. A że w przyrodzie różnorodność wielka, to są takie, które żywią się padliną. Tak zwane pszczoły sępie to społeczne, bezżądłowe, żyjące w Ameryce. Miodu pewnie od nich byśmy nie zechcieli. Innym przykładem swoistego „ogniwa przejściowego” są lepiarki – skąpo owłosione pszczołowate.

W słoneczny kwietniowych dzień, pod blokiem zauważyłem krzątającego się owada. Mocno owłosiony, ciemny. Pomyślałem, że może samica trzmiela zakłada gniazdo. Była to jednak pszczoła samotna, pszczolinka nieparka. Nie dlatego, że pary nie chce tworzyć ale dlatego, że samiec różni się od samicy (taki trochę nie do pary). Trzmiele pojawiły się później, przynajmniej dwa gatunki udało mi się zidentyfikować.

Pszczolinka nieparka buduje gniazdo w ziemi. Są to kanaliki o długości 10-30 cm. Po wykopaniu norki-gniazda, samica znosi tam pyłek kwiatowy, który służy za pokarm dla larw. Do każdej porcji pyłkowego pokarmu znosi swoje jajo. Rozwój larwy i przepoczwarczenie trwa aż do kolejnej wiosny. Ich aktywny lot trwa w marcu i kwietniu. Więcej więc czasu swojego życia pszczolinki spędzają pod ziemią. Samce pojawiają się tuż przed samicami. Następnie szukają odpowiednich miejsc, siadają na nasłonecznionych pniach drzew i biegają zygzakiem od dołu do góry (taniec godowy) w poszukiwaniu samic. Hormony robią swoje. Po okresie godowym samce znikają (giną). A pszczolinkowa matka… zostaje sama z potomstwem „na głowie”. Matka Polka współczesnego świata, chciałoby się powiedzieć, jednak 500 + nie dostanie. W poszukiwaniu pokarmu pszczolinki lecą do 300 m od gniazda, zajmuje im to około 95 minut. Długo potomstwo pozostaje bez opieki, ale prokurator żaden nie interweniuje. Pojawiają się za to pszczele kukułki (pszczoła nomada) i inne kleptopasożyty (muchówka bujanka). Pod nieobecność gospodarza wkradają się do gniazda i składają swoje jajeczka. Pszczoła nomada, zamiast pracować i znosić pyłek, korzysta z cudzej pracy.

To może lepiej mają pszczoły-królowe w gniazdach owadów społecznych? Na przykład trzmiele, które są stosunkowo dużymi pszczołami (ściślej pszczołowatymi), z mocno owłosionym tułowiem i odwłokiem. To swoiste futerko pomaga utrzymać wysoką temperaturę, niezbędną do aktywności mięśni skrzydłowych. Na przykład taki trzmiel parkowy ma krótką trąbkę, która powoduje, że języczkiem nie sięga do nektaru we wszystkich kwiatach. Ale trzmiele krótkojęzyczkowe i w takich sytuacjach sobie radzą – po prostu przegryzają kwiat i dostają się „z boku” do pożywnej słodkości. Trzmiel parkowy preferuje środowiska antropogeniczne. Zagrożenie dla tego gatunku wynika ze zmniejszenia różnorodności roślinności pokarmowej na terenach wiejskich w wyniki intensyfikacji rolnictwa. Być może w miastach udałoby się stworzyć korzystne warunki dla tego pożytecznego owada? Musiałyby być tylko łąki kwietne.

Trzmiel parkowy woli budować swoje gniazdo nad ziemią i często z braku drzew dziuplastych zamieszkuje budki dla ptaków (innymi owadami często zasiedlającymi ptasie budki są szerszenie). To jeszcze jeden powód, dla którego powinniśmy zadbać o obecność drzew dziuplastych w mieście. Bo z braku dziupli i budek osiedlają się także w domach (jakąś szparę w ścianie zawsze się znajdzie).

Gniazdo trzmiela parkowego jest dość duże, mieści 150-400 robotnic. Żeby wykarmić tak dużą liczbę „żołądków” robotnice odwiedzają ogromną gamę roślin kwitnących, w tym i drzew. Żeby więc trzmiele utrzymały się w mieście musi być dużo kwitnących roślin, na trawnikach (raczej łąkach kwietnych) jak i kwitnących drzew. I to przez cały sezon wegetacyjny.

Trzmiel parkowy zakłada gniazda w marcu (zakładane przez samice-królowe, które przezimowały). Królowa składa jaja i najpierw sama dba o pokarm dla rozwijających się larw. Ale gdy pojawią się dzieci czyli robotnice (córki), to one przejmują ciężar zdobywania pokarmu dla całej kolonii. Królowa matka odpoczywa? Z niezapłodnionych jaj wylęgają się samce. Można powiedzieć, że swoiste darmozjady, bo o zaopatrzenie gniazda się nie troszczą. Tylko do jednego „służą” (nawiązując do Seksmisji – do rozrywki). Czasem robotnice próbują składać własne jaja (są niezapłodnione i z nich także wylęgają się samce), ale najczęściej królowa zjada takie jaja a robotnicę-córkę brutalnie karci. Mimo to badania genetyczne wykazały, że nawet kilka procent samców w gnieździe pochodzi od robotnic i to czasem z zupełnie innego gniazda (rodziny). Królowe trzmieli parkowych mogą być poliandryczne, to znaczy nasienie może pochodzić od kilku samców. W rezultacie robotnice (siostry) mogą mieć różnych ojców. Istna rodzina patchworkowa. Na dodatek samica trzmiela parkowego może parzyć się dwa-trzy razy w ciągu swojego życia (nawet do sześciu razy), co nie jest typowe dla trzmieli innych gatunków.

Ale pszczołowate z rodzaju Bombus są różne. Bardzo podobnie wyglądają trzmielce. To takie pasożytnicze trzmiele-kukułki. Samica trzmielca wkrada się do gniazda trzmiela, zabija lub przepędza królową i znosi własne jaja (czasem dawna królowa staje się robotnicą). A robotnice przejętego gniazda pracują dalej i karmią nie swoje siostry, nie swojego gatunku.

Podtekst społeczny? Jak najbardziej zamierzony. Patrząc na przyrodę dostrzegamy samych siebie i nasze problemy. Tak jak w bajkach, pod różnymi zwierzęcymi postaciami skrywają się zalety lub przywary ludzkie.

(rozszerzona wersja tekstu wysłanego do VariArtu)