6.11.2019

Dlaczego ludzie boją się owadów lub się nimi brzydzą ?

Owady należą do istot, które raczej u ludzi nie wywołują pozytywnych emocji. Wynika to najpewniej ze współczesnych doświadczeń oraz ... zamierzchłej przeszłości. Niektórzy ludzie a priori odczuwają strach lub obrzydzenie przed "robakami", wężami, gryzoniami. Dokładniejsze badania wykazały, że bardzo często nie wynika do z jakichkolwiek, wcześniejszych przykrych doświadczeń. Zatem najpewniej uwarunkowane jest genetyczny. Być może więc dla naszych przodków szybka reakcja emocjonalna, w tym ucieczka lub "potraktowanie z buta", miały znaczenie dla przeżycia (emocje są szybsze niż racjonalne myślenie i analizowanie). Jest wiele organizmów jadowitych lub pasożytniczych. Reakcja unikania z nimi kontaktu, reakcja "odrzucenia" byłaby więc bardzo racjonalna z biologicznego punktu widzenia. Im szybciej tym lepiej dla człowieka. Nic dziwnego, że mogły się pojawić uwarunkowania genetyczne, przyspieszające ten proces nawet w czasie pierwszego kontaktu. Warunki ludzkiego życia znacząco się zmieniły. Nie ma już w naszym otoczeniu tylu krwiopijców i pasożytów. Ale ślady genetyczne i ewolucyjne pozostały. Tym można byłoby tłumaczyć instynktowne obrzydzenie w stosunku do "robali".

Dla naszych słowiańskich przodków wszystkie małe zwierzęta, takie jak owady, pająki, płazy, gryzonie, węże były robactwem, robakami (od słowa chrobak, chrobotać, szeleścić). Owad - jako coś co wadzi - pojawiło się w języku polskim znacznie później. Oczywiście w odniesieniu do owadów czyli Insecta. Nie ma więc większego błędu gdy archaicznie na stawonogi, w tym owady, potocznie mówimy "robactwo". Dla biologów robaki to zupełnie inna grupa bezkręgowców, zarówno robaki obłe jak i robaki "płaskie" czyli płazińce. Biolodzy się oburzają, gdy na sześcionogi czyli owady mówi się "robali", "robale". Ale w potocznym, uproszczonym komunikowaniu się jest to mniej więcej zrozumiałem(dla odbiorcy).

Jak wynika z chmury słów, zamieszczonej wyżej, studentom biologii owady najbardziej kojarzą się z ukąszeniami. To zapewne efekt obecności w naszym otoczeniu krwiopijnych komarów oraz innych owadów "gryzących" czy żądlących. W jakiś sposób powiązane są z tym inne słowa: "denerwujące", "upierdliwe", "choroby". A więc w pełni oddające sens słowa "owady", czyli te, które wadzą, przeszkadzają.  Ale jest też dużo słów, odnoszących się do środowiska i ekosystemów: natura, jezioro, zapylacze, otwarta przestrzeń, różnorodność. Młodzi ludzie, studiujący na Wydziale Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie, niestandardowo patrzą na owady. Dwa słowa (frazy) odnoszą się do wykorzystania owadów w gospodarce: biodegradacja, food and feed, nie licząc oczywiście zapylania.

A Wam, drodzy Czytelnicy, z czym kojarzą się owady?

3.11.2019

Maść czarownic, wiedźmy i coś jeszcze


Nie ma tematów nienaukowych – są tylko metody naukowe i nienaukowe… zgłębiania dowolnego tematu, poznawania dowolnego zjawiska. We wrześniu 2016 r. na Europejską Noc Naukowców przygotowałem wykład o maści czarownic do latania ("Maść czarownic (do latania) z Wimlandii czyli o tym jak nauka wspiera lokalną przedsiębiorczość"). Można było skosztować tej maści i wypróbować na miejscu, w czasie Europejskiej Nocy Naukowców.

Maść czarownic z tajemniczej Wimlandii nie jest wierną rekonstrukcją tej starożytnej i średniowiecznej (O tym jak maść do latania wynalazłem). Jest uwspółcześnionym i przetworzonym produktem, dostosowanym do potrzeb promocji lokalnej wytwórczości i potrzeb turystycznych. Jest efektem współpracy nauki z lokalną gospodarką. Wykład w czasie Europejskiej Nocy Naukowców 2016 był etnograficznym i kulturowym poszukiwaniem, by lepiej zrozumieć co to jest wiedźma i czarownica.

Przed wykładem o maści czarownic i tajemniczej Wimlandii, odbył się krótki występ zespołu Wiedźmuchy. Tak o sobie piszą: „Wiedźmy – przede wszystkim, Czarownice, Babajędze, różnie o Nas mówią. Grupa artystyczna, estradowa. Nie jesteśmy okultystkami, po prostu dobrze się bawimy !” Są dowcipne i mają dystans do siebie „Jest nas 12 anonimowych cudownych kobiet z dystansem do siebie. Między nami są przedszkolanki, pedagog, wykładowca akademicki, lekarz, bizneswomen i jedna dziewica – kogoś trzeba zepsuć.” Grupa istnieje od czerwca 2016 r. a występy już odbywały się w wielu miejscach, także przed gronem międzynarodowym. Od tego czasu skład się powiększył a zespół wpisał się w regionalną, niecodzienna tradycję.

A ja tymczasem wracam do rozważań o wiedźmach. Są co najmniej dwa obrazy wiedźmy (i czarownicy), dawny, gdzieś do końca XIX wieku, i współczesny, tak od połowy XX wieku. Jedno słowo – dwa desygnaty. Być może i dawniej ten sam wyobrażeniowo-demoniczny desygnat miał wiele określeń w różnych czasach, kulturach. Stąd tak dużo południc, rusałek, wiedźm, czarownic etc..

Mała dygresja. Współcześnie występują wiedźmy w dawnym, złym znaczeniu. Inne mają jedynie nazwy: hejter, plotkarz, intrygant itd. (bo słowem złym szkodzą ludziom, ale to temat na inną już opowieść). Słowo pozostało a desygnat się zmienił. Zaś desygnat zyskał nowe określenie (hejterka. Intryganta – nie zawitkami i magicznymi formułami, a wypisywaniem złych rzeczy, potwarzami, obmowami, mową nienawiści szkodzą ludziom.).

Zatrzymajmy się tylko przy wiedźmach. W danych etnograficznych w naszej kulturze wiedźma jest synonimem (lub określeniem bardzo bliskoznacznym) czarownicy. Dawniej miało znaczenie półdemona złego i szkodzącego lub osoby ludzkiej, złej, szkodzącej, brzydkiej. Wywodzi się z czasów szamańskich i swoistego traktowania rzeczywistości materialnej poprzeplatanej z duchową. Współcześnie złe demony zostały w dużym stopniu obłaskawione i usympatycznione. Przykładem mogą być krasnoludki, rusałki itd. Z dawnego kultu poprzez literaturę trafiają w nowej roli ponownie do codziennej kultury. Może dlatego, że dawna rzeczywistość odeszła w niepamięć. Dawne strachy i trudy życia przestały istnieć. Nie chodzimy nocą przez las czy nieoświetlone pola. Nie jesteśmy uzależnieni od mleczności krowy. Dawne, rzeczywiste troski i strachy zniknęły, zostały słowa i szczątkowe wyobrażenia. Przez kulturę fantazji zagospodarowane zostały do nowej roli. Czarownice poprzez telewizyjne kreskówki stały się sympatyczne i miłe. A skoro nie szkodzą, to trzeba znaleźć dla nich nowe zajęcie. Już nie szkodliwe czary a… np. zielarstwo i coaching. Czy nawet rozrywka. Tak jaki kiedyś stało się z turoniem, lajkonikiem czy innymi ludowymi zabawami. Nastąpiło przejście od kultu i praktyk kultowych do kultury i rytuału na poły rozrywkowego (forma oderwana pd pierwotnej treści). Od wierzeń do zwyczaju, od szamańskich praktyk do przygodnej rozrywki. Relikty, choć zmodyfikowane, dawnej kultury i wyobrażeń o świecie.

W literaturze fantazji wielokrotnie wykorzystywane są dawne wierzenia, zwyczaje, rytuały. Odpowiednio zmienione i rozwinięte tworzą bardzo rozbudowane światy. Taki Tolkien czy Sapkowski i tysiące innych. Wszystko dobrze, gdy odróżniamy literaturę i sztukę od rzeczywistości. Czytając książki przygodowe o rycerzach czy Indianach, jako dzieci bawimy się w rycerzy i Indian. Kiedyś na podwórku, dzisiaj wykorzystując gry komputerowe. Modne są historyczne grupy rekonstrukcyjne (te bazują na prawdziwej wiedzy) ale i grupy rekonstruujące (odtwarzające w realu) świat fantazji literatury: różne Disneylandy z Kaczorem Donaldem jak i wioski Hobbitów. W tej grupie mieszczą się różnego rodzaju czarownice i zabawy w Halloween. Ale są i zjawiska pomieszane. Np. kreowanie fantastycznego neopogaństwa typu wiccianie i tworzenie (wymyślanie) czarostwa (nowe słowo). Niby w nawiązaniu do przeszłości. Ale z przeszłością wiele nie ma wspólnego. Taka twórcza interpretacja i bardzo dowolna. Tak jak pisanie, że wiedźmy to te, które wiedzą. Wiedzą o ziołach i o leczeniu itd. Jeśli traktować jako nowe zjawisko kulturowe – to jak najbardziej. Można tworzyć wszystko. Ale udowadnianie, że ma to kontynuację z pradziejów… to już mieszanie pojęć i jest w sprzeczności z faktami. Chyba wynika z ignorancji. Albo jest myleniem fantazji z rzeczywistością. Tolkien stworzył swój świat, bardzo kompletny. Ale od początku do końca jest to literatura. Dobra literatura.

Przejrzałem sporo materiałów etnograficznych, szukając ludowego rozumienia słowa wiedźma i ludowego, dawnego rozumienia takiej istoty. Znalazłem tylko określenie istoty półdeminicznej lub ludzkiej, złej i szkodzącej człowiekowi. Na ludzi leczących (jakkolwiek) lud miał inne określenia: znachorzy, babki, szeptuchy itd. Mimo, że często takowe leczenie mocno przesiąknięte było i jest magią czy praktykami szamańskimi. Wiedźmy stały się sympatyczne dopiero w drugiej połowie XX wieku. Współcześnie stanowią hybrydę różnych elementów kultury i kreacji rozrywkowych: spiczastą czapkę, różdżkę, miotłę na której latają, zioła którymi leczą.

Kazimierz Moszyński w swojej trzytomowej „Kulturze ludowej Słowian” (kolejne tomy wydane w latach: 1929, 1934, 1939) pisze o magii, złej, dobrej i mieszanej. W badaniach etnograficznych odnotowano, że osoby zajmujące się „dobrą magią”, pomaganiem człowiekowi, uzdrawianiem itd. określane są nazwami: znachor, szeptucha i ani razu nie pojawia się wiedźma czy czarownica. Wiedźmy w dawnej kulturze miały więc jednoznacznie złe znaczenie, istot szkodzących człowiekowi, przed którymi należało się chronić. Moszyński w swoim dziele „Kultura ludowa Słowian” pod pojęciem „demonologia” rozumiał wszystkie, oprócz bóstw, mityczne istoty człekokształtne. Zaznaczył, że jest to kontinuum, tak jak nie ma jasnej granicy pomiędzy bóstwami a demonami, tak nie ma jej również pomiędzy demonami a ludźmi. Tę przestrzeń, dzielącą demony od ludzi, wypełniają istoty półdemoniczne: wiedźmy, zmory, płanetniki i upiory. Półdemony, w podejściu Moszyńskiego, z reguły pozostają w ścisłym związku z określonymi ludźmi czy z ich duszami. Każda wiedźma, latająca nocną porą w postaci ptaka, ćmy itd., by wyżerać płód z łona istot ciężarnych, jest według wierzeń ludu (spisanych przez Moszyńskiego) konkretną, jakąś kobietą, z imienia czy nazwiska w danej chwili nieznaną, ale niezawodnie istniejącą w jakimś miejscu na Ziemi między żywymi (czy umarłymi) ludźmi i dającą się odszukać. Gdzieś istnieje można ją odszukać, wykryć i coś tam zrobić by ukarać za wyrządzane zło (choroby, pożary, susze itd.) lub zapobiec dalszemu złu. Ludowe samosądy licznie są udokumentowane w kronikach.

Ale wróćmy do Moszyńskiego: „Podobnie zmora to określony człowiek żywy, zwykle miejscowa dziewczyna, w której ciele znajduje się demon, czy płanetnik, upiór, tylko ten nie jest określonym człowiekiem żywym lub jego duszą, ani nie jest duszą określonego człowieka zmarłego, lecz żywym trupem jakiejś danej osoby. Ogólnie jednak biorąc, istoty półdemoniczne mimo cech odróżniających je od demonów posiadają z nimi wiele wspólnego, nie ma więc sensu zdecydowanie ich rozgraniczać”. Czasem (w dawnym rozumieniu) wiedźmy to konkretne osoby, znane z imienia i nazwiska. Być może to logika swoistego gatunku literackich opowieści. A czy my, współcześnie, w opowieściach nie wstawiamy osób z nazwiskami, by nadać im więcej realizmu i wiarygodności. Mówimy, że szwagier widział, znajomy znajomego zna tę sprawę, bo widział itd.?

W demonologii ludowej Słowian Moszyński wyróżnił także i wiedźmy, jakkolwiek traktował je zamiennie z czarownicami. Tak więc przynajmniej w końcu XIX wieku wiedźmy i czarownice traktowany były jako te same istoty półdemoniczne. W zasadzie postać półdemonicznych wiedźm jest ludzka i tylko niektóre występują pod postaciami zwierząt lub innych zjawisk (np. świecąca kula), a i to czasowo.

Tak sobie dawny lud słowiański wyobrażał wiedźmy o ludzkiej postaci (wg materiałów zebranych przez Moszyńskiegoi): „Plamy ciemnosine na ustach i całym ciele zdradzać mają wiedźmę, a po silnym znaku w kształcie nożyc rozpoznaje się upiora.” (upiora umieściłem, bo wg Hucułów upiór to męska postać wiedźmy – Ażebym nie urzekł czyli wiedźmy huculskie, Część 3. Poszukiwanie genezy wiedźm). W opisie postaci półdemonicznych i demonicznych „najczęściej ognistość kojarzona jest z wiedźmami, skrzydlatymi żmijami (latającymi w nocy i świecącymi jak ogień, albo nawet miotającymi za siebie iskry naokół, zapalając snopy, plewy itp.) czy meteorytami („rozzłoszczony odmieniec lecąc po niebie iskry z siebie wypuszcza”)”. Z kolei „zrośnięte brwi utożsamiane są z obrazem dwuskrzydłej zmierzchnicy (Sphinx), zaś ćma jest uważana z jednej strony za bardzo częste wcielenie duszy ludzkiej (lub po prostu za tę osobę), z drugiej zaś – za wcieloną duszę wiedzmy lub zmory. Podobnie jak zbyt obfite brwi, tak i ich zupełny brak piętnuje demoniczność upośledzonej przez niego człekokształtnej istoty („niedobry jest, kto nie ma brwi – to już nie człowiek”). O brak brwi posądza się demony leśne i upiory”.

Wiedźmom lub czarownikom przypisywane są oczy czerwone (poza tym – ludziom złym). Natomiast w dawnych słowiańskich wierzeniach praktycznie nie występował motyw rogów na głowie : „motyw rogów dzięki znacznemu rozpowszechnieniu wśród słowiańskiego ludu chrześcijańsko-kościelnej koncepcji szatana czy diabła przeniknął do demonologii wiejskiej jako cecha demoniczna. Pierwotnie nie był on zupełnie znany Słowianom, a i dziś oprócz czorta, żaden prawie demon słowiański nie jest rogaty.” Według Moszyńskiego w demonologii Słowiańskiej długie sutki przypisuje się prawie wyłącznie demonom wodnym oraz demonom w rodzaju dziwożonek czy boginek. Czasami spotyka się podania, w których mowa jest o żelaznych piersiach, co cechowało demony strzegące pól i ogrodów, albo służące jako postrach dzieci (Baba Jaga, żelazna baba). Jakiś daleki związek ma to z wiedźmami. Kamienne palce przypisywane są wodnikom, czarownicom i czarownikom (podłamywane podczas wzajemnych walk i kłótni). Spiczasta czapka używana była przez czarty, a przypominająca wątek ostrej głowy demonów. Motyw ten kojarzony jest przede wszystkim z demonem „nocnego strzelca”, prowadzącego „dzikie łowy”. W dawnej kulturze Słowian wiedźmy spiczastych czapek nie miały. Mamy więc wyobrażenie jak na przełomie wieku XIX i XX lud słowiański wyobrażał sobie wiedźmę (a jak nie). Trudno powiedzieć czy było tak zawsze. Może niektóre opisowe cechy wędrowały od jednego półdemona do drugiego czy nawet demona. Kultura jest czymś żywym, umożliwiającym drobne modyfikacje lub większe zmiany, czego obecnie jesteśmy świadkami.

Przejdźmy teraz do relacji demonów w stosunku człowieka (we dawnych ludowych wyobrażeń). Dane zebrane przez Moszyńskiego są jednoznaczne: zdecydowanie szkodliwe dla ludzi są wszelkie istoty półdemoniczne (za wyjątkiem płanetników), a więc wiedźmy, zmory i upiory. Inne dane wskazują, że ten negatywny stosunek pochodzi z czasów pogańskich, przedchrześcijańskich. „Na ogół biorąc także stosunek demonów właściwych do ludzi jest mniej lub bardziej wrogi (jednak ta wrogość nie jest bezwzględna i przede wszystkim nie dotyczy osób bliżej z danym demonem związanych). Zresztą według wierzeń z różnych okolic niektóre istoty demoniczne są nawet dość życzliwe dla ogółu ludzi i tylko mszczą się na tych, co rozmyślnie lub mimowolnie im się narazili. Wiły na przykład często uchodzą za istoty dobroczynne (tylko gdy człowiek przestąpi ich koło taneczne, mszczą się, raniąc go strzałami). Poza tym nawet złośliwego demona można sobie ująć i zasłużyć na jego wdzięczność. Kiedy indziej można go znów zmusić do okazywania pewnych usług, na drodze fizycznego nad nim zwycięstwa albo za pomocą podstępu czy też magicznych zabiegów. Najzłośliwsze dla ludzi są – nie licząc półdemonów – demony chorób oraz czarty”. Zdaniem Moszyńskiego w kulturze ludowej Słowian spotkanie z demoniczną istotą lub jej napaść na człowieka przedstawia się w wyobraźni ludu daleko groźniej. Niekiedy już samo tylko zjawienie się demona wróżyło człowiekowi, który go ujrzał, śmierć albo nieszczęście (np. taki przesąd wiąże się z ujrzeniem wodnika). Tak więc rozmaite rodzaje chorób skóry, łamania w kościach, sine piętna na ciele itd. interpretowali Słowianie jako skutki uszczypnięć, dotknięć lub pobicia przez demoniczne istoty, pastwiące się nocą czy w południe nad śpiącym człowiekiem, albo pociągające go w topiel. Także wszelkie inne chorobliwe przypadłości, a już przede wszystkim obłęd, powodowane były ingerencjami demonów. Dlatego leczenie chorób uważane było za wypędzanie złych mocy. Jeśli były stosowane jakiekolwiek zioła, to ze względu na ich domniemaną moc magiczną a nie właściwości lecznicze, tak jak teraz rozumiemy. Dopiero późniejsza nauka sprawdzała wszystkie ludowe zioła, (magiczne, takiej jak chociażby arcydzięgiel, pokrzywa, ostrożeń warzywny). Niby skutek ten sam, ale zupełnie inna interpretacja. Tak więc łączenie we współczesnej kulturze wiedźm z ziołolecznictwem jest w pełni błędne z historycznego punktu widzenia. Jest po prostu twórczą i współczesną interpretacją, przetworzeniem i zaadoptowaniem dawnych elementów w zupełnie nowym kontekście i nowym znaczeniu.

Z opracowania Moszyńskiego wynika, że w dawnych wierzeniach najróżniejsze demony chciały ludzi opętać, porwać, albo w ten czy inny sposób uśmiercić, wabiąc do siebie na różne sposoby. Najczęściej uwodziły głosem (boginki, rusałki, demony wodne), rzadziej innymi sposobami w rodzaju rozwieszania chustek, wstążek i tym podobnych drobiazgów, na które jakoby mają się skusić młode nie doświadczone dziewczęta (tak kusić mają demony wodne) – mężczyzn uwodziły seksualnością urodziwych kobiet, kobiety bogactwem i urodą fatałaszków i biżuterii… „Niektóre demoniczne istoty przed zabiciem zwabionego czy też napotkanego człowieka zadają mu zagadki (w ten sposób zachowują się niekiedy południce zachodniosłowiańskie i rusałki oraz upiory ukraińskie). Zwykle o ile zagadki zostaną rozwiązane demon traci władzę nad człowiekiem (w przeciwnym razie dręczy go i uśmierca). Ten motyw sfinksa spotyka się także na zachodniej słowiańszczyźnie w zastosowaniu do dość łagodnych na ogół kraśniaków (w takim wypadku fantazja ludowa kładzie jednak nacisk tylko na pomyślne rozwiązanie, co ma być warunkiem otrzymania daru od pytającego).” Jednym słowem wiedza ocalić życie może. Zatem warto ćwiczyć się w rozwiązywaniu zagadek wszelakich i powiększać swoja wiedzę o świecie.

Sporo ciekawych przypadków wabienia przez wiedźmy w ludzkiej, konkretnej postaci, znajdujemy w wierzeniach czy raczej baśniach Hucułów (spisanych sto lat temu) –  zazwyczaj dotyczyło to kobiet, starających się pozyskać miłość i zainteresowanie mężczyzn. Typowe zabiegi magiczne z czarowaniem włącznie. Magia rozumiana była dawniej jako działanie na rzeczywistość. Taka szamańska inżynieria: zrobić to i to, by osiągnąć taki a taki skutek.

„Różne są sposoby znęcania się demonów nad ludźmi, którzy dostali się w ich ręce. Demony domowe głaszcząc ofiarę, zdzierały z niej skórę. Demony leśne (dziwożony, niekiedy upiory, przede wszystkim jednak rusałki oraz nawki) dręczą przez łaskotanie, kończące się zwykle śmiercią schwytanego człowieka.” Inny sposób znęcania się demonów nad ludźmi (oraz zwierzętami) przedstawia duszenie ich, względnie gniecenie wtedy, gdy są pogrążeni we śnie. Takie duszenie czy też gniecenie (przedsiębrane niekiedy nawet w stosunku do przedmiotów martwych) cechuje przede wszystkim zmorę, która dlatego bywa nawet nazywana gniotkiem lub podobnie. Współcześnie koszmary nocne tłumaczymy przejedzeniem się na noc lub zjedzeniem czegoś niestrawnego. Skutek niby ten sam: męczenie się i koszmary senne – ale wyjaśnienie zupełnie inne. Tak na marginesie – nie istnieją obiektywne obserwacje (fakty) bez paradygmatu, bez teorii, umożliwiającej ich interpretację. 

Co jeszcze znajdziemy u Moszyńskiego? „Jeżdżenie na napotkanych przez siebie ludziach jak na koniach to już sprawka upiorów lub innych demonów, dzieje się to przez zaskoczenie ofiary, np. wskoczywszy im znienacka nocą na plecy czy ramiona. Ten motyw często jest tak ze utożsamiany z czartami i czarownicami wskakującymi nocą na wozy podróżnych. [czasem na parobków lub mężów – dotyczy oczywiście czarownic/wiedźm] Posępny motyw wysysania krwi ze śpiących ludzi i ze zwierząt domowych, utożsamia się z nim upiory, czarownice i inne bliżej nieokreślone demony i półdemoniczne istoty. (…) Słyszy się także o wyżeraniu serca, względnie wątroby, pożeraniu noworodków, dzieci i ludzi dorosłych. Demony potrafią także ściąć ludziom głowę albo ją ukręcić. Czasami wywołując po prostu jej ból. O zabijanie strzałami oskarża się wiły. Według bardzo powszechnego przekonania ludów słowiańskich kobiety ciężarne i położnice są bardziej niż pozostali ludzie narażone na napaści demonów itp. czartów czy w ogóle nieokreślonych bliżej złych duchów, wiedźm, zmor, duchów zwanych senka i navak, boginek, południc, nawet kraśniaków etc. Nieraz spotkać się można także z porywaniem niemowląt, podmianą ich a także porywaniem dziewczyn i kobiet.”

O ile złośliwy stosunek demonów do ludzi znajduje wyraz w całym szeregu motywów, zwykle przy tym nadzwyczajnie rozpowszechnionych, o tyle stosunek przyjazny mniej jest opracowany przez ludową fantazję. Są jednak takie wątki które nadają demonom dobry charakter. Do nich należą: opiekowanie się dziećmi porzuconymi przez ludzi oraz niektóre formy zawierania z ludźmi miłosnych stosunków.

W dawnej kulturze ludowej przychylne dla ludzi bywały demony domowe: opiekowały się dobytkiem, pomnażały go, ostrzegły domowników przed grożącym nieszczęściem, pomagały im w pracy itp. Przyjazne bywały niekiedy nawet dziwożony. Ale wiedźm jako demonów domowych etnografia słowiańska nie odnotowała. Słowianie południowi przypisywali wiłom liczne cechy dodatnie, jak nauczanie ludzi znachorstwa, odkrywanie przed nimi wiedzy lekarskiej, wszelkiego rodzaju okazywanie pomocy. Mogłyby więc wiejskie znachorki czy szeptuchy swą wiedzę od demonów zdobywać (przynajmniej u południowych Słowian). Ale wiedźmy były synonimem zła i szkodzenia.. Jednym z najważniejszych wątków cechujących dodatnią działalność demonów, jest wspomniane już przed chwilą pomnażanie majątku i bogactwa. Wszędzie, gdzie istnieje żywa wiara w duchy czy demony domowe tam tym właśnie istotom przypisuje się pomnażanie dobytku. Pomagają nam demony także przy przędzeniu, pielęgnowaniu koni i śpiewie. Przykładem może być znany u nas Kłobuk.

Podsumowując: w dawnych wierzeniach, do początków XX wieku, wiedźmy i czarownice to były istoty półdemoniczne, złe i szkodzące człowiekowi. We współczesnej kulturze następuje powolna zmiana – element wierzeń (sięgających korzeniami przedchrześcijańskiego szamaństwa) przechodzi w element kultury i zmienia swoją funkcję, na bardziej przyjazna człowiekowi. W miejsce magii pojawia się rozrywka. Być może dawniej taki sam proces zaszedł w przypadku wiejskiego chodzenia z Turoniem? Dawny demon zamieniony został w postać z rozrywkowego przedstawienia.

30.10.2019

Kisielec, trzęsak czy masło wiedźm?


W ostatnich dniach marca 2017 roku (a potem w lutym 2019), na brzegu osuszonego jeziora Płuciduga Mała, spotkałem w Olsztynie grzyba o nazwie masło wiedźm. Tyle, że jest to tłumaczenie z języka angielskiego - witches’ butter. Zatem nazwa z wiedźmą powstała na Wyspach Brytyjskich a nie u nas. Niemniej chodzi o grzyba u nas występującego - trzęsaka pomarańczowożółtego (Tremella mesenterica Retz). W polskim piśmiennictwie gatunek ten występuje także pod nazwami: kisielec pomarańczowy, galaretowiec kruszkowy, galaretowiec pospolity, móżdżak kruszkowy, trzęsidło pomarańczowe, trzęsak pomarańczowy i trzęsak złotożółty. Nie jest trujący ale uważany za niejadalny. Nie odznacza się żadnym smakiem ani zapachem, jest galaretowatej konsystencji. Mało apetyczny. W naszej tradycji nie został powiązany z wiedźmami czy mocami nieczystymi. Nie został jeszcze dołączony do tradycji kulinarnej. Być może to dopiero nastąpi..

Jakiś czas temu, zainspirowany ludowymi nazwami roślin, grzybów i owadów, zająłem się na serio tropieniem czarownic i wiedźm. Jak się okazało, dość powszechnie występują w przyrodzie, chociaż o jakieś czarodziejskie właściwości trudno je posądzać. Jak podaje Moszyński w „Kulturze ludowej Słowian” ćma zmierzchnica (Sphinx, a więc jakiś zawisak) jest uważana z jednej strony za bardzo częste wcielenie duszy ludzkiej (lub po prostu za tę osobę), z drugiej zaś za wcieloną duszę wiedźmy lub zmory.

Mamy więc jakiś entomologiczny i przyrodniczy aspekt poszukiwania genezy wiedźm. Nie wiem, czy chodziło Moszyńskiemu o zmierzchnicę trupią główkę, czy dowolną ćmę z grupy zawisaków (albo jakąkolwiek dużą ćmę). Sama zmierzchnica trupia główka u nas rzadko się pojawiała. To motyl śródziemnomorski. Więc może w wierzeniach ludowych chodziło o ćmę w ogóle lub ćmę z rodziny zawisakowatych. Ewentualnie jest to kulturowe zapożyczenie, które do tradycji ludowej trafiło z książek poprzez kościół lub pański dwór.

Z kolei u Erazma Majeckiego (Słownik nazwisk zoologicznych i botanicznych z 1889 roku) pod polską nazwą „wiedźma” kryje się motyl Nymphalis velleda. Niestety nie mogę odszukać współczesnej, naukowej nazwy tego owada. Majecki użył chyba jakiegoś starszego synonimu. Natomiast pod nazwą „czarownica” kryła się u niego Circaea - roślina, zwana także czarnokwit, czarownik, czartawa, czartownik, czyrnidło, niewieście psiny.

Czartawa pospolita (Circaea lutetiana L.) to gatunek rośliny wieloletniej z rodziny wiesiołkowatych. Występuje w całej Europie, na znacznym obszarze Azji oraz w Afryce Północnej. W Polsce gatunek ten jest stosunkowo częsty i pospolity. U Majeckiego zapisana także pod nazwami: czarownica paryzka, czarownik, psiny niewieście (te psiny niewieście mocno mnie zastanawiają, co to znaczy i skąd się wzięło). W rusińskim - czarnocvit, w chorwackim - vilenicka trawa, bahornica, carownik. Nie mogłem doszukać się wykorzystanie tejże rośliny w medycynie ludowej. Natomiast jako czarownik, czarnokwit, niewieście psiny wymieniana jest w „Zielniku czarodziejskim to jest zbiór przesądów o roślinach” Józefa Rostafińskiego z dopiskiem „Circe zamieniała nim ludzi w bestye rozmaite, w kamienie, drzewa i cokolwiek chciała”. Wskazywałoby to na zapożyczenie z kultury śródziemnomorskiej.

Więcej doszukałem się w „Medycynie dawnej i współczesnej” Henryka Różańskiego: „W zielu czartawy występują flawonoidy (witeksyna, izowiteksyna, wicenina, orientyna w formie glikozydowej), leukoantocyjany, kwas synapinowy, cynamonowy, galusowy, kawowy i ferulowy. Surowcem jest ziele zbierane do jesieni, najlepiej w czasie kwitnienia i owocowania. Ziele z owocami zawiera więcej fitosteroli niż przed kwitnieniem. Herbatka z ziela czartawy działa odtruwająco i moczopędnie, nieznacznie wpływ na układ krążenia. W większych dawkach może mieć ochronny wpływ na wątrobę i rozkurczowy na drogi żółciowe, wreszcie żółciopędny. Prawdopodobnie poprawia też krążenie oczne i stabilizuje strukturę ścian naczyń krwionośnych. Napar nadaje się do codziennego picia zamiast herbaty, jest smaczny i zawiera antyoksydanty oraz wymiatacze wolnych rodników, substancje hamujące generalnie stany zapalne i rozkurczowe na mięśnie gładkie.(…) Dawki naparu z czartawy: zioło całkowicie bezpieczne, napar można pić szklankami. Wykazuje synergizm z głogiem, nawłocią, kaliną (kwiat i owoc), liściem i owocem borówki, diosminą, fiołkiem trójbarwnym, pokrzywą, wiesiołkiem, miłorzębem i glistnikiem.” Nie wiem czy te właściwości są potwierdzone medycznie i czy są to współczesne ustalenia czy też może pochodzą z przeszłości (utrwalone w tradycji ludowej). Bo przecież w każdym zielu coś się znajdzie, jeśli tylko poddać naukowej analizie. Mam na myśli różnorodne substancje biologicznie czynne. Można sądzić, że „magiczne” właściwości czartawy zawędrowały do nas wraz z literaturą starożytną (przez piśmienny kościół lub dwór). Mało prawdopodobne, by była umocowana w dawnej tradycji prasłowiańskiej. 


Znalazłem jeszcze grzyb o nazwie masło wiedźm, o którym już było wyżej. W polskim piśmiennictwie gatunek ten występuje także pod nazwami: kisielec pomarańczowy, galaretowiec kruszkowy, galaretowiec pospolity, móżdżak kruszkowy, trzęsidło pomarańczowe, trzęsak pomarańczowy i trzęsak złotożółty. Nie jest trujący, ale uważany za niejadalny. Nie odznacza się żadnym smakiem ani zapachem, jest galaretowatej konsystencji. Mało apetyczny. W naszej tradycji nie został powiązany z wiedźmami czy mocami nieczystymi. W tradycji anglosaskiej, a co za tym idzie i w języku angielskim, więcej grzybów nosi nazwy diabelskie i czarownicze: witch’s hat - kapelusz czarownicy (wilgotnica czerniejąca Hygrocybe conica, grzyb lekko trujący, powoduje zaburzenia trawienne), destroying angel - niszczycielski anioł (muchomor jadowity - ten na pewno jest trujący), devil’s urn - urna diabła. W jakimś stopniu można zaliczyć także dead man’s fingers (palce trupa, palce umarlaka). W polskie tradycji mamy tylko trującego „szatana” - borowika szatańskiego Rubroboletus satanas.

Dużo więcej demonów słowiańskich i prasłowiańskich kryje się w nazwach owadów takich jak wieszczki, wieszczyce, rusałki, świtezianki, topielice, żyrytwy itd. Dużo jest także w nazwach roślin (np. czarcie żebro itd.).

Tymczasem jesienną czy zimową porą można porozglądać się za masłem wiedźm lub uchem Judasza (też grzyb).

29.10.2019

Czy i jak można policzyć i zmierzyć ulotne piękno przyrody?

Romantyczna duchowość przeciwstawiana jest pozytywistycznemu pragmatyzmowi, duchowość - matematyce. A przecież matematyka tez jest piękna. Przez matematykę i liczby poszukujemy piękna i sensu. Nawet artyści.

A czy można i czy warto mierzyć pozytywistycznym szkiełkiem i okiem przyrodę wokół nas? I czy 10 lat wystarczy by zważyć, policzyć, pomierzyć różnorodność biologiczną biosfery? A może wystarczy się zachwycać przyrodą nas otaczająca, jakże rożną o każdej porze roku? Czy szkiełko i oko nie zakrywa nam piękna i nie utrudnia cieszenia się ulotnym światem wokół nas? Czy uczucia (emocje) czasem nie bardziej przemawiają do nas, ludzi zamieszkujących globalną wioskę początków XX wieku? Emocje przeciw liczbom, wrażenia przeciw obiektywnym faktom....

Nauki przyrodnicze, w tym biologia, której jestem szeregowym pracownikiem i pasjonatem za razem, posługują się liczbami, wagami, miernikami najróżniejszego rodzaju. Zobaczyć, dotknąć, eksperymentować, pomierzyć okiem uzbrojonym w najnowocześniejszą aparaturę.

Język matematyki staje się niezbędny w opisywaniu olbrzymiej różnorodności biologicznej. Za dużo na nasz społeczny umysł, nawet jeśli zbiorowo z innymi umysłami współpracuje. Co więcej, matematyka pomaga zrozumieć przyrodniczą złożoność. Szkiełko, suwmiarka i komputery pomagają zrozumieć przyrodę? Tak. Bo matematyka jest specyficznym językiem. Dzięki liczbom, wykresom, złożonym statystycznym analizom, dostrzegamy to, co gołym okiem nie widać. Nie zobaczymy tego ani intuicją, ani emocjami. Ani nawet przez mikroskop, chromatograf, cytometr przepływowy, spektrofotometr, amplifikator etc. Duża ilość danych wymyka się ludzkiemu mózgowi. Dodatkowe wsparcie mocy obliczeniowej sztucznej inteligencji (Big Data) pozwala zobaczyć niewidoczne. I pozwala zrozumieć. Bo przecież o zrozumienie i sens chodzi. Na dodatek piękno ma często wymiar matematyczny.

Bez wątpienia żyjemy w świecie liczb. Tyle tylko, że nie wszystko liczymy - choć moglibyśmy. Nasza uwaga znacznie bardziej skupia się na ekonomii, na PKB, zysku, procentach, odsetkach niż na… bioróżnorodności. Pt jakieś tak roślinki i żabki.... Choć nie wszystko da się (jeszcze) zmierzyć i policzyć, to matematyczny obraz piękna przyrody pozwola nam zrozumieć świat. Także ten ludzki, społeczny. Ale niektórych nawet liczby nie przekonają, nawet nagie, wymierne fakty. Dalej pozostają przy płaskiej Ziemi, przy negowaniu antropogenicznego ocieplenia klimatu, przy przemilczaniu masowego wymierania gatunków. Liczby nie do każdego przemawiają. Emocje są jak zabrudzone szkło w okularach – patrzysz a i tak nic nie dostrzegasz. Albo dostrzegasz zupełnie inaczej.

Po cichu lecz nieubłaganie zbliża się do końca ONZ-etowska Dekada Ochrony Bioróżnorodności (2011-2020). A wcześniej był rok bioróżnorodności (2010). Czyli w sumie nawet 11 lat. Ponad 7 miliardów ludzi na Ziemi, około 10 lat aktywności. Ogromny potencjał i wystarczająco dużo czasu. A nawet nie zdążyliśmy policzyć i opisać współcześnie żyjących bakterii, archeonów, jednokomórkowców, grzybów, roślin i zwierząt.

Trwa wielkie, antropogeniczne wymieranie. W ciągu tych zaledwie 10-ciu lat wiele gatunków bezpowrotnie wymarło, zanim zdążyliśmy je zobaczyć, policzyć i opisać naukowo. Zanim zdążyliśmy się dowiedzieć, że były. Niepoliczalne i niemierzalne piękno przyrody. Nie ma nawet najmniejszych śladów. To tak jakby na makulaturę oddano wiele zupełnie przez nikogo nie przeczytanych książek, nie wysłuchanych przez nikogo nagranych piosenek, nigdy nie obejrzanych spektakli teatralnych. Żal utraconego i nieprzeżytego? Pewnie, że żal.

Był i jest potencjał kilku miliardów oczu patrzących na świat, setek milionów ludzi wykształconych, potrafiących pisać i stosować metodologię naukową. Było komu, było jak… Mimo to nie policzyliśmy. Zajęci byliśmy czymś innym. I nawet nie wiemy ile gatunków żyło na Ziemi w czasie trwania Dekady Ochrony Bioróżnorodności. W rezultacie nie bardzo wiemy co i jak się zmienia. Z ostatnio opublikowanych dany wynika, że w Europie Zachodniej w krajobrazach rolniczych ubyło do 70% biomasy owadów. To bardzo niepokojące dane. Wypadałoby je dokładniej sprawdzić. Ale do tego trzeba wielu szkiełek i oczu... A jak jest u nas z owadami i całą bioróżnorodnością? Gospodarka zapatrzona w liczby nie bardzo dostrzega mierzalnych zmian w bioróżnorodności oraz nie chce zauważyć katastrofalnego w skutkach ocieplenia klimatu. Nie lubimy analizować wykresów? Nie ufamy ekspertom? Efekt Krugera-Dunninga...

Liczymy i wydajemy (policzone) pieniądze na coraz większą produkcję, zakupy, konsumpcję i produkcję odpadów. Towary sztucznie postarzamy by szybciej się zużywały i by było można jeszcze więcej produkować, jeszcze więcej konsumować. Rosną liczby w PKB. Ale rosną i góry śmieci a jednocześnie kurczą się nieodnawialne zasoby środowiska. Tylko niektórzy dostrzegają negatywne zmiany i opisują je liczbami. Wśród nich są ekolodzy wołający na puszczy i młodzi ludzie organizujący strajki klimatyczne. I poeci piszący niechciane wiersze. Bez liczb nie widzielibyśmy zmian w otaczającej nas przyrodzie, w tym tych niepokojąco negatywnych i zagrażających naszemu dalszemu życiu na Ziemi. Liczby zbyt mocno uwierają naszą duszę?

Kultura może być także policzalna (mierzalna). Różnorodność w kulturze jest tak samo ważna jak różnorodność biologiczna. Nieustannie wymierają języki, bezpowrotnie zanikają opowieści oraz doświadczenia różnych grup etnicznych i kulturowych. Ginie nasze dziedzictwo. Już niepotrzebne? Dzięki liczbom możemy dostrzec ten rosnący brak. Wiele kultur zniknie, zanim je opiszemy, dostrzeżemy, policzymy, co umożliwiłoby teraźniejsze i późniejsze analizy. By szukać sensu i piękna otaczającego nas świata przyrodniczego i kulturowego. Chyba, że policzą za nas komputery i roboty. Bo być może nastanie czas sztucznej inteligencji. Z coraz mniejszym udziałem człowieka….

Przyrodę można kontemplować. Albo liczyć i mierzyć. Jedno drugiemu nie przeszkadza a nawet wzajemnie się wzmacnia i komplementarnie dopełnia. Poznaj więc liczby by zrozumieć świat i odnaleźć w nim sens.

(rozszerzona wersja felietonu"kij w mrowisko", wysłana do pisma VariArt)

(Landart gdzieś we Francji, w arboretum)

27.10.2019

Czy to prawda, że studenci wolą milczeć na zajęciach bo boją się hejtu swoich kolegów i koleżanek ?


W różnych dyskusjach na temat przyczyn bierności oraz sposobów aktywizowania studentów na wykładach i na ćwiczeniach koleżanka powiedziała mi, że studenci obawiają się koleżeńskich komentarzy. Boją się wypowiadać na głos w czasie zajęć w obawie przed reakcjami swoich koleżanek i kolegów, boją się wypowiadanych złośliwości i obśmiewania w analogowych plotkach-komentarzach jak i hejtujących komentarzach internetowych.

Do tej pory uważałem, że ewentualnie boją się krytyki i oceniania ze strony prowadzących zajęcia (a wcześniej nauczycieli), dlatego tak niechętnie i ostrożnie zabierają głos na zajęciach (boją się popełnić błędu, który byłby złośliwie skomentowany). Czy takie zjawisko wewnątrzgrupowego krytykowania rzeczywiście istnieje na tyle wyraźnie, że zniechęca do częstego zabierania głosu i analizowania się w dyskusje na zajęciach? I jak ewentualnie przeciwdziałać tym negatywnym procesom, jak tworzyć przyjazne środowisko edukacyjne?

Zwracam się z prośbą o opinie i wypowiedzi (w komentarzach pod wpisem), także anonimowe. Jestem po prostu ciekawy i chciałbym mieć realistyczny obraz rzeczywistości akademickiej.

20.10.2019

Jaja czarownicy (wiedźmy) czyli dlaczego świat widzimy podwójnie

(Jajo wiedźmy, które w lesie spotkać można,
zdjęcie: https://vk.com/public57599674)
Etnograficzne spojrzenie w przeszłość jest dla mnie okazją do refleksji nad tym jak dawniej ludzie rozumieli świat. Ot choćby takie jaja czarownicy (wiedźmy). Rosną w ziemi. Czasem zwane są czarcimi jajami lub okiem smoka. Skąd takie połączenie bytów magicznych z przyrodniczą rzeczywistością? I dlaczego teraz, patrząc na to samo, inaczej postrzegamy rzeczywistość? Fakt - rzadziej bywamy w lesie, stąd i jaja czarownicy znamy raczej z obrazków w internecie niż osobistego doświadczenia.

Rozumienie przyrody i interpretacja otaczającego nas świata dokonuje się przez to, co widzimy, z czym się stykamy oraz przez pryzmat tego, co już wiemy, co sobie wyobrażamy. Świat widzimy podwójnie: z zewnątrz (obserwowane fakty) jak i z wewnątrz – poprzez nasz już istniejący system wiedzy, model świata. Dlatego ludzie patrzą na to samo… a co innego widzą (w sensie dostrzegają, interpretują). Wiedza jest systemem – ma postać rozwijającego się organizmu (organizmalne, systemowe podejście do wiedzy): rośnie, powiększa się przez nowe fakty, ale i stale się przebudowuje, restrukturyzuje. Jak rozwijający się owad: najpierw jajo, potem larwa, poczwarka i w końcu imagines. Rośnie na wielkość ale i zmienia się. Wiedza nie jest murem z cegieł, który rośnie przez proste sumowanie, dodawanie kolejnych cegiełek.

Jeśli tak spojrzeć na edukację, to inaczej zorganizujemy środowisko edukacyjne – bardziej jako inkubator, a nie jako taśmę produkcyjną. Jeśli więc znajdziemy czarcie jako lub jajo czarownicy… to przydałby się jakiś inkubator. Wtedy zobaczymy co z niego się wykluje.

Kilka lat temu umieściłem obrazek, z czarcimi jajami w słoikach, z zadaniem dla studentów (element dydaktycznej grywalizacji): „Zadanie dla dociekliwych Niziołków o zacięciu przyrodniczym. Co to jest w tych słoikach i czy daje się zjeść. Ewentualnie do czego służy. Za rozwiązanie nagroda czeka. Bo w słoikach jakieś magiczne rzeczy się znajdują. To i nagroda będzie należyta.” I znowu studenci mnie zaskoczyli szybkością znalezienia odpowiedzi. „Czyżby to był niejadalny sromotnik smrodliwy?” „Sromotnik smrodliwy. (…) strona w języku rosyjskim i choć tego języka nie znam to przy pomocy różnych narzędzi stwierdzam, że możliwym jest to, że jest to zjadliwe w takowej formie. Nawet wypisane są potencjalne skutki pozytywne takie jak np. zapobieganie nowotworom.” „i jest nawet coś w języku polskim czyli w słoiku jest sromotnik zalany wódką/spirytusem”, „Czy są to młode owocniki sromotnika smrodliwego w kształcie jaja-nazywane czarcimi jajami? Wbrew pozorom młode owocniki są jadalne i całkiem smaczne. Owoce po przekrojeniu przypominają oko smoka. No i można przygotować nalewkę. Mają one właściwości prozdrowotne.”

Teraz już wiadomo co to za obiekt i że kiedyś nazywano młode owocniki czarcimi jajami. O oku smoka nie słyszałem. Ani o wyskoczce ani o jajach wiedźmy. Mówią też o tym „śmierdząca morel”, ale to chyba nie bardzo magiczne…. „Kobiety stosowały rozdrobnione świeże grzyby wymieszane ze śmietaną, jako maseczkę odmładzającą. Zmarszczki się wygładzały, a kobiety były odmłodzone. Mówi się, że sromotnik ma właściwości pobudzające popęd płciowy i miłość zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn”.

Wydawało mi się, że o sromotniku bezwstydnym sporo już wiedziałem, także w kontekście etnograficznym. Ale w dialogu ze studentami dotarłem do zupełnie nowych określeń – np. jaja czarownicy (wiedźmy). Nic tylko posadzić kwokę i wysiedzi… jakiegoś czarta lub czarownicę (wiedźmę).

Etnograficzne spojrzenie na przyrodę jest podróżą w przeszłość. Można zobaczyć dawne patrzenie na rzeczywistość, gdzie rzeczywistość magiczna miesza się i przenika z rzeczywistością materialną. Wpływać na losy świata można więc nie tylko realnymi działaniami ale i poprzez siły magiczne.

Można byłoby więc pomyśleć, że dawniej ludzie byli ciemni i niewykształceni bo widzieli wszędzie jakieś siły magiczne, czarcie jaja, uroki, zaklęcia, najróżniejsze dziwaczne i oderwane od życia interpretacje. My, w XXI wieku to co innego, wszechstronnie wykształceni i oświeceni. Hmmm. A mi się wydaje że całkiem tacy sami. Bo i teraz szukamy wróżb w internecie lub telewizji, mówimy o płaskiej Ziemi, dewolucji, zamachu w oponie (pisał o tym inżynier), rozpylaniu helu, sztucznej mgle, czarnej wołdze i setce innych legend miejskich czy teorii spiskowych, ruchów antyszczepionkowych, piewcach broni elektromagnetycznej itd. Czym się one różnią od wyśmiewanych przez nas dawnych wierzeniach? Tylko słownictwem.

Ale wróćmy do jaj czarownicy. Przypomina mi się wiosna na wsi, u babci. Wtedy jaja wysiadywała kwoka, nie tylko kurze. Bo jeśli podłożyć jej jajko kacze czy gęsie – to także wysiedzi. A jeśli w lesie zobaczyć coś, co jajo przypomina? Jakieś takie nietypowe, inne. To co z niego może się wylęgnąć? Tylko coś magicznego, demonicznego. Bo wiadomo, że z jaja zawsze się coś wylęgnie. Z czarciego jaja w lesie wyrasta cuchnący owocnik sromotnika, wyglądem przypominającym prącie – sromota w zapachu i wyglądzie! Znowu jakieś odniesienie do płodności. Samo jajko jest symbolem rodzącego się życia, witalności. Nic tylko takie czarcie jajo przynieść do domu i wsadzić pod kwokę. Tak czy siak, musi mieć jakieś cechy magiczne. Być może stąd się bierze ludowe przekonanie o leczniczych właściwościach.

Sromotnik bezwstydny, zwany także sromotnikiem cuchnącym (Phallus impudicus), wydziela zapach dla człowieka nieprzyjemny (padlina z miodem) ale miły dla owadów padlinożernych. Dlatego zwabia muchy. A te roznoszą jego zarodniki. Podobno sromotnik bezwstydny znajduje się w Księdze Rekordów Guinnessa, jako najszybciej rosnący grzyb na świecie (prędkość jego wzrostu osiąga 5 mm na minutę – dosłownie rośnie w oczach). Spotkać go można w lasach liściastych i mieszanych. Częściej go wyczuwamy niż widzimy.

W Rosji grzyby te uznaje się za posiadające właściwości lecznicze (stąd te słoje z młodymi owocnikami) i tam są nawet uprawiane w ogrodach i sadach. Grzyb użytkowy, tak jak pieczarki czy boczniaki. Ale przecież nie na codzienne i zwykłe spożycie. Jako lekarstwo. Lub jakbyśmy modnie powiedzieli – żywność funkcjonalna. Nie mam pojęcia czy przypisywane mu właściwości lecznicze zostały przez kogokolwiek zbadane i potwierdzone, czy też raczej jest to współczesna legenda (mocno zakorzeniona etnograficznie), ubrana w nowe słownictwo i słowa kluczowe. Znajdujemy więc wszystko to, co dla współczesnego człowieka jest ważne: usuwanie z organizmu cholesterolu, normalizacji ciśnienia krwi (znachorzy leczą nadciśnienie za pomocą nalewki ze sromotnika!). Nalewka na wódce zalecana jest na bóle brzucha (w sumie wypić alkohol etylowy nie zaszkodzi, nie wiadomo więc co pomaga), stosowana jest do przemywa ran (i tu również może wystarczyłby sam alkohol?). W internecie można znaleźć informacje, że nalewką z czarcich jaj (lub jak kto woli jajami wiedźmy) leczy się dnę moczanową, choroby nerek, bóle stawów i reumatyzm (tu stosowane zewnętrznie). Jeśli komuś mało to sromotnik jest skuteczny w przypadku raka (choroby nowotworowe), odleżyn, różycy i ukąszeń (nie wiem czego, ale kąsają nas różne zwierzaki małe i duże), bólach zębów, rozwolnieniu, opryszczce. Stymuluje wzrost włosów i leczy łysienie, zwiększa potencję mężczyzn. Czyli dla każdego coś dobrego. Uniwersalne panaceum.

Zebrane czarcie jaja, w przygotowaniu do dalszej obróbki kulinarno-leczniczej. Źródło ilustracji:
http://www.medycynaludowa.com/pl/ksiazka/index.php?id=ks62

Czytaj więcej: Czarcie jajo lub jajo wiedźmy, czyli dlaczego cuchnie w lesie

I jeszcze na koniec ilustracje tego, co z takiego jaja wiedźmy wyrasta - owocnik stomotnika bezwstydnego.



17.10.2019

Opowieść o biedronce oczatce, seksmisji i chorobach wenerycznych u owadów


Oczatka to największa nasza krajowa biedronka. I chyba najpiękniejsza. Z młodości pamiętam, że dużo ich widywałem nad Morzem Bałtyckim, w czasie wakacyjnych wypadów. Co biedronki robią na nadmorskiej plaży? Poleciały na wakacje? Niezupełnie. Oczatka jest związana z lasami iglastymi (o tym dalej), a takowych nie brakuje na nadbałtyckich wydmach. Zniesione przez wiatr nad morze, tam wpadają i wraz z falami pojawiają się na brzegu. Tak jak wiele innych owadów.

Biedronki (biedronkowate, Coccinellidae) to rodzina i chrząszczy (Coleoptera). Należą do najlepiej znanych owadów i dobrze są zakorzenione w kulturze (boże krówki, czytaj Czy biedronka ma biodro, czy biedrzeniec jest plamisty i skąd pochodzi biedrzyga?). Są lubiane, przede wszystkim dlatego, że są ładnie ubarwione i są pożyteczne.

Biedronkowate mają owalny kształt ciała z wyraźnie wypukłymi pokrywami. Między sobą różnią się kolorami. Występuje ponad 2 tys. gatunków na świecie, w Polsce około 80 gatunków. Dlaczego około? Bo znamy co prawda 76 gatunków z Polski, ale nie mamy pewności czy lista jest pełna. Ponadto niektóre gatunki wymierają lokalnie, inny pojawiają się jako gatunki obce, czasem jako inwazyjne. Przecież zupełnie niedawno pojawiała się biedronka azjatycka. Często u biedronek występuje polimorfizm – osobniki tego samego gatunku są różne, jedne z dominacją koloru czerwonego, inne prawie całe czarne. Ewolucjoniści lubią zajmować się tym polimorfizmem, szukając prawidłowości.

Najłatwiej biedronki spotkać w miejscach nasłonecznionych, w parkach, sadach, na łąkach, w ogrodach. Larwy i dorosłe są zazwyczaj drapieżne, odżywiają się mszycami. Jeden z pospolitszych gatunków to biedronka siedmiokropka (Coccinella septempunctata). Często spotykane to także: biedronka dwukropka (Adalia bipunctata), tytułowa oczatka (Anatis ocellata). Żółto-czarno ubarwione są: biedronka mączniakówka (zwana także koszelą, biedronką dwudziestokropką), czy wrzeciążka (Propylea quatuordecimpunctata). Z kolei żółto-pomarańczowe są: gielas dziesięcioplamek (Calvia decemguttata) czy gielas czternastoplamek (Calvia quatuordecimguttata). Czyż polskie nazwy tych owadów nie są sympatyczne?

Dawno oczatki nie widziałem. Teraz najczęściej w Olsztynie widuję biedronki azjatyckie o bardzie różnorodnym i zmiennym ubarwieniu. Dlaczego na zimę biedronki skupiają się w duże „stada”? Częściowo wiąże się to z ich jaskrawym kolorem. Czerwone ubarwienie – zwłaszcza z czarnymi kropkami – odstrasza drapieżniki: ptaki i owady. Kolorowe barwy informują „jestem niesmaczny”. Wszystko dzięki trującym alkaloidom (pyrazyna), obecnym w hemolimfie biedronek. Gdy boża krówka poczuje zagrożenie, wraz z krwią wydziela się zapach, związany z pochodną pyrazyny. Ma bardzo intensywną woń. Ale pyrazyna pozwala biedronkom nie tylko odstraszać drapieżniki lecz także na gromadzenie się jesienią – jest sygnałem informującym o obecności innych biedronek. Zwołują się zapachem. Nasze biedronki siedmiokropki też się zbijają „w stada”. Azjatka jest liczniejsza, dlatego jej skupiska są dla nas tak charakterystyczne i zwracamy na nie uwagę.

Pyrazyna jest wyczuwana przez błonkówki z rodziny męczelnikowatych (typowe parazytoidy). Na przykład taki Dinocampus coccinellae składa jajo w biedronce, a rozwijająca się larwa pożera biedronkę od środka. Wyjada gonady i ciało tłuszczowe a potem uszkadza układ nerwowy i paraliżuje biedronkę. Jeszcze żyje ale się nie może poruszyć. Nazwa męczelnikowatych jest jak najbardziej adekwatna.

U biedronek dwukropek zauważono swoistą „seksmisję”, to znaczy embriony samców zamierają w jajach. Biedronki (larwy) mają zwyczaj zjadać jaja. A że wylęgają się głównie samice to one zjadają owe nierozwinięte embriony męskie, zarażone chorobotwórczymi mikroorganizmami (bakterie zwane zabójcami samców). I zaraża się kolejne pokolenie, w rezultacie eksterminacja samców trwa w najlepsze. W antysamcowy spisek u owadów zamieszane jest niejaka Wolbachia.

Owady także mają swoje choroby weneryczne. Jakiż ten mikro świat podobny do naszego! U biedronek są to ektopasożytnicze grzyby z rodzaju Hesperomyces, przenoszone drogą płciową. I z samcem źle i bez samca jeszcze gorzej. Nawet biedronkowe życie jest ciężkie. Więc nie narzekajmy zbytnio na swoje.

Przejdźmy do oczatki. Gdy w pod koniec kwietnia 2012 roku dyskutowałem ze studentami o ekologii człowieka i ekosystemie miasta, w czasie wykładu na trawniku przyleciała do nas biedronka oczatka. Być może swoją obecnością chciała się włączyć do dyskusji? A skoro biedronki głosu nie mają, warto za nią powiedzieć to, co być może mimochodem chciała przekazać.

Biedronka oczatka (Anatis ocellata L.) jest największą europejską biedronką. Dorosły owad dochodzi do długości 9 mm, larwy są dwukrotnie dłuższe. Jest charakterystycznie ubarwiona – czarne plamy na czerwono-ceglastym tle są otoczone żółtym obramowaniem. Bardzo charakterystyczny jest także czarno-biały rysunek na przedpleczu. Czasem zdarzają się osobniki inaczej ubarwione – bez czarnych plam na pokrywach skrzydłowych (polimorfizm ubarwienia).

Oczatka jest gatunkiem leśnym (preferuje bory sosnowe), związanym z drzewami iglastymi. Jednak od jakiegoś czasu w miastach, w wyniku ogrodniczych nasadzeń, zwiększyła się liczba drzew iglastych. Na skutek tego do miasta zaczęły wnikać ptaki związane z drzewami iglastymi i oczywiście owady, czego oczatka jest przykładem. Obecność tej biedronki jest więc przykładem globalnych zmian synurbizacyjnych i uzależnionym od estetycznych gustów człowieka (pomińmy w tym uogólnieniu przykład biedronek z seksmisją). Jak by nie było człowiek jest w ekosystemie miasta gatunkiem zwornikowym.

Oczatka jest gatunkiem kosmopolitycznym, bytuje w lasach iglastych (głównie świerkowych) na całym świecie. Oczatka jest jak wiele biedronek drapieżnikiem, zjada głównie mszyce (żywi się także czerwcami – chodzi o owady a nie miesiące). Drapieżne są postacie dorosłe (imago) jak i larwy. Ze względu na mszycożerność uważana jest za gatunek pożyteczny i z tego względu została introdukowana za oceanem, w Ameryce Północnej (tam jest gatunkiem obcym). Można powiedzieć, że przez aktywność człowieka stała się gatunkiem kosmopolitycznym. Pierwotnie występowała w Europie, na Kaukazie, Syberii i Japonii. Dzisiaj… nic nie jest już jak dawniej. U siebie widzimy inwazyjną i obcą biedronkę azjatycką, a nasze… porozwoziliśmy po świecie i inni mają też ewentualne kłopoty. Motywem była biologiczna walka z mszycami.

Oczatka zimuje gromadnie w ściółce iglastej. A jeśli w mieście wszystkie liście grabimy i nie zostawiamy niczego w spokoju, to gdzie mają zimować oczatki? Jeszcze raz więc apeluję o pozostawianie liści przynajmniej na części trawników (u mnie pod oknem kosiarze z grabiącymi od lat z trawnika robią klepisko… makabra dla dżdżownic i sześcionogów, szukających pożywienia i schronienia na zimę).

Wczesną wiosną samice składają jaja na igłach lub gałązkach drzew iglastych. Biedronki te spotkać można na świerkach, sosnach i modrzewiach. Mszyce bywają wykorzystywane przez mrówki, które zjadają spadź. A mrówki w obronie swojego „dojnego stadka” odpędzają inne małe drapieżniki. Oczatki jakoś sobie z tym problemem radzą. Bo i biedronki i mrówki wykorzystują mszyce, ale są to przykłady zupełnie różnych zależności międzygatunkowych. Konflikt interesów mrówek i oczatek jest ewidentny. Jak się więc bronią oczatki przed mrówkami? Po pierwsze biedronki wydzielają cuchnącą substancje (o których pisałem wyżej), co skutkuje nie tylko w stosunku do agresywnych mrówek ale i ptaków. Po drugie w obronie przez mrówkami oczatka po prostu chowa pod siebie odnóża, a ciało przylega do podłoża, tworząc prawdziwą twierdzę obronną. Opływowe kształty powodują, że taką przylegającą do podłoża biedronkę nie ma za co złapać, a żuwaczki mrówek nie są w stanie przegryźć chitynowego pancerza chrząszcza (bo biedronka jest przy okazji chrząszczem). Gdy wszystkie słabe punkty są ukryte i z zewnątrz pozostaje jedynie twardy chitynowy pancerzyk, mrówki nie mają żadnych szans.

Larwy oczatek żywią się głównie mszycami ochojnikowatymi z rodzaju Dreyfusia. Larwy mają brodawkowate wyrostki, pokryte włoskami. Żarłoczna oczatka w ciągu swojego larwalnego i dorosłego życia zjada do 2500 mszyc. Właśnie dzięki temu znalazła uznanie jako biologiczny środek do walki ze szkodnikami. Co prawda biedronki te zjadają także gąsienice motyli oraz larwy rośliniarek (owady z rzędu błonkówek), czasem są nawet kanibalami. Wiele oczatek ginie w lesie w tak zwanych opaskach łownych, służących do kontrolowania populacji brudnicy mniszki (Lymantria monacha) i barczatki sosnówki (Dendrolimus pini) – szkodników leśnych. Ale w miastach leśników nie ma, więc oczatki przynajmniej pod tym względem mają lżejsze życie.

Zwalnianie życia i odzyskiwanie przestrzeni publicznej, także w miasteczku akademickim, możliwe jest od zaraz. Wystarczy o tym nie tylko mówić, ale i podejmować, zwykłe, proste czynności. Jesienią nie namawiam do spotkań na trawniki, sugeruję kawiarnie. A przy okazji na butelkach możemy namalować kilka oczatek i biedronek siedmiokropek.