2.09.2021

Meloradio zaprasza nas na wspólny, podwórkowy piknik nad jeziorem

Pierwszy podwórkowy piknik z malowaniem.


Słuchajcie, słuchajcie, Meloradio zaprasza nas na wspólny, podwórkowy piknik nad jeziorem Ukiel. Dlaczego?

Ano, było to tak. Jakiś czas temu malowaliśmy na naszym podwórku kamyki a potem butelki. I jedna z uczestniczek tego malowania, nasza sąsiadka, pani Monika Książek zgłosiła nasze wspaniałe sąsiedzkie malowanie i podwórkowe pikniki do Meloradia i wygrała konkurs pt. najprzyjemniejsze sąsiedztwo.

I otóż w ten weekend, a dokładnie w niedzielę 5 września Meloradio zorganizuje nam piknik osiedlowy, z kawą, lodami i atrakcjami. Będziemy oczywiście malować. Przyniosę farby akrylowe to pomalujemy kamyki, a potem porozkładamy, np. na naszym osiedlu albo gdzie kto chce. Możemy pomalować także słoiki. Ja przynoszę farby i pędzle a każdy przynosi cos do pomalowania.

Gdzie ten piknik? Na plaży miejskiej nr 1 nad jez. Ukiel, 5 września (niedziela), od 10:00 do 15:00. Malowanie nasze od 11.00 do 14.00.

Będzie dużo więcej atrakcji. Ale ten piknik jest dla nas. Dla naszego podwórka. Zwykłego blokowiska.

Przybędziecie?

Siądziemy sobie na kocyku (warto zabrać coś ze sobą), pomalujemy, pogadamy, pośmiejemy się. Tak na zakończenie wakacji. A potem znowu będziemy coś na osiedlowym podwórku robić. Półka bookcrossingowa działa cały czas. A przyjazny śmietnik z wymiennikownią tez jest czynny. Dzięki wakacyjnym działaniom MOK-u pt. Inna Mapa, bardziej poznaliśmy nasze osiedle. I może warto to uczcić wspólny, otwartym spotkaniem. Bo nad jezioro na pewno przyjdą i inni mieszkańcy Olsztyna. I przyjezdni.

To co, wpadniecie? Sąsiedzi i przyjaciele?


Drugie podwórkowe malowanie, tym razem butelek. 

A tym razem spotykamy się na plaży miejskiej, w Olsztynie:


Pamiętajcie o zachowaniu dystansu i maseczkach. Bo najważniejsze byśmy zdrowi i bezpieczni byli.

Link: https://www.meloradio.pl/Konkursy-i-akcje/Najprzyjemniejsze-sasiedztwo


1.09.2021

Wstęp do podcastów: po co komu ta biologia?

We wrześniu rozpoczyna się rok szkolny a Radio UWM FM uruchamia popularnonaukowe podcasty. W południowym kursie pojawi się pasmo naukowe zatytułowane postój z nauką, z codziennymi podcastami, od poniedziałku do czwartku ok. godz. 12.30-12.35. 

Południowy kurs oraz postój z nauką kojarzy się z podróżą. W autobusie czy pociągu lub na przystanku (stąd postój) można porozmawiać z ludźmi, z innymi pasażerami. A co ma zrobić ktoś podróżujący własnym samochodem? Ma radio a w nim podcasty. Kilkoro naukowców opowiadać będzie o świecie i o nauce. Małe 2-5 minutowe porcje wiedzy.

Słuchaj Radia: http://www.uwmfm.pl/

Podcastowy Postój z nauką do efekt dobrych doświadczeń z czasu zdalnej nauki. I pełniejsze dojrzewanie idei uniwersytetu otwartego oraz trzeciej, społecznej misji uniwersytetu. Wiedza różnorodna i dla wszystkich, w małych, przystępnych porcjach. I na odległość.

Do nagrywania i upowszechniania podcastów przymierzałem się od jakiegoś czasu. To będzie moja pierwsza próba, bo i ja pojawiać się będę dźwiękowo w południowym kursie na postoju z nauką. 5 minut to niezwykle wysoka poprzeczka. Jak się technicznie podszkolę to zacznę przygotowywać 10-15 minutowe wykłady dla moich studentów. Nie zamiast tych tradycyjnych lecz jako uzupełnienie. W przekazie wykładowym wykorzystuję dużo obrazów, schematów, zdjęć. Tego nie da się dobrze opowiedzieć. Tak wiec słowny podcast będzie tylko dodatkiem do posłuchania w dowolnej, dogodnej chwili. A i inni przy okazji skorzystają. 

Wstęp do moich podcastów zatytułowałem "Po co komu ta biologia". Pierwsze nagranie zajęło 8,5 minuty. Przy drugim podejściu i skrótach wyszło niecałe 5. Tak rozpoczyna się mój rok szkolny i moja indywidualna nauka. Bo na naukę nigdy nie jest za późno. Nauczam i uczę się jednocześnie, jak to w projekcie i w nauczeństwie (czym jest nauczeństwo i nauczeń czytaj także tu i tu). 

*   *   *
Przeciętnemu człowiekowi nauki biologiczne kojarzą się z mało przydatnymi ciekawostkami o roślinach, zwierzętach, wirusach czy DNA. Czasem kojarzą się z różnego typu zagrożeniami typu GMO czy klonowanie człowieka. Tak czy siak mało przydatne lub sensacje o rzeczywistych lub domniemanych zagrożeniach. Po co się tym zajmować? Może jako wysublimowana rozrywka intelektualna? Czy nie wystarczy tego, co było w szkole z niepojęcie złożonymi cyklami rozwojowymi mszaków? Czy do codziennego życia wiedza biologiczna jest potrzebna lub choćby przydatna? Co tydzień będę przekonywał, że taka wiedza biologiczna jest użyteczna.

Zgłębianiem biologii – czyli nauki i życiu - zajmuję się od ponad 50 lat (wtedy poszedłem do szkoły). A zawodowo i naukowo od ponad 30 lat. Z perspektywy własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że biologia jest nie tylko niezwykle interesującą dziedziną nauki, którą interesują się filozofowie, ale jest także bardzo przydatna w życiu codziennym. By rozumieć otaczający nas świat i podejmować dobre, racjonalne decyzje każdego dnia. Na przykład odnośnie szczepień, jedzenia serków bez GMO i porannej gimnastyki.

W brew szkolnym stereotypom biologia nie jest nauką pamięciową, gromadzącą liczne ale mało powiązane fakty, ciekawostki. To nauka logiczna, odkrywająca jak działa świat. Wymaga rozumu a nie tylko pamięci. W natłoku faktów zrozumienie praw przyrody może gdzieś się zagubić. W tym kontekście edukacja w szkole w zakresie (nie tylko) biologii nie powinna skupiać się jedynie na przekazywaniu wiedzy, faktów, definicji, przykładów. Ale przede wszystkim na rozumieniu (zrozumieniu) jak to działa. I dlaczego tak. Fakty biologiczne są tylko tłem do odkrywanie praw przyrody. 

By poznawać tajniki życia nie trzeba od razu iść na kilkuletnie studia. Każdy może, od zaraz, w małych porcjach, np. krótkich podcastów. A jak coś go zaciekawi to z łatwością dotrze do różnych książek, audycji, filmów, dyskusji itd. 

Biologia to nauka o złożoności. Na dodatek staramy się wyprzedzić sztuczną inteligencję w rozwikłaniu istoty i tajemnic organizacji życia. Dlaczego? By zachować swoją niezwykłość i unikalność. I by nie być manipulowanym....  przez komputerowe algorytmy i AI. Kiedyś maszyny wyparły nas z fabryk i zajęły miejsca pracowników. Potem komputery zredukowały zapotrzebowanie na średnia klasę urzędniczą. A teraz stoimy przed kolejnymi wyzwaniami. Zastąpią nas roboty? W pracy i na Ziemi? Trochę czy całkiem?

Mamy wiek biologii. Przez kilka wcześniejszych stuleci taką rolę pełniła fizyka. Rytm rozważaniom filozoficznym narzucała m.in. druga zasada termodynamiki. Teraz taką rolę odgrywa druga zasada organizacji, złożoności. I to jest właśnie domena biologii.  

Duża liczba nowych odkryć i ciągłe zmiany w teoriach i interpretacjach może wywoływać poczucie zagubienia i chaosu (utrata poczucia bezpieczeństwa poznawczego). Jednak ta duża zmienność już sama w sobie jest fascynująca. Tak jak dynamiczna fabuła w popularnym serialu. Jednocześnie wiedza szkolna szybko się dezaktualizuje. Warto być na bieżąco i przy okazji uzupełniać swoją wiedzę o życiu w małych porcjach, niczym na przystanku lub w czasie podróżny do domu. To tylko 2-5 minut. 

Mamy rok Stanisława Lema, który dla mnie nieodłącznie kojarzy się z ewolucją.  Czym jest ewolucja i czy ewoluować mogą roboty? Teraz możemy lepiej to sprawdzić i obserwować wokół siebie. Ewolucję widzimy w internecie, z pojawiającymi się zaskakującymi bytami takimi jak: robaki, wirusy i narzędzia przeciwdziałające internetowym przestępstwom.. Zupełnie jak w ekosystemie z ofiarami, drapieżnikami, pasożytami, konkurencją, symbiozą i wielu innymi relacjami. Elektroniczny wyścig zbrojeń tak jak w świecie żywym. W kulturze pojawia się coraz więcej analogii: ekosystem edukacyjny, ekosystem biznesowy itd. Zrozumieć prawa biologiczne to jakby zrozumieć otaczający nas świat, także ten mocno technologiczny. To także pytanie o przyszłość cywilizacji, rolę nowoczesnych technologii i loty w kosmos. Oraz tego czy roboty to kolejna faza ewolucji... biologicznej na Ziemi.

Na przykład bionika - podpatrywanie i naśladowanie obiektów biologicznych - rzepy w obuwiu czy ubraniach, lakier samochodowy czy powłoka w kabinach prysznicowych (gładki by woda ściekała i nie było nieestetycznych śladów). Podpatrujemy i naśladujemy przyrodę ożywioną także w nowych technologiach. Już nie proste algorytmy komputerowe ale sieci neuronowe stanowią nowoczesną nowinkę technologiczną. Podpatrywanie życia w skali mikro i makro, biotechnologia i kształtowanie klimatu w skali całego globu by potem tworzyć atmosferę np. na Marsie. Loty na inne planety i  świat Stanisława Lema, gdzie  futurologa łączy się z teraźniejszością. 

Pora na puentę. W małych porcjach można poznawać życie biologiczne oraz otaczający nas, złożony świat. Na dodatek to podróż od biologii do filozofii współczesnej. To nie tylko rozrywka. Każda esencjonalna porcja (podcast) jest samodzielną całością ale jak klocki lego pasuje do innych puzzli i układa się w całość na wyższym poziomie organizacji. Dodatkowo słuchający odbiorca jest współtwórcą tej całości w swojej głowie, bo te kwantowe porcje informacji padają na konkretną glebę, na konkretny, indywidualny system wiedzy. W każdym mózgu inaczej wykiełkuje. Nie jesteś biernym słuchaczem. Jesteś współtwórcą, współsprawcą. Uczenie się nie jest biernym przyswajaniem informacji. Uczenie się to twórcze tworzenie konstruktu jakim jest wiedza.

Zapraszam na podcastowe spotkania do Radia UWM FM oraz do zarchiwizowanych plików na stronie: https://profesorskiegadanie.blogspot.com/p/podcasty.html

30.08.2021

Chciałbym się zgłosić po 100 tysięcy dolarów (dygresja o skuteczności szczepionek)



Sprawa zasadności szczenień i skuteczności szczepionek nabrała nowego wymiaru w czasach epidemii Covid-19. Już nie tylko badania naukowe ale i statystyki hospitalizowanych są coraz bardziej przemawiające. Duże liczby znacznie wyraźniej przemawiają. Może więc dobry czas by upomnieć się o sto tysięcy dolarów?

Odniosę się tylko do jednej kwestii. Pan Jaskowski w 2017 roku napisał:  „Stanisław Czachorowski — podobnie jak reszta zwolenników przymusu szczepień — nie zgłosił się po 100.000 dolarów przeznczonych dla osoby, która udowodni skuteczność szczepień, ale stara się pisać bzdury.” 

100 tysięcy dolarów to ładna sumka. Udowodnić skuteczność szczepień? To nie byłoby trudne, na przykład w oparciu o istniejące już od lat wyniki badań. Ot, zrobi się kwerendę, przejrzy wiele publikacji, napisze raport i można zgłosić się po pieniądze. Jakiś miesiąc, może dwa intensywnej pracy i tak na polskie złotówki to by wyszło jakieś prawie 400 tys. zł, a za sprawą sporej inflacji to może za jakiś czas dobijemy i do pół miliona. Jak dla mnie to co najmniej dwa-trzy lata pracy. Wielce kuszące,

Zacząłem szukać owej nagrody (bo pan Jaśkowski nie zdradził szczegółów jak taka ładna sumkę otrzymać). Znalazłem coś takiego: „Robert F. Kennedy Jr. w towarzystwie Roberta De Niro ogłosił nagrodę 100 000 dolarów dla każdego, kto przeprowadzi badania i opublikuje je w PubMed, które potwierdzą, że poziom rtęci zawarty w szczepionkach jest nieszkodliwy dla niemowląt i rozwijających się płodów.” http://noemidemi.com/latwa-mozliwosc-zarobienia-100-000-dolarow-i-o-co-chodzilo-w-badaniach-zdyskredytowanego-andrew-wakefielda/

Niby to samo, a jednak całkiem coś innego. Z tej relacji wynika, że nie chodzi o udowodnienie skuteczności szczepień, ale o poziom rtęci zawarty niby w szczepionkach (tylko jakich?). Trzeba by było sprawdzić. Z tym, że płodów to się chyba u nas nie szczepi. Bo jak, wewnątrzmacicznie? Niemniej obiecana nagroda ogłoszona została na konferencji prasowej. Trzeba by było więc dotrzeć do oryginalnego nagrania z tej konferencji i samemu wysłuchać. I poznać warunki, na jakich ofiarodawca ma przekazać te kwotę. Obawiam się, że już się wielu po nią zgłosiło…. Bo to najwyraźniej łatwe pieniądze.

Jest jeszcze jeden ważny szczegół. Wyniki badań powinny być opublikowane w PubMed. Czyli wykonać badania i opublikować w czasopiśmie naukowym? Gwarantowałoby to rzetelność takich badań i publikacji. Dobra, dobra, o co to jest PubMed? „PubMed – angielskojęzyczna wyszukiwarka w internetowych bazach danych obejmująca artykuły z dziedziny medycyny i nauk biologicznych. Została założona w 1996 roku przez National Center for Biotechnology Information (NCBI), będący częścią National Library of Medicine, wchodzącego w skład National Institutes of Health” (źródło; Wikipedia https://pl.wikipedia.org/wiki/PubMed). Czyli to jest wyszukiwarka czasopism. Autor cytowanego fragmentu albo nie wie, co to jest PubMed (ale mądrze brzmi więc warto się podeprzeć) albo użył dużego skrótu myślowego. Domyślam się jednak, że należałoby opublikować w jednym z czasopism indeksowanych w tej bazie-wyszukiwarce czasopism medycznych. „w kwietniu 2008 roku obejmowała około 5200 czasopism z ponad 80 krajów” – byłoby w czym wybierać.

W innym miejscu taką znalazłem interpretację: „W dniu 15 lutego 2017 roku na specjalnej konferencji prasowej p. senator Robert Kennedy, syn zamordowanego prokuratora, oraz p. Robert de Niro podali do publicznej wiadomości, że ustanowili nagrodę w wysokości 100 000 dolarów dla każdego, kto udowodni, że szczepionki obecnie produkowane są bezpieczne.” 
http://educodomi.blog.pl/2017/02/21/kolejne-zwyciestwo-wakcynologow-polskich-100-000-dolarow/

Dla każdego? To znaczy, że nic straconego, nawet jak ktoś był pierwszy, to „dla każdego” rozumiem, że dla każdego. Ale interpretacja jeszcze inna, żeby udowodnić, że szczepionki są bezpieczne? Wszystkie? Czy tylko te dopuszczone do użytku i stosowania?

Jeszcze w innym miejscu taka interpretacja: „De Niro i Kennedy oferuje 100 000 dolarów dla tego , kto wykaże ze rtęć w szczepionkach jest dla organizmu zasadna i pomocna. De Niro i Kennedy oferuje 100 000 dolarów dla tego , kto wykaże ze rtęć w szczepionkach jest dla organizmu zasadna i pomocna. Przypominam, ze Kennedy jest powołany przez D.J. Trumpa do zbadania kwestii szczepionek.”

Czyli jeszcze coś innego należałoby wykazać.

I jeszcze jedno źródło. „Robert De Niro dołączył do Roberta F. Kennedy Jr. w Waszyngtonie 15 lutego na konferencji prasowej na temat bezpieczeństwa szczepionek. Para szuka dowodu na to, że szczepionki są bezpieczne i połączyli oni siły, aby zaoferować 100,000 dolarów dla każdego, kto może udzielić takich informacji. Aktor uczestniczył w panelu wokół szczepień, które powodują, że wysoki poziom rtęci w szczepieniach może sprawić, że dzieci chorują na autyzm i inne groźne choroby.”

http://detektywprawdy.pl/2017/02/19/de-niro-i-kennedy-ofreuje-100-000-dolarow-dla-tego-kto-wykaze-ze-rtec-w-szczepionkach-jest-dla-organizmu-zasadna-i-pomocna/

No tak, kilka powołań się na konferencję prasową a w każdej inna interpretacja tego, co należałoby zrobić. I w żadnej nie ma tego, co obiecuje pan Jaśkowski. Najwyraźniej ilu słuchaczy tyle różnych interpretacji. Trzeba byłoby więc dotrzeć do tej konferencji prasowej i jej wysłuchać. Ale coś mi się widzi, że próżny wysiłek, mityczne 100 tys. dolarów chyba trudno byłoby wyegzekwować.

Jedno mi się udało jako-tako ustalić. Argumenty antyszczepionkowców o tych pieniądzach, stanowiących jakoby niezbity dowód, są bardzo różnie i dowolnie stosowane. Brak w nim spójności, za każdym razem w innym znaczeniu. Jedno co jest stałe to kwota.

A może ja po prostu po tę pieniądze zgłoszę się do pana Jaśkowskiego? Przecież nie paplałby po próżnicy, gdyby nie był pewien. Obawiam się tylko, że pan Jaśkowski nie ma takich pieniędzy…. Obiecuje jak Zagłoba Inflanty. Próżny więc wysiłek.

Początek roku szkolnego czyli na naszych oczach dokonuje się ogromna zmiana w edukacji, aczkolwiek niezauważona jeszcze

Zdalne nauczanie czyli współczesne biurko nauczyciela. Szkoła przyszłości? Czy tylko prognoza na najbliższe miesiące?

W czasie wakacji odwiedziłem kilka muzeów i skansenów, gdzie z sentymentem przyglądałem się dawnemu wyposażeniu szkolnej klasy. Niektóre ławki, kałamarze, obsadki ze stalówką, piórniki i elementarze pamiętam ze swojego dzieciństwa. To było tak niedawno. Zaledwie pół wieku temu... Pół wieku? To dużo czy mało? Dla młodego człowieka to niewyobrażalnie dużo. Dla mnie niewiele. 

Pozornie widok klasy zmienił się niewiele. Podobne ławki, tablice, zeszyty i biurko nauczyciela. Detale wskazują jednak na ogromną zmianę. Na przykład nie ma już podwyższonego stolika nauczycielskiego, nie ma dyscypliny* i kałamarzy z atramentem. I ciągle coś się zmienia w wyposażeniu i koncepcji edukowania. 

Zupełnie niespodziewanie wyrosła nowa jakość w systemie podnoszenia jakości i dokształcania kadr edukacyjnych. Nieoczekiwanie, co nie znaczy szybko. Rosła powoli przez prawie dwa dziesięciolecia, systematycznie i na trwałe zmieniła nasz "ekosystem edukacji". Jeszcze nie do końca uświadamiamy sobie konsekwencje tego procesu i nie do końca systemowo zostało to zaakceptowane. Ta transformacja dzieje się na naszych oczach. Mam na myśli nauczycielski crowdlearning czyli uczenie się „w tłumie”. Nawet nie ma jeszcze polskiego terminu dla tego zjawiska.

Do niedawna kształcenie kadr dla szkół odbywało się wyłącznie instytucjonalnie i odgórnie. Kiedyś studium nauczycielskiej (dwuletnie), potem głównie studia pedagogiczne (pięcioletnie). Nawet powstały wyższe szkoły pedagogiczne, ale w ostatnim dwudziestoleciu systematycznie przekształcane były w uniwersytety. Przy okazji na uczelniach państwowych zaczęły zanikać kierunki nauczycielskie, co najwyraźniej widać w naukach ścisłych. Nauczycielem chemii, biologii, przyrody, geografii, fizyki może zostać każdy, wystarczą studia podyplomowe? Były także studia zaoczne i studia podyplomowe dla nauczycieli pracujących w zawodzie. Podnosili swoje kompetencje i/lub uzyskiwali dodatkowe specjalizacje i prawa do nauczania dodatkowych przedmiotów.

Były (i są) także różnego rodzaju państwowe ośrodki doskonalenia nauczycieli, oferujące krótkie szkolenia w różnych zagadnieniach oraz umożliwiające stałe podnoszenie zawodowych umiejętności nauczycieli. Bywały także konferencje dydaktyczne i naukowe, organizowane przez instytucje naukowe czy wydawnictwa. Były i są, raczej nie znikną z krajobrazu edukacyjnego. I dobrze. Można jednak zauważyć narastające procesy odpaństwowienia kształcenia kadr edukacyjnych, w tym prywatyzacji (nie tylko uczelnie, pobierające czesne ale i wydawnictwa, firmy przejmujące role kształcenia i dokształcania kadr pedagogicznych w szerokim sensie).

Poza państwowym i instytucjonalnym systemem kształcenia kadr nauczyciele w mniej formalny sposób pomagali sobie nawzajem, czy to w formie nieformalnych staży, hospitacji czy głównie pomocy koleżeńskiej. I to nie zniknęło. Pojawiło się jednak zupełnie nowe zjawisko, w znacznym stopniu coraz bardziej decentralizujące kształcenie kadr pedagogicznych. A to wszystko dzięki internetowi i mediom społecznościowym. Internet umożliwił połączenie rozproszonych po Polsce (a nawet całym świecie) zapaleńców i ich wzajemnie interakcje. Można powiedzieć konektywizm w praktycznym działaniu. Nieliczni i rozproszeni uzyskali przez internet masę krytyczną i nastąpił „wybuch” zupełnie nowej jakości – crowdlearning, uczenie się w tłumie od siebie nawzajem.  Nie pytając o pozwolenie, koncesje i aprobatę. Ruch bardzo oddolny. I jakże charakterystyczny dla współczesności.

Okazało się, że nauczycieli i edukatorów, którzy chcą się dzielić swoim doświadczeniem i wiedzą jest więcej. Wystarczająco dużo by „zatrybiło”. Dzielą się pomysłami, wątpliwościami, wiedzą i doświadczeniem, dzielą się pytaniami i wspólnie poszukują rozwiązania, podejmują się prac zespołowych, opracowują i upowszechniają różnego tupu materiały dydaktyczne i całe podręczniki metodyczne (kiedyś powstające tylko instytucjonalnie). Organizują lub współorganizują różnorodne konferencje nauczycielskie (np. wrześniowe Inspiracje). Po ich wiedzę i umiejętności coraz częściej sięgają różne instytucje oraz firmy.

Jest wiele różnych grup, skupionych w mediach społecznościowych, a dobrym przykładem są chociażby Superbelfrzy RP. Jakość sama w sobie i zupełnie poza dotychczasowym systemem kształcenia i doskonalenia kadr pedagogicznych. Odbywają się wirtualne (ale i w realu także) spotkania, dyskusje, e-konferencje mniejsze i większe, powstają publikacje. W zdecydowanej większości są dostępne na wolnej licencji.

Współpraca była - ale rozproszona, lokalna. Dzięki nowym technologiom rozproszone środowisko nabrało masy krytycznej by zapoczątkować i utrzymać reakcję łańcuchową wspierania się i wzajemnego motywowania do wysokiej jakości działań. Nie jesteś sam, możesz spytać, dyskutować, podzielić się swoimi pomysłami i doświadczeniem. Tak łatwo nie było nigdy przedtem.

Rok po roku rodzi się i krzepnie edukacja zdecentralizowana, rozproszona, wspierana przez pozaszkolnych edukatorów i trenerów. Znakomicie wpisując się w dotychczasowe działania instytucjonalne. Może za jakiś czas na trwałe wpisze się w sposób sformalizowany w instytucjonalne kształcenie i doskonalenie kadr pedagogicznych dla polskich szkół. Ktoś musi tylko zauważyć tę dziejącą się rewolucję społeczną i edukacyjną w czasach decentralizacji, wynikającej z trzeciej rewolucji technologicznej. I w czasach wykluwania się zupełnie nowej szkoły.

A Ty, Czytelniku, uczestniczysz w tym procesie czy tylko patrzysz z boku? Pomaganie innym, dzielenie się doświadczeniem i wytworzonymi materiałami, poprzez mówienie, pisanie, rysnotkowanie pomaga nie tylko tym, którzy czytają i oglądają. W ogromnym stopniu pomaga samemu pomagającemu…. bo pozwala lepiej sformułować własne myśli, pozwala na dodatkową refleksję oraz dyskusję. Jest ważnym procesem uczenia się i utrwalania kompetencji. W tym procesie korzystają obie strony.

Rozpoczyna się kolejny rok szkolny. Rok nieustającej, ewolucyjnej zmiany całego środowiska edukacyjnego z wyglądem szkolnej klasy włącznie. Tym co jest niezmienne od jakiegoś czasu jest... zmiana. Jedne wynikają z decyzji urzędniczych, inne z głębokich zmian cywilizacyjnych. 


*Dyscyplina to rózga lub bicz do wymierzania kar cielesnych...

Poszerzona wersja tekstu przesłanego na blog https://www.superbelfrzy.edu.pl

Dawna klasa w szkole wiejskiej, początek XX wieku, Muzeum Wsi Kieleckiej w Tokarni. Jak bardzo odbiega od współczesnej polskiej klasy szkolnej?

25.08.2021

Zjeść, zasiać czy wyrzucić na śmieci?

Przy osiedlowym śmietniku. Gałązki tui
(pozostałość po przycinaniu krzewów),
leżące mirabelki, rosnące rośliny:
babka szerokolistna, mniszek i inne
oraz owocnik grzyba - czernidlaka kołpakowatego.
No i niezidentyfikowane śmieci w worku, 
(zapewne biomasa). Efekt naszej wiedzy
i niewiedzy, czyli tego jak 
rozumiemy procesy zachodzące w 
otaczającym nas świecie.
Masz przed sobą owoce, zjadasz ze smakiem ale przecież nie wszystko. Pozostają jakieś obrane skórki oraz nasiona. Jedne są twarde, inne nieco gorzkie. I tu rodzi się dylemat: zjeść, zasiać czy wyrzucić. Prosta niby decyzja ale wymaga sporej wiedzy. I jest testem czy rozumiesz otaczający nas świat oraz zachodzące w nim procesy. Sprawdź się w tym teście.

Zjeść. Na przykład pestki od jabłek, arbuza, winogron. Da się rozgryźć. Ale czy to zdrowo? Niektóre pestki zawierają kwas pruski (czy wiesz które?). To sposób obrony nasion przed zjedzeniem (zaszkodzić zjadającemu i zniechęcić do dalszego zjadania). Zawartość kwasu pruskiego w pestkach jabłek jest niewielka. Bo to ilość czyni lekarstwem lub trucizną. Śmiało możesz zjeść. Chyba, że zaczniesz zbierać pestki z jabłek i gruszek a potem hurtowo zjesz większą ilość. Wtedy może zaszkodzić. Bez wiedzy i rozumienia świata ani rusz. Sama informacja, wyczytana gdzieś w gazecie lub portalu o tym, że w tych pestkach jest kwas pruski, nie wystarczy by sensownie podejmować decyzje. Potrzebne jest rozumienie docierających informacji.

Pestki z wiśni, śliwek, czereśni, moreli, brzoskwiń dodatkowo zabezpieczone są twardą łupiną. Nie da się w większości ich rozgryźć. Pojedyncze można zjadać (przy sporym wysiłku dobrania się do środka) ale w większej ilości zaszkodzą. Nawet jak wrzucimy owoce do słoja by zrobić nalewkę. Lepiej, żeby nie miały pestek bo wtedy po takiej nalewce, długo stojącej w nastawie owoców z pestkami, głowa dodatkowo mocno zaboli. To jeszcze jeden przykład, że braki we własnej wiedzy i rozumieniu otaczającego nas świata (zachodzących procesów) mogą kończy się dla nas tragicznie. 

A może rękodzieło i sztuka (jeszcze jedna opcja, nieuwzględniona w tytule)? Może z pestek i nasion zrobić jakieś ozdoby? Nasi przodkowie od wieków w takim rękodziele przygotowywali przeróżne ozdoby. Zatem zebrane nasiona czy pestki może warto wykorzystać do zrobienia unikalnej biżuterii czy innych, wyklejkowych prac plastycznych? Z pewnością warto. Wysiłek artystyczny i fizyczny. A przy okazji mała sekwestracja węgla, przyjazna na klimatu. Co to jest sekwestracja węgla i zmiany klimatu? To już osobna opowieść...

Zasiać. Można na różne sposoby, np. po prostu wyrzucić gdzieś na ziemię, w lesie, na łące, nad jeziorem, tam gdzie akurat jesteśmy i zjedliśmy owoce. Zwracalibyśmy w ten sposób przyrodzie jej cząstkę. Biomasa wraca do ekosystemu, nasiona mogą być zjedzone przez inne zwierzęta małe i duże lub staną się pokarmem dla grzybów. Ale jest też i zagrożenie, bo w ten sposób możemy do lokalnej przyrody wprowadzać gatunki obce i inwazyjne. Drzewa owocowe jak najbardziej powinny znaleźć się w krajobrazie kulturowym, na wsi i w mieście. Wzdłuż dróg, rowów, na miedzach itp. Wzbogacą lokalną różnorodność. Ale nie w rezerwatach dzikiej przyrody.

A czy nie zaszkodzą lokalnym odmianom i przez hybrydyzację nie będą zagrażały lokalnej bioróżnorodności? W sklepach mamy odmiany przemysłowe, z wielkich sadów produkcyjnych. Dobierane są wg konkretnych cech. Mają małe szanse na zaaklimatyzowanie się w wiejskim czy miejskim krajobrazie. Oczywiście rozsądniej byłoby wprowadzać do krajobrazu dawne, stare i ekstensywne odmiany grusz, jabłoni, wiśni, śliw czy czereśni. A więc odmian, charakteryzujących się relatywnie dużą wielkością drzew i długim okresem życia. Czy w sklepie kupisz jabłka papierówki? Raczej nie, bo to delikatne owoce i do spożycia na miejscu. Bardzo źle znoszą przechowywanie i transport. Smak papierówek poznasz jedynie na miejscu. Nie w supermarkecie lecz na wakacjach w gospodarstwie agroturystycznym. Albo na wakacjach u babci lub wujka.

Preferencje handlowe się zmieniły. Pojawiły się zupełnie nowe odmiany roślin owocowych, stare ulegają zapomnieniu i systematycznie zanikają. Szkoda tej różnorodności i unikalnych zasobów genowych. Dla ich ocalenia tworzy się różnego rodzaju "banki genów" czyli sady, w których gromadzi się po 2-3 egzemplarze zanikających odmian i w ten sposób zachowuje dla potomnych. Wcześniej jednak trzeba wyszukać je i przewieźć szczepki lub nasiona. Potrzebna lokalna i regionalna inwentaryzacja. Ale i my do tego procesu możemy się przyczynić, przez sadzenie starych odmian w mieście lub na wsi, na miedzach, rowach, na obrzeżach. Potrafisz rozpoznać stare odmiany jabłoni, grusz, wiśni?

Jeśli więc w czasie wędrówki zerwałeś z polnego drzewa owocowego jabłko, gruszkę, śliwkę, to nasiona koniecznie pozostaw w tym środowisku lub wysiej gdzieś dalej, w podobnym krajobrazie. Może wzejdą i unikną kos namiętnych wykaszaczy wszystkiego.

Rośliny produkują nadmiar nasion i tylko niewielki procent z nich ma szansę wykiełkować a jeszcze mniej dorosnąć do reprodukcyjnej dojrzałości. Ekologiczni oportuniści wytwarzają ogromne ilości nasion ale z małą ilością substancji zapasowych. Specjaliści ekologiczni wytwarzają dużo mniej nasion lecz zawierają one dużo substancji zapasowych (łatwiej im wykiełkować w cieniu innych drzew). To duże nasiona (kasztany, żołędzie itd.). Jeśli będziesz rozrzucał nasiona to niewielkie są szanse, że coś z nich wyrośnie. Zasadź w domu, wyhoduj z siewki małe drzewko i dopiero takiego "podrostka" zasadź w odpowiednim terenie. Może przybędzie przydrożnych alei czy szpalerów na miedzach. Albo będzie więcej drzew owocowych w miastach. Dla ludzi i dla zwierząt. 

A jak już wykonasz ten pierwszy krok z drzewami i roślinami owocowymi (bo w mieście można sadzić np. dynie), to może rozochocisz się i zaczniesz rozsiewać nasiona drzew dzikorosnących, takich jak głogi, jarzębiny, śliwy tarniny. A potem nasiona roślin zielnych by wzbogacać w bioróżnorodność miejskie trawniki i łąki kwietne. Można produkować "bomby kwietne", "bomby nasienne". 

Wyrzucić na śmietnik. Ale wrzucić do pojemnika z resztkami organicznymi czy do śmieci zmieszanych? Czy nasiona nadają się na kompost? Test na naszą wiedzę o recyklingu i właściwym segregowaniu odpadów z naszego domu. Kto by się tym przejmował? Tak, głupiec niczym się nie przejmuje i nie bierze odpowiedzialności za swoje działania. Tych zostawmy. Dalsza część tekstu nie jest dla głupców. 

Jeśli trafi do odpadów zmieszanych to powiększać będzie wysypiska śmieci i podnosić koszty utylizacji odpadów komunalnych. Odzwierciedleniem tego będą coraz wyższe opłaty. Zatem przeznaczyć do pojemnika z bioodpadami (a te mogą być różne, jedne na kompost inne do innego wykorzystania biomasy, np. energetycznego). A może od razu do  środowiska? Niech zjedzą inne zwierzęta a być może coś wyrośnie, Do środowiska? Tak, ale dużo zależy od gatunku rośliny, by nie wprowadzać gatunków obcych i inwazyjnych. A jeszcze ważniejsze pytanie - gdzie? W krajobrazie kulturowym jak najbardziej ale z refleksją w przypadku parków narodowych i rezerwatów przyrody. Tam użytkowe rośliny takie jak jabłonie, wiśnie, dynie nie są mile widziane. 

Po co roślinom owoce? To pytanie zostawiłem na koniec. Części generatywne roślin, bogate w azot i inne cenne substancje od samego filogenetycznego początku były łakomym kąskiem dla zwierząt roślinożernych. Jak w takich warunkach ocalić potomstwo? W ewolucyjnym procesie rośliny, kosztem wydatków energetycznych, deponowały w nasiona substancje gorzkie i trujące, by odstraszyć zarodniko- i nasionożerców. Lub ukryć w twardej łupinie czy pestce. Co prawda trudniej wykiełkować ale i łatwiej swoje potomstwo uchronić przed zjedzeniem. 

Zjadanie nasion to nie tylko strata dla rośliny, to także możliwość dyspersji, przemieszczania się na duże odległości z wykorzystaniem zwierząt (zoochoria). Owoc to swoista danina: masz tu coś smacznego, zjedz, ale nasiona nie ruszaj. Przy okazji zjadania owoców rozsiewane są nasiona. Niektóre są przystosowane do tego, by przejść przez przewód pokarmowy i zachować siłę kiełkowania (czy próbowaliście rozgrzebywać odchody różnych domowych i dzikich zwierząt by sprawdzić co w nich jest? I czy znajdujące się tam nasiona mogą wykiełkować? Jak to sprawdzić?). Słodki owoc kusi do konsumpcji a nasiono zostaje gdzieś dalej przeniesione. Do nowego miejsca. W tym procesie zoochorii (czego szczególnym przypadkiem jest antropochoria*) rośliny wędrują i kolonizują nowe obszary. W tym sensie owoc jest specyficznym biletem podróżnym.

Odpowiadając na tytułowe pytanie zdecydowanie opowiadam się za odpowiedzią zasiać. Mądrze zasiać, wiedząc co, gdzie, kiedy i dlaczego. Mamy wpływ na środowisko. Może być od dobry i konstruktywny. Do tego oczywiście potrzeba wiedzy. Zatem dokształcaj się i działaj. A zacząć można od refleksji nad tym, co zrobić z pestkami owoców, które właśnie zjadłaś/zjadłeś.

PS. A co z grzybami, takimi jak czernidlak na zdjęciu? One też są elementem lokalnej bioróżnorodności. O wspomaganiu ich dyspersji też warto pomyśleć. Ale to już trochę trudniejsza sprawa. Wymaga większej wiedzy i zrozumienia procesów.


* Czy traktując antropochorię za szczególny przypadek zoochorii nie upowszechniam ideologii ekologizmu przez animalizację człowieka? ;)

23.08.2021

Slow turystyka czyli nie bijemy rekordów lecz cieszymy się miejscem

Slow turystyka jest jak żaba wygrzewająca się na kamieniu. Cieszy się miejscem i czeka na posiłek. Bardzo lokalny. Taka żaba też czasem podejmuje dalekie wędrówki, poza swój dobrze już poznany, lokalny świat. A potem wraca do swojej sadzawki i na swój ulubiony kamień.

Niczym mieszczanin w sztuce Moliera przypadkiem dowiedziałem się, że od lat uprawiam rodzinnie slow turystykę. Zapewne dla zilustrowania lepszy byłby ślimak, ja jednak miałem pod ręką żabę. To chyba żaba trawna lub moczarowa. Po prostu siedzi sobie na kamieniu, obserwuje i czeka. Ślimak wystarczy mi w logo sieci miast cittaslow, których w moim regionie jest wyjątkowo dużo.

A z tą turystyką slow było tak. Przy wakacyjnym, nieśpiesznym śniadaniu żona przeglądała gazetę. Przeczytała o turystyce slow i powiedziała, że to jest to, co robimy od dawna. Po zapoznaniu się z treścią artykułu w pełni przyznałem jej rację. Po tej konsyliacyjnej konstatacji powróciliśmy do śniadania. Bo wiadomo przecież, że to najważniejszy posiłek dnia, przynajmniej w wakacje i w czasie urlopu. Zazwyczaj dzień wcześniej wiemy, gdzie zjemy śniadanie. Co do obiadu i kolacji to nie mamy już takiej pewności. Okazuje się w trakcie.

W turystyce slow nie bijemy rekordów (jak sama nazwa wskazuje jest to powolna turystyka), staramy się cieszyć miejscem i jego atmosferą. Chodzimy pieszo, bo jest to na tyle wolne przemieszczanie się, że widać wiele szczegółów. Czuje się zapach miejsca, dostrzega wiele detali. I można do woli kontemplować, przystawać, przysiadać, zbaczać i zawracać. Można się delektować przyrodą (na przykład żabą siedzącą na kamieniu), kulturą i oczywiście kulinariami. Bo chodzi się w sumie szybko, tak 4-6 km na godzinę. Spory wydatek energetyczny. Tak więc co jakiś czas trzeba się posilić. A nawet nie trzeba - sami chcemy. Posiłek pozwala zatrzymać się na dłużej w jednym miejscu. Siedzisz sobie i obserwujesz. Doznajesz i poznajesz. Na przykład taki żurek świętokrzyski.

Po prostu staramy się być i odszukiwać genius loci danego miejsca. Korzystamy przede wszystkim z transportu publicznego. Dzięki temu jesteśmy bliżej prawdziwego życia, głębiej doświadczamy tutejskości, włączając to wykluczenie komunikacyjne. A z podróżowaniem transportem publicznym wiąże się nieodłącznie chodzenie pieszo. To wszystko sprawia, że trzeba dostosować się do lokalnego rytmu, rozkładu jazdy, dostępności połączeń. Często trzeba czekać. Nic nie przyspieszysz. A skoro poddasz się rytmowi świata... to przestajesz się spieszyć. Często czekasz na przystankach, na ławkach, czy włóczysz się po mieście/wsi/miasteczku, bo i tak wcześniej nie odjedziesz. 

Chodząc pieszo więcej się widzi. Także więcej miejsc nieoficjalnych, wstydliwych, brzydkich, z popisanymi ścianami. Można chłonąć atmosferę danego miejsca. Nie nastawiamy się na pogoń po mieście i zaliczenie obowiązkowych punktów wycieczki, dokumentowanych "selfiami". Co nie znaczy, że zdjęć nie robię. Robię i to dużo. Fotografowanie oczywiście spowalnia tempo wędrówki. Ale jednocześnie wyczula na detale. Uczy dostrzegania.

Slow turystyka to po prostu bycie w nowym miejscu. I oczywiście otwarcie na "obcego", na poznawanie nieznanego świata. To ciekawość. Wcześniej czytamy o miejscu, do którego się udajemy, kupujemy przewodniki oraz czytamy to, co na miejscu. Lub zauroczeni miejscem dopiero wtedy poszukujemy pogłębionych informacji. By zrozumieć także w kontekście. Kontekście historycznym, lokalnym, etnograficznym, geograficznym i każdym innym.

Dobrze jest zwiedzać i poznawać z miejscowym przewodnikiem. Czasem są to znajomi, którzy oprowadzają po miejscach nieoczywistych (pokazują swój kontekst interpretacji miejsca i stylu życia). A czasem jest to spacer w nieznane. Idziemy i szukamy nowego. Co tym razem odkryjemy? Co zobaczymy? Kogo spotkamy? To takie poznawanie życia mieszkańców z ich perspektywy. Właśnie dlatego preferujemy transport publiczny: pociągiem, autobusem, "czerwoniakiem". A czasem podwożą nas znajomi. Owszem, nie do wszystkich miejsc w ten sposób można dotrzeć. W każdym razie rodzaj transportu i sposób podróżowania powoduje, że docieramy do innych miejsc i co innego widzimy. Jest o czym porozmawiać w czasie towarzyskich spotkań przez lata.

Turystyka slow nie wymaga dalekich podróży samolotem (choć nie wyklucza). To podróżowanie w stylu wolniej a dokładniej. Bez niecierpliwej pazerności: szybko, dużo i tanio. Podróżowanie z otwartością na innych, tych obcych, z otwartością na nowe i nieznane, w tym również smaki. Z wczuwaniem się w historię, warunki życia. Zwiedzamy muzea, galerie, wystawy, skanseny, czasem załapiemy się na jakiś koncert lub spektakl uliczny. Zaglądamy na podwórka, w uliczne bramy, smakujemy lokalne potrawy. Bo jedzenie to ważny element turystyki slow. W lokalach dostrzec można sporo historii i stylów życia. I ludzi. 

Przy slow turystyce jednakowo ważna, ciekawa i odkrywcza bywa wizyta w Wipsowie, Kruzach, Barczewie, Ornecie jak i Krakowie, Dublinie, Kielcach, Pradze, Szczecinie czy na wyspie Kos. I dużo chodzimy, niezależnie od pogody. Bo zawsze jest jakaś pogoda, trzeba się tylko do niej rytmem i ubiorem dostosować. Tak jak do lokalnego miejsca.  Odwiedzamy kawiarnie, restauracje, bary, Smakujemy i obserwujemy. 

Ty też możesz tak zwiedzać i podróżować. Nie musi być daleko, ważne  żeby było slow, powoli, z ciekawością i otwartością. I oczywiście w sposób pogłębiony. Świat do odkrycia jest w każdym miejscu. A jeśli uznać, że świat jest spójną całością w pełni zintegrowaną, to ... z jednego ziarnka piasku, powoli i dogłębnie oglądanego i analizowanego w jakimś kontekście, w połączeniu z refleksją, można poznać całą pustynię. Lub żwirownię, czy piaszczystą, rzeczną łachę.

Co z tego, że polecisz samolotem do dalekiego, egzotycznego kraju, jeśli zapamiętasz tylko lotnisko, hotel i słoneczną plażę? Doznań niewiele a za to wytworzysz duży ślad węglowy. Po prostu zwolnij i ciekawie obserwuj miejsce. Ciesz się nim i delektuj. 

21.08.2021

Żurek świętokrzyski czyli okruchy turystyki slow

Żurek świętokrzyski, Kielce.

Przy śniadaniu żona znad gazety powiedziała "A czy wiesz, że y uprawiamy turystykę slow?". Tak wynikało z przeczytanego artykułu prasowego. Fakt, dużo chodzimy i poruszamy się transportem publicznym. Jakby nie patrzeć to jest to wolniejszy sposób przemieszczania się. Ale nie o powolność w turystyce slow chodzi. Slow turystyka to po prostu bycie w nowym miejscu. Jedziemy gdzieś... i po prostu jesteśmy na wszelkie sposoby, na przykład kulinarne. Smakujemy powolnie, starając się poznać miejsce, poczuć specyfikę tutejszości, powolnie snuć refleksje o teraźniejszości i o przeszłości danego miejsca. 

Drugiego dnia pobytu w Kielcach trafiliśmy do restauracji Rozmaryn na kieleckim rynku. Kelner polecił żurek świętokrzyski. Żurek jako taki znam od dawna, nie tylko z okazji Świąt Wielkiej Nocy. Skusiła nazwa. Czy ten świętokrzyski ma jakąś specyfikę? Coś lokalnego i wyjątkowego? Trzeba spróbować (fotografia wyżej). Duży kawałek kiełbasy, dobrej, aromatycznej, wędzonej sprawiał nieco kłopotu. Bo jak go zjeść? Było i jajeczko oraz sporo majeranku. Smakowało. I postanowiłem sprawdzić w innych lokalach czy jest tam żurek świętokrzyski.

Żurek z baru przy Jaskini Raj.
Zaglądałem do menu, różnie było polecane, jako po prostu żurek, żurek staropolski lub żurek świętokrzyski. W barze przy Jaskini Raj, smak dopasowany do ceny, taki typowy żurek, z pokrojoną kiełbaską - wygodniej się je. Budynek restauracyjno-barowy rodem z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Nastawiony raczej na masową turystykę. Piękne serwety w wyplatanych kolistych ramkach na ścianie. Ale reszta przypomina PRL, czysta i odnowiona.

Wizyta w skansenie (Muzeum Wsi Kieleckiej w Tokarni) także musiała się zakończyć spożytym żurkiem. Miejsce jak najbardziej odpowiednie. Przy skansenie piękna, okazała restauracja o obiecującej nazwie Kuźnia Smaku. Wnętrze piękne, z obrazami, utrzymującymi się w klimacie. Duże przestrzenie dobrze przygotowane do obsługi imprez masowych takich jak wesela. Sporo turystów indywidualnych napływających falami (po zwiedzeniu skansenu), z którymi obsługa nie bardzo sobie radziła. Ceny raczej wysokie, więc część odchodziła. Nie wiem czy znudzona długim oczekiwaniem czy cenami i ofertą menu. Pojawiliśmy się w dobrym momencie, przed "falą" i czas oczekiwania nie był długi. Taki normalny. Przejechaliśmy nietypowo (nie dla nas duży parking), potem ponad 3 kilometry pieszo. A potem zwiedzanie. W takim rytmie nawet dłuższe oczekiwanie na kelnera czy danie nie zrobiłoby na nas żadnego, złego wrażanie. Przecież zwiedzamy powoli, slow, ze smakowaniem krajobrazów, życia no i kulinariów. Skansen wspaniały, ale żurek taki z dolnej półki. Za dużo ziemniaków (pieczywo więc zupełnie niepotrzebne), za dużo maggi i innych przypraw (przyprawami najwyraźniej maskowali słabości kucharza, może dania odgrzewane?). Pierogi ruskie z grubym ciastem. Ta bardzo zwyczajna kuchnia nie pasowała do pięknego wnętrza. Lokal ma potencjał, ale jeszcze nie odkryty. Właściciel chyba za bardzo oszczędza na obsłudze kelnerskiej i kuchni. 

A my zjedliśmy i w lekkim deszczu, pieszo poszliśmy dalej. Do Chęcin, kolejne kilka kilometrów pieszo, poboczem drogi. 

Żurek z Kuźni Smaków, Tokarnia (Przy skansenie Muzeum Wsi Kieleckiej).

Uśmiechnięty żurek z Baru Miś, Starachowice.

Bardzo miło wspominam natomiast żurek z Baru Miś w Starachowicach. Tak, tak, nawiązujący do filmu Miś Barei. Przy jednym stoliku metalowe miski na łańcuchu i stojący duży, słomiany miś. Adekwatne hasła, oddające atmosferę siermiężnej propagandy PRL, dekorujące dowcipnie przestrzenie oraz męską toaletę. Bar znajduje się w dawnym dworcu PKS i PKP - przykład bardzo dobrej rewitalizacji. Uratowanie budynku przez nadanie mu zupełnie nowej, społecznej funkcji. Na zewnątrz stare, opustoszałe stanowiska autobusów. Przypominają o świecie, którego już nie ma.

Żurek dobry, w pełni dostosowany do ceny, uśmiechnięty. Typowy bar z dawnych czasów ale ze współczesną jakością. We troję zjedliśmy po jednym daniu i popiliśmy kompotem, za wszystko zapłaciliśmy 23 złote! Jak będziecie w Starachowicach, to poza zwiedzeniem znakomitego edukacyjnie Ekomuzeum (wystawa hutnictwa z unikalnymi na skalę europejską eksponatami, wystawa samochodów Star oraz wystawa paleontologiczna, na dodatek trochę sztuki), zajrzyjcie do Baru Miś.

Do Misia zaszliśmy dzięki lokalnej przewodniczce. Łatwiej poznawać tutejskość, gdy ktoś miejscowy pokazuje miejsca nieoczywiste. 

Na Kielecczyźnie z nie jednego lokalu żurek jadłem. Powoli i niespiesznie. Co niniejszym każdemu polecam.